Forum Xena Warrior Princess: Polskie Forum XWP Strona Główna Xena Warrior Princess: Polskie Forum XWP
Xena Warrior Princess
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

jak to pewna Qinka wyruszyla w swiat

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Xena Warrior Princess: Polskie Forum XWP Strona Główna -> Fan Fiction
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
R
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 18 Kwi 2006
Posty: 4178
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 13:57, 04 Paź 2008    Temat postu: jak to pewna Qinka wyruszyla w swiat

Z letargu wywołanego zimnem i jednostajnym kołysaniem wierzchowca wyrwał ja nagły bezruch. Zwierze parsknęło niepewnie, wietrząc przed sobą. Podniosła głowę, mimo ze porywisty wiatr i niesione z nim kryształki bardziej lodu niż śniegu, od razu skorzystały z okazji, by smagnąć ja w twarz i wedrzeć się pod prowizoryczna osłonę, jaka był kołnierz kubraka i futrzasta, spiczasta mongolska czapa. Zmrużyła oczy, próbując wypatrzyć w zadymce, co skłoniło konia do zatrzymania się. Chwila starań, okupiona niemalże całkowitym odrętwieniem twarzy i porządnym łzawieniem oczu zaowocowała wypatrzeniem zarysów ludzkiej osady. Tak, nie myliła się. Czarny kształt przed nią nie mógł być górą ani ścianą drzew, bo nawet przy tej pogodzie i z tej odległości widziała błyski świateł, zapewne pochodni, o ile nie ognisk. Uderzyła piętami boki stepowego, ale wyrośniętego konika, kierując go w stronę gdzie powinna znajdować się główna brama, na co wskazywały dwie strażnice górujące nad palisada. Nie sądziła, ze przyjdzie jej zapędzić się aż tak daleko na zachód, w głąb dziczy. Podziękowała dobrym bóstwom za karawanę, którą napotkała po drodze i której właściciel skłonny był pozwolić jej podróżować wraz z nią, choć przez kilka dni i nawet zapewnił strawę i cieplejsze odzienie w zamian za jej umiejętności.
Na mongolskich pograniczach, na postoju w jednym z karawanserajów usłyszała o kobiecie, królowej Scytyjek, zwołującej chętnych do ruszenia na poszukiwania barbarzynki o imieniu Xena. Nie wiedziała ile w tym prawdy, a ile fantazji kolejnych przekazujących opowieść, ale ponoć ofiarowywano za nią równowartość jej wagi w zlocie. Przyszło jej wtedy na myśl, ze potencjalny „szczęściarz" powinien w takim razie utuczyć Xenę jak wieprzka na Święto Wiosny, przynajmniej trzykrotnie podwyższając tym samym ewentualna nagrodę. Niezależnie jak rzeczy się miały faktycznie, postanowiła ruszyć na zachód, do siedziby tej Cyago, jak mieniła się "władczyni”. Jakkolwiek dumnie brzmiał ten tytuł, Sing była przekonana, ze jej władztwo i królowanie tak naprawdę ograniczało się zapewne do jednego ze scytyjskich szczepów. I to niezbyt wielkiego czy ważnego, gdyż żadne ze znanych jej kronik czy raportów, nie zawierały nawet wzmianki o kimś o takim imieniu, nie mówiąc już o władcy. Jeżeli na zachód od Qin znajdował się ktoś bardziej znaczący niż pierwszy lepszy Chan nieco większej niż zwykle stepowej hordy i rzeczywiście zasługiwał na któryś z nadanych sobie przydomków, to jej Sifu o tym wiedział i podejmował odpowiednie kroki. Wspomnienie nauczyciela wzbudziło żal i smutek. Zawiodła. Nie mogła już zawrócić z obranej drogi, aby tym bardziej nie przynieść hańby osobie, której już nie oficjalnie, ale wciąż w sercu służyła. Jeżeli jej się uda, to przynajmniej będzie mogła powrócić z wygnania, acz nie liczyła na odzyskanie twarzy w oczach innych. Odegnała od siebie ponure myśli, no cóż, trzeba będzie przyjąć, co ześlą Niebiosa. Chociażby na początek miała to być scytyjska wioska na końcu cywilizowanego świata i zarządzająca nią dzikuska o wybujałych ambicjach.
Strzegące bramy strażniczki jak i sama osada tylko potwierdziły jej przypuszczenia - tutaj nie znano cywilizacji chyba nawet z nazwy. Domostwa były drewniane tak jak i okalający osadę „mur", a mieszkanki biegały ubrane w zwierzęce futra, lecz często prawie nagie pod nimi. Mimo ze od razu jedna z wojowniczek zaprowadziła jej konia do pobliskiej stajni, a kolejna ja sama przed oblicze władczyni, to nie umknęło jej uwadze, ze zarówno jej przewodniczka jak i inne napotkane w osadzie Scytyjki obrzucały ja spojrzeniem, jeżeli nie nienawistnym, to przynajmniej niechętnym, rzadko obojętnym. Dziwne, w końcu przybyła tutaj podążając za wezwaniem ich przywódczyni, czyżby jej działania nie zyskały aprobaty poddanych?
Jedno wszakże musiała przyznać, a czego nie było w Qin, a przynajmniej jawnie - plemię stanowiły same kobiety, które same także stanowiły swe prawa, zwyczaje, armie i władzę. Bardziej sprawiały wrażenie dzikich i twardych mężczyzn niż rodzaju kobiet, do których przywykła, a samych mężczyzn, w krótkiej drodze na spotkanie z królową, nie było dane jej widzieć.
Spotkanie z władczynią przebiegło bez większych niespodzianek. Nie usłyszała niczego, czego w sumie by się nie spodziewała - mantra o niegodziwości dziwki Xeny na przemian z obietnicami zaszczytów, gór złota i dozgonnej wdzięczności wszystkich Scytyjek, a Cyago w szczególności tym śmiałkom, którzy zawloką morderczynie królewskiej siostry przed królewskie oblicze, we względnej całości. Przy czym teatralne gesty, rzucanie gniewnych spojrzeń oraz słowa wykrzyczane lub cedzone przez zęby, w połączeniu z wyniosłą poza na siedzisku, miały zdaje się zastraszyć najemników, a przynajmniej pokazać, kto tu stawia warunki i ma władzę.
Szkoda tylko, ze Cyago nie miała jej nad sobą - Sing bez większego trudu dostrzegła objawy towarzyszące zażywaniu opium. Ta kobieta była słaba... Uciekała przed rzeczywistością i bólem, a może i przed Xena. W końcu wołała wydać małą fortunę na ludzi spoza jej ziemi, niż ruszyć samej za wrogiem... No właśnie małą fortunę... Opium nie było tanie, nawet tam skąd pochodziło, a sprowadzanie go tutaj, tez musiało nieźle kosztować. Całe to gadanie o zlocie mogło się okazać nie warte więcej od wiatru na szczycie góry. Zdziwiła się, ze żaden ze zgromadzonych najemników nie zażądał pokazania, choć części obiecanego kruszcu. Może perspektywa stałego żołdu w zupełności im wystarczała? W końcu byli najemnikami, a na tym chyba opierała się ich profesja - na nie zadawaniu pytań i walczeniu za pieniądze. Jej to było zupełnie obce. Ale zdaje się, ze będzie musiała nauczyć się tak żyć...
Przy wyjściu podała imię i miejsce pochodzenia, zapewne w związku z listą należnego wynagrodzenia. Pozostali chyba też to czynili, choć niektórzy z wyraźną niechęcią lub ociąganiem. Nawet nie próbowała zapamiętać obco brzmiących, prawie niemożliwych do wymówienia słów czy zaprzątać sobie głowy dopasowaniem ich do tak podobnych do siebie dla niej twarzy. Jeszcze będzie na to czas. Po audiencji zaprowadzono ich Domu Zgromadzeń w centrum wioski, który okazal się prostym, prostokątnym budynkiem bez okien, przywodzącym na myśl raczej trumnę niż reprezentacyjna budowle, którą chyba powinno być miejsce spotkań starszyzny... Przynajmniej w srodku był stol, chociaz prostokatny, lawy, a nawet dziwaczne, obmurowane kamieniami palenisko przy jednej ze scian. Na szczescie dym odprowadzano z nad ognia jakims kominem bezposrednio nad nim, a nie zwykla dziura w dachu jak to zwykle mialo miejsce w prymitywnych siolach. Jeszcze bardziej zaskakujace było dla niej ustawienie w tym pomieszczeniu szeregu prycz pod scianami. Nie wiedziała czy to tylko na uzytek ich obecnosci tutaj, czy tez w zwyczaju Amazonek było nie tylko spotykac się, ale tez spac w tym zamknietym, nieprzyjemnym i pozbawionym swobodnego przeplywu duchow natury domu?
Liczyła, ze nie będzie musiała spedzic tutaj zbyt wiele czasu.
Amazonek... Tak wszyscy tutaj nazywali Scytyjki. Musi zapamiętać to słowo. Powtórzyła je sobie parę razy po cichutku, starając się skopiować akcent. Na szczescie nie mialo w sobie r.
Stol uginal się od jedzenia. Wypatrzyla nawet kawior, ciekawe czy z jesiotra. A z jednej z mis z plastrow miesiwa wystawalo cos podluznego, przypominajace jakby swinski ryj na ciele weza... Dosc wlochatego weza... Nie miała pojecia co to takiego i mimo ze w jej kraju wszystko co się ruszalo i nie ruszalo mozna było wysmienicie przyrzadzic, tym razem postanowiła zrezygnowac z kulinarnych eksperymentow. Poprosila usulugujaca im mloda Amazonke o nieco wrzatku. Z sakwy wyjela glazurowaną czarkę, miseczkę i pałeczki, i tak „uzbrojona” usiadła przy stole. Popijając drobnymi łyczkami herbatę, starała przyjrzeć sie dyskretnie zgromadzonym. Poza nią i wysoką, rudowłosą, ubraną na zielono wajgurenką nikt z pozostałych nie kwapił się do zajęcia miejsc na ławach.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
R
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 18 Kwi 2006
Posty: 4178
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 14:00, 04 Paź 2008    Temat postu:

Sing Lung kończyła pakować zapasy do drugiej sakwy, zastanawiając się przy tym, czy ta ilość wystarczy do czasu dotarcia do jakiejś kolejnej osady albo w ogóle do Markitty. Biorąc pod uwagę klimat, chyba dobrze wyliczyła ilość porcji i ich przydatność do jedzenia. Nie miała ochoty tracić czasu na poszukiwanie zwierzyny wśród śnieżnych zasp albo wybijanie przerębli w grubym lodzie. Do izby wróciła jasnowłosa wojowniczka. Wyglądała na zmarzniętą. Nic dziwnego. To było chyba jej trzecie wyjście na siarczysty mróz w ciągu ostatniego czasu. Nawet górski niedźwiedź w takim miejscu zastanowiłby się trzy razy miast bez powodu tracić bezsensownie siły i energię na włóczenie się po okolicy. Sing Lung wolała zachować je na kolejne dni spędzone w siodle. Arira niespodziewanie podzieliła się z nimi opowieścią o oszalałej z powodu Xeny Amazonce. Sing Lung wstała w tym czasie od stołu i podeszła do swoich bagaży przy ścianie. Wciągnęła spodnie z miękko wyprawionej skóry z włosiem do środka, zarzuciła rozpięty kubrak i wcisnęła na głowę futrzastą czapę, której krawędź sięgała jej do nasady nosa, ale dzięki temu chroniła jej oczy przed odblaskiem słońca od białych połaci i śnieżną ślepotą. Zgromadzeni nie wyglądali na specjalnie poruszonych zasłyszaną historią. Sing Lung też nie. Miała swoje powody, ciekawiło ją jak jest z innymi. To typowa cecha wajgurenów i najemników, niepoświęcanie uwagi zdarzeniom ich bezpośrednio niedotyczącym, czy może ich obojętność wynikała z tego, że spodziewali się takich informacji o Xenie? Znali ją, czy po prostu wiedzieli o niej więcej niż przekazała im królowa? Jeżeli to nie złoto Cyago ich tu przywiodło, to Sing Lung nie będzie musiała obawiać się poderżnięcia gardła z jego powodu. Przynajmniej z tego jednego powodu - poprawiła się. Czas pokaże czy stanie się to pomocne, czy hmm kłopotliwe... Z tych rozmyślań wytrącono ją raptownie i niemiło. Ale to nie wajgureni byli tego przyczyną. Agresywne wtargnięcie oddziału Amazonek i ich komendantki do Domu Zgromadzeń mogło być zapowiedzią walki. Pod pozorem poprawiania zawartości sakw i kubraka sięgnęła po shěng biāo. Powoli owinęła odpowiednio linkę wokół lewej pięści i pozwoliła by nawoskowane sploty swobodnie przesuwały się pomiędzy palcami prawej dłoni, jednocześnie skryła w niej kunai z kawałkiem czerwonego materiału u zaczepu. Miała nadzieję, że sprawia to wrażenie niefrasobliwego bawienia się kawałkiem sznura. Przez głowę przeleciały jej kolejne myśli co do szans i sposobu obrony w tym miejscu. Z oddziałem wewnątrz Domu chyba by sobie poradzili nawet jeżeli nie wszyscy ruszyliby do ataku czy nawet wzajemnie sobie przeszkadzali. Było ich więcej niż Amazonek i podejrzewała, że każdy z najemników byłby w stanie zadać choć jeden cios chociażby w obronie. Gorzej przedstawiała się sytuacja na zewnątrz. Wyglądało, ze tam jest już kilka oddziałów i pewnie z łukami, nie mówiąc już o tym, że musieliby przedzierać się przez pół wiochy na własnych nogach i z wojowniczkami na karku. Zerowe szanse. Jedyna opcja z jakimś widokiem na przetrwanie, to chyba wzięcie zakładniczki w osobie dowódczyni i zabarykadowanie się tutaj. Jedzenie mają, a Domu chyba nie podpalą. Nawet jeżeli spisałyby na straty zakładniczkę, to i tak nasiąknięte śniegiem od wielu lat bale, to marny materiał na ognisko, a poza tym ryzykowałyby puszczenie z dymem całej osady gdy ogień rozszaleje się już na dobre. Chyba aż taki głupie poddane Cyago to nie były... Okazało się, że te rozważania są niepotrzebne. Na szczęście to była kolejna pokazowa demonstracja siły i mało subtelny sposób na zmuszenie ich do opuszczenie wioski Amazonek w trybie natychmiastowym. Ten cały szczep i ich „władczyni” okazywały się coraz bardziej dziwaczni i rozczarowujący. Przecież sama Cyago „zaprosiła” do swych włości wszelkiej maści łowców głów. Oferowała gościnę, poczęstunek, nocleg, a rano szczuje ich „psami” jak natrętnych żebraków. Tak otwarcie lekceważącymi i agresywnymi pokazami raczej nie zapewni sobie lojalności dopiero co najętych ludzi. A może ta grupa Amazonek działa na własną rękę, a nie z polecenia Cyago? Jakaś odważniejsza frakcja postanowiła bardziej wprost okazać swoje niezadowolenie z pomysłów królowej i ściągnięcia przez nią obcych niż tylko spojrzeniami spode łba.
A Kiuubi z nimi tańcował. Sing Lung nie zamierzała dociekać prawdy. Po niecywilizowanych dzikuskach nie mogła się spodziewać lepszych manier. Uczeniem grzeczności hordy kobiet w skórach i z oszczepami będzie musiał zająć się ktoś inny, choć pewnie to daremny trud. Odprężyła się. Nikt nie rzucił się na nikogo z mieczem czy pięściami. Amazonki były jedynymi, które wymachiwały innym przed oczami bronią. A najemnicy sprawiali wrażenie raczej rozbawionych, zirytowanych czy nawet znudzonych całą sytuacją, a nie zaniepokojonych. Postanowiła iść za ich przykładem. Jedynie Arira pozwoliła sobie na konfrontację w postaci wymiany wyzywających spojrzeń z komendantką, nie zaowocowało to jednak żadnym innym działaniem którejś z kobiet.
I bez amazońskiego wyganiania Sing Lung chciała przed upływem godziny smoka być już na szlaku. Wajgureni jak na razie tylko mówili o wyjeździe. Mówili i mówili, ale jakoś nikt nie czynił nic konkretnego w tym kierunku. Samo zgarnięcie zapasów do sakw czy bimbru do bukłaków, to jeszcze nie cwał przez tajgę. Cokolwiek Scytyjki miały do ukrycia, nie sądziła, że jest to Xena więziona gdzieś w tej osadzie, tak wiec na razie nie miały dla niej większego znaczenia takie gesty wojowniczek. Mogła najwyżej uważać je za niespełna rozumu lub o dziwacznych obyczajach. Uznała, ze nie należy do jej zadań zajmowanie się tym. Nie przejęła się wiec i tym, ze nie słyszała co szepnęła, usługująca im wczoraj, młoda Amazonka do Druidki po wymaszerowaniu oddziałku.

Była gotowa do drogi. Zapięła kubrak i zarzuciła sakwy na ramię, zwróciła się w stronę pozostałych, którzy chyba nawet nie ruszyli się na szerokość palca ze swoich miejsc i skłoniła lekko ze słowami:
- Moje serce przyznaje ci słuszność jasnowłosa wojowniczko. Markitta nie przybliży się ani o pędź, sami musimy do niej dotrzeć. I tak samo do Xeny, chyba, że Amazonki ukrywają ją przed nami w tej wiosce z jakiegoś powodu... Ale atmosfera zrobiła się tutaj wyjątkowo duszna - nie wyjaśniła czy ma na myśli "występ" Amazonek czy brak okien – i chciałabym zaczerpnąć świeżego powietrza. Idę po konia i zaczekam przy bramie na tych z was, którzy zechcą uczynić mi ten zaszczyt i wraz ze mną na początek wyruszyć. Cajdzien.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
R
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 18 Kwi 2006
Posty: 4178
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 14:04, 04 Paź 2008    Temat postu:

TURA 4 WJAZD DO MIASTA MARKITTA I ZAMELDOWANIE SIE W TAWERNIE POD MUREM -
SING LUNG




Sing Lung pozostała niewzruszona, słysząc żądanie strażnika co do wysokości myta. W czasie wędrówki z karawaną siłą rzeczy nie raz była świadkiem załatwiania podobnych opłat i na ile pamiętała to zwykli podróżnicy, nie wjeżdżający na handel płacili połowę, jeżeli nie mniej tej sumy. Strażnicy zdaje się, że szukali okazji do zarobku. Nie winiła ich. To była gra stara jak świat. Gra gestów, słów, znajomości przeciwnika ze szczyptą uśmiechu losu. Wręcz zwyczaj i niegrzecznie by było nie wziąć w niej udziału. Naiwni i nie orientujący się w tym podróżni przeważnie płacili bez słowa. Awantury zdarzały się w sumie rzadko, bo sprytni naciągacze, doskonale wiedzieli kogo mogą spróbować oskubać, a ci mniej sprytni i mądrzy, ale bardziej zachłanni szybko wypadali z interesu.
Spokojnie patrzyła jak Arira i Sarkissa pierwsze podjęły próbę utargowania niższej opłaty. Tak to w każdym razie chyba wyglądało, bo nie zapłaciły po prostu od razu, tylko wdały się na boku w rozmowę z jednym ze strażników. Sing Lung z trudem powstrzymała się od śmiechu, widząc jak blondwłosa wojowniczka krzywi zaczerwienioną od mrozu twarz i coś robi oczami. Czyżby to miały być zalotne minki? Ciekawe jakie robiły na strażniku wrażenie. Dla niej raczej piorunujące, niczym maska Boga Wojny w operowym przedstawieniu. Brakowało tylko pokazywania języka i wojowniczego potrząsania halabarda. W wolnej chwili zaproponuje Arirze aloesową miksturę, której sama z powodzeniem używała, by chronić skórę przed skutkami mrozu. Resztą ciała, całą swoją postawą wojowniczka, nie sprawiała specjalnie chętnej do flirtowania. Może sądziła, że mężczyźni są zbyt głupi i nie zauważą tego, biorąc za dobrą monetę jej miny i słowa? A może po prostu nie wiedziała jak to się robi? Wydawało się, że wajgureni mieli bardzo specyficzne i inne podejście do erotyki, seksu i okazywania tego publicznie. Kobiety były wyzywające, patrzyły mężczyznom wprost w oczy, nie skrywały szyi, rąk, stóp, pewnie nie miały nawet kobiecych szat w bagażu, jednocześnie potrafiły być bardzo zakłopotane kiedy wyraziło się pochwałę ich urody, doceniło kształt ciała, twarzy, ust czy zaproponowało pomoc w jakiejś naturalnej czynności... Starała się w niczym nie urazić wajgurenów, ale naprawdę nie rozumiała i nie wiedziała jak na coś zareagują. Nawet w najzupełniej przecież neutralnych sprawach jak kąpiel, posiłek, czy nocowanie w jednym łożu ludzi tej samej płci, nie będących konkubinami, kurtyzanami czy poślubionymi sobie, tylko najzwyklejszymi służącymi czy towarzyszami drogi...
Obrzuciła spojrzeniem "fortyfikacje" i strażników, odruchowo szacując ich uzbrojenie, ochronę oraz ewentualne umiejętności w walce. Mury otaczające miasto nie były co prawda drewniane, ale mocno podniszczone i parę dzbanów z czarnym proszkiem dokończyłoby dzieła. Jedynie brama sprawiała solidne wrażenie o ile można tak powiedzieć o konstrukcji z drewnianych bali, dobrej co najwyżej na tymczasowy fort w stepie, a nie reprezentatywne i obronne wrota miasta. Spiż po całości, ewentualnie drewno nim pokryte, tak to powinno wyglądać... Tylko co, po nawet niezłej bramie obrońcom, jeżeli tuż obok mieliby o wiele większe niż ona wyrwy w murze?
Przymknęła na moment oczy. Dobrze ją nauczono, mimo tylu lat, nie zapomniała umiejętności, które stały się dla niej tak naturalne jak oddech.
Cóż, nie widziała nic niewłaściwego w tym, żeby częściowo znów je wykorzystać, mimo że była daleko od kraju.
Zsiadła z konia i razem z nim podeszła do drugiego strażnika. Ukłoniła się, starając się wyglądać skromnie i niewyzywająco.

<ROZMOWA ZE STRAŻNIKIEM Jest widoczna i słyszalna dla wszystkich, ale prowadzę ją w łamanym mongolskim, trochę chińskim i dialekcie karawan, jeżeli znacie te języki, możecie przeczytać kawałek z dialogiem. Jeżeli MG zdecyduje, to mogą się także pojawiać pojedyncze słowa greckie. Padają nazwy: Mongolia, karawana, szłej (rzeka) Feishui, Markitta, karczma Tadżyk i Pod Murem, żona, upominek, Niebiosa, kuzyn. Widzicie dużo gestów, ukłonów, uśmiechów. Strażnik na pierwsze pytanie SL nadyma się z dumy i odpowiada coś napuszonym tonem. Później wygląda na lekko zakłopotanego, w końcu humor wyraźnie mu się poprawia, rozmowa toczy się głosami pełnych potakujących tonów, podziękowań itp. SL i strażnik, w którymś momencie zaczynają sprawiać wrażenie jakby świetnie się bawili całą rozmową. Gdyby oboje byli facetami pewnie by się poklepywali przyjaźnie po plecach Strażnikowi wyraźnie poprawia się humor, kiwa ze zrozumieniem głową, wygląda na dumnego i zadowolonego. Spogląda znacząco na SL, na jej bagaże. Ta podchwytuje spojrzenie, czym prędzej coś do niego mówi zapewniającym tonem, po czym sięga za pazuchę i cos mu wręcza trzymanego w obu dłoniach z szacunkiem i takimż tonem w głosie. Strażnik przyjmuje to, nie za bardzo widzicie co to jest, obłe, widać błysk bieli. Kamień, ceramika, kość? Strażnik mówi coś do SL wyraźnie proponującym tonem, ta jednak wyraźnie, acz bardzo uniżonym tonem odmawia. Strażnik kiwa ze zrozumieniem głową, jeszcze przez chwilę mówią coś do siebie, strojąc miny zaskoczenia, oburzenia, niewinne i chytre, wnosząc oczy ku niebu i gestykulując, jest to jednak wyraźnie już końcówka rozmowy i podtrzymanie zwyczajowych gestów, widać, że doszli do porozumienia. Cała rozmowa trwa w tym czasie jak Arira i Sarkissa prowadzą swoją. Kończy się, gdy Sarkissa wraca z dzbanami z miasta. SL nie jest już świadkiem tego co Sarkissa mówi później czy też pozostali z drużyny.>.




Sing Lung podziękowała, ale strażnik już chyba tego nie słyszał. Z bramy wyłoniła się Sarkissa taszcząc cztery gliniane dzbany, z którymi podeszła do pierwszego strażnika. Co dalej było, Sing Lung nie widziała, bo właśnie przejechała przez bramę i ruszyła w głąb miasta w poszukiwaniu polecanej gospody, która wbrew nazwie wcale nie znajdowała się pod miejskimi murami.
Na wspomnienie murów Sing Lung znów niepochlebnie pomyślała o zarządzających miastem, a więc i stanem fortyfikacji, czyli w tym przypadku Chana, jak wyniosła z rozmowy ze strażnikiem.
Zaraz jednak zreflektowała się - nie powinna martwić się losem barbarzyńskich narodów ani niskim stanem ich rozwoju, w szczególności gdy ten niski rozwój dotyczył ich obronności. Mogła mieć tylko nadzieję, że reprezentowali równie mało nowoczesne uzbrojenie i strategię wojenną. W ten sposób nawet liczni, ale niezorganizowani, indywidualni i nieujednoliceni, nie mogli stanowić poważnego wyzwania dla Qin. Tak, niech żyją sobie spokojnie w swoich drewnianych osadach, nawet w lepiankach, jurtach czy zupełnie pod gołym niebem. Nie powinno to w niczym im zaszkodzić, jeżeli chodzi o napływ i produkcję towarów, które mogą być obiektem handlu z jej ziomkami. A wiedziała, że zdarzało się, iż nomadzcy rzemieślnicy mogli poszczycić się kunsztem, który dorównywał najbardziej znanym mistrzom z jej kraju.
W takich sytuacjach jak ta, mimo że nikt tego od nie żądał, jej umysł podążał ścieżkami, mającymi doprowadzić ją do określonego celu. Do tego dążyła w codziennych ćwiczeniach, trudząc się wspólnie wraz z innymi kobietami i mężczyznami, zgodnie z wymaganiami Sifu. By spełnić jego oczekiwania, by podjąć się każdego zadania jakie uznałby za pożądane i by wypełnić je z pełnym poświęceniem i pomyślnie... I by zostać wybranym... Odpędziła od siebie wspomnienia. Nie przybyła tutaj by zaoferować tym nieszczęśnikom stanie się częścią wspaniałego Imperium. Teraz już nie musiała oceniać i analizować co będzie musiało być uczynione, jeżeli nie dostrzegą tego zaszczytu i odrzucą tę szansę, nie wiedząc co dla nich dobre. Tak, woda draży najtwardszą skałę, lecz nie zawsze musi czynić to powoli i łagodnie... Niekiedy potrzebne są fale bez trudu miażdżące wszystko na swojej drodze, by potem można było wznieść nowe i jeszcze wspanialsze i doskonalsze rzeczy... Westchnęła. Nawet jeżeli w duchu nie zgadzała się, z filozofią działań Sifu, nie wolno jej było pozbawiać go twarzy poprzez wyrażanie tych myśli na głos. Już wystarczająco przyniosła hańbę swoim postępowaniem. Zgodnie z wiarą fengszłej skupiała się na zadaniu, odnalezieniu kobiety, jak zleciła jej Amazońska władczyni. Nie myślała o niepowodzeniu, lecz o tym co chciała osiągnąć. Roztrząsanie obaw mogło tylko sprowadzić je na jej głowę. Lecz, jeżeli Niebiosa zdecydują inaczej, postara się być w tym przypadku wierna naukom Sifu i przyjąć jako naturalną kolej rzeczy życie wśród wajgurenów, daleko od Qin, na wygnaniu. I postara się żyć najlepiej jak tylko potrafi i podążać godnie i pewnie nową Dao, która jej przypadnie. A przypadnie, jeżeli wraz z najemnikami nie odnajdzie tej Xeny...
Przerwała rozmyślania pod wpływem roztaczającego się widoku. Jadąc główną, pewnie najszerszą ulicą tutaj, notowała w pamięci co ważniejsze miejsca i budynki, a poza tym po prostu rozglądała się po obcym jej mieście. Zaraz za bramą minęła "przyklejoną" do muru sporą, drewnianą budowlę z szerokim zadaszonym gankiem od frontu i dwoma koniowiązami, z nawet dość liczną grupą wierzchowców wokół nich. To i kręcący się w okolicy osobnicy, pozwoliło jej na domysł, że pewnie to ta lokalna mordownia u Tadżyka. Obrzuciła jeszcze raz dokładnie spojrzeniem budynek, zapamiętując wygląd, wysokość, rozmieszczenie okien i wyjść. Tak na wszelki wypadek...
Kawałeczek dalej to co zobaczyła, wywołało uśmiech na jej twarzy. Targowisko. Gwarne, tłoczne, kolorowe i wspaniale zaopatrzone jak na tak daleko wysuniętą na Zachód mieścinę. Markitta zaczynała mieć także jakieś zalety. Nie mogła nie skorzystać z takiej okazji i nie uzupełnić różnych przysmaków, przypraw, a może i jeszcze kupić czegoś za okazyjną cenę. Nie teraz oczywiście, ale na pewno postara się odwiedzić to miejsce.
Dalej Markitta niczym nie zasługiwała sobie na miano miasta. Porządnych budynków było tutaj niewiele. Nawet siedziba miejscowego włodarza, na którą wskazywały liczne straże i bliskość czegoś, co musiało być koszarami, nie powalała na kolana. Gdyby nie strażnicy, normalnie nie poświęciłaby budowli ani chwili uwagi i być może nawet do głowy by jej nie przyszło, że tutaj mieszka Chan. Ale biorąc pod uwagę otoczenie, w którym dominowały jakieś prymitywne chatki, a nawet jurty, zaś jedyną porządną ulicą była ta, którą jechała, pozostałe to tylko plątanina mniej lub bardziej wydeptanych przez ludzi i zwierzęta ścieżek, rzeczywiście ta budowla mogła uchodzić za coś godnego miejscowego władcy. W Qin nawet najniższej rangi urzędnik nie zniżyłby się do odwiedzenia takiego miejsca, a co tu mówić o zamieszkaniu. Oczywiście jej to było bez różnicy, nie była urzędnikiem w służbie Wanga i nie raz przyszło jej egzystować w gorszych warunkach, ale nie mogła ot tak zaprzestać porównywania tego co było jej znane i swojskie, z barbarzyńskimi zwyczajami i architekturą. Szczególnie, że widziała to wszystko na własne oczy, pierwszy raz w życiu, a nawet to co znała z pism, do tej pory różniło się od jej wyobrażeń.
Dotarła do portu. Nie było nawet bardzo brudno i nie śmierdziało, zapewne dlatego że nie był to port morski i nawet spowolniona nadbrzeżami rzeka sprawnie wypłukiwała nieczystości i dostarczała świeżej wody. Dzięki temu port nie był cuchnącym, zastałym bajorem ze zdechłymi rybami, ścierwojadami i zieloną, mętną mazią tylko z przyzwyczajenia określaną wodą. Ku jej zaskoczeniu dalej było nawet lepiej, gdyż tawerna "Po Murem" okazała się niedużym, parterowym budyneczkiem krytym strzechą. Od frontu, niedaleko dwustopniowych schodków prowadzących do drzwi była nawet drewniana ławeczka i zadbana rabatka kwiatowa, na zimę opatulona warstwą ziemi. Sing Lung poczuła się mile zaskoczona. Ktokolwiek był właścicielem tej oberży miał odpowiednie podejście. Nie kręcili się tutaj też żadni obdartusy ani pijacy. Tak, to powinno być właściwe miejsce na zatrzymanie się w barbarzyńskiej mieścinie. Do karczmy przylegały pomieszczenia stajenne, ale jako że nikt nie pojawił się w obejściu - co odrobinę ochłodziło ciepłe uczucia Sing Lung względem właściciela przybytku - by spytać czego sobie życzy lub odprowadzić jej konia, sama przywiązała na razie swojego wierzchowca do poprzecznej belki niskiego ogrodzenia w pobliżu budynku. Odpięła sakwy i odrobinę przygięta pod ich ciężarem przeszła przez drzwi. W sali, w której się znalazła panowały czystość i porządek. Znajdowały się tutaj trzy stoły z ławami, kominek. Nie było gości. Za niedużym szynkwasem stała młoda kobieta o kaukaskich rysach twarzy. Lekko kręcone, rudawe włosy opadały jej na ramiona. Przewyższała Sing Lung o głowę (1,72 wg MG <g>), a może jeszcze trochę, ale była proporcjonalnie zbudowana i jak najbardziej sprawiała kobiece wrażenie, w niczym nie przypominała karczmianych babsztyli jakie nie raz trafiały się na szlaku karawan. Na widok gościa wytarła ręce o biały fartuch, uśmiechnęła się i odezwała:
- Witamy "Pod Murem". Nazywam się Alissa, czym mogę służyć?
Sing Lung z ulgą ściągnęła lewą ręką mongolską czapę z głowy, po czym odwzajemniła uśmiech i podeszła do lady. W tle, na zapleczu krzątał się jakiś młody mężczyzna.
- Witaj. Chciałabym porozmawiać z właścicielem. - odparła, przenosząc spojrzenie z twarzy kobiety za jej plecy, w stronę zaplecza. - Mogłabyś go poprosić? Chciałabym zatrzymać się na jakiś czas w Markicie. Znajdzie się wolny pokój w tym miłym dla oka i zadbanym zajeździe?
Kobieta znów się uśmiechnęła, tym razem jednak jakby z lekkim grymasem i jednoczesną rezygnacją.
- Został jeszcze jeden. Drugi już wynajęto. Jest cichy i przytulny. Okna wychodzą na tyły. I dopiero co wysprzątałam. Mamy własną stajnię. Nie pobieramy od gości dodatkowych opłat za trzymanie w niej wierzchowców. W cenę pobytu są wliczone posiłki. Kogo mam wpisać do księgi?
Wajgureni byli dla Sing Lung jednakowi, z tymi ich haczykowatymi nosami, wąskimi ustami i jasnymi twarzami, jednakże kobieta za szynkwasem wydała jej się w jakiś sposób znajoma. To było dziwne uczucie, bo w Markicie była pierwszy raz w życiu, poza tym nie wędrowała do tej pory po świecie zewnętrznym. Najemnicy i Amazonki to byli niemal wszyscy bajreni jakich przyszło jej do tej pory spotkać. I w dodatku był to istny tłum, biorąc pod uwagę ilu ich wcześniej widziała. Minie jeszcze sporo czasu zanim nauczy się ich odróżniać, zapamiętywać twarze i widzieć różnice i cechy, które zapewne dla nich są oczywiste. Dla niej nie były. Dostrzegała tylko te najbardziej widoczne - byli biali, mieli różnokolorowe i jasne włosy, tak samo oczy i byli bardzo wysocy.
- Lung Sing, ale może jednak porozmawiam najpierw z właścicielem? Mam jeszcze parę pytań co do pobytu tutaj... - zasugerowała ponownie, gdyż kobieta zupełnie zignorowała jej poprzednią prośbę.
Alissa tym razem podparła się pod boki - Właśnie z nim rozmawiasz. "Pod Murem" to zaiste miły dla oka i zadbany zajazd - jak uprzejmie go określiłaś - a przede wszystkim całkowicie mój. I od lat staram się by te trzy rzeczy pozostały bez zmian.
Ach, więc nawet tutaj kobiety mogą być posiadaczkami nieruchomości? Ciekawe i zaskakujące. - pomyślała Sing Lung, która nie spodziewała się takiego obrotu sprawy.
- Proszę o wybaczenie, nie chciałam cię urazić. Od momentu opuszczenia moich stron, jesteś pierwszą kobietą nie tylko zarządzającą takim miejscem, ale i posiadającą je na własność. I naprawdę zasługuje ono na słowa, którymi je określiłam. To wspaniała odmiana, po tym co widziałam na szlaku.
Alissa chyba dała się tym udobruchać, bo złagodniała w postawie i odezwała się tonem już nie podszytym lekką zaczepką jak poprzednio: - Zdarza się. Prawdę mówiąc ciągle się zdarza. Powinnam się chyba do tego wreszcie przyzwyczaić, że tym wełniastogłowym poganiaczom kóz, wielbłądów czy innego tałatajstwa, nie mieści się w łepetynach, że baba może być mądrzejsza i zaradniejsza od ich prześwietnych baranojebnych mości. To o co chciałaś popytać moja droga?
Sing Lung przez chwilkę zastanawiała się, czy wełniastogłowi i baranojebni odnoszą się także do niej i jej braku spostrzegawczości co do tego, co potrafią baby... ale zdecydowała w końcu, ze to tylko taka ogólna uwaga Alissy.
- Gdyby się okazało, że jeszcze przybędzie parę osób do zakwaterowania ze mną w tym pokoju, czy to będzie jakiś problem?
Karczmarka wzruszyła ramionami: - Pokój to pokój. Tylko za żarcie zapłacicie więcej. I mogę dostawić ze dwie dodatkowe prycze. Reszta jak chce, to niech śpi na podłodze na czym tam ma. Byleby było dbanie o czystość. Nie toleruje spania w pościeli w kubrakach, ledwie wyprawionych skórach i rozlatujących się buciorach zdejmowanych raz na rok. Wolę stracić zarobek i wywalić takiego gościa na ulicę niż potem pół dnia wywabiać smród i brud z łóżek, podłóg i prześcieradeł. Jakby co, na tyłach jest łaźnia, wystarczy dać znać, zagrzeję wody i dam ręczniki. Rzeka blisko, to nie pustynia, każdy może się pluskać do woli. Mam nadzieję, że się rozumiemy?
- Oczywiście. Dla mnie też jest nie do pomyślenia unikanie wody i maści myjącej, gdy jeszcze ma się te obie rzeczy pod ręką. Ręczę ci, że będę pielęgnować porządek jaki zastanę w tym pokoju i nie złamię zasad, którymi się kierujesz, prowadząc ten zajazd. Nie mogę mówić tego samego w imieniu moich ewentualnych towarzyszy, ale przekażę im twoje słowa, poza tym zdaje się, że im także będzie miła kąpiel, czyste odzienie i nocleg w cywilizowanych warunkach, po trudach w tajdze.
- To dobrze. Acha, posiłki podaję na głównej sali. Powiedźcie wcześniej dla ilu osób mam przygotować. Mniej przez to nie zapłacicie, ale nie chcę marnować zwierzyny i świeżych jarzyn jak wam się odwidzi.
- Jak sobie życzysz. – zgodziła się bez oporu Sing Lung i zaraz spytała - A czy samemu można coś przygotować? Z własnych produktów? Albo nabytych tutaj?
Alissa spojrzała na nią spode łba i zaplotła ramiona na piersiach.
- Nie truję gości dziewczyno. Ani specjalnie pędzonymi jadami, ani przypadkiem zepsutym jedzeniem. U Alissy wszystko masz świeżutkie. Mam kawałek własnej ziemi i na zimę zawsze piwniczkę pełną suszonych, marynowanych, kiszonych, a nawet świeżych, choć może odrobinę przemarzniętych, warzyw i owoców. Tak samo mięcho. Na tyłach jest kurnik i króliki. Ryby mój chłop łapie w górze rzeki jak goście mają życzenie na takowe. Jedynie świninę, koninę, kozinę i baraninę kupuję na targu, ale Chan by pasy z takiego drania kazał żywcem drzeć, co by zepsute mięso albo chore zwierzęta na targu zapodawał. Więc mi tu ostrożnie z takimi insynuacjami, bo jeszcze sobie pomyślę, że ktoś chce mnie obrazić.
Okropnie drażliwa ta właścicielka - pomyślała sobie Sing Lung - Ale może i ma powody. Pewnie nie łatwo jest się utrzymać w miejscu takim jak to i widać, że uważa za sprawę honoru renomę zajazdu.
- Nie, nie, skądże. Nie było moim zamiarem urażenie cię czy podanie w wątpliwość jakości obsługi i klasy tej tawerny. Jadąc od bramy, mijałam targ i zainteresowały mnie niektóre sprzedawane tam rzeczy. Lubię gotować i chciałabym móc przyrządzić parę dań na sposób z moich rodzinnych stron aby ugościć nimi moich towarzyszy. Zapewniam cię, że nie ma to nic wspólnego z nieufnością co do jakości serwowanego "Pod Murem" jadła. Zapewne tyleż samo serca i dbałości wkładasz w pomieszczenia kuchenne i przyrządzanie pożywienia dla gości, co we wszystko tutaj. Widać kobiecą rękę. Niezwykle mnie ujęła ta ławeczka i rabatka przed frontem. Rzecz rzadka niezmiernie, a może nawet istniejąca tylko w tym jedynym zajeździe na zachód od Ściany. - Sing Lung starała się ułagodzić wzburzoną karczmarkę. - Chętnie skosztuję specjalności twojej kuchni, jak tylko będę miała okazję. Być może moi towarzysze okażą się mniej ufni, ale nie bierz tego do siebie, widocznie nie mieli tego szczęścia by być goszczonym w tak doskonale prowadzonej i wysokiej klasy karczmie. A wracając do zakwaterowania, czy możesz mi rzec kiedy drugi pokój będzie wolny? - Sing Lung podjęła próbę zmiany niewygodnego tematu.
- Tamci nie zamierzają na razie się wyprowadzać i pokój nie jest do wynajęcia. A pogadać z nimi będzie trudno, bo przychodzą tylko tutaj spać. - dodała karczmarka, uprzedzając kolejne pytanie klientki. - Wracają późno w nocy i wcześnie wychodzą. Ale nie awanturują się, nie brudzą i płacą, więc nie widzę powodu, dla którego miałabym namawiać ich do wyjazdu czy interesować się co porabiają jak ich tutaj nie ma. Mam nadzieję, że okażecie się równie cichymi i spokojnymi gośćmi, a ja zadbam, żeby wszyscy byli zadowoleni z pobytu pod moim dachem. - Wskazała drzwi na zapleczu i mały korytarzyk za nimi - Zapraszam, zaprowadzę cię do pokoju.
Kwatera jej nie rozczarowała. Pokoik nie był przesadnie duży, ale rzeczywiście czysty i zadbany. Miał nawet coś w rodzaju niewielkiego przedsionku pomiędzy głównym pomieszczeniem, a drzwiami na korytarzyk. W powietrzu unosił się zapach drewna, świeżo wyszorowanych podłóg i tataraku. Nie panował zaduch. Było co prawda zimno, ale to za sprawą otwartego na oścież okna, wpuszczającego do pomieszczenia świeże powietrze. Karczmarka zamknęła okno i pańskim spojrzeniem obrzuciła pokój, upewniając się, że wszystko jest jak należy. Sing Lung z zadowoleniem skonstatowała, że szerokie, przynajmniej dwuosobowe, drewniane łoże, ustawiono z boku, tak że nie stało niewłaściwie naprzeciwko drzwi wejściowych niczym trumna. Zamiast łóżka w przeciwległej ścianie był zgrabny, podmurowany kamieniami kominek, miast prostego paleniska. Nie było krzeseł, zamiast nich na podłodze pokrytej puszystymi kawałkami owczych skór porozrzucane były tu i tam poduszki i inne uczynione z płócien, pakuł i trocin workowate siedziska, na modłę chyba bardziej ludów pustynnych, jak sądziła. Łoże było niskie i proste, ale wyglądało na solidne i wygodne. Przykrywała je ładnie haftowana kapa. Nawet, jeżeli nie miało materaca, tylko siennik, to i tak spędzenie na nim kilku nocy będzie niewyobrażalnym luksusem i przyjemnością i zapewni miłe wspomnienia, ale i tęsknotę podczas kolejnych dni wędrówki.
Alissa wzięła się za rozpalenie w kominku. Wkrótce tańczące wesoło płomienie dodatkowo rozświetliły pokój i dodały mu przytulnej atmosfery. Nie dawały jeszcze wiele ciepła, ale i tak cztery ściany zapewniały znośną temperaturę w porównaniu z tą na zewnątrz. Sing Lung pomna uwag karczmarki zzuła futrzaste, wysokie buty i ostrożnie ustawiła je przy kominku na kawałku podłogi przykrytej ceramiczną płytką. Jak podeschną, wystawi je do przedsionka.
- Jeżeli czegoś jeszcze będzie ci trzeba, po prostu wystaw głowę za drzwi i zawołaj. Na pewno usłyszę w głównej izbie. Nie kłopocz się koniem, zaprowadzimy go do stajni i odpowiednio zajmiemy.
Sing Lung skłoniła się w podzięce: - Dziękuję. Poczekam tutaj przez chwilę, a później zapewne przejdę się na targ. I jeśli pozwolisz, przygotuję chociaż napar z cza na małą ceremonię, którą obiecałam zrobić po dotarciu do miasta...
Alissa wzruszyła ramionami: - A niech tam. Wodę czy zupę możecie sobie zagrzać w kociołku czy imbryku nad kominkiem. Ale ze smażeniem to na dwór. W kuchni wam rozbijać się nie dam. Ale za domem jest coś w rodzaju półotwartej szopy, a w niej podmurowane palenisko. Używam tego w lecie. do wypalania drewna i wędzenia. Jest osłonięte od wiatru i śniegu, opatulone trzciną, więc nie zamokło i nie zamarzło. Tylko mi chałupy nie podpalcie, bo powieszę na haku i tam uwędzę! – zapowiedziała groźnie i znikła za zamykanymi drzwiami.
Sing Lung z ulgą pozbyła się wreszcie ciężkiej kurty, kubraka i spodni. Jedwabne odzienie nie grzało, ale było czyste i lekkie. W pokoju już zresztą robiło się ciepło i nie groziło jej siedzenie z zieloną twarzą i szczękającymi zębami. Z sakwy wyciągnęła świeże, białe skarpetki, płócienne buciki, kościany grzebień, miedziane lusterko, mały wachlarz i szpilę do włosów. Nad kominkiem powiesiła kociołek, do którego ze stojącego w kącie cebrzyka nalała wody. Pod kapą na łóżku była pikowana kołdra i dwie poduszki. Pod jedną z nich wsunęła kunai, dokładnie je wpierw wycierając z tłuszczu i na wszelki wypadek owijając w lnianą szmatkę. Wokół niskiego stolika w rogu pokoju ułożyła siedziska, a na nim samym postawiła tacę, na której ustawiła pięć glinianych czarek, żeliwny imbryczek i gliniany przelewnik. Wyjęła też z sakwy inne kuchenne utensylia, razem z małym wokiem i na razie odłożyła je na bok. Po czym usiadła na łóżku i rozpuściła włosy. Nie mogła ukryć przed sobą, że poczuła się cudownie. Jakby na moment wielki ciężar zdjęto jej z barków. Przez mgnienie oka miała wielką ochotę wczołgać się pod kapę i przespać ot tak kilka godzin. Otrząsnęła się. Wystarczy ogień w kominku, łóżko z czystą pościelą i parę skór na podłodze, żeby ludzki duch miękł jak glina pod wodą na kole garncarza. W tajdze nie straszne jej były większe trudy, ale stanięcie w obliczu choćby takiej namiastki wygody obudziły w jej sercu pragnienie poddania się jej i zapomnieniu choć na chwilę o zadaniu. Nie, nie wolno jej. To niewłaściwe i niemądre. Nie tego nauczył ją Sifu. Pokonać samego siebie, to właściwa Dao. Usiadła na łóżku, tyłem do drzwi, a twarzą do kominka. Czekając aż woda się zagotuje, wzięła się za rozczesywanie włosów powolnymi pociągnięciami. Wydawało się, że migocące płomienie bez reszty przyciągnęły jej wzrok...
Ał czi mien duj łan czon lannnn, rzy sie sian na hon gu kłaaan, daaan sy die daaa, kuu ruu dzinn kang
szuł dzin baj cian dzan, jen kłon li czang, ło faa fłen tuuu cian, cuu hał hannn, cu ge hał han cy -Zanuciła cicho słowa pieśni o silnych ludziach, o żelaznej woli i mężnych sercach, trudzących się w czerwieni wschodzącego słońca...
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
R
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 18 Kwi 2006
Posty: 4178
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 14:06, 04 Paź 2008    Temat postu:

TURA 4 POD MARKITTA, ROZMOWA ZE STRAZNIKIEM (NPC), SING LUNG, 11:30


- Witaj dzielny strażniku tego pięknego miasta. Wybacz moje pytanie, wynikające zapewne z kobiecej niewiedzy, ale czy przez jakieś, bynajmniej nie z twojej winy niedopatrzenie, nieumyślnie zupełnie nie podałeś o połowę za wysokiej kwoty za wjazd? Nie jestem handlarzem, a to nie jest moja karawana, tylko obcy mi ludzie, z którymi zrządzeniem losu wspólnie podróżowałam do Markitty, korzystając z ich uprzejmości i ochrony w drodze.
Strażnik odwzajemnił powitanie, wyraźnie zadowolony z epitetów, którym określiła jego i Martkittę. Słysząc jednak pytanie, obrzucił ją lekko kpiącym spojrzeniem i skomentował:
- A kiedy to ostatnio byłaś kobieto w Markicie? Ceny się zmieniają, wszystko drożeje, pieniądz nie jest już tyle wart co kiedyś, ciężkie czasy nastały, handlarze sprzedają wyleniałe skóry za góry złota, za stare szmaty, zjełczały tłuszcz i marne ostrza liczą sobie podwójnie. A nasz Chan dba, by miasto nie straciło swej świetności, zaś mieszkańcy nie cierpieli z powodu chciwości karawaniarzy, którzy tylko się bogacą na naszej krwawicy.
Sing Lung przeczekała cierpliwie tę tyradę, zalatującą fałszywym zmartwieniem chyba za góry Honsju. A prawdą mniej niż najdelikatniejsze pachnidła konkubin najszacowniejszego Wanga.
W końcu wtrąciła delikatnie i cichutko:
- Nigdy nie miałam jeszcze zaszczytu odwiedzenia tego prześwietnego miasta, ale na szlaku karawan, gdy przyszło mi z nimi wędrować, brali mniej...
Strażnik na te słowa napuszył się jak paw i z dumą odparł:
- Ha, tutaj jest Markitta, centrum cywilizacji, a nie jakaś zapyziała stacja karawan.
Sing Lung spodziewała się odpowiedzi w podobnym stylu i tylko w myślach dodała sobie, że na szlaku karawan w CYWILIZOWANYCH miejscach, nie takich jak to, brali mniej.
- A czy w tym centrum cywilizacji, można dostać wino ryżowe? - spytała najbardziej niewinnym tonem jakim potrafiła, skrzętnie skrywając tony sarkazmu.
Strażnik pokręcił przecząco głową, ale zaczął patrzeć z zainteresowaniem. - Och szkoda - zmartwiła się z głębi serca Sing Lung, robiąc zwyczajowo przy takich targach nadmiernie zatroskaną minę - Zapewne dostawy jeszcze nie dotarły z powodu złej pogody?
- Hmmm, chyba jeszcze nie miałem okazji spróbowania tego trunku... - odparł mężczyzna z lekkim zażenowaniem w głosie, nie chcąc przyznać, iż w Markicie jest to nieznane.
Sing Lung rozpromieniła się na te słowa w uśmiechu: - Przypadkiem mam ze sobą buteleczkę, byłoby mi niezwykle miło, gdybym mogła zaoferować strudzonemu i pełniącemu z oddaniem swe obowiązki żołnierzowi spróbowanie tego trunku. Czy uczynisz Dai Goh mi tę uprzejmość i pozwolisz sobie ofiarować ten drobny upominek z mojego regionu?
Chyba tylko latom szkoleń zawdzięczała, że jej głos był wciąż łagodny, spokojny, a słowa kwieciste. Do tej pory nie przyszło jej być tak uprzejmą i zabiegać o przychylność stepowego barbarzyńcy, nie będącego zacnym obywatelem Qin. A to był dopiero początek poświęcenia się w imię sprawy...
- Z południowych regionów Mongolii - odparła naturalnym głosem, nie dając po sobie poznać ile tak naprawdę kosztowało ją takie oświadczenie. Ale nie liczyły się jej uczucia, przekonania, niechęci. Była słowem i gestem w takich chwilach, nawet jeżeli nie była to prawdziwa służba. Postanowiła zaryzykować i dorzucić mały test - To niewielka wioska, może słyszałeś o niej Dai Goh, leży nad rzeką Feishui?
Tak jak przypuszczała, twarz strażnika pozostała zupełnie obojętna, nazwa zupełnie nic mu nie mówiła i nie zauważył, iż nie jest to mongolska rzeka. Najwyraźniej nie znał też historii Qin.
- Nie, nie słyszałem - odparł tonem i z miną, dająca do zrozumienia, że mieszkaniec cywilizowanej Markitty nie musi znać wszelkich zabitych dechami nomadzkich wioseczek, ale jednocześnie humor wyraźnie mu się poprawił i zaraz dodał: - Ale mój kuzyn ożenił się z dziewczyną z jednego z mongolskich klanów. - Po czym popatrzył znacząco na sakwy i pakunki przytroczone do wierzchowca Sing Lung.
W pierwszej chwili nie zrozumiała o co mu chodzi. Czyżby nie pojęła jakiejś sugestii? Liczył na coś w związku z tym? A może sądził, że jest daleką krewną i właśnie przybyła w odwiedziny do jego kuzyna? Jakkolwiek było od razu zdecydowała się wykorzystać ostatnią opcję.
- Cóż za wspaniałe zrządzenie Niebios, zaiste to miasto rośnie w chwałę, gdy zaszczycają je ludzie zaprawdę godnej krwi - odparła z przekonaniem, nie precyzując jednak dokładnie czy ma na myśli wżenienie się Kazacha w mongolski klan, czy może odwrotnie. - Tym bardziej będzie mi miło poczęstować być może mojego kuzyna winem ryżowym. - z tymi słowami sięgnęła za pazuchę i z szacunkiem, wręczyła strażnikowi, trzymając w obu dłoniach, niewielką, kamionkową flaszkę z trunkiem
Mężczyzna zdaje się, że wziął jej wcześniejszy komentarz za komplement względem jego nacji, bo już otwarcie zaproponował przepicie za tak fortunne spotkanie rodaczki żony swego kuzyna.
Uśmiechnęła się przepraszająco: - Chętnie bym wychyliła czarkę lub dwie, ale czy nie uważasz Dai Goh, iż to nie przyniesie ci ujmy kiedy tak kobieta będzie piła w twojej obecności i czyż nie wolałbyś zachować na zimowe wieczory także tych porcji, które mogłabym wypić? A może masz życzenie, aby szepnąć tu i tam, by do Markitty co jakiś czas docierał drobny upominek z pozdrowieniami od krewnej?
Strażnik skinął głową ze zrozumieniem, chowając flaszeczkę - Racja, kobiecie ze stepu nie wypada pić w obecności mężczyzn. Ujęło mnie, że znasz swoje miejsce i nie przynosisz wstydu klanowi i gotowy jestem ponieść własną szkodę i obniżyć stawkę myta o 3 dinary.
Sing Lung liczyła na nieco większy upust. Trzy dinary to on mógł oferować swojemu Chanowi jako podatek od procederu przy bramie. Udała jednak, że niedokładnie zrozumiała propozycję strażnika: - O trzy z tych pięciu, które płacą wędrowcy? Wyjaśnij mi to drogi kuzynie kuzyna z żoną z mongolskiego klanu, bo umysł kobiety nie jest tak sprawny jak mężczyzny... I zaraz dodała zmartwionym tonem: - Jeżeli przyjdzie mi ubogiej niewiaście wydać wszystkie pieniądze na sam wjazd do miasta, to wielka hańba spadnie na mą głowę, gdyż nie będę mogła godnie ugościć ani obdarować swych krewnych w Markicie, a nie przystoi też bym przyniosła wstyd mojej ukochanej żonie kuzyna twojego, bracie gdy będę nieobuta i nieodziana błąkać się po ulicach, nie mając czym zapłacić za suknię, nocleg czy strawę.
Strażnik roztropnie zachował dla siebie oczywistą aluzję, że niekoniecznie kruszcem można płacić za powyższe. Jeżeli już grali w powinowactwa i cnotliwe niewiasty, nie mógł sam podawać w wątpliwość reputacji przyszywanych krewniaczek. Nawet jeżeli przyszywana była tylko na potrzeby tej rozmowy. Przełknął więc gładko jej żale i z chytrym uśmiechem oznajmił:
- Straciłbym honor gospodarza, gdybym wziął od takiego gościa mniej niż 6.
- Ależ nawet nie śmiem myśleć, że mogę urazić tak prześwietnego gospodarza, który zamieszkuje w miejscu pełnym takich wspaniałości. Ze swojej strony zapewniam cię drogi krewniaku, drogiej małżonki, drogiego kuzyna, iż będę sławić twoją szczodrość i maniery, a jeżeli zgodzisz się na skromne 3 dinary, twoje imię będzie równoznaczne z honorem w całym mym klanie.
Klepała odruchowo. Negocjacje dwóch towarzyszek obok, zdaje się, że nie poszły po myśli blondwłosej, bo nagle przerwała rozmowę, sięgnęła zdecydowanym ruchem do sakiewki i wręczyła monety drugiemu strażnikowi. Po czym z typowym dla siebie dziwnym pomieszaniem póz, których Sing Lung nie potrafiła jednoznacznie odczytać, czy oznaczają przyjazne nastawienie, wręcz przeciwnie, ostrzegawczą oziębłość czy zwykłe zadzieranie nosa, ruszyła w stronę przejazdu do miasta.
Strażnik, z którym rozmawiała Sing Lung wzniósł oczy ku niebu z westcheniem: - Za 5 dinarów mój Chan kazałby wlec mnie za koniem, a za cztery obedrzeć ze skóry. Co zrobiłby gdybym wziął trzy, wolę nawet nie myśleć.
- A czy Chan dowiaduje się o każdej rozmowie rodzinnej? - rzuciła od niechcenia.
Sarkissa nie dołączyła jednak do blondwłosej, tylko dalej rozmawiała ze strażnikiem. Arira zatrzymała się i spojrzała na swoją towarzyszkę. Po chwili druidka szybkim krokiem przekroczyła bramę miasta i znikła za rogiem. Strażnik i Arira popatrywali na siebie z chłodną niechęcią, na ile mogła to ocenić.
- Chan - oby żył wiecznie - wszystko widzi i wszystko wie. - zapewnił gorliwie jej strażnik, tak, że prawie mu uwierzyła, że sam wierzy w to co mówi. - Ale dla rodziny gotów jestem zaryzykować wleczenie za koniem.
- To tylko niewinna pogawędka. O kosztach utrzymania w mieście, w którym mieszkają ludzie tak wielkiego serca i zalet - dorzuciła jeszcze, ale właściwie tylko by tradycji stało się zadość, bo jej rozmówca już kręcił głową i stracił swój jowialny wyraz twarzy. Targi dobiegły końca, nie ma co naciskać i powinna zadowolić się tym co osiągnęła. Poza tym jego kompan, pozostawiony sam sobie , uznał zdaje się milczące towarzystwo Ariry za nieciekawe i przeniósł swoje zainteresowanie na ich rozmowę.
Sing Lung czym prędzej wysupłała monety i dała je strażnikowi, okraszając to paroma słowami o szczodrobliwości członków rodziny żony jego kuzyna.
Sarkissa nie wracała, a Sing Lung trochę się obawiała efektów dyplomatycznych działań obu kobiet. Wolała zachować pozory niezorientowanej podróżnej, zanim któryś ze strażników zmieni zdanie co do tego za ile powinni ich krewniacy wjeżdżać do Markitty.
Na odchodnym spytała jeszcze strażnika czy nie mógłby polecić jej jakiegoś zajazdu, na pewno jest doskonale zorientowany, gdzie kobieta taka jak ona może znaleźć godną gościnę?
- W głębi miasta jest gospoda "Pod Murem". Cnotliwa kobieta prędzej znajdzie tam spokojny wypoczynek niż "U Tadżyka".
Strażnik klepie jakąś zwyczajową formułkę grzecznościową i życzy Sing miłego pobytu w mieście. Przepuszcza ją i zajmuje się resztą towarzystwa.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
R
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 18 Kwi 2006
Posty: 4178
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 14:10, 04 Paź 2008    Temat postu:

TURA 7, OK GODZINY DO ODJAZDU Z MARKITTY, PO ZGROMADZENIU W POKOJU W TAWERNIE POD MUREM


Sing Lung kończyła się pakować. Ostatni raz sprawdziła zabezpieczenie klingi obu mieczy i czy dobrze ostrze jest natarte tłuszczem. Schowała broń do futerału. Spotkanie w pokoju niewiele wniosło. Przynajmniej nic nowego, jeżeli chodzi o pozostałych towarzyszy w zadaniu. Poza Sarkissą nikt z wajgurenów nie podzielił się tym co wiedział. O dziwo nie wywiązała się też żadna dyskusja na temat wyruszenia z miasta i kierunku drogi. Czyżby przedmowa Sarkissy była tylko formalnością? Niemal bez wahania zadecydowano, że ich celem będzie Nukus. Nawet gadatliwa Arira tym razem tylko stała, patrzyła i przez całe spotkanie nie odezwała się ani słowem. Wręcz wyglądała na znudzoną, a przynajmniej mało zaciekawioną tym o czym mówiło się w pokoju. W dodatku w porannej rozmowie nie przejmowała się tym, że Sarkissa nic jeszcze im nie powiedziała, że nie właściwie nie wiadomo gdzie mieliby się udać... Nalegała tylko na opuszczenie miasta, niemalże ignorując pytania Sing Lung. Po prostu już wiedziała gdzie dokładnie przyjdzie im się udać, niezależnie od tego czego mogła się dowiedzieć druidka od kobiety, z którą miała się spotkać? Propozycja Egipcjanki przeszła właściwie niezauważona. Tak jakby mogła powiedzieć cokolwiek, a i tak decyzja została już podjęta. Kogo miała na myśli Anephut? Siebie? Miała długie włosy, ale była o wiele potężniejsza ciałem od Xeny i pewnie wolniejsza. A może... Nie, o czym ona myśli. Nie czas na to... Czy Xena w ogóle zainteresowałaby się taką ciemnoskórą, prawie ciągle pijaną, olbrzymką? Może jako strażniczką, może... Sing Lung na misję szpiegowską czy dyplomatyczną by jej nie zabrała. Jedynie jako silnego zbrojnego, pod warunkiem, że nauczyłaby się nie odzywać nie pytana, cokolwiek by się działo. A na pytania też musiałaby odpowiadać bez własnych domysłów lub je ignorować. Ale pewnie dałoby się ją tego nauczyć. Pochodziła z krainy piasków, niewolniczego kraju z ludem, który wielbił poddańczo władcę-boga. W tajdze może być nawet przydatna, może w walce, ot dodatkowy miecz, być może sprawny miecz. Gdyby Anephut była mężczyzną, na pewno znalazłaby się w gronie kandydatów do bandy Boriasza. Wielka, umięśniona, do dzbana, podążająca karnie za większością, małomówna, a jeżeli już się odzywała, to prostym językiem, bez filozofowania i większego zastanawiania się nad tym czego nie widać. Doskonały materiał na żołnierza. Nie pyta, nie szuka, żyje z dnia na dzień, myśli tylko tyle ile potrzeba by nie zginąć w bezpośredniej walce. Pewnie też wpierw wykona rozkaz, a dopiero później się może zastanowi nad jego celem.
Kim było źródło wiadomości Sarkissy i czy zaszemrało też do pozostałych? Do niej na pewno nie, bo jej wiadomości nie miały wiele wspólnego z tym co powiedziała Sarkissa, poza tym sama wybrała czas i miejsce na dowiedzenie się czegoś. Nawet dla niej wiara we wróżby i los miała jednak jakieś granice. To czego się dowiedziała wiązało się prawdopodobnie z Xeną, Boriaszem i ich bandą, możliwe, że wiązało się także z wajgurenami, ale wątpiła by pozostali z towarzyszy dotarli idealnie do tych samych ludzi i miejsc. Zdobyte informacje pochodziły zapewne z niezależnych – wyłączając główny ich temat – źródeł. Tylko porannej rozmowie z Arirą zawdzięczała to, że niemal bezgłośne podjęcie decyzji o wyjeździe tak bardzo jej nie zaskoczyło. Miała czas to przemyśleć i zastanowić się co powiedzieć z tego co wie i w jaki sposób. Jednakże filozofia jej życia znów okazała się najwłaściwsza – zakładanie z góry wydarzeń jest bezsensowne. Jakiekolwiek planowanie przestało mieć znaczenie w momencie przemowy Sarkissy i później gdy pozostali czym prędzej opuścili pokój i udali się w sobie tylko znanych celach. Arira wybierała się w swoją własną podróż, jej pośpiech z wyjściem mogła zrozumieć. Sing Lung jedynie mogła być jej wdzięczna, że uznała za stosowne powiedzieć jej o tym miast zniknąć nagle i bez słowa jak miały w zwyczaju dwie osoby spośród najemników. Jedynie konsekwentnie unikała w rozmowie wyjaśnienia jej czym tak nagła decyzja wyjazdu została spowodowana. Gdyby to od Sarkissy wyszła taka propozycja, byłoby to zrozumiałe, biorąc pod uwagę posiadane przez nią wiadomości. Jednocześnie to nie z nią Arira odbyła nocną naradę, gdyż inaczej nie byłoby potrzeby przekazywania informacji o wyjeździe druidce, jedynie zaś Sing Lung i Anephut. Czy pozostali uczynili coś co spowodowało, że należało w wielkim pośpiechu wyjechać z miasta? Ta zraniona ręka Biren... Zabiła kogoś? Sing Lung umknęła strażnikom, zresztą była pewna, że nie trafili wtedy na jej ślad i nie mieli pojęcia, że to ona była podejrzanym gryzoniem. Ale może nie tylko ona wpadła na pomysł odwiedzenia pałacu miejscowego władcy owej nocy? Może biren okazała się jak zwykle zbyt pewna siebie i swych umiejętności i spotkała ją potyczka ze strażą? Być może Arira dowiedziała się o całym zdarzeniu i to był dodatkowy powód tego, że blondwłosa kiepsko spała. Ten kto ma zgniłe serce jest dręczony przez smoki. Ale to przysłowie z jej kraju, może tutaj jest odwrotnie. Może to dobrze, że nie spała twardo i beztrosko jak Dai Goh i białoskóra Dzimej... Może tutaj to spokojny sen świadczy o zgniłym sercu...
Z drugiej strony, jeżeli ich drużyna była tak podejrzana, tak obserwowana jak twierdziła Arira i tak niechętnie widziana w mieście, dziwne, że do tej pory do karczmy nie zawitał już jakiś zbrojny oddział Chana albo paru zaufanych zabójców jego Xiōngdì. Chociażby tych dwóch ze stepowej bandy, których widziała. Takie odwiedziny mogły mieć miejsce niezależnie od zabitego strażnika, podejrzeń kto to zrobił czy w ogóle wiedzy, że ktoś niepowołany kręcił się po dworzyszczu Chana. Wystarczyło podobno, że byli obcy w nieprzyjaznym mieście i wtykali palce w cudze ryżowe bułeczki. A jednak nic się nie działo. I to było jeszcze dziwniejsze. Jak widać jakiekolwiek zajście w mieście, którego przyczyną mógł być ktoś z wajgurenów nie zaowocowało żadną reakcją miejscowych ani władz, ani tubylców, ani szarych Wangów. Zamiast tego mieli trzy dni spokoju, jedzenia i odpoczynku. Nawet jej obawy co do tego, że celem stepowych dzikusów pracujących dla Xiongdi Chana są oni, okazały się chyba błędne, bo właśnie wyjeżdżali z miasta... Chyba, że jednak to nie Markitta miała być miejscem zasadzki.
Biren też nie uznała za stosowne powiedzieć czegokolwiek poza niespotykanym, nawet jak na kogoś cieszącego się dość wysokim statusem bez urodzenia, komenderowaniem zgromadzonym co należy zrobić. Albo wykorzystywana latami pobłażliwość rodzeństwa, doprowadziła do tego, że bez względu na miejsce i obecność innych osób, kobieta nie pamiętała już jak powinna się zachować, albo to co powiedziała było właśnie wcześniej uzgodnione przynajmniej przez część osób w pokoju i po prostu powiedziała co jej kazano, doskonale wykonując polecenie. A to ostatnie wiązało się u lojalnego Biren rodziny z brakiem jakiekolwiek inicjatywy wobec obcych, jeżeli nie dotyczyło obrony rodu. W tej sytuacji i w obliczu wyjazdu z miasta Sing Lung zdecydowała się na razie nie mówić czego była świadkiem i co konkretnie usłyszała. Co nie znaczyło jednak, że nie zdradzi tyle ile było niezbędne w zmieniających się realiach dnia. Miała nadzieję, że Arira weźmie sobie jednak do serca jej prośbę i nie wyruszy samotnie w drogę, a podczas niej zachowa większą czujność niż w trakcie dotychczasowej wędrówki. Była pewne, że blondwłosa przekaże ostrzeżenie także elfowi, a możliwe, że i Lukrynowi, jeżeli jednak da się ponieść porywowi serca i to jego zaprosi na towarzysza. No cóż, zapewne zmniejszy tym szanse przeżycia, jeżeli nie obojgu to na pewno sobie. Sing Lung uczyniła to na co mogła sobie pozwolić wobec zaistniałych warunków.
Na łóżku ułożyła podróżne ubranie. W pokoju było ciepło, a ona miała jeszcze trochę czasu do wyjazdu. Arira już wyszła wraz ze swoimi tobołkami. Sarkissa poszła zająć się koniem. Jej kałmuk od rana był gotowy do drogi, wystarczyło tylko go osiodłać i wskoczyć na grzbiet. Mogła więc w spokoju oddać się myślom i kontemplować ostatnie chwile spędzone w luksusowym pokoiku nim znów znajdzie się na lodowato zimnym szlaku. Sięgnęła do sakwy po zszyte czerwonym sznurkiem karty papieru i przybory do pisania. Początkowo wahała się czy powinna zapisywać to czego była świadkiem w swej Podróży na Zachód. Ale kiedy odjechała wystarczająco daleko od Qin uznała, że nie powinna się obawiać, iż jej zapiski trafią w niepowołane ręce. Szybko zorientowała się, że piktogramy są jedynie skomplikowanymi obrazkami dla większości ludów pod tej stronie Ściany i nie rozumieją oni kryjących się za nimi znaczeń. Mogła zapisać cokolwiek widziała lub słyszała i nie musiała przy tym ukrywać rękopisów w bieliźnie albo w skrytkach po karczmach. Kreślenie piktogramów także było sztuką, umiejętnością i gongfu. Kaligrafię należało pielęgnować i ćwiczyć tak jak ćwiczenia ciała. A poza tym lubiła pisać, przelewać słowa na papier kształtnymi znakami i ruchami dłoni delikatnymi jak wiosenny wiatr na polach i pewnymi niczym woda spływająca zakolami rzeki. A z praktycznego punktu widzenia jej zapiski mogły okazać się bardzo ważne w Qin, jeżeli będzie dane jej wrócić do kraju. Do tej pory nikt nie zapuścił się samotnie i bez orszaku dyplomatycznego tak daleko, w dodatku w dzicz, omijając władców i Jedwabną Wstęgę. Ułożyła starannie karty i przybory do pisania na niskim stoliku. Na ceramiczna płytkę rozkruszyła tusz z patyczka. I zatrzymała się w połowie ruchu. No tak, musi to czymś rozpuścić. Naplucie uznała za mało eleganckie, zresztą musiałaby też oblizać pędzelek, a nie chciała wyruszyć w podróż z czarnym językiem i być może śladami tuszu na twarzy i rękach. Woda była niezbędna. Niestety wszystko już było posprzątane i popakowane. Żadnych cebrzyków, imbryczków, czy chociażby miednicy z wodą po myciu. Karczmarka lubiła czystość, ozdobne firanki, siedziska i kapy, niefortunnie jednak w tej chwili dla Sing Lung, nie przejawiała zamiłowania do roślinek w wazonach, z którego Azjatka mogłaby użyczyć sobie parę kropel. Nie pozostało jej więc nic innego jak zejść do głównej sali albo kuchni i przynieść sobie nieco shui.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
R
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 18 Kwi 2006
Posty: 4178
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 14:12, 04 Paź 2008    Temat postu:

TURA 7, OK GODZINY DO ODJAZDU Z MARKITTY, PO ZGROMADZENIU W POKOJU W
TAWERNIE POD MUREM
czesc trzecia

Sing Lung skarciła się w duchu za swoje zamyślenie i opieszałość w cofnięciu się do pokoju. Alissa dostrzegła ją stojąca w korytarzyku. Przechodząc obok, rzuciła propozycję rozmowy za pół godziny. Sing Lung wolałaby, żeby kobieta nie wiedziała, że była świadkiem zajścia. Bezpieczniej byłoby poczekać na powrót Sarkissy i podzielić się z nią tym co usłyszała i zobaczyła. Może dowiedziałaby się jeszcze czegoś... Ale na udawanie nieświadomej było chyba już za późno... Chociaż mogłaby spróbować... Ponurak przepędził Kaprawego i jego ludzi. Przez jakiś czas tutaj nie zajrzą, przynajmniej tak długo jak on będzie w tawernie. A zwalniali pokój po posiłku... Tak więc towarzysze w zadaniu będą raczej już za bramą, gdyby znajomych Alissy znów naszła chętka ją odwiedzić.
Z „rozmowy” wynikało, że Xiongnu chodziło o karczmarkę. O jej przeszłość. Sing Lung znów wróciła do swoich podejrzeń co do nadawczyni wiadomości dla Alissy... Czy jakkolwiek naprawdę ta kobieta się nazywała. To mogłoby się zgadzać, ale nie miała zamiaru za bardzo przyzwyczajać się do tej teorii. Nawet jeżeli „Alissa” odpowiedziałaby szczerze na jej pytania – w co obecnie wątpiła – i potwierdziła jej domysły, to i tak istniało niebezpieczeństwo, że dzikusy z Hordy mają rozkaz zasadzić się na ciekawskich wajgurenów węszących w Markicie. W mieście niewiele już będzie mogła zdziałać. Zaraz wyruszają. Jeżeli Ordyńcy już ochłonęli i zdecydują się odreagować porażkę u Tadżyka niech Biren postara się najlepiej jak potrafi. Sing Lung nie mogła już im bardziej pomóc. Arira i elf powinni być obecnie w miarę daleko od czterech Xiongnu. Niestety, obawiała się, że tych czterech to nie jedyni, których mogą spotkać na szlaku, a więc i blondwłosa i elfi mężczyzna. Ostrzegła Arirę jak mogła, dwójka wędrowców także była już zdana na siebie w tej chwili. Ci wajgureni zupełnie nie rozumieli, że szansę mają jedynie w grupie. Rozdzielanie się, izolowanie, indywidualne wyprawy, znikanie na pół doby, tylko ich osłabiało. Co innego gdyby od początku każdy działał w pojedynkę, bez spotkania w ogóle pozostałych. Po cichu mógłby się przemknąć, niezauważonym przewędrować wiele mil samotnie lub jako część karawany. Jako grupa rzucali się w oczy, ale tylko jako grupa mogli stawić czoła silniejszemu przeciwnikowi. Xiongnu byli jak wilki i jak wilki prędzej zdecydują się zaatakować oddzielone źrebięta od stada niż samo stado. Trudno, Alissa nie dała jej wyboru, ale przynajmniej spróbuje się dowiedzieć o co chodziło i kim jest tak kobieta. Zdecydowała, że przyjdzie na rozmowę, ale nie z pustymi rękami... A poza tym jak już tu jest, to uczyni to co zamierzała – rozrobi tusz. Zza szynkwasu wzięła jedną z kolorowych butelczyn, odkorkowała i z namaszczeniem odmierzyła odpowiednią ilość silnie woniejącej mikstury. Odstawiła naczynie na miejsce i udała się do pokoju, by przygotować się odpowiednio do czekającego ją spotkania. Po niecałej półgodzinie, którą spędziła dość pracowicie, zeszła do głównego pomieszczenia gotowa już do drogi i z sakwami. Czapę przytroczyła poręcznie do sakwy, a kubrak przerzuciła przez ramię. Na założenie go było jeszcze za wcześnie, tylko by krępował jej ruchy i przegrzał. A tak miała wolne ręce i miejsce do naturalnego skrycia boaxinu. Miecza zdecydowała nie używać. W kuchni było za mało miejsca. Była w już w niej i znała wygląd, wielkość i układ pomieszczenia. Nie sądziła by Alissa w ciągu tego czasu postanowiła nieoczekiwanie ją przemeblować, np. wykopując palenisko z fundamentów i przesuwając je pod drzwi albo w miejsce wielkiego kuchennego stołu w centrum...
Ponurak i dziewuszka nadal siedzieli w głównej sali i czekali na posiłek. Nawet nie spojrzeli w kierunku Sing Lung zajęci jakąś rozmową między sobą. Za to ona pozwoliła sobie na przyjrzenie im się ukradkiem, starając się zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Być może ich drogi jeszcze się skrzyżują tam gdzie w grę będzie wchodziła Dzika Horda...
Cicho przeszła przez drzwi i stanęła w rogu pomieszczenia, przyglądając się bez słowa „karczmarce”. W Alissie nie pozostało już nic z pewnej siebie i uśmiechniętej właścicielki tawerny. Spięta, zacięta w sobie, wyraźnie zdenerwowana i z jakąś śmiertelnie zimną twardością w ruchach. Jedną ręką przyrządzała obiad swoim gościom, a drugą pakowała pospiesznie swoje manatki. Kiecki, bieliznę... na końcu broń. Jednocześnie była tak pochłonięta myślami, że w ogóle nie zdawała sobie sprawy z obecności Azjatki. Ta jednak nie wykorzystała okazji, na razie sama obserwacja jej wystarczała... Z niej też można było wiele wynieść i przygotować się do działania... Widziała jak karczmarka się porusza, na co zwraca uwagę, czy jest prawo czy lewo ręczna. Zobaczyła też jakiego rodzaju broń używała. W kuchni było nieco noży i tasaków w zasięgu rąk kobiety, ale czy naprawdę zdecydowałaby się na użycie ich wobec Sing Lung? Zobaczymy. To mogłoby być... ciekawe? Posługiwanie się kuchennymi nożami i tasakami o szerokim ostrzu nie było Sing Lung obce. Od najmłodszych lat uczono ją ich używać do przygotowywania posiłków i jak każda piękna i doskonała forma umiejętności dawała możliwość uzyskania gongfu każdemu kto poświęcał się ćwiczeniom. Czy byłyby równie biegłe? Widziała jak Alissa przyrządza jedzenie, karczmarka zaś nie widziała jak czyniła to Sing Lung. Czy znała ostrość, ciężar i uchwyt każdego z narzędzi? Kłamstwem byłoby powiedzieć, że Sing Lung chętnie by się o tym przekonała, ale samą możliwość uznała za interesującą. Być może kiedyś odda się badaniu tego elementu. Czekała...
Wreszcie Alissa spostrzegła, że Sing Lung ją obserwuje.

<ROZMOWA Z ALISSA W OSOBYM LISCIE>
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
R
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 18 Kwi 2006
Posty: 4178
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 16:07, 04 Paź 2008    Temat postu:

tutaj miejsce na senki z Alissa jak Tian i Zico da <g>
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
R
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 18 Kwi 2006
Posty: 4178
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Sob 16:14, 04 Paź 2008    Temat postu:

Do Nukus zostało tylko pół dnia drogi. Co będzie ich tam czekało? Czy spotkają resztę drużyny? Sing Lung od rana czuła lekki niepokój. Nie wiedziała dlaczego. Przecież do tej pory podróż przebiegała względnie spokojnie. Nikt ich nie napadł, Alissa nie próbowała zabić, pogoda była dobra, zapasów mieli w brud... Wizyta w Karagandzie przebiegła sprawnie i bez problemów. Najedli się, rozgrzali, wyspali. Zakupili prowiant, a Sing Lung nawet wypatrzyła podróżny namiot taki jak Alissy i skorzystała z okazji. Swobodnie mieściły się w nim dwie osoby, a przy odrobinie chęci nawet trzy.

Odbyła parę rozmów z Sarkissą na różne tematy, nawet z Anephut... Chociaż z perspektywy czasu trudno nazwać to rozmową. Sing Lung wciąż było wstyd za swoją pomyłkę. Chociaż nadal nie była tak zupełnie pewna, czy jednak nie ma racji...

Właśnie zwinęli obóz i powoli ruszali w dalszą drogę. Skąd więc ten niepokój? A może właśnie dlatego... Niebiosa są nadzwyczajnie łaskawe ostatnimi czasy... Nawet szpieg nie dawał o sobie znać... Może pojechał za tamtymi?

Nagle susami minęła ich sarna. Sing Lung przez chwilę podziwiała grację i gibkość zwierzęcia. Może w innych okolicznościach zdecydowałaby się na polowanie?

Za chwilę przebiegła druga... Ciekawe... I wtedy usłyszała przytłumiony śniegiem tętent końskich kopyt...

Odwróciła się. Pozostałe towarzyszki zrobiły to samo. Słońce świeciło im niemal w twarz, ale połać stepu wydawała się spokojna i pusta... I wtedy się pojawili. Wyłonili się zza załomu terenu. Zasłonili słońce i przelali się jak błotnista fala przez horyzont. Tętent nabierał na sile. Nawet przez moment nie pomyślała, że to może pozostali z drużyny... Czarne sylwetki najeżone były futrem, rękojeściami wschodnich szabli, krawędziami tarcz i szpiczastymi hełmami. Pędzili na nich w niesamowitej ciszy... Niesamowitej jak na takich jak oni...

- Xiongnu - szepnęła Sing Lung.

- Koczownicy! - wrzasnęła jej nad uchem Alissa. - Jeśli wam życie miłe, pogońcie konie i nie oglądajcie się za siebie! Nie wyglądają jakby chcieli nas tylko zapytać o drogę! - krzyknęła już w pełnym pędzie.

Anephut i Sarkissa bez słowa poszły w jej ślady. Sing Lung także z całych sił uderzyła piętami w boki konika. Drobne zwierze jakby zdawało sobie sprawę z zagrożenia, a może niepokój pozostałych jeźdźców i koni mu się udzielił, bo wyprysnął przed siebie równie rączo jak wcześniejsze sarny.

Sing Lung przylgnęła całym ciałem do grzbietu i szyi kałmuka. Na razie dotrzymywała tempa większym zwierzętom, ale jak długo jej wierzchowiec da radę tak biec?

Pędzili szlakiem na złamanie karku. Śnieg pryskał spod kopyt, krajobraz umykał po bokach roztrzęsioną smugą.

Coś świsnęło koło twarzy Sing Lung. Za chwilę zobaczyła jak ciemne kształty przelatują koło Sarkissy i Alissy. Strzały! Kilka wbiło się w śnieg i przed wierzchowcami. Żadna z nich nie zwolniła. Sing Lung nie zaryzykowała obejrzenia się za siebie. Nie chciała myśleć, że właśnie w tej chwili ktoś celuje jej w plecy i że lada moment siła uderzenia zmiecie ją z siodła. Usłyszała jak kolejne groty wbijają się w zmarzniętą ziemię. Zaskakujące jak czułe mogą być zmysły w chwili niebezpieczeństwa. Konie zaczynały chrapać, pulsowanie krwi w skroniach zlewało się rytmem w jedno z łomotem kopyt wierzchowców uciekających i pogoni, a mimo to była w stanie usłyszeć coś takiego jak przelatujące i trafiające w cel strzały. Zastawiała się tylko czy tamci są aż tak kiepskimi strzelcami, czy mają jakiś ukryty zamiar w nie zabiciu ich od razu. Zapewne to jedna z rozrywek tych dzikusów... Może się zakładają, która z nich pierwsza podda się panice... Jeżeli sądzą, że strzały posyłane im w plecy zachęcą je do zatrzymania się, to wyraźnie się przeliczyli. Żadna z kobiet jak na razie nie miała takiego zamiaru. Alissa na moment zerknęła za siebie i jeszcze bardziej popędziła konia.

- Zasrańcy, zabiją nas jeśli się nie pospieszymy! - wrzasnęła.

Starała się jak mogła by nie zlecieć z pędzącego rumaka. Byli w kiepskiej sytuacji, albo zginą od strzały albo złamią kark przy upadku. Obejrzała się na swoje kompanki. Azjatka i druidka pochylone do granic możliwości, Egipcjanka jedną ręką trzymała się konia, drugą chroniła wina.

- Anephut, puść to wino jeśli Ci życie miłe i kładź się na koniu! Nie będę targać Twoich zwłok!- krzyknęła.

Miała ogromną ochotę wytargać tę kupę mięsa za włosy, ale po akcji w namiocie jaka wydarzyła się miesiąc temu wiedziała, że i tak na nic by się to zdało. Poza tym okoliczności również nie były teraz sprzyjające, ale odnotowała sobie w pamięci by zrugać ją jak tylko i o ile wyjdą z tego żywi.

Xiongnu coś wrzeszczeli. Sing Lung początkowo nie zwróciła na to uwagi, jednak w pewnej chwili zdała sobie sprawę, że nie są to jedynie dzikie pohukiwania i wojownicze okrzyki. Rozpoznała z lekkim trudem pojedyncze słowa.

- Oni chcą, żebyśmy się zatrzymali! - krzyknęła do pozostałych.

Alissa spojrzała na nią jakby Sing właśnie powiedziała, że słońce jest zielone.

- Oszalałaś?! Zabiją nas!- odkrzyknęła.

- Dzi mej, przekazuję tylko ich słowa - krzyknęła głośniej Sing Lung i niemal nie spadła z konia na kolejnym ostrym zakręcie.

Alissa nagle poczuła jak ląduje na ziemi. O dziwo upadek złagodziła jej Anephut, pod którą koń również padł ugodzony strzałą, ale mimo wszystko uderzyła w coś dosyć mocno głową.

Mroczki stanęły jej przed oczyma.

- Oo...- mruknęła karczmarka - Niedobrze... Sing, Sarkissa! Stójcie!

Zaczęła się podnosić, nie zwracając uwagi na wciąż leżącą na ziemi Egipcjankę. Zakręciło jej się w głowie i upadła na jedno kolano.

"Bardzo niedobrze" pomyślała.

Znała tych ludzi, ich sylwetki wzbudzały w niej strach. Ich przywódcą był Yagder, brat jednego z oficerów Boriasza. Pamiętała go dokładnie...

Sing Lung nieoczekiwanie zdała sobie sprawę, że widzi jedynie plecy Sarkissy przed sobą. Usłyszała kwik koni i jęki za plecami. Szarpnęła wodze, osadzając konika w miejscu. Zobaczyła Anephut i Alissę leżące na śniegu. Ich konie przebierały rozpaczliwie nogami w śniegu. W końcu ten większy, Egipcjanki z trudem dźwignął się z ziemi. Z szyi sterczało mu drzewce, śnieg barwił się czerwienią. Zwierzę rzęziło. Drugi koń znieruchomiał. Alissa usiadła z jękiem i złapała się za głowę, popatrzyła w jej stronę i coś krzyknęła. Sing Lung nie zrozumiała, ale przysięga nie pozwalała zostawić jej Amazonki. Zresztą Anephut też tam była. Zawróciła konia, nie patrząc czy Sarkissa robi to samo. Nieważne. Może chociaż jej uda się uciec. Tamci byli coraz bliżej... Zsiadła z konia i klepnęła go w zad, zmuszając by stanął między nimi, a pościgiem. Wyjęła z futerału broń. Płynnym ruchem wyciągnęła klingę. Zaszemrała cicho w powietrzu... W drugiej ręce obracało lekko kunai na lince... Starała się choć trochę skrywać za wierzchowcem.



Alissa obserwowała Sing Lung i Sarkissę. Azjatka zawróciła konia, zsiadła z niego i wyciągnęła broń gotowa bronić jej i Anephut. Gdyby głowa nie bolała jej tak mocno pewnie i sama dobyła by miecza i ruszyła do ataki, ale w chwili obecnej zaczynało się jej troić przed oczyma.

- Sing - wydyszała - Nie wiem czy dam radę walczyć.

Przecierając oczy, wyciskając z siebie siódme poty udało jej się stanąć na nogach. Czuła się jak na statku podczas sztormowej pogody, ręką sięgnęła miecza.

Znów upadła na jedno kolano i jęcząc podniosła się z powrotem.

Bandyci zatrzymują się przed nimi półkolem. Yagder wysunął się nieco do przodu i warknięciem spytał Alissę:

- Pamiętasz mnie, suko?

Alissa zmarszczyła brwi.

"Pamiętam sukinsynu, doskonale" pomyślała.

- Owszem - odparła głośno, zaciskając dłoń mocniej na rękojeści swojego miecza - Czego ode mnie chcesz?

- Daleko mi zwiałaś. Musiałem za tobą gnać przez pół stepu, choć było mi nie po drodze... - rzekł powoli.

- Nie musiałeś się aż tak wysilać - uśmiechnęła się krzywo - Trzeba było dać sobie święty spokój.

- Trudno. Brat mnie prosił. O święty spokój dla ciebie.

Sing Lung rozpoznała jednego z nich od razu. A więc kłopoty jednak ich dogoniły. Kaprawy wdał się w wymianę zdań z Alissą. Egipcjanka dawno już pozbierała się z ziemi i także dobyła miecza. Za plecami usłyszała pobrzękiwania ozdób Sarkissy. Oby była tak dobra w posługiwaniu się włócznią jak mówiła. Xiongnu było dziesięciu. Kaprawy, pewny swego wyszedł przed szereg. Nic go nie chroniło. Sing Lung zastanawiała się czy zdoła zarzucić mu linkę na szyję i przyciągnąć do siebie... Nie dadzą rady z nimi wygrać... Mieli jakąś szansę, jeżeli nie ośmielą się narażać życia swojego przywódcy, ale to bandyci... Mogą go zdradzić... Czekała jak rozwinie się rozmowa... Sądząc po odzywkach Alissy, Kaprawy mógł stracić panowanie nad sobą... Karczmarka kompletnie zrezygnowała z ukrywania tożsamości i specjalnie prowokowała mężczyznę, chyba nawet Anphut dawno już przestała uważać ją za karczmarkę w interesach, która chciała trochę popodróżować z drużyną... Jeżeli rzuci się w jej stronę wykorzysta sytuację...

Yagder powoli wycelował palcem w Alissę.

- Możemy jeszcze się dogadać... - rzekł. - Powiedz nam kim są Ci przebierańcy, z którymi podróżujesz i co im powiedziałaś, to obiecuję zabić Cię szybko i bezboleśnie...

Alissa uniosła brwi.

"Kpisz sobie zafajdańcu?"

- Daleka rodzina, jedziemy do cioci na imieniny - rzekła.

Hun przeniósł wzrok najpierw na Sarkissę, a potem na Sing Lung.

- A Wy? - spytał. - Ona widocznie jest za głupia żeby skorzystać z mojej oferty. Może zatem Wy coś powiecie zanim wszystkich was poobdzieram ze skóry?

Jakiej oferty?! To ją miał zabić szybko i bezboleśnie, a z czymś takim to w ogóle Kaprawy niech idzie do wielbłądów. Sing Lung i tak musiała bronić Alissy, zresztą żadnemu Xiongnu nie przepuści, woli zginąć niż z nimi pertraktować.

- Qin nie układa się z Xiongnu - odparła zimno, powoli i po chińsku z doskonałymi akcentami. Niech ten dzikus nie myśli sobie, że odezwie się do niego w jego nieludzkiej mowie.

"Phi! Ja głupia... Kretyn jeden, jeszcze żeś nie widział głupiego" - pomyślała Alissa, unosząc miecz.

- Nie wierzysz, Twój problem. Spadaj, albo Ci dokopiemy.



Sing Lung nie miała dobrej perspektywy, mimo tego jednak zdecydowała się na rzut. Była pewna, że i tak je zaatakują, nie narażała więc dodatkowo pozostałych, a mogli coś zyskać.

Ostrze błysnęło w słońcu, niestety jeden z ludzi Kaprawego krzyknął ostrzegawczo. Koń tamtego zatańczył. Mężczyzna instynktownie uniósł przedramię. Nie miała zamiaru go zabijać, więc kunai nie wbiło się w ciało. Linka zamiast owinąć się wokół szyi oplotła mu lekko rękę. Ostrze wytraciło impet i zabujało się bezwładnie na lince. Yagder uśmiechnął się z politowaniem i zacisnął dłoń na kunai. – Co chcesz mi zrobić takim sztylecikiem kobieto?

Zanim pociągnął linkę w swoją stronę, ubiegła go, kilkoma ruchami nadgarstka odplątując jego przedramię i szarpnęła, powodując powrót broni do siebie. Mężczyzna zaklął kiedy ostrze przecięło mu rękawicę i dłoń. Strzepnął wściekły krople krwi na śnieg i posłał jej pełne groźby spojrzenie, po czym cofnął się za swoich ludzi i krzyknął coś po huńsku. Ci dobyli szabel i ruszyli na drużynę.

Sing Lung, widząc, że koczownicy zsiadają z koni i najwyraźniej gotują się do walki w zwarciu, pomyślała, że właśnie Niebiosa dały im dodatkową szansę na przeżycie. Kaprawy wyraźnie lekceważył przeciwnika. Zamiast wystrzelać je z łuków z bezpiecznej odległości, posłał swoich ludzi do bezpośredniego starcia. I to na ziemi, nie z wierzchowców, chociażby lekką szarżą. Przed czymś takim raczej nie zdołałyby się obronić, za to angażując napastników w serię pojedynków, mogły część z nich wyeliminować i wyrównać szansę. Zastanawiające, czy Alissę uważał za niegroźną z powodu obrażeń po upadku, czy też znał jej umiejętności walki i nisko je oceniał. Teraz okaże się czy butne przechwałki Amazonki, takimi tylko pozostaną, czy rzeczywiście będzie w stanie obronić siebie, a może i ich – tych jakże niedoświadczonych, nieumiejętnych i nieostrożnych najemników za jakich ich miała. Pozostałych oficer Boriasza zdecydowanie nie uznawał za wyzwanie. Dał temu wyraz w słowach. Możliwe, że ich płeć tym razem stała się atutem. Podejrzewała, że wobec mężczyzn Hun nie zachowywałby się tak lekceważąco i bez czujności. Nie ktoś z takim wyglądem, ktoś kto nosił blizny i przeżył w ordzie i na stepach.

Na więcej przemyśleń nie miała już czasu. Zdążyła jedynie gwizdem i uderzeniem płazem miecza odpędzić kałmuka na bok. Nie chciała zostać bez wierzchowca, zresztą w walce na ziemi, koń byłby i przeszkodą i zagrożeniem, a nie ochroną przed ciosami.



Rzuciła się biegiem w stronę grupki wojowników, po drodze zrzucając nakrycie głowy w śnieg. Warkocz mógł okazać się lepszym orężem niż czapa ochroną głowy. Nie pozwoliła by sami wybrali cel lub zdecydowali się na jakąś zorganizowaną taktykę. Sama nie miała zamiaru angażować się w wyczerpujące parowanie ciosów z silniejszymi i większymi od siebie mężczyznami. To co wydawało się ich przewagą spróbowała obrócić na swoją korzyść. Poruszali się wolniej z racji zbroi, mięśni i wzrostu. Mieli cięższy oręż i mogący z łatwością przeciąć coś o wiele grubszego niż skórzany kubrak, ale o mniejszym zasięgu niż jej miecz. Nie chronił jej pancerz, ale dzięki temu miała też większą swobodę ruchów. I mogła być szybsza, a to mogło uratować jej życie, a im je odebrać. Musi tylko postarać się by jej nie trafili i jak najbardziej oszczędzać siły, a ich zmęczyć. Jej miecz, mimo że niesamowicie ostry, nie został stworzony do przebijania tarcz, kolczug czy hełmów. O wiele lepiej sprawdzał się w walce z końskiego grzbietu. Ale i w takiej potyczce jak tutaj, miał swoje zalety i na pewno nie był niegroźny czy bezużyteczny. Giętkie ostrze wytrzymywało starcie z twardszą i cięższą klingą, wykorzystując siłę zwarcia przeciwko takiej broni. Nie groziło mu pęknięcie, a szermierzowi rezonans powstały z uderzenia, a przy tym w sprzyjających okolicznościach mógł nawet przeciąć oręż przeciwnika.

Ostrze niemal pląsało jak żywe, ześlizgując się po krawędzi szerokich szabel aż do zaokrąglonej osłony jelca. A tam, gdy tylko mogła, przeciągała pozornie zablokowanym ostrzem po dłoniach i palcach ściskających rękojeści, wywijając się jednocześnie bokiem spod uwolnionej klingi. Tym sposobem unikała trafienia, nie traciła siły na parowanie, nie narażała się na odrętwienia ramienia od zbyt silnego ciosu, swego lub ich. A jednocześnie wykorzystywała pęd przeciwnika i jego siłę na wytrącenie go z równowagi, na odsłonięcie, na obrócenie jego rozpoczętego ataku przeciwko kompanom. Tracili czas na wyhamowanie cięcia, które z zamierzenia miało ją dosięgnąć, a ci, którym się to nie udało, ranili towarzyszy. Nieważne czy lekko, czy ciężko, liczyło się samo trafienie i dezorientacja. Sama, jakby naśladując ruchy swej klingi, także okręcała się wokół napastników, przemykała im pod ramionami, chowała za plecami, uciekała spod zamaszystych cięć, uderzeń czy zwykłych kopniaków. Nie zamachiwała się szeroko mieczem. Nie dźgała nim. Nie próbowała odcinać łbów i kończyn, czy rozpłatać. Nie miałoby to sensu. Ostrze służyło głównie do obrony i rozproszenia przeciwnika. Świst klingi i refleksy światła na niej przyciągały zmysły niczym płomień ćmy. Oczy walczącego odruchowo podążały za ostrzem i czerwonym chwostem zamocowanym przy głowicy. Nawet jeżeli było to tylko chwilowe, dla niego mogło okazać się ostatnim widokiem w życiu. Pchnięcia wyprowadzała kunai trzymanym w drugiej ręce. Linkę okręciła wokół nadgarstka by uniemożliwić wytrącenie jej broni. W bliskim zwarciu sheng biao mogła wykorzystać jedynie w taki sposób, nie miała możliwości walczyć nim tak jak było do tego przeznaczone. Celowała w zgięcia, złącza części pancerza, tam gdzie ciało nie miało ochrony, a nawet krótkie, ale cienkie ostrze bez trudu torowało sobie drogę. Zadawała ciosy w pachwiny, pachy, ścięgna, w boki i plecy pod zagięcia napierśników, pod kolana, w uda. Sztych nie musiał być śmiertelny, wystarczało, że bolesny, że nie pozwalał na utrzymanie broni, oślepił, zaskoczył, utrudniał poruszanie, wywracał na ziemię, przerywał atak i uniemożliwiał nowy, kolejnemu napastnikowi. Tam gdzie nadarzała się okazja, łagodnie a zwodniczo zaokrąglonym, samym końcem ostrza miecza przejeżdżała po oczach, uszach, nosach, szyjach, przebijała policzki. Nie sięgała tam kunai, byli za wysocy, ale sprężysta niczym struna klinga bez trudu pozostawiała rany na ich twarzach. Eliminowała walczących z potyczki, nieważne, że oddychali, ważne, że nie mogli podnieść oręża na jej głowę i innych. Skrwawiała ich, męczyła. Przewracając się mogli podciąć innych, ich krew mogła zmienić śnieg, w śliską czerwoną breję, ich jęki zatrwożyć i rozkojarzyć kompanów. Płytkie cięcie w czoło, wystarczało by krew nieustannie zalewała im oczy i czyniła wzrok nieostrym. Niewielka, ale umiejętnie zadana rana mogła spowodować wewnętrzny krwotok lub utopienie się we własnej posoce wypełniającej płuca. Nie wspominając już o najzwyklejszym wykrwawieniu się, gdy nikt nie udzieli rannemu pomocy, a on sam nie będzie potrafił powstrzymać wyciekającego z niego życia z każdym uderzeniem serca. Musiała jednak uważać. Zbytnie poddanie się walce, stracenie czujności, nadmierne przekonanie o swojej nieuchwytności, mogło w jednej chwili ją zabić. Krwiste bagno pod stopami i dla niej stanowiło niebezpieczeństwo. Jeżeli straci równowagę, poślizgnie się, wtedy cios – chociażby i słaby - mógłby ją jak nie uśmiercić to zranić, ogłuszyć, wytrącić broń. A po tym szybko ją dopadną, nawet, jeżeli zostanie tylko jeden, nawet nie w pełni sprawny. Opanowała wewnętrzną gorączkę, uspokoiła na tyle, na ile mogła w obecnej sytuacji, starając się jasno ocenić sytuację i stan innych.

Sarkissa dmuchnęła jakimś białym pyłem w twarz jednemu z koczowników, po czym mężczyzna padł na ziemię, targany konwulsjami. Druidka dodatkowo przebiła mu stopę swoją włócznią. Jak dla Sing Lung zrobiła to niepotrzebnie, nierozważnie przy tym pozbywając się oręża. Na szczęście zaraz jednak złapała upuszczoną przez wojownika szablę. Chyba umiała jej używać, jeżeli to uczyniła.

Sing Lung zerknęła w stronę Alissy. Amazonka nie walczyła zbyt sprawnie ani porażająco, być może z powodu słaniania się na nogach co chwila, ale jakoś sobie radziła z kolejnymi ludźmi Kaprawego.



Anephut spokojnie powalała przeciwników. Wbrew oczekiwaniom Sing Lung, rosła kobieta posługiwała się raczej uderzeniami łokci i kopniakami niż samym mieczem, a jeżeli już to robiła, używała go niczym maczugi, waląc zamaszyście ostrzem lub tłukąc rękojeścią. Przy czym wolała skrzyżować brzeszczot z szablą napastnika i walnąć go w tym momencie potężnie głową lub zaciśniętą pięścią w twarz niż nadziać na ostrze. Sing Lung nie interesowały motywy Anephut przy wyborze takiego sposobu walki. Może nie lubiła posoki i wnętrzności wrogów na swoim odzieniu i broni. Najzupełniej zrozumiały powód, choć nieco zaskakujący, po tym co do tej pory reprezentowała sobą Egipcjanka. Wcześniej nie wykazywała jakiegokolwiek zainteresowania przestrzeganiem etykiety czy dbałością o stosowny wygląd i prezentację. Ale to nie czas i miejsce na roztrząsanie tego dylematu. Niech ciemnoskóra barbarzynka rozbija sobie głowy i łamie kręgosłupy gołymi rękami, jeśli ma taką ochotę. Niech pozbywa się Xiongnu dowolnym sposobem, byle skutecznie i nie utrudniając przy tym walki innym. Sing Lung dodatkowo stwierdziła, że Anephut chyba uważa całą potyczkę za uatrakcyjnienie dotąd nudnej wyprawy i zbyt spokojnej podróży przez tajgę, w przeciwieństwie do pozostałych walczących kobiet. A to Sing Lung jakoś już mniej zdziwiło niż sposoby walki umięśnionej najemniczki. Cóż, barbarzyńcy i ich barbarzyńskie rozrywki... Dla Sing Lung odrobinę zbyt... nieodwracalne i nazbyt bolesne. Ale niektórzy podobno lubili to ostatnie uczucie...

Nagle pośród walczących wpadł białowłosy wielkolud, pobrzękując elementami błyszczącej niemal oślepiająco zbroi. Nim Sing Lung zdążyła się zaniepokoić, iż oto przybył im nowy, groźny przeciwnik, mężczyzna wykrzyczał po grecku chęć niesienia pomocy. Ku jej uldze nie miał zamiaru udzielać jej Xiongnu. Rzucił się w wir walki dziarsko wywijając mieczem, większym chyba nawet od tego jaki nosiła na plecach Arira.

Uznała, że nie ma potrzeby na razie poświęcać nieznajomemu więcej uwagi. Musiała skupić się na własnej walce. Ze wszystkich sił starała się uniknąć poważniejszego, fizycznego starcia. A nagle stało się to dość trudne. Jeden z koczowników wykazywał wyjątkowe natręctwo w tym względzie... Nie udawało jej się go wyminąć, dosięgnąć kunai czy wywrócić. Nie mogła też w żaden sposób zblokować jego broni własną, gdyż dzikus nie walczył szablą, ale czymś na kształt maczugi, czy nawet młota bojowego o długim drzewcu, obitym metalem i obuchu naszpikowanym ćwiekami. Jakakolwiek próba skrzyżowania z tą monstrualną bronią jej miecza, mogła skończyć się połamaniem nie tylko jej oręża, ale i rąk. Wahała się też przed przebiciem go mieczem, mimo iż mężczyzna miał na sobie kaftan włosiem na zewnątrz. Może był zbyt rosły, a broń miał cięższą i mocniejsza od innych i dla swobody posługiwania się nią lub z powodu buty zrezygnował z noszenia zbroi. A może myliła się i pod kubrakiem skrywał jakiś pancerz. Nie była w stanie tego ocenić. Gdyby zaatakowała, a jej miecz ugrzązł w spoinach, odbił się lub pękł, mogłaby nie uniknąć uderzenia młotem. A zresztą, nawet dosięgnięcie ciała ostrzem nie gwarantowało jej, że wielkolud nie wyprowadzi ciosu. Mógłby uczynić to chociażby w spazmie bólu czy z racji ostatniego bojowego zrywu. Musiała zadać mu natychmiastową śmierć, tak by ciało nie zdążyło już zareagować. Był jeden sposób. Mężczyzna nie nosił także hełmu, a gdy zamachiwał się młotem nic nie chroniło jego karku na ile mogła ocenić. To była jej szansa. Zdecydowała się postawić wszystko na wiarę w przychylność Niebios po jej stronie, a nie tych dzikusów, mimo tego co uczyniła wbrew boskim i ziemskim nakazom. Wyprowadziła sztych mieczem, skręcając nadgarstek tak by klinga ustawiła się ostrzem na skos, jakby miała zamiar przejechać tamtemu od barku przez pierś. Krawędź znalazła się na wysokości szyi koczownika. Xiongnu zaczął unosić młot, przygotowując się do ciosu. Ramiona powędrowały mu nad głowę. Wciąż starała się utrzymać dystans i wiedział o tym. Pozwoliła by kunai wyślizgnęło jej się z dłoni i złapała rękojeść miecza obiema rękami, jednocześnie rzucając się do przodu. Czuła jak klinga opiera się na mostku dzikusa. Mężczyzna dzierżył młot w górze, lada moment pchnie cały ciężar w dół na jej głowę, może na barki i ręce, jeżeli będzie miał ochotę patrzeć jak umiera w męczarniach. Spojrzał na nią. Widziała w jego oczach kpinę i pewność, iż nawet trzymając miecz obiema dłońmi nie zdoła powstrzymać go przed zmiażdżeniem jej czaszki. Błyskawicznie przesunęła lewą dłoń w prawo, krzyżując nadgarstki, rękojeść miecza brzdęknęła cicho gdy kciukiem zwolniła zaczep. W oczach mężczyzny pojawiło się zaskoczenie, przeistaczające się niemalże od razu w strach, gdy uświadomił sobie co zaraz się stanie... Sing Lung była tuż przy nim z dłońmi obejmującymi rękojeści dwóch bliźniaczych mieczy. Mieczy, których ostrza krzyżowały się ze sobą, a pomiędzy nimi, niemalże tam gdzie się stykały, znajdowała się niczym nie osłonięta szyja koczownika. Nawet nie przełknął śliny, może obawiając się, że grdyką zawadzi o którąś z ostrych krawędzi. Jednak zaryzykował uderzenie. Napiął jeszcze bardziej mięśnie, młot drgnął. Sing Lung spuściła wzrok i wykonała szybki ruch ramionami od siebie. Może miałby szansę, gdyby spróbował ją kopnąć... Nie spróbował... Sing Lung usłyszała cichy, mięsisty chrzęst, gdy oba ostrza przecinały szyję i kręgosłup. Jednocześnie płynnym ruchem przesunęła się w bok, nadal trzymając wyprostowane ramiona, przedłużone o miecze. Widziała jak głowa dzikusa plasnęła w krwawo-śnieżne błoto i potoczyła się gdzieś za nią. Zapewne pod nogi innych walczących. Może właśnie potykali się o nią lub kopali niczym w jakieś groteskowej grze. Nie sprawdziła. Młot nie zmiażdżył jej kości, nie wbił się w mózg. Nadal sterczał w górze, trzymany zastygłymi na jakiś czas mięśniami ramion trupa. Lekkim kopnięciem posłała bezgłowy korpus do tyłu. Nie chciała zostać ochlapana krwią bardziej niż do tej pory ani by przywaliło ją ciało. Dopiero gdy zewłok uderzył o ziemię, z szyi, zaczęła wylewać się rzeka najpierw jasnej, a z każdą chwilą coraz ciemniejszej, krwi. Zeszła z drogi strumyczkom, strzasnęła te kilka kropel z ostrzy, które się do nich przyczepiło i na powrót połączyła dwa ostrza w jedno. Rozejrzała się w poszukiwaniu kolejnego przeciwnika. Cała potyczka z młociarzem trwała nie więcej niż kilka uderzeń serca. Miała nadzieję, że może wajgureni, zajęci własną walką o życie, nie zauważyli nietypowej właściwości jej broni... Lepiej by było gdyby mogła to jeszcze zachować dla siebie. Nie była tylko pewna lepiej dla kogo...

- Macie ranną! – ktoś wrzasnął jej za plecami. Odwróciła się. Sarkissa chwiała się, klęcząc w błocie. Nad nią zawzięcie wymachiwał swoim tasakiem białowłosy olbrzym, parując ciosy spadające na ich oboje i próbujący zadać własne atakującym. Ruszyła biegiem w ich stronę, rezygnując z zamiaru rzucenia się do gardła Kaprawemu, kryjącemu się bezpiecznie za plecami swojego mięsa łuczniczego.


Arechion pędził w stronę Nukus. Był jakieś pół dnia drogi od celu, gdy usłyszał jakieś krzyki i brzęk - zapewne mieczy.

Chwilę później był już na stepie, gdzie dojrzał cztery kobiety walczące z piętnastoma groźnie wyglądającymi zbirami. Jedna z nich, mała Azjatka zgrabnie wywijała mieczem, kolejna próbowała odsunąć się od zgrai i walczyć tylko z jednym przeciwnikiem. Inna, rosła i umięśniona wywijała orężem na wszystkie strony jakby muchy odganiała, ale dawała sobie radę, bez problemu, blokując każdy atak na swoją osobę, zaś mniejsza od niej ruda, lekko słaniając się na nogach, starała się utrzymać w walce najdłużej jak tylko mogła. W dwóch z nich rozpoznał Greczynki. Nie zastanawiając się dłużej, dobył miecza, zeskoczył z konia i ruszył do walki.

- Pomogę wam! - krzyknął do kobiet, rzucając się do ataku.

“Ostatnio za dużo białogłowych spotykam na mojej drodze w tej bezludnej okolicy” pomyślał.

Zobaczył, że jedna z Greczynek otrzymała cięcie przez plecy. Napastnik zrezygnował z dobicia, ruszając w jego stronę. Chyba uznał, że ranna już mu nie zagraża, w przeciwieństwie do nowego gracza w tej potyczce. Arechion kopniakiem odrzucił zbira, z którym już wdał się w walkę i zamachnąwszy się mieczem ugodził tchórza - bo tylko tak można nazwać kogoś atakującego kobietę od tyłu - w brzuch, przebijając go na wylot.

- Mamusia nie uczyła, że kobiet się nie bije? - warknął, patrząc jak z oczu mężczyzny ucieka życie.

- Możesz walczyć? Wstać? - krzyknął do rannej, która klęczała na ziemi. Obok niej jeden ze zbirów wił się z bólu na ziemi. Stopę miał przebitą ostrzem włóczni. Kolejny koczownik rzucił się z wrzaskiem i szablą na klęczącą kobietę.

Arechion skoczył i zatrzymał klingę tamtego mieczem, tuż nad jej głową.

Zaczął blokować zaciekłe ataki, tym razem mające za cel jego osobę. Uderzył mężczyznę rękojeścią miecza w twarz, ale siłę ciosu złagodził nosal i futrzany otok hełmu. Koczownik nie zaprzestał walki, nawet go nie zamroczyło. Arechion blokował i atakował. Starał się nie tracić z widoku klęczącej. Kątem oka, zauważył jak nagle srebrzysty miecz, którym posługiwała Azjatka na moment w jej dłoniach się rozdwoił. Zaskoczyło go to. Bardziej niż głowa jej przeciwnika, która potoczyła mu się niemal pod nogi. Gdy ponownie spojrzał na niewielką kobietę, jej broń znów była tylko jedna. Może coś mu się przewidziało... Nieistotne, teraz były ważniejsze rzeczy niż zastanawianie się nad tym. - Macie ranną! – wrzasnął najsilniej jak mógł. - Nie mdlej - rzucił w stronę słaniającej się dziewczyny, widząc co się z nią dzieje.



Ranna kobieta chyba zemdlała. Przynajmniej tak to wyglądało z góry. Nie widział jej twarzy, więc nie potrafił tego dokładnie określić. Dopiero teraz dojrzał jak poważnie wygląda cięcie na jej plecach.
"To musi boleć" - pomyślał, zaciekle młócąc w przeciwnika.
Z grupy wybiegła mała Azjatka, która pędem rzuciła się w stronę Greczynki.
Przez krótką chwilę, pomiędzy kolejny atakiem i obroną, przyjrzał się zmierzającej ku niemu kobiecie. Kubrak mocno poszarpany, z wieloma nacięciami, zadrapania, nieco krwi na twarzy, więcej na rękach, ale na szczęście chyba nie swoją. Nie wyglądała by była ranna. Zaskakująco w sumie mało miała na sobie śladów walki i tej krwi, mimo iż była w samym centrum potyczki, a w dodatku obcięła jednemu z bandytów głowę. Dość niezwykle, że potrafiła zachować w takich warunkach coś na kształt ogłady i spokoju, zupełnie jakby była częścią zupełnie innego świata, obok tego wszystkiego.
Większość kobiet, nie wiadomo jak bardzo dobrze wychowanych, w takich okolicznościach jak te, pewnie by się zamieniło w czupiradła z mordem w oczach. Drobna kobietka, mimo iż miała gołą głowę, nie odpowiadała takiemu określeniu. W biegu powiewał za nią starannie zapleciony warkocz...

Sing Lung nie wdawała się w kolejne potyczki. Rozdawała ciosy płazem i końcem miecza, przeskakiwała nad szablami, nogami, które miały ją podciąć, obracała się, wymijając bokami stających jej na drodze. Nie było na to czasu, niech inni się nimi zajmą, chociażby ten białowłosy, sprawnie mu nawet szło. Koczownicy nie zdołali się bardziej do niego zbliżyć niż na wyciągnięcie ostrza. W pędzie rzuciła się pod nogi dwóm, którzy chcieli zaatakować mężczyznę, a nie wiedzieli, że mają ja za plecami. W ślizgu przejechała jednemu ostrzem miecza po ścięgnach nad piętami. Miał miękkie skórzane buty, bez wzmocnień. Przewrócił się jak ścięty, jęcząc i próbując złapać się za zranione kończyny. Wiedziała, że nie wstanie na nogi o własnych siłach. Może do końca życia - które i tak mogłoby być dość krótkie, w obecnej sytuacji - a może jeżeli będzie mieć szczęście i dobrego medyka, jedynie przez wiele, wiele lat.
Przemknęła pod sztychem białowłosego, który właśnie zamachiwał się na drugiego napastnika. Nie było to trudne, bo ostrze świsnęło jej dość wysoko nad głową.
Dopadła Sarkissy, nie poświęcając na razie więcej uwagi ich nieoczekiwanemu obrońcy. Ważne by dobrze się sprawił, a każde zajęło się swoim zadaniem. Jej było teraz zbadanie Sarkissy i jeżeli jest szansa na jej przeżycie, to postarać się, by nie otrzymała więcej, niepotrzebnych ran.

Arechion prawie zaklął pod nosem, gdy Azjatka przebiegła tuż pod ostrzem jego miecza. Postanowił się przesunąć nieco bliżej grupy, zwłaszcza, iż ruszył ku nim jeszcze jeden zbir. Najsilniej jak mógł uderzył klingą miecza w hełm tego, z którym w chwili obecnej walczył, ogłuszając go, po czym zwrócił się do biegnącego w jego kierunku kolejnego bandziora. Powstrzymał jego ostrze tuż przed swoją twarzą, odepchnął je i kopnął napastnika w brzuch. Kolejny cios padł z rękojeści miecza, uderzając go w plecy. Mężczyzna upuścił szablę, upadł na czworaka i zaniósł się kaszlem.

- Kimże jesteście i czego chcecie od tych bogu ducha winnych kobiet?! – wrzasnął Arechion, pochylając się nad wciąż klęczącym i kaszlącym koczownikiem.

Ten nie odpowiedział. Wstał, zaskakując kamaela swoją szybkością i uderzył z pięści go w twarz.

- Hej!- krzyknął białowłosy - Nieładnie tak!



Sarkissa ubrana była w utwardzany, podróżny strój, który jednak nie oparł się ostrej szabli. Spomiędzy rozciętych pół stroju wyglądały strzępki kiedyś jasnej koszuli, teraz przybierające karmazynowy kolor. Nie nadawała się już do niczego. Sing Lung zmartwiło szerokie rozcięcie, biegnące przez nasiąknięty krwią materiał od lewego barku dziewczyny aż do samych nerek... Mogła mieć tylko nadzieję, że rzeczywista rana jest o wiele krótsza i nie odzwierciedla dokładnie śladu ostrza szabli na koszuli. Nie chciała teraz i w takim miejscu sprawdzać rany, żeby nie spowodować dodatkowego krwotoku, czy zanieczyszczenia chlapiącym wokół błotem i krwią. Potrzebowali spokojniejszego miejsca. Nie miała swoich sakw, jedynie to co na sobie... Dokładnie! Rozpięła kubrak. Nie przejmując się obecnością mężczyzny za plecami, silnymi szarpnięciami rozpruła szwy swojej jedwabnej bluzy, którą miała pod spodem. Kłąb jedwabiu przycisnęła w centrum rany, tam, gdzie materiał koszuli dziewczyny zabarwił się czerwienią najbardziej. Sarkissa szarpnęła się i jęknęła. Drugą część bluzy porwała na pasy i delikatnie na ile mogła w takich warunkach, ale i jak najszybciej, przewiązała taki prowizoryczny tampon i opatrunek wokół tułowia, zaciskając węzły jak najmocniej pod piersiami dziewczyny, żeby powstrzymać krwawienie. Zapięła swój kubrak i odwróciła się do białowłosego z zamiarem poproszenia go o pomoc.



Wcześniej znokautowany napastnik zdążył już się podnieść i znów ruszył w jego kierunku. Arechion pomimo całej tej walki starał się sprawdzać, czy nie ma w okolicy rannej więcej przeciwników. Kątem oka dojrzał jak Azjatka rozbiera się by móc porwać w szmaty część swojej garderoby.

“Ajć, krępująca sytuacja!” pomyślał, przypominając sobie naukę o kulturze dalekiego wschodu.

Jedną ręką walczył najlepiej jak tylko potrafił, siląc się by utrzymać miecz i odparowywać nim ciosy dwóch oprychów, drugą rozwiązał swoją czerwoną szarfę, która do tej pory zdobiła jego pas.

Jednego z koczowników kopnął, drugiemu wytrącił broń i obrócił się dosłownie na moment do kobiet:

- Trzymaj - rzucił skośnookiej w pośpiechu szarfę. – W tej chwili może ci się przydać bardziej niż mnie.

Starał się nie patrzeć na żadną z kobiet, zwłaszcza, iż jedna ewidentnie robiła coś w rodzaju striptizu bez odsłaniania najskrytszych części ciała. W tej chwili byłoby to bardzo niezręczne zarówno dla nich jak i dla niego. Omal się nie potknął, obracając się ponownie.

“Jajks, patrz przed siebie Arechionie, PRZED SIEBIE!” upomniał się w myślach.

Napastnicy, z którymi walczył zdążyli się już pozbierać. Z głośnymi okrzykami zaatakowali ponownie.

“Myśl o walce... Walka, walka, walka, walka... WALKA!”

- To też przechowaj jak możesz - upuścił obok Azjatki swój sztylet, który do tej pory tkwił przy jego pasie, a obecnie nie miał zbytnio jak go trzymać, po czym oddał się dalszej bijatyce.

Musiał się naprawdę mocno skupić by wymazać z umysłu obraz, który przed momentem ujrzały jego oczy. Nie przywykł do czegoś takiego, nie w ten sposób... Musi się szybko opanować, żeby nie doszło do tragedii..

Podmuch wiatru podtoczył mu pod nogi szpiczastą, skórzaną czapę, z futrzanym otokiem. O ile zauważył wszyscy napastnicy mieli helmy i na pewno większe głowy niż rozmiar tego nakrycia... Czyżby, któraś z broniących się kobiet ją zgubiła? Podniósł ją by nie wybrudziła się bardziej i schował za napierśnik z zamiarem poszukania później właścicielki. O ile będzie jakieś później...






W tej samej chwili obok niej [Sing Lung], w rozdeptany śnieg i błoto upadł czerwony pas materiału. To białowłosy uznał, że może użyje tego do opatrywania rannej. Chyba nie zauważył, że już sobie poradziła. Zresztą w żadnym wypadku nie wykorzystałaby takiej upaćkanej szmaty do tamowania krwawienia. Nawet tutaj! Ale nie wypadało odrzucić pomocy, a na pewno nie wolno jej było go obrazić, nie przyjmując materii, czy dając do zrozumienia, że nie ma zamiaru jej użyć, bo jest brudna. Pozbierała materiał i wcisnęła za pazuchę. Ledwie to zrobiła, o ziemię plasnął kolejny "prezent" od nieznajomego - sztylet. Nie bardzo wiedziała na co jej i co miałaby z nim zrobić. Swoje kunai wciąż miała przymocowane linką do nadgarstka, a miecz schowała do drewnianej pochwy i przytroczyła sobie na plecach. Za chwilę zrozumiała. Ten materiał to chyba jakaś szarfa czy pas, którym się obwiązywał. Bez niego nie miał jak przymocować sztyletu. Zarumieniła się lekko, gdy przez głowę przemknęła jej niesforna myśl, że nie daj Niebiosa walczy teraz nieprzystojnie bez spodni, ewentualnie niezgrabnie musi je przytrzymywać jedną ręką. Widzenie go w takiej sytuacji byłoby niezmiernie krepujące dla nich obojga, a dla niego dodatkowo wiązało się z utratą twarzy. Mężczyzna nie może narażać się na drwiny, śmiech kobiety i to na oczach wrogów, do tego Xiongnu, dzikusów. Odrobinę zaniepokojona podniosła na niego wzrok. Na szczęście prezentował się doskonale. To znaczy jego ubiór nie miał żadnych niestosownych braków, poprawiła się w myślach.

- Dai Goh potrzebuję twojej pomocy. Powinnam przenieść moją towarzyszkę w spokojniejsze, lepsze do obrony miejsce. Nie zdołam jej unieść sama, nie narażając się na atak, a z zajętymi obiema rękami, nie obronię nas obu.


Arechion, słysząc prośbę Azjatki, bez zbędnych słów skinął głową. Za moment tym się zajmie, tylko wpierw pozbędzie niepotrzebnego balastu, jakim byli uparci koczownicy.

Uderzył jednego dość mocno, aż go zamroczyło, drugiego przewrócił podkopując mu kolana i podbiegł do rannej. W tym czasie Azjatka podparła dziewczynę i zarzuciła sobie jej ramię na szyję, gotowa podźwignąć ją z ziemi, jak tylko białowłosy uczyni to samo z drugim ramieniem Greczynki. Arechion przewiesił swój miecz przez plecy i uklęknął. Starał się być szybki, ale delikatny, by nie zrobić poważniejszej krzywdy. Zdecydowanym ruchem otoczył plecy rannej przedramieniem, a drugie wsunął pod kolana.

- Pozwól. Sam ją poniosę, poradzę sobie. - powiedział pewnie i uspakajająco. Sing Lung zawahała się na moment, ale widząc co się dzieje wokół nich i że odepchnięci na moment napastnicy, zaraz znów ich zaatakują skinęła głową, puściła Sarkissę i odsunęła się, żeby mężczyzna miał więcej miejsca.

- Gdzie mam ją zanieść? - spytał, podnosząc ranną w ramionach. Musiał sprawę załatwić przed pozbieraniem się zbirów do kupy.

Sing Lung wskazała dłonią w stronę stojących na poboczu całej bitwy, nieco dalej na szlaku, dwójki koni - jeden z nich był jej.



- W porządku - rzekł. - Nieźle wywijasz tym swoim wężowym ostrzem, będę wdzięczny, jeśli uchronisz moje plecy przed podobną dziurą gdy będą niósł twoją towarzyszkę.

Azjatka bez słowa dobyła miecza, w drugiej ręce błysnęło jej coś jakby sztylet. Pobiegli w stronę koni.

Alissa i Anephut pomogły im przyjmując tymczasowo całkowity atak na siebie i odcinając od nich koczowników. Mieli chwilę względnego spokoju na porządniejsze zajęcie się Sarkissą.

Sing Lung cały czas mając na oku białowłosego, czym prędzej ustawiła zwierzęta, czyniąc z ich boków jakby prowizoryczne ściany. Odpięła od siodła swojego konika podróżne posłanie i rozwinęła je na ziemi, pomiędzy wierzchowcami. Mężczyzna ułożył na nim ranną, która chyba zdawała się już odzyskiwać zmysły. Obrzucił jeszcze szybkim spojrzeniem tymczasowe schronienie i znów zajął się stawianiem czoła ewentualnym napastnikom, którzy chcieliby się tutaj dostać.

Sing Lung zobaczyła, że drugi z wierzchowców, to ten Egipcjanki. Z szyi wciąż sterczała mu strzała. Zwierzę ciężko oddychało, a krew, chociaż drobnym strumieniem, ale jednak ciągłym, spływała mu po skórze. Podeszła do niego, złapała go za uzdę i szybkim ruchem ułamała lotki. Koń chrapnął i szarpnął głową, ale nie miał siły się wyrwać. Końcem kunai rozcięła lekko ranę wokół strzały, tak, żeby nie zwiększyć upływu krwi, ale by poluzować grot. Wyciągnęła drzewce, po czym obwiązała ranę i szyję zwierzęcia szarfą nieznajomego. Nadała się do tego wyśmienicie. Później przyklękła przy Sarkissie.



Arechion podążył we wskazanym przez Azjatkę kierunku. Ani razu nie spojrzał jej w oczy. Wiedział, że byłoby to złamaniem zasad jakie panowały w jej kulturze.

Obserwując otoczenie, czekał aż Azjatka ułoży jakieś posłanie, na które delikatnie opuścił, wracającą do świadomości ranną kobietę.

- Czy to przypadkiem nie należy do ciebie? - zapytał skośnooką spokojnym, opanowanym tonem, wyjmując spod napierśnika obszytą futrem czapkę, którą wcześniej wiatr dmuchnął mu pod nogi. Gdy skinęła lekko głową, skromnie spuszczając wzrok i nie patrząc mu w twarz, podał ją jej.

- Xie xie Dai Goh - podziękowała cicho.

- Nie ma za co. Panie pozwolą - Arechion skłonił się, widząc jak napastnicy, których wcześniej rozłożył, zaczynają wstawać - Obowiązek wzywa. Mam nadzieję, że w bardziej sprzyjających warunkach i o ile wyjdziemy z tego żywi, wyjaśnisz mi co znaczy dai goh - dodał z lekkim uśmiechem, po czym dobył miecza i ruszył do ataku. Nie chciał by koczownicy podeszli zbyt blisko tego w miarę bezpiecznego miejsca.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
R
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 18 Kwi 2006
Posty: 4178
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 19:32, 26 Gru 2008    Temat postu:

LATAJACA SING LUNG I LAPIACY KAMAEL, CZYLI PEWNA WARTA PO ZIOLKACH ROZGRZEWAJACYCH

dedykuje wszystkim podrobom, posladom, palom i innym, ktorzy chca poczytac te wypociny, pod koniec dosc juz glupawkowe Smile






Białowłosy usiadł ponownie na głazie i wyciągał zza pazuchy sakwę, którą znalazł w zagajniku. Ponownie tej nocy wysypał jej zawartość na dłoń i przysunął bliżej Azjatki tak by światło ogniska dobrze padało na to co trzymał - cztery gwoździe i trzy dinary.
- Byłem na spacerze, dostrzegłem tropy i dotarłem do zagajnika, w którym znalazłem sakiewkę właśnie z tym – powiedział - W dodatku było tam trzydzieści końskich kup. Sądzę, że należą one do Hunów, a jeśli faktycznie tak jest... To mamy do czynienia z grupą większą niż ta, która opuściła step.
Przerwał na moment ani trochę nie oddalając dłoni z zasięgu jej wzroku.
- Myślisz, że to może należeć do porwanej Egipcjanki? Nie znam się zbytnio na walutach, nie wiem czy Hunowie używają dinarów.
Sing Lung mimo zmęczenia i niezbyt wesołego nastroju omal nie parsknęła śmiechem. Tak ją nieoczekiwanie rozbawiło to co powiedział Arechion. Końskie kupy należące do Hunów? Zabrzmiało to... komicznie... Czyżby Arechion słyszał coś o centaurach, pół ludziach, pół koniach i z jakiegoś powodu nagle do tego nawiązał? Pół koń... Ciekawe w której części dokładnie koń... Zaraz, zaraz, chyba w tej.. O Tian, nie wiedziała czy współczuć, czy zazdrościć kobiecie, która by spróbowała sprowadzić deszcz z takiej chmury... A może pół kobiety też są? W Qin były lisie demony i innej zwierzęco podobne istoty, ale albo były całkowicie zmiennokształtne, albo korpus miały bardziej ludzki, poza głową, więc takie dywagacje i przypuszczenia w ich wypadku nie miały znaczenia. No, ale jeżeli porównując możliwości ogiera z możliwościami mężczyzny... Ach! Co jej do głowy przychodzi? Dlaczego teraz nagle nad takimi rzeczami się zastanawia! To nieprzystojne i niepoważne dla kobiety w jej wieku. Matki dzieciom... I uwłacza Airen... Mimo wszystko... Nawet jeżeli Airen to nie dotyczyło tak naprawdę... Czyżby wystarczyło, iż oddaliła się od Qin, a już to czym żyła nie miało znaczenia? – znów łyknęła naparu. Języka w ogóle już nie czuła. Oby go sobie nie odgryzła.
Spróbowała się opanować i wróciła myślami do słów Arechiona. Niebiosa, liczył końską mierzwę przy świetle księżyca... Ciekawe z czego wnosił, że jedno łajno przypadało na... hmmm.... jednego Huna?
- Dai Goh.... wybacz.... lecz czy nie sądzisz... że ilość takich pozostałości po wierzchowcach - podkreśliła to słowo - huńskich lub nie - jest niebyt wymierne, jeśli chodzi o rzeczywistą ilość koni? Może należało raczej poszukać innych tropów, lub przyjrzeć się dokładniej śladom kopyt na szlaku? – zdała sobie sprawę, że musi więcej niż zwykle wkładać wysiłku w dobieranie i wymawianie słów. Przecież nie była śpiąca? Wręcz przeciwnie, czuła niebywałą energię... Jednakże trudno jej było zapanować nad tym co i jak chciała powiedzieć. Prawdę mówiąc miała ochotę zacząć gadać niczym sroka albo mała dziewczynka, na wszelkie możliwe tematy, bez znaczenia jaki skutek by to mogło odnieść... Ba, nawet nie oczekiwała współdialogu od Arechiona.
- A co do tych przedmiotów, przykro mi - potrząsnęła głową - nie wiem czy należały do Anephut, nie okazywała mi swoich rzeczy... Prawdę mówiąc prawie też z nią nie rozmawiałam... Nic nie wiem o tej kobiecie, nawet tyle... - zakończyła, ale takim tonem jakby jej to było w pełni obojętne, że Egipcjanka jest zupełnie obcą osobą.
Czemu właściwie miałyby ją obchodzić jakieś gwoździe i nie papierowe pieniądze... Z powodu tej ciemnoskórej kobiety? Aaaaa... Tak, Xiongnu – pomyślała mściwie i popatrzyła ponuro na Arechiona, jednocześnie próbując się odpowiednio uśmiechnąć, ale trochę szczęki jakoś dziwnie jej działały. Lisie demony, rozepnę ten kubrak, Zalan śpi, a ten może nie zauważy... a jak zauważy, to go nie zabije przecież... zresztą nie chce jej się sięgać po sheng biao... i tak jest potępiona, jedno rozerwanie ciała na strzępy więcej, jedno mniej, co za różnica!
Arechion uniósł brwi i schował znalezisko ponownie do sakwy i za pazuchę. Azjatka ewidentnie czymś się zamartwiała czy może nie czuła się aż tak spięta. W końcu teraz w jej pobliżu znajdowała się tylko jedna osoba. Nie wiedział...
Zdziwiło go też, że zdecydowała się ona odbijać nieznajomą dla niej kobietę. Widać nie ważne było dla niej to, że nie znała Egipcjanki. Pragnęła pomóc.
Pamiętał też jej zachowanie ze stepu, gdy Sarkissa została ranna. Przejęła się wtedy bardzo. Porzuciła walkę by móc pomóc przyjaciółce.
- Cóż, było tam bardzo dużo śladów kopyt, zdecydowanie więcej niż koni, na których uciekli porywacze - rzekł z lekkim zmieszaniem - Nie mogłem zbyt dobrze się rozejrzeć.
Dopił napar i wziął się za czyszczenie broni ścierką, którą wcześniej wyciągnął.
- Pamiętasz... Tam na stepie powiedziałaś do mnie 'daiajgo'- zaczął lekko nieudolnie powtarzając zwrot w jej języku - Tutaj powtórzyłaś. Mogę wiedzieć cóż to znaczy?
W duchu zmówił krótką modlitwę. Miał nadzieję, że kobieta wytłumaczy mu ten zwrot.

Sing Lung zastanowiła się na sposobem udzielenia odpowiedzi... Czy wajguren zdoła pojąć złożoność znaczenia? Chyba nie znał ludzkiej mowy... Czy mimo tego mógł zagrozić jej córkom?
- Które znaczenie chciałbyś poznać? - spytała.
Arechion uniósł brwi w zdziwieniu...
- Zwrot ten ma kilka znaczeń?- zapytał - No... To... To, który dotyczy mnie... Ale jeśli jesteś w stanie wytłumaczyć mi każde ze znaczeń, chętnie posłucham.
Zaśmiała się, mając jeszcze na tyle przytomności umysły, by zasłonić usta dłonią. Nieoczekiwanie w oczach błysnęły jej iskierki rozbawienia.
- Każdy z nich dotyczy ciebie Arechionie, a nawet bardziej niż innych. Dosłownie w waszym języku, pierwszy wyraz oznacza Dużego.
"Dużego?" pomyślał białowłosy "W waszym języku? Czyli w którym? Czyżby skośnooka znała mój język?"
- Hmm...- pomyślał - Nie bardzo rozumiem, jestem duży, ale nie jakoś przesadnie- uśmiechnął się lekko - A drugi wyraz?
- W porównaniu z mężczyznami z ludu Han i Ajnów jesteś ogromny... Tak, zapewne ogromny, bardzo... – mruknęła do siebie. - Ale to chyba cecha mieszkańców zamorskich krain. Dai Goh Erdihl jest twojego wzrostu i gdy go ujrzałam, sądziłam, że to najwyższy człowiek jakiego spotkałam. A teraz spotkałam ciebie. Goh oznacza dosłownie Brata. Znasz więc już pierwsze znaczenie - najprostsze.
- Duży brat - powiedział- Dziękuję Ci - odłożył broń na bok, chowając ją w pochwę, szmatkę schował do torby - Erdihl jest wyższy niż ja. Tak samo Zalan. Nie jestem, więc jakąś wielką poczwarą- uśmiechnął się szeroko.
Wsypał sobie świeże liście do kubka i ponownie zalał je wrzątkiem. Następnie dorzucił więcej śniegu do kociołka.
- Jeśli tylko będziesz mieć ochotę na więcej naparu, częstuj się- rzekł- Masz jakieś pytania?
- Wielki Brat. Całe wyrażenie, to Wielki Brat. - dodała z lekkim wahaniem. Nie chciała by odebrał to jako poprawianie go. Pytania? O tak, wiele pytań czekało na odpowiedź, lecz jak je zadać...
- Wielki brat – powtórzył - Daaj go, wielki brat.
Kobieta ewidentnie się wahała. Postanowił więc uświadomić ją, że nie musi się przed nim niczego obawiać.
- No dobrze... - zaczął- Zróbmy tak. W mojej obecności nie musisz się wahać. Jeśli chcesz mnie o cokolwiek spytać, pytaj. Jeśli potrzebujesz pomocy, nie bój się o nią poprosić. Nie obrażę się, nie odwrócę plecami.
Błędnie odczytał jej wahanie, ale jeżeli sam tak zdecydował Sing Lung mogła zrezygnować z ogólnie przyjętej postawy w takiej sytuacji. Zresztą miała się adaptować do wajgureńskich zwyczajów... Nawet wtedy kiedy nie nosiła stroju feniksa.... który znosił wszelkie konwenanse. Gdy go wdziewała przestawała być tylko kobietą z ludu Han. Była biren Sifu...
- Czy mylę się uznając, że zwyczaje z mej ojczyzny są ci znane? Picie naparu.... Nie patrzenie mi w twarz i oczy, podziękowanie w ludzkim języku...
- Cóż.. Nie wiem dużo, to są śladowe informacje przekazane mi przez kogoś, kto uratował mi życie. Niestety ta osoba nie mówiła zbyt wiele na temat waszych krain... Wiem tylko, że nie jest kulturalne patrzenie wam w oczy- powiedział wspominając jednocześnie osobę, która mu tę wiedzę przekazała- Herbata jest mi znana, tak. Lubię rytuał jej parzenia trwa zbyt długo. Napary są rozpowszechnione zaś na mojej wyspie. Od dziecka matka uczyła mnie jak się je przyrządza. Podzięka jest również z mojej kultury. Zwłaszcza ta w odniesieniu do kobiet. Pojęcia nie mam w jaki sposób jesteście traktowane w Twoim kraju, u nas traktuje się kobiety z pełnym szacunkiem i poważaniem.
Podzięka jest również z mojej kultury co to ma znaczyć?
mysli - Długo? Być może ceremonię Cza Dao wydaje się bairen długa z uwagi na ich zwyczaj ciągłego gonienia za czymś..., ale chyba nie słyszała, żeby trwała dłużej niż pół godziny... - W mym kraju picie cza... naparów służy wesołemu spędzaniu czasu, na rozmowie, refleksji, żartach, kontemplacji otoczenia i myśli... Ale przede wszystkim spotkaniu ludzi... To nie jest całkiem cicha i spokojna tradycja - roześmiała się nieco odprężona po jego słowach i na przypomnienie sobie tych wszystkich chwil jaoimingu. Zaraz jednak spoważniała - Czy byłeś kiedykolwiek w Qin? W którejś prowincji? Widziałeś... Widziałeś wspaniałości tej krainy? - zakończyła z przymusem, choć wcale nie o to ostatnie chciała zapytać.
- Cza? Czyli herbatę, tak?- zapytał.
- Szy De.
Uśmiechnął się szeroko. Skośnooka naprawdę kochała swój język. Nie znał tego zwrotu, ale podejrzewał, że oznacza on zgodę.
- Widzisz, jestem wojownikiem. Na polu walki nie ma czasu na sporządzenie herbaty według tradycji. Nie wiem też o tym wszystkiego, znaczy... Nie wiem czy potrafiłbym to zrobić. Nie byłem w Qin. Wiedzę jaką posiadam przekazała mi starsza kobieta z Twojej ojczyzny. To ona uratowała mi życie. Wspaniała FLee...
- Takież było jej imię? Pełne? Jej rodu? - spytała Sing Lung. Nie była pewna czy Arechion go nie przekręcił Lee było dość znane i powszechne, jak Chan, ale Flee?
- Nie znam jej pełnego imienia. Przedstawiła mi się jako FLee i prosiła bym tak ją nazywał. Powiedziała, że nie lubi swojego imienia pełnego imienia- wytłumaczył dopijając napar i wyrzucił liście do ogniska.
- A czy ta kobieta opowiadała ci o rodach z Qin? Wybacz, że tak wypytuję bezpośrednio, ale przyzwoliłeś mi na to, a i pewnie rozumiesz... moją chęć usłyszenia czegoś o moim kraju, od którego jestem tak daleko... Każda wieść czy historia sprawi mi wielką przyjemność.
Kamael pokręcił przecząco głową.
- Niestety, nic mi nie opowiadała. Skorygowała tylko pewne moje błędne posunięcia, szukałem jej wzroku- zaśmiał się lekko- Pomimo ran jakie odniosłem potrafiła zdzielić mnie szmatą po głowie. Była dla mnie jak matka. W domu nie było mnie już prawie dziesięć lat.
Sing Lung roześmiała się
- Wnoszę z tego, iż była to bardzo żwawa starsza pani?- na takie zachowania mogła sobie pozwolić szacowana przedstawicielka rodu, której to posłuch byli winni wszyscy młodsi domownicy, nawet mężczyźni.
"Fajnie się śmieje" Arechion nie mógł powstrzymać cisnącego się mu na usta uśmiechu, podczas tej rozmowy naprawdę czuł się bliżej domu. Ostatnimi czasy sporadycznie się uśmiechał. Nie miał do kogo i brakowało okazji.
Wydawało mu się, że Azjatka doskonale go rozumiała.
- Oj tak, wspaniała kobieta – rzekł - Gdyby nie ona, nie byłoby mnie dziś tutaj.
Podczas całej tej rozmowy ze skośnooką Arechion rozluźnił się nieco. Minęło sporo czasu odkąd dane mu było uśmiechać się w trakcie pogawędki. W dodatku z kobietą.
Nie sądził, że dane mu to jeszcze będzie, zwłaszcza tutaj, na wielkim kontynencie... Cieszył się, że trafił na tych ludzi. Miał okazję oderwać się od samotności, nauczyć się czegoś nowego, czegoś pochodzącego z ich kultur, a przy okazji miał sporą szansę na poznanie odpowiedzi na dręczące go od lat pytania związane z jego bratem.
- Może założymy pułapki na te króliki?- zagadnął - Na śniadanie byłyby jak znalazł.
Sing Lung czuła niesamowity przypływ energii. Co prawda znała się na różnych technikach wewnętrznej kumulacji sił witalnych - w końcu bycie konkubiną zobowiązuje nie tylko do ładnego wyglądu i uśmiechów - ale nie użyła przecież tego... Ale w tej chwili... chyba nie zanosiło się na praktykowanie 1000 pchnięć... Chociaż... Nie, co to znowu za przypuszczenia! Arechion jest odpowiednio wychowanym mężczyzną! A ona nie powinna sobie pozwalać na takie swawolne myśli! Nawet w myślach! Ale musi jakoś spożytkować te pokłady energii, bo inaczej merydiany chyba jej się przegrzeją! Co za noc! Co za okropna noc... Tyle niezrozumiałych zdarzeń, tyle rzeczy do przemyślenia... Co za wspaniała noc! Króliki! Tak króliki, świetna myśl. Doskonała. Zajmie się królikami. Króliki są dobre na wszystko.
- Dai Goh wyśmienity pomysł. Ale po cóż nam pułapki. To niemądre stworzenia. Zaraz złapię jednego na pętlę. A później pozwolisz, że postaram się zaspokoić twoje zmysły tym na czym znam się najlepiej. To zajmie tylko kilka chwil. Nasza warta w zupełności mi do tego wystarczy. Lata praktyki sprawiły, że mam szybkie i zręczne ręce do czopsoj. Mam nadzieję, że sprawię ci tym radość i że zasmakujesz...
Azjatka jakby nagle zaczęła tryskać energią. Mówiła zupełnie inaczej niż jeszcze kilka chwil temu, jej dykcja była dość szybka, pełna optymizmu i... Radości? W dodatku sama stwierdziła, że będzie łapać króliki, na pętlę! Czy to nie jest przypadkiem... Trudne?
Kamael spojrzał na nią dziwnie z lekkim uśmiechem.
"Czopsoj?" pomyślał "Szybkie ręce? Co ona chce zrobić?"
Postanowił dać jej czas do wygadania się, może sama wyjaśni o co chodzi. Jak nie, to zapyta.
W tym czasie Sing Lung wstała od ogniska i zniknęła na moment w swoim namiocie. Wróciła trzymając w jednej ręce coś jakby małą żeliwną miskę z uchwytami, w drugiej jeden z juków. Zaczęła krzątać się wokół ogniska. Poprawiła kamienie tak, że płomień stał się jakby spłaszczony, a jednocześnie bardziej w centrum. Z juku wyjęła małą, białą kamionkową buteleczkę, parę zawiniątek, jakby małych woreczków, cztery miseczki.
- ...w tym co uda mi się zdziałać z tych skromnych dodatków. - dokończyła, ustawiając miskę na kamieniach. - Jednakże najbogatsze nierzadko jest to co najskromniejsze. Słodycz i gorycz umiejętnie podane są gotowe uwieść największego. - uśmiechnęła się. -
Białowłosy obserwował ją cały czas z zaciekawieniem i pewną obawą. To nie była tą samą kobieta, która wyszła niedawno na wartę. Zaczął się zastanawiać czy ona się dobrze czuje, nie wyglądało żeby było inaczej, ale może te ziółka Zalana nie działają na jego rasę, a na rasę ludzką owszem? Powinien był zapytać dokładniej cóż to jest, może nie poleciłby ich Azjatce, która ewidentnie się nimi "upiła".
Coś przygotowywała, nie wiedział co to było. Czyżby jakiś rytuał z jej kraju? A może chciała zrobić coś jemu? Nie... Nie zrobiłaby tego... Chyba... Nie, jest w porządku, jej najbardziej ufał z tej grupy.
Z namiotu wytaszczyła sporo rzeczy, nie dużych, ale było ich trochę. Jakieś buteleczki, woreczki, miseczki... I na co to? Będzie malować? Gotować? Bawić się?
To ostatnie wydawało mu się opcją najprawdziwszą ze wszystkich. Nie mógł zaprzeczyć, że kobieta wyglądała w tej chwili jak dziecko, któremu rodzice kupili nową zabawkę. Pełna energii, swobody, radości...
"Uwieść? Największego?"
- Czestoj? - zapytał - Co to takiego?
Popatrzyła na niego spod oka - Czopsoj, czopsoj. Dużo, szybko, łatwo i dobrze. - wyjaśniła. - A teraz proszę, nic nie mów. Cisza będzie niezbędna, żeby się udało. Po czym odwinęła trochę linki z szengbiao, wzięła jeden z woreczków i podeszła do głazu, pod którym kryły się króliki. Wysypała nieco zawartości woreczka przed norkę. U góry norki wbiła patyk. Zamontowała na nim z linki pętlę, która otaczała otwór. Królik musiał przez nią przejść wychodząc na zewnątrz. Zaczaiła się po drugiej stronie głazu, trzymając koniec linki od pętli i czekała... Rozpierająca ją energia nieco ją swędziała w podeszwy stóp, ale jednocześnie widziała niezwykle wyraźnie, szczegółowo i była pewna, że żaden królik nie zdoła się poruszać szybciej od jej ręki. Przygryzła lekko wargę z ekscytacji i starając się bezskutecznie uspokoić oddech wpatrywała się wzrokiem ostrym niczym najcieńsze igły do akupunktury. W tej chwili nawet była zadowolona, że nie posiadła mocy Sifu zamiany w kamień żywej materii... To mogłoby cokolwiek utrudnić przyrządzanie potrawy...

No tak, jej język był niewątpliwie trudny. Czestoj, czopsoj... Podobnie brzmiące słowa, przynajmniej dla uszu Kamaela.
Kobieta podeszła do kamienia, za którym znajdowała się królicza nora. Zaczęła coś tam majstrować. Arechion postanowił pozostać na miejscu by nie spłoszyć jej tych małych futrzanych zwierzątek i nie przeszkodzić jej w zabawie. Widać było jak wielką wagę przywiązuje do tego co robi i zapewne byłaby bardzo niezadowolona gdyby jej się nie powiodło.
Choć z drugiej strony oczekiwanie na królika mogło trwać bardzo długo. Z dala od ogniska, w nocy mogłaby się przeziębić. No i oczywiście pozostawał problem jej zapachu, zapachu człowieka.
- Nie sądzisz, że te futrzaki Cię wyczują, znaczy... Twój zapach? Różni się on od ich zapachu- zapytał szeptem.
Sing Lung chyba go nie usłyszała. Dalej trwała na swoim stanowisku. Najciszej jak mógł obszedł głaz po okręgu. - Mówiłem, że mogą wyczuć twój zapach... Obawiam się, że możesz tak czekać do rana i nic nie złapać.
Tym razem pokręciła głową, ale bardzo powoli i delikatnie, ze trzymana przez nią linka nawet nie drgnęła. - Wiatr wieje w naszą stronę, a do norki nawiewa zapach przynęty... Któryś musi wyjść.
Arechion, nie był tak optymistycznie nastawiony, ale przez grzeczność nie zaprzeczył. Co mu szkodziło posterczeć chwilę nad króliczą norą... W miłym towarzystwie. Skupił wzrok na wylocie norki. A właściwie na miejscu, gdzie wydawało mu się, że powinno się znajdować - z góry i zza głazu mógł jedynie zgadywać. Niewiele to jednak pomogło. W ogóle zrobiło się jakoś upiornie cicho... Słyszał tylko swój i jej oddech. A tamci co, poumierali w tych swoich szałasach? Rozejrzał się trochę nieswój po okolicy... Za kręgiem ogniska było jednak dość ciemno. Co prawda niebo zdobiły tysiące świecących jak dzikie gwiazd, ale marne to oświetlenie jako takie. Jeżeli po krzakach chowali się jacyś Hunowie, to w tej chwili chyba tylko jako kamienne posągi i bardzo cicho wciągali powietrze... - pomyślał z rozbawieniem, żeby jakoś rozładować ten dziwny nastrój. Ta metalowa miska jej się nie przepali? Musiała już się nieźle nagrzać. Króliki chyba spały martwym bykiem. Nic się nie ruszało przy głazie. Ani królik, ani Sing Lung, ani Kamael. - A może zwierzaki wylazły jakąś inną norką i właśnie gapią się na nich oboje, zadziwione, co też ci ludzie wyprawiają? I śmieją się z nich po króliczemu? Na boginie, co za dziwaczna sytuacja... Chyba powinien zwrócić jej uwagę na istnienie wielu możliwości biegania króliczego klanu po okolicy.
- Hmm... Nie chcę przeszkadzać, wierz mi - wyszeptał - Ale przyszło mi do głowy, że może nie jest to... - zaczął. W tym momencie przy głazie mignęła mu plama bieli. - że to nie jedyna dziurka w okolicy - dokończył już w myślach. A niech go, Azjatka miała rację. Z norki wyłoniło się zwierzątko. Teraz już widział jego uszy. Ostrożnie obwąchało obejście i nagle jednym susem było na zewnątrz... Arechion usłyszał chrupanie. Królik przycupnął jak gdyby nigdy nic na futrzastej pupie, otoczony, niewidoczną dla niego pętlą i zajadał się przynętą... Oj biedaku, to chyba będzie twój ostatni posiłek w życiu, mam nadzieję, że wystarczająco smaczny by stracić dla niego głowę... Czekał w napięciu aż Sing Lung szarpnie linką... Zaraz, za chwilę... zaraz będzie ten moment... jeszcze odrobinę... o tak, spokojnie, powoli, powolutku... i... AUGH - jęknął zaskoczony, gdy nagle ziemia pod jego lewą stopą zapadła się, a on wylądował na tyłku z nogą po kolano w dziurze w ziemi.
To stęknięcie w pełnej napięcia ciszy, zabrzmiało niczym strzał z bata. Sing Lung szarpnęła linką, ale było już za późno.
Królik obrócił się w miejscu jak fryga, odbił tylnymi skokami i zniknął pod głazem.
Kobieta próbowała jeszcze ratować sytuację, ciskając w ślad za zwierzątkiem kunai. Ale jedynym tego efektem było niemal wyrżnięcie w zęby Arechiona, który napatoczył jej się głową pod łokieć, będąc teraz dużo bliżej podłoża, niej i głazu i próbując jednocześnie wyrwać nogę z okowów Matki Ziemi.
Arechion odruchowo szarpnął głową, widząc zbliżający się łokieć Azjatki, który nawet okutany w skórzany kaftan, mógłby przeprowadzić mu niezły remanent uzębienia, ewentualnie gałek ocznych. Ruch ten jednak spowodował, że znów stracił ledwie odzyskaną równowagę, na domiar złego poczuł, że noga wpadła mu głębiej, praktycznie do uda. Nie mógł tym razem liczyć na amortyzację własnego siedzenia, Jeżeli poleci do tyłu to na plecy albo może grzmotnie w coś głową, bo nie mógł nijak popatrzyć za siebie. Musiał ochronić plecy! Mniejsza o głowę. A właśnie, leciał do tyłu... – Wybacz, ale muszę – stęknął, łapiąc ją za tenże łokieć. To był jedyny sposób, żeby pozostać w pionie. Liczył, że Azjatka leżąca w tej chwili niemalże na głazie przeważy w swoją stronę.

Sing Lung poczuła jak coś ją ciągnie za łokieć. Byłą tak zaabsorbowana łapaniem królika, że nawet nie popatrzyła w stronę Arechiona po jego niefortunnym występie dźwiękowym. Zamiast zainteresować się co mu się stało spróbowała zabić uciekające czopsoj. Na dalszą reakcję i oprzytomnienie nie miała już czasu, bo jej ciało zajęło się przeciwstawianiem się silnemu szarpnięciu, w które zamieniło się ciągnięcie za łokieć. Prawie jej się udało, prawie... Zrobiła kilka kroczków w tył i zatrzymała się. To ostatnie zawdzięczała nie tyle swojej sile mięśni co po prostu jej plecy zetknęły się z jakąś przeszkodą. Nie był to kamień...
– Umpf – wydała z siebie przeszkoda głosem Arechiona. – Mofłabysz froge sze ofszunocz... pszosze... fo ne mosze offyfac – dobiegło ją zza pleców.
Tak z okolic łopatek... Jednocześnie poczuła ciepło... W tamtym miejscu... najbardziej... ale w całe plecy zrobiło jej się przyjemnie ciepło... Uświadomiła sobie, że między łopatkami ma twarz Arechiona! Gorzej! Przytulał się swoją piersią do jej pleców! Przypadkowo, ale fakt był faktem! I nie miał na sobie twardego napierśnika... to ostatnie skontrastowała nieoczekiwanie z jakimś zadowoleniem... Zawstydzona, chciała jak najszybciej rozwiązać tę niezręczną sytuację i zaczęła iść do przodu. A przynajmniej taki miała zamiar, bo jedynie gibnęła się do przodu, trzymana wciąż za łokieć przez Dai Goh – o czym w zaaferowaniu zupełnie zapomniała – cóż znaczy łokieć wobec całej piersi! Czy też pleców... zależy, od której strony patrząc... Gibnęła się więc, odrywając na szczęście te plecy od jego piersi i twarzy, ale jednocześnie waląc go... dolną częścią pleców w tułów... Bardzo dolną częścią pleców... Miała jedynie nadzieję, że nie w równie dolną część tułowia mężczyzny! Słyszała jak syknął... I jakby nagle zabrakło mu tchu? Na szczęście ją w tym momencie puścił i teraz już swobodnie odsunęła się od niego. Odetchnęła głęboko i odwróciła się, gotowa go przeprosić za swoje zachowanie... Chyba nie do końca zdawała sobie wcześniej sprawę z tego co się działo i to co zobaczyła naprawdę ją zaskoczyło... Arechion klęczał na ziemi, ale jakoś dziwnie. Klęczał jedną nogą... Drugiej nie było widać... Mężczyzna robił jakieś gęsty rękami, nieco stękał i poruszał w górę i w dół lewym biodrem...
- Dai Goh... wybacz niedyskretne pytanie... co robisz? – spytała niepewnie. Może powinna się oddalić? Bezwiednie sięgnęła dłonią do miejsca, gdzie czuła przed chwilą jego silną dłoń...

Azjatka uderzyła plecami o jego pierś. Zabolało, ale jego jęk bólu i tak stłumił jej kubrak, w który został wciśnięty twarzą. Tak dokładnie, że zaczęło mu brakować powietrza. Zrezygnował na razie z sięgnięcia do piersi, chociaż miał na to wielką ochotę. Z jednej strony obawiał się macania na oślep, które - zważywszy na okoliczności - na pewno nie skończyłoby się tylko na jego osobie, a z drugiej uznał, że chyba jednak lepiej wpierw odzyskać oddech. Wykrzywił brodę ile się dało i półgębkiem wydusił z siebie prośbę, żeby się odsunęła. Poczuł, że już nie ma wyprawionej skóry w ustach i nosie, zanim jednak zdołał się nacieszyć głębokim wdechem, znów otrzymał uderzenie w tułów - tym razem akurat na wysokości splotu słonecznego. Cios nie był silny, ale aż go zatchnęło z bólu. Zdołał jedynie syknąć. Prawą ręką sięgnął do piersi i zaczął ją odruchowo rozmasowywać. Już w trakcie gestu zdał sobie sprawę, że wcześniej cały czas ściskał kobietę za łokieć...
Po chwili ból minął, Arechion nie wiedział dlaczego w ogóle go złapał, czemu powrócił. Przez chwilę pomyślał, że może jakieś podświadome wspomnienia go wywołały... Nie czas się jednak było tym zastanawiać.
Przestał się wiercić i sapnął z wyraźną rezygnacją. Spojrzał w górę, bo teraz to on był nieco niższy.
- Zdaje się, że znalazłem drugą króliczą norę, co podejrzewałem wcześniej, ale nie zdążyłem już ci tego głośno zakomunikować. A właściwie zrobiłem to ostatnie, ale nie tak jak planowałem. Czyli za głośno i zdecydowanie w najmniej odpowiedniej do tego chwili. – roześmiał się szczerze. – Wybacz, ale to chyba koniec polowania na futerko tej nocy. Bardzo cię przepraszam, że zepsułem tak beznadziejnie nastrój... Przy następnej okazji postaram się nie wchodzić nogami w ziemne dziury...
Przerwał na moment, było mu bardzo niewygodnie i zdaje się, że stopa mu dodatkowo uwięzła w jakichś korzeniach. Może to zemsta tych pozornie niewinnych i milusich, skaczących, długouchych potworków? Bez doraźnej pomocy się nie uwolni. Cholernie niezręczna sytuacja, ale nie miał wyjścia. Przecież nie będzie tak tkwił do białego rana, czekając aż króliki wlezą mu do nogawki albo zaczną obgryzać nogę!
Azjatka stała przed nim wyraźnie niepewna. Jakby lekko się zachwiała... Sięgnęła dłonią do zagięcia ramienia. Zaniepokoił się. Chyba nie zrobił jej krzywdy? Może nie powinien jej łapać, nie tyle ze względu na nietakt, ale może zrobił to bez wyczucia, za mocno...
- Wybacz, że pociągnąłem cię za sobą. Nie uderzyłaś się? Nie zraniłaś? Nie złamałaś sobie niczego? Nie skręciłaś? Nie ścisnąłem za mocno? Boli?- zaczął szybko pytać, badając wzrokiem czy gdziekolwiek nie widać na jej jasnym odzieniu krwi - Głupi jestem, tak, wiem, przepraszam. Moja wina, nie powinienem był... Wybacz...
Mężczyzna naprawdę przejął się całą tą sytuacją, choć z początku mogło się wydawać inaczej. Azjatka była drobna, nawet w tym grubym ubraniu mógł zrobić jej krzywdę i wszystko przez swoją głupotę. Przez zwykły, normalny odruch... Bał się, że zadał jej ból, spuścił głowę. Czuł się zażenowany i winny temu wszystkiemu. Popsuł cały wieczór, popsuł jej zabawę...
"Nawarzyłeś piwa, musisz je teraz wypić" upomniał się w myślach.
Był pewien, że skośnooka zapamięta to co się tutaj wydarzyło... Zapewne weźmie go za idiotę i również ona będzie się trzymać od niego na dystans.
Spojrzał na nią z dołu i z wyraźnym zawstydzeniem zapytał:
- Głupio mi pytać... Ale... Czy mogłabyś mi pomóc? Proszę... Nie poradzę sobie sam.


Dai Goh rzucał słowami jak naganiacz przed sklepem. Z jednej strony trochę ją to speszyło, bo nie wiedziała na co najpierw mu odpowiedzieć i czemu tyle pytań, i czy dobrze je rozumie, z drugiej nieco ją śmieszyło, bo komicznie wyglądał tkwiąc w tej ziemi, samemu w sytuacji niezbyt fortunnej, lecz zamartwiający się najwyraźniej o nią, stojącą na własnych nogach. To było miłe. Nieoczekiwanie miłe, ze strony bairen i mężczyzny, którzy zwykle nie poświęcali aż tyle troski i uwagi jakiejś tam kobiecie. Chyba, że byli wyrozumiałymi i naprawdę kochającymi, uczonymi mężami... Zaś wajgureni byli nawet uprzejmi... przeważnie, ale w jakichś odległy, bezosobowy sposób, jakby tak naprawdę li ich nie interesowało. Znowu jej się zrobiło okropnie gorąco do tego wszystkiego. Z królików już nic nie będzie zasmuciła się. Naopowiadała, naopowiadała, a teraz jej słowa będą puste... Arechion jeszcze pomyśli, że bezmyślnie się przechwalała, że umie coś czego zupełnie nie potrafi... Zreflektowała się, zdając sobie sprawę, że Arechion poprosił ją o pomoc, a ona stoi bez ruchu i nic nie robi. To niedopuszczalne! Ale musiała go schwycić... Za dłoń... Za nogi? Ach zachowuje się jak spłoniona dziewica! Przecież... przecież to nie pierwszy raz... To tajga, czemuż tak przejmuje się zasadami, które tutaj nie mają racji bytu! Nikt jej nie zamuruje żywcem w domu! Przeklęte ziółka Xian, zaraz się chyba udusi... Resztką przytomności umysłu, a może właśnie nieprzytomności ubrała rękawice, nie przejmując się tym, że Arechionowi może to wydać się dziwne, ale miała mu pomóc na Tian, a nie mdleć od dotyku jego... ciepłej skóry! Złapała wyciągniętą rękę Dai Goh i zaczęła z wysiłkiem pomagać mu wyjść z głębokiej dziury. Niestety nic nie mogła poradzić na dyszenie i sapanie, ulatujące mimo jej woli z jej ust. Arechion był jednak od niej wyższy i cięższy, a ona jakoś dziwnie przyduszona...

Skośnooka ciągnęła całkiem mocno jak na tak drobną kobietę...
- Ugh... Nie tak mocno, odpadnie mi... - stęknął cicho- Au! Urwiesz, nie chciałbym skończyć w dwóch kawałkach...
Kobieta zmieniła nieco taktykę. Ciągnęła go teraz słabiej, ale przez dłuższy okres czasu, powoli zmieniając natężenie siły na większe.
- O, teraz lepiej, ale i tak ani drgnie... Chyba... Chyba trzeba drastycznie zmienić taktykę...

Nie obeszło się bez okopania nieco ziemi wokół uda Białowłosego kunai, co dla nich obojga zdawało się jednocześnie i krępujące i nieco... niebezpieczne... Cóż to byłby za wstyd, gdyby zrobiła mu krzywdę! Musiała nawet położyć się na ziemi i po omacku przeciąć w jamie korzenie więżące stopę mężczyzny. Gdy wreszcie ze szczerą ulga i stęknięciem wyswobodził nogę, klapnął na trawie na ziemi i przez chwilę łapał oddech.
Sing Lung przycupnęła przy nim klęcząc i czekając aż wróci do siebie i coś powie... Chyba nie powinien leżeć za długo w samej koszuli? Szczególnie, że podczas całego siłowania się wyszła mu ze spodni, a teraz nawet podwinęła i porozpinała... Nie była niedoświadczoną kobietą, ale powinna bez cienia skromności tak mu się przypatrywać... Nawet jeżeli chyba nie zdawał sobie z tego sprawy...
Przez pierś biegła mu potężna blizna... To ta raną, o której wspominał? Zaciekawiona, odruchowo sięgnęła dłonią w jej stronę. Zaraz jednak cofnęła rękę. Przede wszystkim nie wolno jej było tak bezceremonialnie dotykać mężczyzny! Poza tym miała rękawice... I na koniec skojarzyła sobie nagłe stęknięcia, gdy niechcący... hmm oparła mu się o pierś. Rana musiała wciąż sprawiać mu ból. Nie chciała nieostrożnym dotykiem znów go wywołać... Mężczyźni starali się być silni, ale cierpieli nie raz bardziej od kobiet, bo nie potrafili sobie poradzić z bólem, który nie był im naturalny... Ostatnim szybkim spojrzeniem obrzuciła jego tors i odwróciła głowę by mu nie uchybić i nie przyprawiać obojga o zakłopotanie. Zastanawiała się jak zaoferować mu łagodzącą maść, tak by poczuł się urażony i żeby nie dać poznać, że widziała coś co dla jej oczu nie było przeznaczone...

Azjatka założyła rękawiczki... Po co? Zresztą... Chyba nieważne, możliwe, że nie chciała sobie pobrudzić rąk przy kopaniu albo coś... Nie zwracał uwagi na jej dyszenie, sam też nie wydawał z siebie lepszych odgłosów, ale co tam, jedyne co chodziło mu teraz po głowie, to by inni nie zobaczyli ich w takiej pozie. Już widział te przedziwne spojrzenia i słyszał gromkie śmiechy całej reszty drużyny. Tak, zrobił z siebie durnia i w tej chwili uważał się za durnia. Kretyna, który zamiast pomóc wszystko zniszczył. Zepsuł całą zabawę, zapewne rozgniewał Azjatkę i zasmucił ją jednocześnie... W dodatku potrzebował jej pomocy... Głupio mu było przeokropnie, zwłaszcza, że była ona sporo mniejsza, drobniejsza i lżejsza od niego. Co tam z czopsoj, nie ważne to teraz było dla niego...
Kamael bardzo się obawiał gdy tak wykopywała ziemię swoim sztyletem. Bał się, że albo go potnie albo pozbawi pewnej dosyć... ważnej cząstki ciała. W końcu położyła się na ziemi i ręką po omacku zdecydowała się porozrywać w tej norze korzenie oplatające jego stopę. To dopiero była dwuznaczna pozycja, jakby ktoś teraz ich zobaczył... Byłoby nie za miło...
"O boginie, przetnie mnie... Nie przetnie? Przetnie?! Nie, nie przetnie... Utnie... Może... A może nie? Nie utnie, proszę, niech nie ucina! Uff, nie przecięła... Nie ucięła!"
Odetchnął z ulgą, gdy w końcu mógł wyciągnąć nogę z tej niezwykle... Uwłaczającej pułapki. Miał dość tkwienia w dziwnej pozycji przy kobiecie, którą uważał za bardzo dobrze wychowaną, i którą zapewne raził w oczy taką figurą... Jeszcze bardziej ucieszył go fakt, że jego klejnoty rodzinne i noga pozostały w stanie niezmienionym, całym i zdrowym.
Klapnął na ziemi dysząc ciężko. Napracowali się oboje... Nie da się ukryć.
Dopiero po chwili poczuł chłód. Przeszły go ciarki, a na skórze pojawiła się gęsia skórka.

W tym też momencie zobaczył, że ma rozpiętą i wyciągniętą ze spodni koszulę, która odsłaniała teraz jego nagą pierś. I bliznę... Schodzącą w dół po ukosie od lewego obojczyka, przez mostek, aż w końcu na żebra i zawijającą jakby lekko w bok. Z bliska można było dostrzec ślady szwów... Szrama nie miała szarpanych brzegów, co oznaczało, że ranę zadano czymś bardzo ostrym. Gdyby nie ta blizna, miałby się zapewne czym pochwalić przy niejednej kobiecie... Choć nie uważał tego za coś niezbędnego do podbicia serca płci przeciwnej. Zdecydowanie wolał być po prostu sobą niż brać przykład z żołnierzy z jakimi miał styczność.

Poprawił szybko koszulę i spojrzał na Azjatkę spod oka. Miał nadzieję, że nic nie widziała... Choć pewnie głupio liczył... Takiej blizny nie da się nie zauważyć, zwłaszcza, że ranę otrzymał niespełna rok temu... Bez specyfików FLee nie goiła się tak szybko jak by tego chciał. Mateczka FLee... Gdyby nie ona nie byłoby go tutaj... Cięcie było perfekcyjne, miało zabić.
- Dzi... Dziękuję – powiedział - Jesteś pewna, że nic ci nie jest? Że nie zrobiłem ci nieumyślnie krzywdy? Może wrócimy do ogniska?

Uśmiechnął się lekko starając się zamaskować zmieszanie.

Wstał i wysunął dłoń ku Azjatce by pomóc się jej podnieść. W końcu klęczała już jakiś czas i zapewne nogi zaczynały odmawiać posłuszeństwa.

- Coś ciepłego do picia dobrze nam zrobi, obojgu - dodał po chwili - Bo się przeziębimy.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
R
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 18 Kwi 2006
Posty: 4178
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 19:48, 26 Gru 2008    Temat postu:

Właściwie nie chciała dotykać jego dłoni... Nie, nie tak, nie chciała, nie dlatego, że nie byłoby to miłe, czy, że rzeczywiście nie chciała. Tylko zdawała sobie sprawę, że tego wieczoru nie zachowuje się tak jak powinna. Nie była teraz Feniksem, nie miała możliwości wyboru... A w tej sytuacji z kolei nie wypadało jej przecież tak bez powodu i ostentacyjnie odmawiać przyjęcia pomocy. Nie czynił nic nadmiernie niewłaściwego, wiedziała, że podąża swym li.
Podała mu więc rękę, mimo że mogła sama bez większego kłopotu się podnieść. Podeszli do ogniska. To wszystko ją niepotrzebnie wytrącało z równowagi... A może powinna się przejść? Obejść obóz? Ale po co? Jedyny zagajnik na bezkresnym połaciu płaskiej przestrzeni... Miała sprawdzić, w którą stronę pouciekały po okolicy króliki? Bo to jedyne tropy jakie byłaby pewnie w stanie znaleźć... A właśnie króliki... Znów się zmartwiła, że nie przyrządzi tego co obiecała... Spojrzała z jakąś taką nagłą żałością na trzeszczący już od ognia wok, na wszystkie drobne naczynka i przyprawy, które wyjęła, na ulubiony tasaczek i szeroki nóż do warzyw i... poczuła jak łzy napływają jej do oczu!



Skośnooka przyjęła jego pomoc i po chwili byli już przy ognisku. Białowłosy spostrzegł, iż kobieta wpatruje się w naczynka, które porozstawiała... Miała niewyraźny wyraz twarzy. Zmartwiła się? Nie powinna się obwiniać za to co się stało, w końcu to nie ona wpadła do drugiej norki, nie ona spłoszyła króliki... Dostrzegł błysk jej oczu, patrzył z boku, ale i tak wiedział, że to łzy. O nie, tak być nie może, musiał coś zrobić, bo jeszcze będzie płakać całą resztę warty...
- Ekhm... – odchrząknął, masując odruchowo pierś – Nic się nie stało, naprawdę... To nic wielkiego, jeszcze będzie okazja do złapania królika. - nachylił się i kijem ściągnął woka znad ognia i odłożył go na bok by ostygł.
Nie trzymał dalej koszuli, więc poły rozchyliły się na nowo, ale nie przejmował się tym teraz... Nie zauważył nawet, bardziej był przejęty tym, że zepsuł jej zabawę.

– Tak, zapewne słusznie mówisz, że będzie jeszcze okazja do złapaniaaa – odparła dość żałośnie Sing Lung. Na domiar złego nie zdołała powstrzymać pociągnięcia nosem, na dźwięk słowa królik. – Wybacz Dai Goh, obiecałam cię uradować... I nie dotrzymałam słowa... I jeszcze zrobiłam ci krzywdęęę - znów pociągnęła zażenowana już zupełnie, nosem. - Niewdzięczna i niezręczna głupia kobieta ze mnie, ukaż mnie Dai Goh – poprosiła twardo nieoczekiwanie – Ukaż najgorzej jak tylko twoja wola! Obij bambusowym kijem albo nie, żeliwnym wokiem, bo cięższy! Rozbij moją pustą głowę! – i nie czekając na jego odpowiedź czy jakąkolwiek reakcję, mówiła dalej już jakby do siebie, ale z ogniem. - Niech Niebiosa każą mi jeść trawę jak głupiej owcy, bo tylko do tego się nadaję! Nawet wełny ze mnie nie będzie! Ani mleka! Ani żadnego pożytku, pierwsze lepsze marne zwierze jest więcej warte! Czemuż mnie nie sprzedali jakiemuś wędrowcowi, miast kształcić i szkolić w poezji, stawianiu znaków, śpiewie, zabijaniu na 1002 i cztery sposoby... Sprowadzaniu deszczu i chmur! Na co to komu! – zamilkła nagle i zastanowiła się nad swoimi słowami. – Nie, sprowadzanie deszczu i chmur to dobre zajęcie dla takiej obrazy Tian jak ja... To może zostać... Na czym skończyłam? Ach, wiem, przecież kto by zechciał płacić złotem za kogoś takiego jak ja... Co ze mnie za kobieta... Obraza cnót i li. Worek ryżu to by było za wiele! Prosa! Soczewicy! Powinnam połknąć swoje kolczyki i nie obrażać oblicza Nieba swoją osobą... Albo rozerwać swe ciało na tysiąc kawałków by zaoszczędzić przodkom i biesom niewdzięcznej pracy nad moją zepsutą duszą. Mam nawet gdzieś trochę proszku – mruknęła, ale nie ruszyła się z miejsca. - Wszystkiego czego się tknę robię źle... Niewłaściwie. Moja wiedza tutaj nikomu się nie przydaje... Nikt nie rozumie Konfucjusza... Nikt nie rozumie mnie... Nawet królikiii – chlipnęła i sięgnęła po jedwabną chusteczkę ze smokiem, by wytrzeć twarz. – Wybacz, przepraszam, jak ja się zachowuję... to nie uchodzi... nie wiem... – To te paskudne poczucie humoru xian! – pomyślała. Gdyby była mężczyzną inaczej by sobie z nim porozmawiała! Nie, nie, co ona plecie, tak nie można... Wystarczy już, że okrutnie obraziła Airen i Sifu. Szacowna moja rodzona matko i Szacowna Mądra Matko nie zasługujecie na taką córkę jak ja, zawiodłam wasze wszystkie nadzieje! Jej wzrok padł na haft smoka. Smoczy Tron, to już zupełnie ją rozkleiło, do tego zaczynała ją boleć głowa. – Ja chcę do Qin – jęknęła i zakryła twarz chusteczką.

Kamael poczuł się zmieszany. Po pierwsze kobieta znów zaczęła bardzo szybko mówić, po drugie się... POPŁAKAŁA! Tłumaczyła, że jest zła, że jest winna... Ale dlaczego? Przecież nic złego nie zrobiła. I co daje porównywanie się do ryżu, mleka, owcy... O co chodzi z jedzeniem trawy? Czy aby na pewno nie uderzyła się w coś? W głowę może? Może to te ziółka, którymi częstował Zalan? Ale przecież na niego nie podziałały... Ani na białowłosego, ani na zielarza... Może na nich nie działają? Albo działają tylko na ludzi i Zalan po prostu jest tak zakręcony, że nie można po nim już poznać upojenia? I dlaczego na wszystkie boginie miałby ją karać?! W dodatku... KIJEM?! WOKIEM?!
- Ja rozumiem - wybąkał - Rozumiem co czujesz... Nie jesteś zła, nikt nie jest. Nie ma złych ludzi, są tylko ci, którzy tak uważają i ci którzy chcą być źli, ale nawet najbardziej zgorzkniała istota na ziemi ma jakieś uczucia, da się ją zranić - przerwał na moment - Po prostu niektórzy nie rozumieją innych kultur, takich jak twoja czy moja...
"Co robić, co robić, co robić, CO ROBIĆ?! Myśl Arechionie, myśl... Może chodzi jej głównie o to śmieszne niby skrzywdzenie mnie?” – zastanowił się. – Nic mi nie zrobiłaś, to prawie nie bolało... Nie boli znaczy się zupełnie, nie martw się tym. - dotknął dłonią blizny odruchowo – To tylko moje wspomnienia. Nie płacz proszę... – powiedział uspokajającym tonem. Ale cicho łkająca kobieta, chyba go nie słuchała...
Gotów był ją przytulić, nie lubił gdy ktoś płakał w jego obecności.
Podniósł się ze swojego miejsca i cicho podszedł do niej. Chciał jakoś ją uspokoić, pocieszyć...
Gdyby nie jego kolor skóry, pewny był tego, że właśnie wyglądałby jak gotowany rak... Byłby czerwony...
Zbliżył się jeszcze o krok i wyciągnął dłoń z zamiarem położenia jej najdelikatniej jak tylko potrafił na ramieniu kobiety... Może nie powinien był tego robić. Nie wiedział, czy może się dalej posunąć...

Sing Lung przestało chcieć się płakać. Co tam króliki! Jeszcze im pokaże, wstrętnym, krwiożerczym istotkom. Jest przecież mnóstwo innych sposobów na zabawienie i sprawienie przyjemności mężczyźnie. O chociażby... Śpiew i taniec. Nie miała Erhu... Ale miała brązowe drumle!
Odrzuciła chusteczkę i poderwała się z miejsca, by złapać za instrument. A raczej sakwę, w której się znajdował. Chwilkę w niej pogrzebała i z triumfalnym wzrokiem wydobyła na światło ogniska wdzięcznie powyginaną drumlę. – Dai Goh, czopsoj musi poczekać, ale pozwól, że zadośćuczynię ci za pomocą tego urządzenia i... – popatrzyła na drugą stronę ogniska, gdzie siedział Arechion. A właściwie nie siedział... Pień był pusty... Zaniepokoiła się? Oddalił się rozczarowany jej zachowaniem? Gorzej się poczuł ze swoją raną?! Zrobiła w tył zwrot gotowa pognać między drzewa na poszukiwania Białowłosego i by błagać o przebaczenie i... Mało nie zderzyła się z nim głową. Stał za jej plecami! Mężczyzna odskoczył od niej niczym ten cholerny królik co jej zwiał. Ona tez zrobiła szybko krok w tył... Nawet nie pomyślała, że mogła wejść w ognisko... Uświadomiła sobie tę możliwość chwilę później czując ciepło ognia na nogach. Ale nie weszła! Cieplej jej też się nie zrobiło, więc chyba spodnie się nie zapaliły... W każdym razie nie cieplej z tyłu, bo policzki jej płonęły ze wstydu. Stanie tyłem do ognia miało w tej sytuacji tę zaletę, że jej twarz była w mroku, za to mężczyznę widziała doskonale oświetlonego... Za doskonale! Tym razem mogła już bardzo dokładnie i z bardzo bliska przyjrzeć się jego obnażonej piersi! Spuściła wzrok... Nie, jeszcze gorzej... Dalej wszystko widziała... Za nisko, wyżej! Szyja! Tak, dobrze, tak, szyja, w porządku... – Dai Goh pozwól, że zadośćuczynię ci za pomocą tego urządzenia i moich... moich – zapomniała jak to będzie po grecku z wrażenia, miała pustkę w głowie. No tak, głupia jest to i ma pustkę w głowie. – dudków! – wypaliła w końcu rozpaczliwie, kojarząc coś, że to przestarzała czy też prymitywna forma określenia.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
R
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 18 Kwi 2006
Posty: 4178
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pią 19:50, 26 Gru 2008    Temat postu:

Azjatka nagle przestała płakać, zerwała się z miejsca i zaczęła czegoś szukać w sakwie... Czy to aby możliwe? W jednej chwili zalewać się łzami, w drugiej już kicać? Cofnął rękę, której nie zdążył położyć jej na ramieniu. Nachylił się lekko nad kobitą i znad jej ramienia przyglądał się cóż takiego robi. Wydawała się go w ogóle nie dostrzegać w tej chwili.

Wyciągnęła z sakwy jakiś dziwny... Przyrząd? Narzędzie? Kurcze co to takiego?!

Nagle wstała, omal nie trafiając go głową w szczękę. Zdążył się odsunąć w ostatniej chwili. Prawie mu przejechała warkoczem po nosie... A na pewno poczuł na skórze lekki powiew powietrza... I zapach... miękko wyprawionej skóry i aloesu... Wciąż go nie dostrzegała, nic nie zauważyła! Nie miała pojęcia, że za nią stoi? Co prawda podszedł gdy skrywała twarz w chustce... Spojrzał na nią zdziwiony... Czy ona aby nie za dużo wypiła tych Zalanowych ziółek?

Powiedziała coś przed siebie i nagle... stali twarzą w twarz... A raczej ona twarzą w jego pierś. Bardzo blisko... Poczuł jej oddech na swoim torsie... Odskoczył raptownie... Cholerna koszula! Sięgnął rękoma do guzików i zaczął się pospiesznie zapinać... Stojąc przodem do ogniska, nie widział jej wyraźnie. Płomienie skutecznie go oślepiały, widział jedynie zarys jej sylwetki, twarz skrywał mrok. Zdążył zapiąć koszulę do połowy... i zastygł tak z rękoma przy guzikach, kiedy dotarły do niego jej słowa. Jak? Za pomocą czego? Dydków?! A co to takiego? Dydki, dydki, dydki... Czyżby chodziło o takie małe gryzadełka dla niemowląt? Takie, którymi zatyka się je jak zaczynają płakać? Czy ona chce mu to coś wsadzić w usta?! Momentalnie przed oczyma przebiegł mu obraz skośnookiej stojącej NAD NIM z tym czymś co miała w rękach, usilnie próbującej wepchnąć mu to między zęby. Aż go szczęka zabolała...
- Dydków? - zapytał, zdezorientowany.

- Tak, nie... Moich... dudków... - powtórzyła jakby nie była do końca pewna słowa. Odwróciła się przy tym nieco od ognia. Teraz stała do niego odrobinę bokiem, ale nadal jej twarz pozostawała poza kręgiem światła. Cienie rzucane przez płomienie drgały na jasnym tle jej odzienia, rozpiętego kubraka i skórzanych spodni. A potem uniosła dłoń i wskazała na siebie. A widząc, że chyba nadal Arechion nie wie o co jej chodzi - energicznie zatoczyła ręką krąg na wysokości swoich piersi. - Tutaj - dodała z naciskiem.


Spojrzał gdzie pokazała i aż przygryzł sobie policzek od środka.
Dudki... CYCKI?! Czy ona zwariowała, czy ona chce się... Obnażyć? Czy to normalne?! Nie, zdecydowanie nigdy więcej ziółek od Zalana NIE dostanie, choćby ten stawał na rękach i uszami klaskał... Choćby ona górę przeniosła jednym mrugnięciem, to jego ziółek nie dostanie! Nie, nie, nie i jeszcze raz nie. Nie dopuści do kolejnej takiej sytuacji!
"O mateczko" pomyślał "Nie może się rozebrać... Może? Nie, nie może... Chyba... A jak może? A jeśli to zrobi? Ojej... Mamuuusiuuu, daj mi siłę! Albo zabierz, cofnij, nie wiem, przywróć jej rozum!"
Zaczynało robić mu się duszno, dobrze, że nie dopiął tej koszuli, choć w tej chwili miał ogromną ochotę ją w ogóle zdjąć.
- Dydki... TE dydki? - spuścił wzrok na własną klatę - Masz na myśli... No wiesz... Em... Ugh.... Eee... Nie musisz, wierz mi, nie potrzeba, ja nie... No wiesz... Później możesz żałować...
Podniósł głowę ponownie, nie wiedział co robić, gotów był ją skrępować by nie obnażała się przed nim, by później nie musiała żałować swoich czynów...
Myślał, że to jego wina, tego, że zobaczyła go praktycznie gołego od pasa w górę. FLee coś wspominała, że oni nie chadzają tak... Roznegliżowani. Że to niezbyt normalne. Może on coś wywołał, a może ona postradała zmysły i niczym człowiek upojony alkoholem miała ochotę zrobić coś, czego rankiem by nie pamiętała, a czego mogłaby żałować jeśli skończyłoby się tak jak to się zazwyczaj kończy w takich sytuacjach? Młoda jest, to fakt, ładna też... Ale nie zna go na tyle by... On jej też nie... I... Niezręczna sytuacja.
- Naprawdę nie musisz, wierz mi, to... To... Sam nie wiem, nie chcę ci jakoś... Znów... Ugodzić? Wiesz... To nie tak... Ehh, zaplątałem się... - spuścił głowę i westchnął głęboko.
Niech się dzieje wola bogiń.


Arechion jakoś dziwnie zaczął sie zachowywać po tym co powiedziała... Zrobiła krok w jego stronę, bo było jej już naprawdę za gorąco od tego ogniska, a on cofnął się, wymachując dłonią przed sobą z wyraźnym zaprzeczeniem... Drugą usiłował na przemian wepchnąć koszulę głębiej w spodnie i zapiąć resztę guzików... Może nie znał tego słowa. A ona mimo starań naprawdę nie mogła sobie go przypomnieć. Pamiętała za to doskonale w ludzkiej mowie! Cóż za niezręczna chwila! Ach, nieważne, najlepiej jak po prostu mu zaprezentuje to co chciała zrobić. Wtedy pewnie zrozumie. - Dai Goh dlaczego mówisz, że będę żałować? Lubię to robić, naprawdę... - nagle coś jej przyszło do głowy i posmutniała - Rozumiem... po tym czego byłeś świadkiem, równie nisko oceniasz moje umiejętności i w tej dziedzinie. Ale proszę, pozwól mi... Nie oceniaj zanim nie zobaczysz tego na własne oczy. Jeśli i tym razem nie uda mi się właściwie tobą zająć, to nigdy już się do mnie nie odezwij...

Następnie rozpięła kubrak, żeby nie krępował jej ruchów. - Wybacz mogę wyglądać nieco nieprzystojnie używając drumli, lecz by wydobyć właściwe brzmienie trzeba mocno dmuchać.


Eeee.... Lubi TO robić? Ojjj...
Posmutniała, czyżby ją obraził? Straszny jest ten wieczór, zdecydowanie straszny! Było tak zabawnie do momentu, w którym wleciał w tę przeklętą dziurę!
- Nie, to nie tak, po prostu... Nie chcę byś później... Miała za złe sobie... Mnie... Swoim bogom czy czemu tam...
Rozpięła kubrak! Zaczyna się?! O nie, tak nie może być...
On zapiął już koszulę, wsunął ją w spodnie i naprawdę nie chciał by wieczór skończył się tak jak to sobie wyobrażał. Nie, żeby nie pasowała mu, ale po prostu najlepiej jest kogoś poznać, darzyć uczuciem... I uczucie otrzymywać w zamian, a nie tak hop siup i do łóżka!
Drumli? A cóż to? Sutki?! DMUCHAĆ?! Czy ona ma zamiar dmuchać we własne... Ale po co?!



Sing Lung nabrała powietrza w płuca i... (nadela sie jak balon, sterczy tak od wczoraj, juz chyba nawet sliwki kolorkiem nie przypomina mam ja odpowietrzyc?)



- OOOOOOOOOOOOOOOOOOOO mej lejlo oooooooooooooo oooooooooo laaaaaaaaa eeeeeeeeeee aaaaaaa hoooooooooo HEEEEEEEEEJ – zaczęła najniższym głosem jaki udało jej się wydobyć z głębi przepony i gardła na zaciśniętej tchawicy. Z zadowoleniem stwierdziła, że humaj wyszło jej perfekcyjnie. Nawet tonu z drumli nie musiała nadać, wibrowało wspaniale. Najstarszy mongolski pasterz by się nie powstydził i zaraz pewnie przepił kumysem. Obrzydlistwo. Starczy wstępu!

ŁO DE AJ CIAN DZE SZAN MAJ
BEN PAŁO CAJ JOŁ LE DAJ!
CI DIEN SIE DZE ŁO DE ŁEJ LAJ
HEEEEEEJ JAA HEEEEEEEEEJ JA!

Zaintonowała z piersi i z uczuciem, nie mogąc już powstrzymać rwącego jej się na usta śpiewu. Tak! Powstań! Moja miłość dosięga gór! Stopy niosą mnie chyżo na spotkanie oczekiwaniom! Przeznaczenie kieruje mymi krokami! HEEEEEEJ JAAAAAAAA
Nie ma znaczenia czy zwyciężę czy przegram na końcu tej drogi!

CZONG DIEN MEJ JOŁ CZENG JU BAJ!

Zaprawdę pieśń bojowa bulgotała jej w dudkach! Wszystko przezwycięży, wszystkiemu podoła! HEEEEEEEEEJ JAA Ma siłę smoka. Co tam smoka, dziesięciu smoków! I tygrysa! I tego, jak mu tam... Co widziała na stepie... Tych owłosionych potworów z długimi, dziwnymi, mięsistymi wężami z przodu!
Zerknęła na Dai Goh Arechiona jakie wrażenie na nim robi jej występ.

"Co ona robi?! Zwariowała?! Pobudzi wszystkich, Hunów na nas ześle! Oj Zalanie... Masz u mnie krechę za nie doinformowanie mnie o skutkach ubocznych tego czegoś u ludzi!"
- Hej - zaczął cicho - Heeeej, możesz tak ździebełko ciszej?
Nie chciał być niekulturalny, więc zaraz kontynuował dalej:
- Nie żeby mi się nie podobało, doprawdy pięknie śpiewasz - "czy co to jest..." - Ale tak ździebko za głośno to wychodzi, wiesz, nie chciałbym, żeby nam tu ktoś smyrgnął po głowie za pobudkę w środku nocy, naprawdę... Piękne brzmienie, piękny głos, ale... Tak, ociupinkę ciszej, da się zrobić?
Ten śpiew faktycznie pobudzał, dodawał energii i różnił się od pieśni z jego wyspy. Oni po prostu nucili, cicho, spokojnie... Często na ucho. Jeśli pieśń miała pokazać odwagę, chęć walki, wtedy śpiewali po prostu szybciej, skoczniej i zabawniej...
Uśmiechnął się szczerze, przybrał minę niewiniątka, naprawdę nie wiedział jak powinien się zachować.
- Jabłuszko? - zagadnął, kompletnie nie wiedząc dlaczego przyszedł mu do głowy właśnie jego przysmak, suszone jabłka z cynamonem.

Patrzył na nią w skupieniu, bez ruchu... z zachwytu? Zaraz jednak coś zaczął do niej mówić... Nie słyszała co, poprzez śpiew... Nieoczekiwanie wyciągnął do niej rękę... z jabłkiem?! A co ona jego koń, o co chodzi? Nie chce jabłek! Chce śpiewać! Energia ją rozpiera! Niech góry ją usłyszą i sokoły!
Zamknęła oczy i nabrała powietrza do drugiej zwrotki... CAN CI LAaaaj

Czy ona w ogóle cokolwiek usłyszała z tego co powiedział? Uwagę zwróciła, bo spojrzała na jabłko... Ale czemu nic nie odpowiedziała?!
Ta pieśń... Brzmi bardzo bojowo, energicznie i wesoło, może kiedyś go jej nauczy? O ile to w ogóle jest pieśń. Przynajmniej się nie rozebrała, a to już plus. Choć w tej chwili nie wiedział co lepsze, striptiz czy głośny śpiew. I co ona tam chciała, śpiewała... Pała? Daj pałę? Ciało? Śpiewała o seksie?! Czy to aby nie... Nienormalne?
Znów nabrała powietrza... Tym razem jednak stanął za nią, skrępował ostrożnie i zakrył jej dłonią usta.
- Ciiii - szepnął - Pobudzimy wszystkich. Piękna pieśń, ale naprawdę, nie możemy się tak głośno zachowywać. Dasz radę to ponucić?

- fooofeeeaaffjonhfaooofaaaafaajjj - zaśpiewała z rozpędu, a raczej wyfufała przez nieoczekiwanie zasłonięte usta. Tian! Kolana się pod nią ugięły... Nie! Jeszcze gorzej! Nie uginać, wyprostować! Nie opierać się o niego... Znowu! Osunąć się... ODSUNĄĆ! Jego oddech przy jej uchu... Przy szyi... Tian.... - Fa fofłofno? - spytała. Ręce też miała unieruchomione... Co on... Czemu...

Wydawało mu się jakby na chwilę zmiękły jej kolana. Wystraszyła się? Przytrzymał ją więc. O coś chyba zapytała...
- Przepraszam, nie chciałem cię wystraszyć - powoli zabrał dłoń z jej ust - Co mówiłaś?
Cały czas szeptał, nie wiedział czemu.

- Za głośno? - spytała cichutko i z nutką żalu. - Znam jeszcze inne... O dzielnych mężczyznach trudzących się w promieniach czerwonego słońca... Ałł Ciiii Mieen Dłej Łan Czong Laaaang Reeee Sieeee Siang Naa Hong Ryyy Kłaaaang - zanuciła szeptem - przenikliwym. Ale zaraz wyrwało jej się znowu: - DAN SZY TIE DA GU RU DZING GANG CU HAU HAU

Kamael uśmiechnął się szeroko, dziwnie brzmiało to co teraz śpiewała... Mimo to wciąż jej nie puszczał, choć szykował się do tego... I wtedy... Znów zaczęła śpiewać głośno, chyba nawet głośniej niż za pierwszym razem.
- Ciii, czekaj, czekaj, zaraz... posłuchaj... może tak... - Ta pieśń... podobała mu się, sam chciałby tak umieć, ale wciąż za głośno. Zamknął oczy i zaczął cicho nucić jej do ucha znaną mu z dzieciństwa piosenkę - Heijeeeeejeeee saisaihooooouuuuu, heijeeejeeee saisaihooooooouuuuuu, saisaihummmmm, iiiiiiijjjjjjjaaaaaaaaaaaaa...
Jego głos był mocny i delikatny zarazem, wyraźnie męski, ale cichy, melodyjny. Podobno potrafił śpiewać. Nie robił tego głośno, mogło się wydawać jakby mruczał, ale nie do końca. Jego pieśń była spokojna, można się było przy tym zrelaksować, oderwać od rzeczywistości i zapomnieć o trudach. Niestety, nie miał mu kto tego śpiewać, a samemu to już nie to samo.
Słowa były kompletnie bez sensu, to prastary język Kamaeli, od dawna go nie używają. Był ubogi i trudny do nauczenia dla innych ras.
Skinął lekko głową delikatnie gładząc nosem jej ucho


Zamilkła gdy sam zaczął śpiewać. Słuchała przez moment... Nieeeee... Za spokojne! Za ciche! Za mało ognia! Trzeba zmieniać bieg rzek i zdobywać górskie szczyty! Nie miała zamiaru spać. Nie chciało jej się spać. Poza tym o ona miała zadbać o jego rozrywkę, a nie on. Co to za pomysły, żeby kobieta nie mogła zaspokoić.... śpiewem zdrożonego po całym dniu mężczyzny. Zrobię z was mężczyzn... Może ta pieśń przypadnie mu do gustu? Mogłaby spróbować jak skończy nucić tę swoją kołysankę w dziwnym języku... Dmuchał jej leciutko w ucho i szyję... To... To nieprzystojne! To miłe... Takie... I nieprzystojne! I łaskocze... Bardzo łaskocze! Nieoczekiwanie dotknął jej ucha! Szarpnęła się z wrażenia, odruchowo unosząc bark i raptownie przechylając szyję i głowę, próbując odsunąć albo schować ucho. <wali go w nos!>

Szarpnęła się gdy dotknął jej ucha i uderzyła go głową w nos! Momentalnie ją puścił, obie ręce powędrowały mu w stronę twarzy. Ścisnął dziurki od nosa i szybko minęło. To był odruch, wiedział o tym, może miała tam łaskotki? A może chciała uciec? Może jego głos jej się nie podobał? Czy brzmiał aż tak okropnie?! Odetchnął i spojrzał na nią, po czym... Zaczął się cicho śmiać, chciał obrócić sytuację w żart.
- Wybacz - wysapał przez śmiech - Ale... Chyba nie nadaję się do śpiewania, już nie będę, obiecuję! Tylko mnie nie bij o czcigodna!
W końcu przestał się śmiać, mimo to z twarzy nie zniknął szeroki uśmiech.


Jego dotyk i zapach znikły. Śpiew też... Odwróciła się. Stał trochę dalej, ale nadal oświetlony przez ognisko i się śmiał. Rozbawiła go czymś? Swoim śpiewem? To chyba dobrze... A może śmiał się z niej? Z tego jak śpiewała? To niedobrze... Mówił, żeby ciszej... Chyba nie była w stanie. Za bardzo jej zmysły rwały się do tego... Może to ta noc... Może ta godzina nocy... Byli tutaj jakby zupełnie sami. Wydało jej się przez moment, że poza kręgiem światła, nie ma nic. Wszyscy i wszystko zniknęli. Tylko dziki ogień, czerń drzew gdzieś tam w mroku i li gwiazd na niebie... Skrzący się bielą śnieg pod stopami... I księżyc, wielki, żółto-czerwonawy księżyc wysoko ponad stepem... Rozległym, zimnym, obcym... Czy jej córeczki spały spokojnie? Nie powinna już śpiewać... Może zatańczy... Ogień ją przyciągał... Zaczęła powolutku stawiać kroki wokół niego... Uniosła do ust drumlę i dmuchnęła leciutko, wydobywając brzęczący, jękliwy dźwięk drgającej nici... Rozpostarła ręce na boki, wdzięcznie kręcąc dłońmi... Lekko uginała ciało raz w jedną stronę, raz w drugą... A szyję i głowę w stronę przeciwną, lekko muskając policzkiem raz prawy, raz lewy bark... Zamknęła oczy poddając się spokojnemu rytmowi... Nie miała szaty z długimi rękawami, które by trzepotały w powietrzu i podążały za jej ruchami, oplatając jej ciało miękkimi splotami... Ześlizgując się po kibici, odlatując jak spłoszone kuropatwy i powracając jak żagle dżonki... Dawno nie tańczyła... Nawet przed Airen... Ten taniec wolno jej było wykonywać przed obliczem Wanga.... Tylko dla jego oczu był przeznaczony... Ale tutaj nie było jego oczu i już nigdy nie spocznie na niej jego wzrok ani jego ręce... ani jego oddech... tutaj mogła zatańczyć dla siebie...


Kamael uniósł brwi... Czemu ona tańczy? Czy to aby bezpieczne, tak blisko ogniska? Białowłosy stał tak jak go zostawiła i przyglądał się temu co robi. Poruszała się z niezwykłą gracją, oddawała temu całe serce i duszę. Myślał, że to pieśń go zaskoczyła, a tu nagle coś jeszcze piękniejszego, jeszcze bardziej zapierającego dech w piersiach... Tańczyła z zamkniętymi oczyma, dźwięk jaki wydawało to coś na czym grała nie był głośny... Raczej przyjemny dla ucha... Arechion zaczął się zastanawiać, czy ten taniec to jakiś rytuał czy może czysta rozrywka. Skośnooka wydawała się bardzo rozluźniona, może nawet za bardzo. Ale przecież taka była od jakiegoś czasu! Odkąd wypiła te zioła ze Sclavinii...
Nie interesowało go teraz nic innego, to chyba niedobrze... A może dobrze... Dawno nikt przed nim nie tańczył, nikt nie raczył go jakąkolwiek rozrywką. Poddał się temu widokowi, zapomniał o tym, że gdzieś tam mogą się czaić Hunowie. Spektakl był zbyt piękny by oderwać od niego wzrok...


Kaptur dawno zsunął jej się z głowy. Czuła jak warkocz porusza się wraz z nią... Obracała się dookoła siebie, z rozpostartymi ramionami i wsłuchując się w szept powietrza od tego ruchu... Zimno nocy chłodziło twarz. Śnieg skrzypiał cicho pod stopami. Warkocz lekko uderzył ją w plecy, by za chwilę znów się rozkołysać, zgodnie z rytmem ciała. Uniosła na przemian raz jedno, raz drugie ramię, powoli, przypominając sobie delikatne fale na jeziorze w wiosenny dzień... Uniesioną stopą lekko zatoczyła półkole... Stanęła na placach. Wierzchem dłoni dotknęła policzka, przechylając na bok głowę i zastygając tak na moment... A teraz ostatnie... Uwieńczenie... Srebrna poświata migocząca na tafli górskiego jeziora... Odchyliła się do tyłu, zarzucając ręce za głowę... Najmocniej jak tylko to było możliwe... Jakby jej plecy przylgnęły do krawędzi koła yng i jang. Na granicy równowagi.... Niemal głową sięgając ziemi...


Dalej obserwował to co robi, poruszała się lekko... Niczym motyl... W końcu odchyliła się, prawie dotknęła głową ziemi... A ognisko było tuż tuż! Mogła w nie wpaść! Albo spalić sobie ten piękny, długi warkocz!
Białowłosy zbliżył się do niej szybko. Wyciągnął rękę w stronę głowy i wtedy otworzyła oczy. Widząc go, odskoczyła od niego, straciła równowagę i zaczęła się przewracać do tyłu w ognisko!
Chciał ją złapać, ale...
Zaraz... Za włosy jej nie chwyci, krzywdę by jej zrobił jeszcze! Próbowała za kubrak, ale jego poły miała z tyłu... Nie sięgnie! Nie zdąży! W akcie desperacji w ostatniej chwili złapał za kaptur, który jakby sam wszedł mu pod palce.
Zdołała się jakoś obrócić tyłem do niego, ale nadal groziło jej wpadnięcie w żar, tym razem głową!

Sing Lung czuła ciepło znad ogniska... Zapomniała się w tańcu... Arechion nic nie mówił.... Panowała cisza... Słyszała tylko swój przyspieszony oddech i cicho trzaskające drewno w ogniu... Wyprostowała się powoli, chociaż nie było to łatwe i przez moment bała się, że straci równowagę i wyląduje na ziemi... Ale nie... Udało się... Dopiero wtedy otworzyła oczy... Chciała wykonać mały ukłon... I na chceniu się skończyło... Zamiast tego odskoczyła dwa kroki w tył bo przed sobą ujrzała Arechiona... Sięgał dłonią do jej twarzy! Nie słyszała jak podszedł! Najpierw dotknął ustami jej ucha, teraz to! Ach! Ognisko! Czuła jak zawadza piętą o kamienie ogradzające palenisko... Zaraz się wywróci, tyłem prosto w... Próbując odzyskać równowagę, nie widząc co ma za plecami, nie mogąc odbić się do przodu, bo drogę blokował jej Arechion, Sing Lung jakimś rozpaczliwym skrętem ciała - dziękując Tian, za godziny morderczych treningów i rozciągania ścięgien - zdołała się odwrócić tyłem do Arechiona, a przodem do ogniska. Dobrze! Przeskoczy je! Co prawda mocno przygasło, między kamieniami tlił się czerwony jak krew żar, a nie płomienie, ale i tak nie byłoby przystojnie wylądować w nim siedzeniem...
Sprężyła się do przeskoku... Lekko wybiła z lewej nogi, prawą wyrzucając do przodu...
I coś szarpnęło ją do tyłu, osadzając w miejscu w połowie podskoku i mało nie urywając głowy, a na pewno pozbawiając tchu!
Zawisła nieoczekiwanie nad ogniskiem... Niczym jakaś ciekawska dwórka wychylająca się zza burty dżonki... Pod kątem do ziemi! Co się stało? Nie mogła krzyknąć... Odruchowo zamachała ramionami w powietrzu, próbując złapać się czegoś... Dusi się! To kaptur... Ktoś ją ciągnął za kaptur! Arechion!
- KSZYRZYSZYSIE - wykrztusiła, sięgając rękami do szyi. Zostawiła jedno zapięcie kubraka, by nie z zsunął jej się z ciała podczas tańczenia. Teraz zaciskało jej się pod brodą, na gardle i nie porozwalało Arechionowi po prostu ściągnąć z niej kubraka. Palcami nie mogła trafić w pętelkę zapinającą... Nie, nie tak, po co ciągnie do przodu, do tyłu, musi się naddać, odgiąć do tyłu, wtedy ucisk osłabnie!

Już trzymał ją za kaptur, który przez to skręcił mu się ręku. Poczuł wyraźne szarpnięcie, kiedy zatrzymał ją i nie pozwolił wpaść w ognisko. Zawisła nad żarem... Jak czapla zrywająca się do lotu... Nigdzie nie będzie już latać tej nocy! A przynajmniej nie głową prosto w ognisko, nawet już przygasłe!
Zaczęła wymachiwać ramionami, sięgała dłońmi szyi... Coś... szepnęła? Nie mógł zrozumieć...Na Nornil! Ten kaptur, dusił ją! Rzucił się do przodu, żeby zmniejszyć odległość między nimi i naprężenie, aby mogła złapać oddech. Miał też zamiar od razu ją przytrzymać, żeby nie skończyła tego swojego nieszczęsnego zrywania się do lotu jako umierający łabędź - mocno przypalony. W tej samej chwili ona dodatkowo odgięła się do tyłu, zwiększając efekt tego do czego dążył. Odruchowo złapał ją w ramiona, nieco się przy tym okręcając... Zupełnie jakby teraz wspólnie odgrywali jakiś dziwaczny taniec ze skomplikowanymi figurami - pomyślał lekko rozbawiony. Patrzył na nią z góry... Dłońmi podpierał jej plecy, przedramionami otaczał kibić... Oczy świeciły jej dziwnym blaskiem... Widocznym nawet w tym półmroku... a może to tylko złudzenie? Rozpięty kubrak zwisał połami po bokach. Próbowała na oślep je złapać i zasłonić piersi unoszące się w szybkim oddechu pod materiałem jedwabnej koszuli... czy co tam miała na sobie... Musiało ją nieźle przydusić, jeżeli tak łapczywie teraz łapie powietrze. Ale nic jej nie jest. Zaraz ją puści... za moment...
- Dai Goh Arechionie... dymi mi się... - wyszeptała do niego, uciekając wzrokiem i próbując jakby odepchnąć się od niego. Niechże się nie wierci, bo ją upuści! Fakt. Mocno ci się z głowy dymi dziewczyno! Nachylił się lekko, poprawiając jej ciężar sobie na rękach.

Sing Lung nie miała jak się uwolnić z jego ramion. Jak on mógł! No mógł... Jak ona może... Nie ma wyjścia! Ale to jej nie usprawiedliwia! I szczerze coraz bardziej chciała się uwolnić. Nie tylko dlatego, że nie wolno jej było pozwalać sobie na taką bliskość, ale także z bardzo przyziemnego powodu. Żar ogniska przygrzewał ją w spodnie coraz bardziej. Pewnie zaraz się zacznie kopcić! Nie ma drugich na zmianę! Swądu jeszcze nie czuła... Może jedynie dlatego, że trzymał ją w ramionach... Tian! Niechże ją uwolni! Tylko jak mu to powiedzieć by zrozumiał o co jej chodzi?
- Dai Goh Arechionie płonę! Albo niechybnie zaraz będzie to miało miejsce! - niemal stęknęła nieprzystojnie, próbując choć trochę odsunąć dolną część pleców od coraz bardziej doskwierającego... gorąca!

Mężczyzna popatrzył na nią z wyraźnym niedowierzaniem i zaskoczeniem, po tym co powiedziała. Nagle ręce mu się ześlizgnęły i prawie ją puścił. Znów ją złapał, na nieszczęście tuż nad żarem! Na nieszczęście, bo nie zdołała opanować okrzyku pod wpływem nagłego smagnięcia po pośladkach!
- TIAN ZAD MI SIĘ PALI ARECHIONIE, NA TIAN! - krzyknęła spanikowana. W grece znała jedynie to słowo na określenie kao, a ludzkiego języka by nie zrozumiał. Greccy klasycy, których przyszło jej czytać, nie uznawali za stosowne wyposażać bohaterów swoich opowieści w takie części ciała. A przynajmniej nazywać je jak należy, co za okropny język!

Dym? Płonie? Na dole? A o co chodzi? OGIEŃ! Palenisko! Wciąż była bardzo nisko nad nim, wciąż mogła się poparzyć, zapalić... ZAPALIĆ! Wygięła się jakby lekko starając się unieść dolną część pleców do góry... Czyżby parzyło ją w...
Zapomniał się, chciał iść po śnieg czy cokolwiek i już prawie ją puścił, gdy...
Głupi, głupi, głupi! Mogła wpaść w ten rozgrzany żar! Krzyknęła! Zrobiło mu się gorąco, tak bezpośrednio mówić o palącym... Zadku?! Czy to przypadkiem nie jest część ciała konia? Albo krowy? Ona ma po prostu ładną, zgrabną pupę, a nie jakiś tam zad... Ładną... Huh?
- Spokojnie - powiedział cicho - Oddychaj głęboko... Bez paniki...
Zmienił ułożenie rąk. Jedną wciąż trzymał za jej plecami, ale teraz oplatał jej ramiona, drugą wsunął pod kolana i podniósł ją. Nie wiedział, czy po dłuższej chwili spędzonej w tak niewygodnej pozycji będzie w stanie stać o własnych siłach. Poza tym, nie chciał by znów się zachwiała albo zaczęła tańcować i nie daj Nornil skakać przez ogień. No i jeśli się faktycznie paliła, to... On biegał szybciej, miał dłuższe nogi. Była niezwykle lekka, jak piórko... I ładnie pachniała, co zresztą zdążył zauważyć już wcześniej... Ale teraz czuł to intensywniej. Aloes, delikatna woń aloesu... Opuścił ją kawałek dalej do pozycji siedzącej na kupkę śniegu, która jeszcze nie rozpuściła się pod wpływem nadciągającej wiosny. Miał nadzieję, że to albo ugasi albo chociaż ochłodzi jej... Pośladki. Sam mógłby to zrobić, dłońmi, ale powstrzymał się w ostatniej chwili przed tym pomysłem. To mógłby być początek czegoś... Znał ją dopiero dzień z kawałkiem, nie mógł sobie pozwolić na taki wyczyn... Mogła nie być sobą, a on nie czułby się z tym dobrze. Nawet długa posucha nie pchnie go do złamania pewnych zasad.
Kucnął tuż przed nią. Pokręcił głową z lekkim uśmiechem. Palcem wskazującym przejechał jej lekko po czubku nosa, jak dziecku, żeby poprawić mu humor i zwrócić uwagę na siebie.
- Nic ci nie jest? - zagadnął.

Sing Lung niby mogła się wywinąć bardziej zdecydowanie z objęć Arechiona, ale nie biła się przecież z nim! Tu nie chodziło o atak i obronę, o blokowanie ciosów, zadawanie własnych i połamanie przeciwnikowi rąk! A mniej feniksowym sposobem w obecnej pozie raczej nie mogła nic zdziałać. Zostały jej jedynie słowa... Których użyła, może niezbyt udanie, ale na szczęście przyniosły skutek. Po jej okrzyku poderwał się niczym rumak dźgnięty piętami i już bez zbędnej zwłoki zabrał ją znad ogniska. Przez króciutko niesamowitą chwilę niósł ją na rękach. Obejmował ją pod kolanami! Tian! Spłoniła się niczym najprawdziwsza panna młoda w noc poślubną. Cóż za zwyczaje mają ci wajgureni... Tak bezceremonialnie dotykać kobiety w takie miejsca... Znów zabrakło jej tchu. Zdecydowanie za często jej się coś zdarza jak na osobę latami trenującą opanowanie i czikung! Co ten mężczyzna miał w sobie takiego, że przy nim zachowywała się jakby nie wiedziała czym jest kochanek i sprowadzanie deszczu i chmur? Dlaczego tak? Dlaczego tutaj? Dlaczego tej nocy? Czym się różniła od poprzednich na tym stepie? Nawet śpiąc w jednym szałasie z Dai Goh Elfem, jej serce nawet nie drgnęło pod wpływem takich myśli i emocji. W drodze w mniejszym stopniu obowiązywało ją li, ale nawet tutaj nie mogła sobie pozwolić na takie bezmyślne przekraczanie granic! Co ona sobie myśli, o czym w ogóle! Kokietuje go uśmiechem, śpiewem i tańcem tylko dla oczu Wanga. I czego się po tym spodziewa? Że uzna to wszystko za występy folklorystyczne?! Przecież szkolono ją odpowiednio... Wie co powoduje... Nawet jeśli czyni to na wpół nieświadomie... Dość spoufalania się! Dość dotyku jego skóry lub jej! Tak nie można! Ochłonęła na śniegu... Znów... Jego dłoń! Znów chce ją dotknąć?! Nie... To tylko muśnięcie, opuszkiem palca... Tian! Niech nastanie już koniec tej warty! Niechże może już schronić się ze swoją pustą i rozpaloną głową w swoim namiocie aż do rana!
- Nie... Chyba nie... Dziękuję Dai Goh Arechionie za ratunek... I przepraszam za moją... dziwną niezręczność... Wybacz, iż nawet śpiewem i tańcem nie potrafiłam ci zapewnić rozrywki... - podniosła się z ziemi i dyskretnie obmacała kao, sprawdzając czy faktycznie się nie zapaliło i czy nie zionie tam dziura... Jeżeli tak musi czym prędzej wziąć się za łatanie... Nie, wszystko w porządku... Jedynie trochę wilgotne od śniegu... Czym prędzej poprawiła kubrak, obciągając go porządnie i zapinając się pod szyję. Na głowę naciągnęła kaptur, chcąc choć tak skryć twarz i niepewność w spojrzeniu... Ten cynamon przyprawiał ją o zawrót głowy i kręcenie w nosie. Jeszcze trochę a kichnie!

Kamael zmarszczył brwi. Przecież zapewniła mu rozrywkę, nawet więcej niż potrzebował. Nie zmuszał jej do niczego... Sama z siebie śpiewała i tańczyła, a on powtarzał jej, że to jest piękne, czyżby nie słyszała?
Wstała, sprawdziła swój kubrak i nakryła głowę. Chyba zrobiło się jej zimno, w końcu wylądowała w śniegu... Arechion również wstał.
- Nie masz za co przepraszać - rzekł szczerze - A spektakl był doprawdy interesujący. To ja dałem plamę, widać mój śpiew nie jest już taki jak kiedyś, tancerzem dobrym nigdy nie byłem i omal nie zapaliła ci się... No wiesz... Przeze mnie. Poza tym, to ja wpadłem w tę przeklętą dziurę i wypłoszyłem nam kolację, więc... To z mojej strony należą się przeprosiny.
Nachylił się i sięgnął po kilka większych gałęzi leżących na ziemi.
- Napijesz się czegoś ciepłego? – zaproponował, zmieniając temat, żeby się przypadkiem nie popłakała.

Ciepła miała dość jak tę noc... Mimo iż to kao mało nie wsadziła w ognisko, to twarz i dłonie piekły ją teraz niezgorzej niż chwilę temu pośladki... Musi ochłonąć, odzyskać równowagę i zmysły... A jedynie nie będąc w pobliżu tego mężczyzna mogła w pełni się na tym skupić.
- Dziękuję Dai Goh Arechionie... ale uczyniłeś dla mnie już sporo tego wieczoru... Nie jest mi zimno, ten specyfik pana Zalana, wciąż rozgrzewa mi krew... Pozwól oddalę się nieco, obejdę obóz... Rozejrzę się w pobliżu... Warta zbliża się ku końcowi... Zaraz zbudzimy następnych... Jeśli możesz rozpal przez ten czas ogień.... ognisko, bo przygasło... Żeby oni mogli się ogrzać. Wybacz. - Skłoniła się pospiesznie i nim zdołał kazać jej zostać czy znów ją zatrzymywać dotykiem, śmignęła między drzewa. Kiedy była pewna, że już jej nie widzi wybrała sobie mało oprószone śniegiem drzewo i wspięła się na nie. Nie za wysoko, by nie zmarznąć i nie spaść, ale i nie za nisko by nie można ją było z dołu dostrzec. Opasała się linka od szengbiao przy pniu i z ulgą przysiadła na gałęzi, a czołem opierając się o chropowatą i lodowatą korę... Postanowiła tak i tutaj spędzić czas, który pozostał do końca ich warty. Widziała stąd cały obóz, a nawet kawałek stepu...
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
red
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 19 Cze 2007
Posty: 4676
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Moderacja
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pon 10:30, 07 Wrz 2009    Temat postu:

TURA 16
ARECHION, SING LUNG - KOSZMAR

Zdała sobie sprawę, że to był tylko sen... Czemu akurat ten? Dlaczego
wróciły do niej wspomnienia z pałacu? Sprzed prawie dwóch dekad... Czy
zaczynała wątpić? Czy umysł próbował coś jej ukazać? A może to Tian
zsyłają coś na nią?
A może właśnie miała pamiętać... O przysiędze... o tym, że zgodziła
się z własnego serca służyć całą sobą i pokochała kobietę, która
świadomie zesłała na nią cierpienia by mogła zrozumieć...
Znów bolała ją głowa... Sięgnęła ręką do ucha i powstrzymała się. Nie.
Nie może użyć inhoa. Musi to przetrzymać, przespać. To najlepszy sposób.
Niezbyt przyjemny i męczący, ale tak musi być. Zresztą obiecała...
Dotrzymywała obietnic... Przynajmniej kiedyś... Zrobiło jej się zimno.
Naciągnęła na ramiona koc i skóry bardziej. Wsłuchiwała się w noc,
próbując zasnąć... Było dziwnie cicho, nawet jak na pustkowia tajgi...
Mimo bólu głowy jej myśli krążyły coraz leniwiej. Komu właściwie
obiecała? Białowłosemu mężczyźnie czy...? Dlaczego zachowywała się tak
dziwnie przy nim? Znała go tylko parę dni... Rozumiał jej kulturę, to
prawda, ale czy to nie za mało? Czemu budziła się w niej tęsknota i te
wszystkie nieprzystojne myśli i uczucia? Miała dwie córki, Airen...
Przeżyła swoje życie do tej chwili jako kobieta... Nie ma potrzeby by
zachowywała się jak panna na wydaniu... Zna dotyk mężczyzny... Wielu z
nich.... I tylko jeden ją kochał, a ona żadnego... Tian! I co z tego?
Przecież miłość nie jest ważna. Wie o tym... Czemu więc chce przywrócić
blask oczu tej, którą kocha? Ale to nie tak... Nie to uczucie... To
więcej niż komukolwiek chciała i potrafiła dać... Oni nie rozumieją...
Nigdy nie zrozumieją kim jest biren dla tego komu służy... Westchnęła
cicho. Chyba zbierało jej się na łzy. Ach ta obita głowa. Niechże będzie
już ranek, niechże przestanie jej dokuczać... Niech będzie jak dawniej.
Opanowana i jasno myśląca... Nie potrafiła sobie radzić z uczuciami...
Nie w tym zimnym i obcym jej świecie. Nie wśród tych ludzi, których nie
potrafiła pojąć, a oni nie potrafili jej tego wytłumaczyć... Może
jedynie Arira i Arechion wiedzieli jak... Tian, znów o nim myśli. Lubiła
go.... Wcześniej... Teraz nie wiedziała już co myśleć. Był ranny, ale...
Te jego słowa... O tym, że nie jest żywy do końca... Mógł nawet nie
wiedzieć, nie zdawać sobie sprawy... Nie zrobił jej nic złego, prawda...
Ale zdawała sobie sprawę, że przy nim zachowuje się inaczej... Coś jej
nie dawało spokoju... Coś jakby... umykało jej pamięci w związku z
Arechionem... Im bardziej próbowała to uchwycić tym bardziej to traciła,
a tylko głowa bolała ją jeszcze bardziej od tego... Wstrząsnęły nią
dreszcze. Przełamanie... Musi przetrzymać... Sięgnęła ręką do sakwy...
Wymacała ten wstrętny imbir i zaczęła rzuć z obrzydzeniem. Czuła się
osłabiona. Ręce jej ciążyły niczym brązowe topory do ważenia worków z
ryżem. Z nogami było niewiele lepiej. Ale i tak nic nie mogło przebić
głowy... Znów westchnęła, znów skuliła się bardziej pod okryciem i
próbowała mimo wszystko zasnąć... Próbowała ignorować ból i coraz
większe uczucie zimna, które ją ogarniało...

Lodowata igła nagle ukłuła ją w kark i pomknęła wzdłuż kręgosłupa.
Wzdrygnęła się. Za chwilę kolejna... Mokre zimno niemiło drażniło jej
skórę... Jakby woda nie tylko spłynęła jej po plecach, ale jeszcze coś
oślizgłego pełzło jej po skórze. Okropne. Już prawie zasypiała...
Tian... Akurat teraz jakaś zapomniana pecyna śniegu przypomniała sobie,
żeby zacząć cieknąć jej do namiotu... gorzej – wpaść sobie jej za
ubranie. Nie otwierając oczu zebrała okrycia i przesunęła się w prawo,
na tyle na ile mogła. Poruszyła łopatkami i ramionami. Materiał koszuli
powoli wsiąkał w siebie wilgoć na plecach... Nie miała ochoty i siły
wstać i coś z tym zrobić. Kap... Kap, kap, kap. Kropelki cieczy uderzyły
cicho i szybko jedna po drugiej o nakrycie. A niech kapie... Może zaraz
przestanie. Cisza... Dobrze. Może zaśnie... Przekręciła się na bok. Pac!
Strużka cieczy chlapnęła jej na policzek! Westchnęła zrezygnowana. Tian,
chyba jednak będzie musiała wstać... Otworzyła oczy...

Kap... Kap... KAP! Mimo kropel spływających jej po twarzy nie była w
stanie nawet mrugnąć... Drgnąć... To chyba nie żrące... Nie czuję
bólu... Tian, tylko nie do oczu... – myśli obijały jej się bezładnie
wewnątrz głowy. Białe włosy niemal muskały jej twarz. Nachylał się nad
nią... To nie śnieg... Nie woda... Na jej skórę kapała jego ślina... Z
końca niesamowicie długiego, cienkiego jęzora, który zdawał się żyć
własnym życiem...
Zauważył, że na niego patrzy. Usta rozciągnęły mu się w lubieżnym
uśmiechu niemal od ucha do ucha. Błysnęły ostro zakończone zęby.
Wcześniej miał normalne – przemknęło jej przez myśl.

Nie musiał nawet jej więzić dłońmi czy swoim ciałem. Nie była w stanie
się poruszyć... Ledwie oddychała... A więc jednak.. Był Po! Ledwie go
widziała w ciemności namiotu i jednocześnie widziała niemal każdy
szczegół jego sylwetki i... pochylającej się nad nią twarzy. Twarzy o
martwych, czarnych oczach, pełnych złośliwej radości i satysfakcji... To
czują demony, wyrywając ludziom serca?
Zaraz pożałowała swojej myśli bo jego język powędrował do jej
koszuli... Wniknął pod materiał. Chciała się wzdrygnąć. Jedynie
zachłysnęła się powietrzem. Czuła jak pełzł powoli po jej ciele... Nie
omijając żadnego kawałka skóry... Jej piersi... Boków... Brzucha...
Zatrzymał się... Drażnił chwilę na granicy jej łona... I nagle jednym
szarpnięciem, niczym smagnięcie bicza po skórze, rozdarł na niej
ubranie. Jęknęła cicho. Chciała krzyczeć, ale powietrze niemal ją
dusiło... Dźwięki wtłaczały się z powrotem do gardła. Patrzyła
przerażona, trzęsła się. Chciała błagać o życie i jednocześnie by zabił
ją szybko... A potem wyrwał jej serce. Żeby nie robił tego gdy jeszcze
żyła i czuła... Wiedziała, że będzie mogła jeszcze zobaczyć swe bijące
serce w jego dłoni lub zaciskający zęby na nim... Nie chciała już więcej
bólu... Nie chciała czuć jak niespiesznie przebija jej skórę, łamie
żebra, zaciska palce na jej sercu i powoli zrywa wszystkie naczynia,
pozwalając by topiła się we własnej krwi...
- Ło cicjiu nin mejju sza... Hłodze... szahaj... szołsian [Wo3 qi3qiu2
nin2, mei2you2 sha1... Huo4zhe3... sha1hai4 shou3xian1] <tu> - zdołała
wychrypieć jakimś sposobem. Nie zareagował. Dalej wpatrywał się w nią
martwym wzrokiem. Tylko język mu pulsował, wił jak jakaś żmija, obce
stworzenie, które zastawiało się czy ją ugryźć... Liznął ją
nieoczekiwanie po ramieniu... Parę razy... Jakoś dziwnie... Jakby był
szerszy i suchy... Czemu po nim? Uniósł prawą dłoń i do towarzystwa
językowi wcześniej zaczął jechać palcem od jej szyi po skórze w dół...
Nie widziała tego, ale czuła, że zostawia krwawy ślad... Paznokcia?
Szpona? Oddychała coraz szybciej. Tylko to mogła... Poczuła jego dotyk
na lewej piersi. Szpon zatrzymał się, jego miejsce zajęła cała dłoń...
Poczuła jak jego palce coraz mocniej zagłębiają się w jej ciało.
- Arechionie... Błagam... Nie... Nie pierś... Proszę... zostaw... albo
mnie wpierw... - wydobyła z siebie z trudem, tym razem po grecku, jakąś
cząstką otumanionego umysłu, wpadając na ten pomysł. Może nie zrozumiał
za pierwszym razem... Może teraz... Zabrakło jej powietrza. Mimo iż
wiedziała, że to daremne, szarpnęła się próbując uwolnić... i obudziła
się z jękiem. Mogła ruszać rękami! To był sen! Tylko sen! Oddychała...
Otworzyła oczy... I oddech uwiązł jej w płucach. Arechion nachylał się
nad nią! Jego białe włosy niemal dotykały jej twarzy. Patrzył prosto na
nią. Krzyknęła przerażona i w najprostszym odruchu próbowała go uderzyć.
W zapomnienie poszło wszystko czego ją uczono... Nie panowała nad tym.
Była przerażona... Przerażoną kobietą, a nie Feniksem... Nie potrafi się
obronić. Dosięgła jego szyi i przejechała wszystkimi paznokciami po
skórze. Zdała sobie z tego sprawę dopiero kiedy unieruchomił jej
nadgarstek w powietrzu. Co zrobi? Uderzy ją? Zerwie koszulę? Zabije?
Wyrwie wreszcie raz, a dobrze te jej głupie serce?! Próbowała się
opanować, uspokoić oddech, zacząć jakoś jaśniej myśleć... Może jakoś się
obroni... Na co czeka?!

Arechion ostrożnie uchylił poły wejścia do jej namiotu i wsunął się do
niego, czując jak szwy na jego biodrze naciągają się dosyć mocno.
Zacisnął zęby.
W środku było... Ciepło, miło, przytulnie. W powietrzu unosił się
przyjemny zapach kamfory i... Jej ciała. Oba zapachy były bardzo
wyraźne, mocno uderzyły go w nozdrza.
Sing spała, mocno skulona, na boku, trzęsła się i jęczała coś co chwilę.
Całe posłanie miała mocno skotłowane, była prawie odkryta...
Rozpuszczone włosy przesłaniały jej nieco twarz. Zbliżył się do niej i
odgarnął je z czoła i policzków. Nie wyglądała najlepiej, widać było po
niej, że cierpi, że coś ją boli... Zapewne głowa, że też nie dał jej nic
przed snem... Powinien był zaproponować coś na ból, coś lekkiego, co
pozwoliłoby jej się wyspać i zregenerować siły. Później to zrobi, teraz
trzeba ją obudzić... Byle ostrożnie żeby się nie przestraszyła, ale żeby
wiedziała, że jest bezpieczna.
- Heeeej - szepnął ciepło - To tylko sen, ciiii, tylko zły sen...
Pogładził ją po włosach, były mokre. Drugą ręką dotknął dachu
namiotu, był przesiąknięty... Przeniósł dłoń na jej ramię. To co jej się
śniło musiało być naprawdę paskudne, trzęsła się naprawdę mocno,
marszczyła brwi, jej drobne dłonie zacisnęły się w małe piąstki, które
spokojnie mógłby schować we własne dłonie.
- Ciii, Sing Lung... Zbudź się, proszę... Spokojnie, spokojnie, nic
ci nie grozi - mówił do niej cicho, wolno, dłonią masował przez skóry i
koc jej ramię.
Obróciła się na plecy. Na jej twarzy nie było spokoju.. Momentalnie
odsunął się, przestał jej dotykać... W tej pozycji biodro znów dało o
sobie znać... W końcu zbliżył się raz jeszcze, ale nie tak bardzo jak
przed chwilą. Uspokoił oddech.
- Cichutko - szepnął spokojnie - To tylko zły sen, już dobrze, jesteś
bezpieczna, nic ci nie grozi... Ja nie chciałem cię wystraszyć...
Spokojnie, oddychaj głęboko... Ciiii....
Usłyszał nagle jak coś cicho wyjęczała. Później w końcu powiedziała w
grece: Arechionie... Błagam... Nie pierś... Proszę... Zostaw... Albo
mnie wpierw...
O co błagała? Pierś? Nie pierś? Zostawić? Albo co? Jakie wpierw, co
wpierw? Czyżby źle odczytał znaki? Czy jej się śniło coś miłego?
Powinien chyba wyjść, zostawić ją... Ale coś miłego z nim? Robił jej
dobrze, miała TAKI sen? Po tak krótkiej znajomości? Czy to możliwe? W
sumie, ona na niego działała w pewien sposób, ale... Nie... A może...
Ale... Uśmiechnął się do siebie, może jednak nie jest taki zły?
Chciał wyjść i wtedy się obudziła. Krzyknęła cicho widząc go, utkwiła
w nim wzrok... Ale to nie był ani trochę miły wzrok. Była kompletnie
przerażona... Czy to on w jej śnie sprawiał jej ból? Czy on ją
krzywdził? Gwałcił?! Aż tak źle go oceniła? Nornil, po co ja jej
opowiadałem tyle o sobie, może myśli, że jestem jakimś paskudnym, złym i
wrednym tyranem, który pastwi się nad kobietami?!
Spuścił wzrok, nie wiedział co ma powiedzieć... Zrobiło mu się
okropnie smutno z tego powodu i wtedy... Poczuł jak jej ręka, a
dokładnie jej paznokcie przelatuja po jego szyi. Nie drapnęła mocno, nie
mogła sięgnąć dokładnie z pozycji leżącej, ale poczuł. Chwycił szybko
jej dłoń i zatrzymał nim wyprowadziła kolejny cios. Nie była sobą, wciąż
władał nią sen, ten przeklęty koszmar, którego zapewne był głównym
bohaterem robiącym jej poważną krzywdę...
Spojrzał na nią smutno i z troską. Był teraz naprawdę zmartwiony jej
stanem. Westchnął głęboko, ułożył jej rękę na piersi wiedząc, że jest
cała, bo nawet jej nie dotknął i wyszedł z namiotu... Stękając cicho za
każdym razem jak tylko szwy na jego nodze dawały o sobie znać.

Tkwili tak nieruchomo przez koszmarnie długi czas. Nie mogła się nadal
ruszyć, odsunąć... Nie mogła uniknąć jego wzroku... A on wpatrywał się w
nią intensywnie... Z napięciem... Z nieoczekiwanym smutkiem... Nie mogła
dłużej tego znieść. Przymknęła oczy, żeby tylko nie widzieć jego. Był
czy nie był... Co się z nią działo?!
Uścisk jego dłoni na jej nadgarstku zniknął... Otworzyła oczy.
Arechion także zniknął... O Tian! Przytomność umysłu powoli jej
wracała... A wraz z nią ból głowy i świadomość tego co zrobiła. Uderzyła
go! Uderzyła bez powodu mężczyznę nie jako Feniks! Tamto to był sen. Sen
jej obolałego, zmęczonego umysłu, dziwnych pragnień, wiedzy,
wspomnieć... Sama nie wiedziała czego... i dlaczego... dlaczego tak,
dlaczego coś takiego... Kim naprawdę była? Co z li? Tian! Li! Musi za
nim pobiec! Przeprosić go. Błagać o wybaczenie... Usiadła z jękiem...
Nie miała siły... Jakoś udało jej się klęknąć. Ale zaraz zakręciło jej
się w głowie i opadła na posłanie ciężko oddychając. Nie, nie da rady w
tym stanie... Inhoa... Nie powinna... Ale to jedyny sposób... Inaczej
nigdy nie wygramoli się z tego namiotu... Nawet na czworakach... Ale,
żeby to zrobić musi unieść ręce... Nie mogła... Były jak dwie kłody...
Znów wstrząsnęły nią dreszcze. Czuła się źle... Bardzo źle...
Bezsilnie... I nie mogła go błagać o wybaczenie! Niemal bez udziału jej
woli łzy zaczęły jej spływać po policzkach... Jest złą kobietą... Złą
matką... Złą istotą! I ma koszmarnie rozczochrane włosy! I ubranie w
nieładzie! I nie ma siłyyyyy. - nie potrafiła powstrzymać łkania.
Skuliła się na posłaniu i wtuliła w skóry nos, zanosząc się płaczem.

Ponownie tego wieczora uchylił poły jej namiotu, znów bardzo
ostrożnie. Wszedł do środka, starając się nie wylać tego co jej
przygotował. Grzane wino z melisą, miodem i syropem sosnowym, przepis
jego matki. Rozgrzewał, uspokajał i pozwalał się porządnie wyspać,
zregenerować siły. Może nie był teraz najlepszym kompanem dla niej,
ale... Chciał wiedzieć cóż takiego się stało, co jej się śniło, pragnął
wytłumaczyć jej, że to tylko sen, że on jej krzywdy nie zrobi... Jak
tylko poły namiotu zamknęły się Kamael usłyszał ciche pochlipywanie...
Leżał na posłaniu, na boku, lekko skulona i... Płakała! Nos miała co
prawda wtulony w skóry, ale cała się trzęsła i nie mogła kompletnie
zagłuszyć łkania.
Idiota, czemu ją tak zostawił?! Musiała pomyśleć, że się obraził, że
naprawdę zrobi jej krzywdę! Postawił kubek z boku, tak by go nie
przewrócić ani ręką, ani nogą. Wziął ze sobą również niewielki ogarek z
olejkiem sezamowym. Ustawił go obok grzańca. Od razu w namiocie było
przytulniej, powinna poczuć się bezpiecznie... A przynajmniej trochę
pewniej. Niewielki płomyk dawał trochę światła, mogła teraz widzieć go
dokładnie.
Zbliżył się do niej, bardzo delikatnie wsunął jedną rękę pod jej
ramiona, drugą pod głowę i uniósł do pozycji siedzącej, przytulając do
siebie. Naprawdę nie wiedział co innego mógł w takiej sytuacji zrobić...
- Ciii – szepnął, masując jej ramię - Cichutko, już dobrze,
przepraszam... Nie powinienem był cię tak zostawiać, huh?
Miał ochotę zawołać Arirę, by to ona uspokoiła Sing... Ale z drugiej
strony... Wciąż nie wiedział, czy Azjatka może okazywać łzy przy innych.
W tamtej wiosce sobie na to pozwoliła, raz ją widział, może wybaczy mu
ten kolejny. Poza tym, to on czuł się winny jej obecnemu stanowi, on do
niego doprowadził swoją głupotą.
Sięgnął po chusteczkę i otarł jej łzy. Nim poda jej to co uszykował
musi z nią chwilę porozmawiać. Czekał tylko aż choć trochę się uspokoi.
- Spokojnie... Oddychaj głęboko - instruował ją - Będziesz wymiotować?
Pomóc ci wyjść? - chyba raczej wynieść...
Miał nadzieję, że ten potok łez nie przerodzi się w atak paniki...

Poczuła jak ktoś ją obejmuje i podnosi. Było jej wszystko jedno. Do
namiotu mogło wpaść całe stado Hunów, a ona by nawet palcem nie kiwnęła.
Chciała żeby dano jej spokój. Chciała tak leżeć na ziemi i umrzeć!
Głos... Zapach cynamonu! Arechion wrócił! Tian! Jeszcze gorzej! A ona
taka zasmarkana i nieopanowana. Jak ma go przepraszać... Lekko
zesztywniała i próbowała się opanować. Opanować łzy i to całe
rozstrojenie... Wrócił ją ukarać? Miałby słuszność. Czemu zachowuje się
jak idiotka? Mają ważniejsze problemy... Anephut... Jego rana... To nie
nią powinni się zajmować, troszczyć... Szczególnie nie on! Rodzeństwo
będzie miało nad czym się krzywić. I słusznie! A może nie daj Tian
zrobiła mu krzywdę?! Był ranny!
Odruchowo przejęła chusteczkę i wytarła twarz i oczy.
- Nie, nie, Dai Goh Arechionie... Nie wyjdę... Proszę... Ukarz mnie
tutaj... Pozwól mi zachować tę odrobinę twarzy... Wybacz, że cię
uderzyłam. Jesteś ranny... Czy... czy nic sobie nie nadwerężyłeś?
Naprawdę nie chciałam... To był sen... Tylko głupi sen, głupiej
kobiety... Twoje włosy... Wyrwałeś mi serce... Ja... Jeśli chcesz to je
wyrwij... Ja nie będę już nic mówić... - zamilkła i pociągnęła nosem,
wpatrując się w ziemię i ledwie zdając sobie sprawę, że jest przytulona
do jego piersi.

Białowłosy spuścił nieco wzrok. Nosem zrównał się z jej czołem.
Wyrwać serce? Chwila, po co, wiec to zrobił jej we śnie...
Znów mówi o karaniu... Ugh, czy kiedyś przestanie? Cóż ma zrobić by dać
jej do zrozumienia, że jej nie skrzywdzi... Nie uderzy, nie krzyknie,
nie zabije!
- Sing Lung, nie mam najmniejszego zamiaru cię karać, nigdy... Nie
potrafiłbym unieść ręki na kobietę - szepnął - Byłaś wystraszona, śnił
ci się koszmar, to był odruch... - pogładził ją delikatnie po włosach.
Odchylił się na moment w tył i wyciągnął dłoń po kubek z napojem.
Zrobił małego łyka sprawdzając czy przestygł na tyle by dało się go
wypić oraz po to by pokazać jej, że to nie jakaś trutka.
- Wypij proszę - podał go jej - Przepis mojej mamy, rozgrzejesz się,
rozluźnisz i zaśniesz spokojnie nie dręczona żadnymi koszmarami.

Coś jej wcisnął w ręce... Kubek... Kazał wypić... W tej chwili
zrobiłaby wszystko czego by tylko od niej zażądał, byleby tylko zmazać
to co zrobiła. Bez pytania i zastanowienia przytknęła krawędź do ust i
wypiła duszkiem. To mogłaby być i czysta rtęć... Nie zawahałaby się...
Trochę ją zapiekło w gardło... Było intensywne w smaku... Czuła
miód... I... igły sosnowe? I coś jeszcze... Poczuła ciepło... Zaczęło ją
rozgrzewać... Odzyskała ręce i nogi... Zaczęło jej lekko szumieć w
głowie... Ale tak przyjemnie... Nie jak po upadku, ale jak po... WINIE!
W tym był alkohol! Ach Tian... Nic już na to nie poradzi... Chyba nie
straci od razu przytomności? Bo pobić to go nie pobije... Nie ma siły na
to... - zachichotała. Arechion coś do niej mówił... Postarała się skupić
na jego głosie... I tylko na jego głosie... Nagle przestało ją obchodzić
co z nią robi... Co ona robi... Co tam li... Imbir i wino? No Tian...
cóż za połączenie moi Szacowni, zbereźni Przodkowie!

Arechion sięgnął po koc i skórę z jej posłania, okrył ją nimi. Musi
się porządnie rozgrzać, wyspać i wypocić. To najlepsze lekarstwo na
wszystko. Jedną dłonią masował tył jej głowy, w miejscu, które z
doświadczenia wiedział, że podczas właśnie takiego zabiegu koiło ból.
Pomagało pacjentom ze wstrząsem. Zaczęła się uspokajać, aż w końcu
przestała płakać.
Zachichotała cicho, tak szybko poprawił się jej humor?
- No dobrze... To może wyjaśnisz mi tę historię z sercem? Dlaczego ci
je wyrwałem we śnie i czemu miałbym to zrobić teraz, bo nie rozumiem...

- Mmmmmmm - zamruczała. Dobrze. Głowa mniej bolała... To miłe... To
coś... - Bo tak robią potępione dusze... Nie do końca umarli...
Białowłose Demony... Pożerają serca... - odpowiedziała automatycznie,
poddając się dotykowi tych... miłych i ciepłych dłoni...

Kamael uniósł brwi i roześmiał się cicho. Nie przerywał zabiegu.
Podobało mu się jej mruczenie.
- Ale ja nie jestem demonem, czy demona da się ranić? Czy demonowi
bije serce w piersi? - "moje zapewne słyszysz teraz doskonale" - Sing
Lung... Nie bój się mnie, proszę. Nie chcę by ktokolwiek się mnie bał.
Ja wiem, że to co mam na piersi... Ta blizna, może przerażać, ale nie
jestem żadnym... - "nie do końca umarłym... tak powiedziałem przed
walką!" - Nie jestem nieumarłym - dokończył - Powiedziałem tak, bo
czasami myślę, że moja dusza nie do końca się zagoiła, znaczy się...
Moja psychika... Czasami wracają niemiłe wspomnienia, a są one bardzo
wyraźne i bolesne.

- Nieee wiem. - mruknęła. - Nie jestem mniszką... Nie potrafię zabić
demona... Może można ranić... Jesteś ranny przecież... - trochę jej się
mieszało co chciała powiedzieć. Przymknęła oczy, próbując się jednak
skupić. - Jak zjadł serce, to pewnie bije... - Było jej ciepło i miło.
Czuła, że zasypia... Nie powinna... Nie powinna zasypiać przy
mężczyźnie... Musi mu służyć... Sprawić przyjemność... Przytuliła się
mocniej do jego piersi... Był ciepły... I po prostu... Był... Chyba
żywy... - Psychika... To coś z greki... Pamiętała, ale nie rozumiała...
- Tak... Masz rację Arechionie... Te wspomnienia są bolesne... i
niemiłe... Ale jakie mają być, jeżeli uczyniło się coś bardzo złego? To
kara... Za to co zrobiłam... Tak... Przodkowie mnie każą... Złą matkę i
kobietę - sapnęła mu w koszulę.

- Cóż... Pozostaje mi tylko zapewnić cię słownie, że ja demonem nie
jestem, obiecuję - uśmiechnął się.
A cóż takiego mogła zrobić, za co mogą karać ją... Przodkowie... Jaką
złą matką i kobietą? Przecież nie było w niej nic złego!
- Ciii... Nie myśl o tym teraz, po prostu się rozluźnij - szepnął jej
na ucho - Nie jesteś złą kobietą, Sing Lung. Nigdy nie przyszłoby mi to
na myśl... - i w końcu zaryzykował, choć pewnie go zgani za to pytanie -
Masz dzieci?

- Oczywiście Arechionie, że mam... Cóż by była ze mnie za kobieta,
jeżeli nie dałabym mężczyźnie potomstwa... - przeczyła sennie samej
sobie. - Ale to tylko dziewczynki. Nic nie warte dziewczynki... To nie
pierworodny... Syn, z którego ojciec byłby dumny... A ja je
zostawiłam.... Porzuciłam... Zabrali je... To dobrze... Mają dobrą
opiekę... Mądrych nauczycieli... I dobrego ojca.... Nie dałam mu
dziedzica jak powinnam... mógł mnie przekląć, wyrzucić z domu, zabić
moje córeczki.... Ale nie uczynił tego... Jest dobrym mężczyzną... A ja
go nie kocham! Nie potrafię! Nie potrafię być prawdziwie wdzięczna za to
wszystko co dla mnie uczynił, co mi ofiarował! Widzisz, że jestem zła! -
pociągnęła nosem, spróbowała wytrzeć oczy. Nie powinna znów płakać.
Powinna go rozweselić, rozbawić, a nie opowiadać jaką jest niedobrą
kobietą.

Arechion sięgnął po chusteczkę, która teraz leżała na jej przykrytych
skórami kolanach i otarł jej delikatnie łzy. Następnie pogładził ją po
policzku.
- Serce nie sługa, nie wybiera miłości, ona przychodzi sama i jest
czymś nad czym nie mamy kontroli... Czymś co buduje trwały i szczęśliwy
związek - położył lekki nacisk na ostatnie wyrażenie - I nie, nie jesteś
zła. Jeśli go nie kochałaś... Nie wiem jak to jest tam u ciebie,
naprawdę, ale według mnie nie ma w tobie zła... Zabrali ci dzieci? -
zdziwił się - Córeczki? Przecież płeć się chyba nie liczy...
Przynajmniej u mnie... Musiałaś uciekać, prawda?

Nic nie rozumiał... Tak mało wiedział... Czemu mówi, że nie jest zła?
Przecież złamała Boskie Prawa. I teraz cierpi... Nie cierpiała by, gdyby
była dobra, prawda? Nie żałowała, nie znała sumienia... Ale nikt nie
cierpi, jeżeli na to nie zasłużył... Musiała zasłużyć... Wiedziała co
zrobiła złego... Nie powinna się tak do niego przyciskać... Airen...
Zabije ją gdy się dowie... Sama powinna się zabić! Zaoszczędzić mu
utraty honoru! Może pozwoli się wykupić... A Sifu? Musi... Chce...
Chociaż to nie ma znaczenia... Czego chce... Wszystko dla niej....
Uczyni wszystko...
Nawet poświęci rodzinę... Nie... Nie chce.... Nie uczynili nic
złego... Airen nic nie uczynił... Wziął ją.... Uczynił swoją... Miał
prawo....
Powinna się odsunąć... Mimo tego przytuliła się do jego szyi... Coraz
bardziej chciało jej się spać... Tak dobrze masował jej głowę... To ona
powinna... Jego... Blizna.... Oparta o jego szyję, blisko ucha szepnęła:
- Nie musiałam... Chciałam... Uciekłam... Ale ciiii... Jeżeli
ktokolwiek się dowie... Będę musiała... Oni wszyscy umrą... Zabiłam ich
Arechionie, tym co zrobiłam... zabiłam.... Nie mogę tam wrócić, ale
chcę. - odchyliła lekko głowę poddając się z przyjemnością jego palcom.
- Jeżeli ktokolwiek z Qin... Muszę ich chronić.... Nie powiesz nikomu,
prawda? - spytała. - Nie mów... Nie chcę cię zabijać... - mruknęła
niezbyt przytomnie. - Ale zrobię to szybko... jeśli będę musiała... Bez
bólu... Ren.

Wtuliła się w niego bardziej.
Odgarnął jej włosy z twarzy i przeczesał je palcami. Pierwszy raz
widział ją bez warkocza, wyglądała bardzo ładnie, nawet z zapuchniętymi
oczyma i nosem od płaczu.
Umrą? Kto umrze, jej rodzina? Jej córki? Czym ich zabiła, co takiego
uczyniła? Za ucieczkę taka kara?!
Zabijać jego?! Przecież on nikomu nic nie powie... Czemu miałby
zdradzać sekrety jej życia komuś obcemu... To jej zadanie, jeśli komuś
ufa... Poza tym... Jak mogłaby go zabić, dlaczego, po co? Czy wciąż się
go bała? Ranił ją? Nie ufała mu? Jak ma ją przekonać do tego, że nie
zrobi jej krzywdy, że nie potrafiłby skrzywdzić nawet M!
Odchyliła lekko głowę, widać było, że ten masaż sprawia jej
przyjemność. Arechion nachylił się i odszepnął jej na ucho:
- Nie zdradzam sekretów choćby mnie torturowano. Doceniam to, że
dzielisz się ze mną tymi informacjami, naprawdę i obiecuję ci na duszę
mojej matki, że nikomu nic nie powiem.
Była półprzytomna. Pewnie nie będzie pamiętać tej części rozmowy...
- A skoro chciałaś uciec, to znaczy chyba, że nie byłaś tam
szczęśliwa. Nie pozwolę by stała ci się przez to jakaś krzywda. Ani
tobie, ani im, ani tej drużynie. Jeśli mogę ci jakoś pomóc...

Uśmiechnęła się... Dmuchał jej w ucho... Dziang... działał... i to
cholerne wino... Tian... Mógłby zrobić z nią co zechce. A on tylko ją
przytulał... Chociaż... Nie wiedział chyba... Szyja, uszy... Już sam
dotyk... To było wiele, bardzo wiele... Gdyby nie była Feniksem już za
to mogliby ją udusić, a na pewno zamurować... Westchnęła.
- To dobrze... Bardzo dobrze, że nie powiesz... Jesteś kawaii... -
szepnęła - Szkoda twojego życia... FLee miałaby do mnie pretensje, że
zmarnowałam jej pracę... Daj szczęście i liczne dzieci jakiejś
kobiecie... Znajdź tę, na którą zasłużyłeś... Która na ciebie
zasłużyła... - zamilkła. Tian! Nie wolno jej! Takie rady! I słowa! To
słowa do kobiet! Nie wolno jej mówić takich rzeczy do jego uszu... - Na
moich torturach wszystko byś powiedział... Wybacz... Nie mógłbyś... - na
myśl o torturach przypomniał jej się sen. Wzdrygnęła się. Odsunęła
lekko... Próbowała się odepchnąć dłońmi od jego piersi... Ale nie miała
siły już... Za mocno ją trzymał... Mówił, że nie jest... Chciała się
upewnić...

Kawaii? Skąd jej się to wzięło? Naprawdę uważała, że jest... Słodki?
- Nie sądzę, przeżyłem zbyt wiele... Żadna tortura nie może się równać z
całą serią jaką doświadczałem na wojnie.
Spuścił głowę.
- Nie sądzę też bym zasługiwał... Ja chyba... Widzisz, to nie takie
proste z tymi uczuciami... Ja chyba nie umiem dać komuś szczęścia...
Jeszcze nie...
Dotknęła jego piersi, uniósł więc głowę i spojrzał jej w oczy. Były
półprzymknięte, już praktycznie spała...
Czuł też jak się wzdrygnęła...
- Sing Lung... Czy coś jest nie tak? - zmartwił się, może było jej
niedobrze?

- Teraz... już... nie... Ale wcześniej... w śnie... Ty Arechionie... -
otworzyła oczy i spojrzała na niego uważnie z napięciem. - Powiedz mi
proszę. Nie masz długiego, wijącego się języka? Nie wsuniesz mi go pod
koszulę, badając nim każdy zakamarek mojego ciała, a ja nie będę mogła
nic na to poradzić? Czuć wstyd i bezrozumną rozkosz. Nie zedrzesz nim ze
mnie ubrania i nie będziesz patrzył jak drżę z zimna i przerażenia? A
potem nie zagłębisz swych palców w mojej lewej piersi, żeby powoli
dostać się do serca, łamiąc mi żebra i pozwalając bym utopiła się we
własnej krwi? A jeżeli... jeżeli będziesz musiał to zrobić... Proszę...
obiecaj mi... że mnie najpierw zabijesz... żebym nie czułą tego bólu...
nie widziała swojego czarnego serca... Dobrze?

Oczy zrobiły mu się wielkie ze zdziwienia, brwi uniósł wysoko i otworzył
lekko usta. W końcu je zamknął.
Pieścił ją we śnie? Nim wyrwał jej serce? Dawał jej rozkosz? Czy to
możliwe? Czy umiałby to zrobić? Oczyma wyobraźni zobaczył podobną scenę,
ale zamiast robić jej krzywdę, robił jej dobrze. Pieścił ją, delikatnie,
opuszkami palców... Językiem... Jej ciało wyginało się w łuk prosząc o
jeszcze... A on całował jej szyję, dekolt, piersi... Masował jej plecy,
kark, muskał nosem jej ucho... Jęczała, ale były to jęki pełne rozkoszy,
tylko dla niego, dla jego uszu... NIE! O czym on teraz myślał, Nornil,
nie! Tak nie można, ona miała koszmar, a on tu odpływa w sferę
wyobraźni! Serce zabiło mu szybciej, zrobiło mu się gorąco, ale starał
się nie dać tego po sobie poznać. Zresztą i tak by nie poznała
zapewne... Napój zaczynał działać, Sing powoli zasypiała.
- To tak działają demony? - szepnął ni to pytająco, ni to stwierdzająco
- Spójrz - spróbował językiem dotknąć własnego nosa, nie wyszło mu to,
nie potrafił - Chyba nie jest aż taki długi... I naprawdę, słowo daję,
że nie jestem demonem, upiorem, nieumarłym czy jakąkolwiek dziwną zjawą,
która miałaby chęć zrobienia ci krzywdy. Mówiłem ci, że moja greka nie
jest zbyt dobra, często nie umiem dobierać słów, więc umówmy się tak...
Jeśli nie zrozumiesz czegoś z mojej wypowiedzi, to pytaj, a ja postaram
się wytłumaczyć o co mi chodzi, dobrze? - "Uhm, a jutro i tak tego nie
będziesz pamiętać... I będę musiał choć odrobinę Ci o tym przypomnieć" -
Popatrz - rozpiął kawałek koszulę, ujął jej dłoń i położył ją na bliźnie
tak, że czuła bicie jego serca...
Ten dotyk... Tak miły, ciepły, przyjemny... Jej drobne dłonie na jego
torsie... Czuł jak błądziła swoimi zgrabnymi palcami po jego bliźnie,
sprawdzała go... Sprawdzała, czy to na pewno on i jego ciało, czy blizna
jest prawdziwa. Niech sprawdza, niech się przekona i uspokoi...
- Jestem ciepły, mam bijące serce, można mnie ranić, można mnie zabić...
Gdybym był kimś złym, paskudnym, wrednym i z nadprzyrodzonymi mocami nie
szukałbym pewnie Xeny tylko po prostu zabijał niewinnych. Nie miałbym
sumienia. Nie spotkałbym was zapewne a nawet jeśli to zabiłbym
wszystkich z Hunami włącznie, prawda? Nie chcę by ktokolwiek się mnie
bał, to mnie boli, właśnie tutaj, gdzie masz rękę. Wszystko co zrobię
źle, przez co zranię kogoś, boli również mnie i naprawdę nie wiem jak
mam cię teraz udobruchać byś mi wybaczyła wszystkie moje złe posunięcia.
Zapewne nigdy tego nie zrobisz... Jestem przecież tylko nic nie wartym,
słabym mężczyzną, który stracił gdzieś kawałek siebie z lat
młodzieńczych... Który zapomniał czym jest prawdziwa miłość, ciepło
domowego ogniska, zapach matki i wiele innych rzeczy, które niegdyś były
dla niego bardzo ważne, a teraz nie potrafi ich odszukać w swojej
zaśmieconej pamięci.
Mówiąc to ujął jej chorą rękę w swoją, wsunął swoje długie palce kawałek
pod jej szeroki rękaw i zatrzymał na bandażu, po którym błądził
delikatnie kciukiem. Nie wyczuł by był mokry, podwinął więc jej rękaw,
nie dostrzegł śladów krwi. Ciekawe czy czuła ból... W tym miejscu, miał
nadzieję, że nie, starał się być bardzo delikatny... No i nieco
znieczulił ją grzańcem. Chciał raczej by jeszcze bardziej się odprężyła,
usnęła.
Zatopił swój nos w włosach na czubku jej głowy i przymknął na moment
oczy. Mógłby tak zostać, ta chwila mogłaby trwać wiecznie... Jak
najdłużej... Nornil, niechże zatrzyma się ten czas, tu, teraz...

- Nie wiem... Chyba tak... mówiłam, że nie jestem mniszką... -
zaśmiała się gdy próbował bezskutecznie dotknąć nosa końcem języka. Sama
nie wiedząc czemu spróbowała... Jej się udało! Miała dłuższy od jego,
ha! To może ona jest demonem i nie wie o tym? Może już została upiorem
za to co zrobiła? Może to nie MengMei została zrzucona w przepaść tylko
ona... A to wszystko to tylko ułuda... Nie obiecał, że ją zabije... Nie
obiecał... Rozpiął koszulę i położył jej dłoń na swojej piersi...
Powiodła lekko palcami po jego bliźnie... Zastanawiała się co czuje...
Co poczuje... Czy jego serce wywoła w niej jakąś reakcję? Przycisnęła
dłoń i czuła jak bije... Teraz trochę szybciej niż chwilę wcześniej...
Uśmiechnęła się do siebie. Może powinna rozpiąć mu koszulę do końca?
Sprawdzić czy blizna jest wciąż widoczna przez cały tors... Ale nie może
tak... Teraz też... Tylko sprawdza, więc... Tian nie powinno się
gniewać... Nic dla niej nie znaczy... Ona dla niego też... To tylko
ciało... Nic więcej... nic ponad to... Obruszyła się na to co
powiedział. Odsunęła się ze zmarszczonym czołem. Co on sobie wyobraża!
Co to w ogóle za słowa w ustach mężczyzny!
- Dai Goh Arechionie - odruchowo powróciła do zwyczajowego tytułowania
go - Nie wolno ci tak mówić! Wybacz mi moje słowa, ale nie wolno!
Mężczyzna nie jest słaby. Jest głową, siłą, jest mocą tego świata. Jest
słońcem, wątrobą, jest Yang. Jasną stroną. Wszystkim co silne, gorące,
dobre i pewne. To kobieta jest mokra, zimna, bierna, uległa, wysysa z
niego siły życiowe przy każdym sprowadzaniu deszczu i chmur, to ona
budzi w nim słabość swym ciałem i złe cechy jego charakteru. Ty... ty
jesteś inny... wiem, inny krąg pięciu zależności poprzez matkę, ale
nigdy nie mów, że jesteś słaby i nic nie warty! Ranisz me serce! Znasz
ren i li. I nie mam ci czego wybaczać, to twój przywilej, a mój
obowiązek... To był tylko sen... Mój sen... Moich dziwnych pragnień i
mojego chorego umysłu. Jeśli cię zmierziło to co powiedziałam, że coś
takiego mogłam pomyśleć, wybacz mi proszę... Wiem... że nie każdy
mężczyzna marzy o tym by zniewolić kobietę... Przynajmniej nie tak... -
dokończyła niepewnie.
Za dużo mówi. To to wino.
- Wybacz... To przez tę głowę... Powinnam... - Przymknęła oczy.
Głowa jej się kiwnęła. Emocje opadły... Ale to wystarczyło by krew na
chwilę żywiej krążyła... Jeżeli jeszcze alkohol nie dotarł do każdego
zakątka jej umysłu to stało się to właśnie teraz. Z trudem próbowała
otworzyć oczy, popatrzeć na niego... Skupić się na słowach... Ale
dobiegały do niej chyba nie wszystkie... Wreszcie poddała się...

Uśmiechnął się do niej słabo, u niej było wszystko tak jak u niego,
ale... Na odwrót!
- Widzisz, u mnie jest... Odwrotnie - rzekł - To wy jesteście dla nas
słońcem, ale mężczyzna jest równy kobiecie. Nie ma słabej i mocnej
strony. Każdy może czuć się słaby, każdy może czuć się mocny, jedno
uzupełnia drugie... Widzisz, znów cię ranię... Nie chcę a robię to...
Jako mężczyzna powinienem troszczyć się o każdą kobietę, nawet o M i
staram się, ale mi nie wychodzi... I to jest właśnie oznaka mojej
słabości...
Sprowadzanie deszczu i chmur? A cóż to takiego, jakiś rytuał? Jak można
wysysać z kogoś siły życiowe... Jak można budzić słabość ciałem?
- Nie jesteś niczemu winna i nie chcę byś tak się czuła... - kiwnęła się
jej głowa - Uhm, powinnaś się przespać - mruknął okrywając ją szczelniej
i schodząc z nią do pozycji leżącej.
Była już praktycznie nieprzytomna. Leciała mu przez ręce, jedną dłonią
przytrzymywał jej głowę, drugą ręką obejmował jej ramiona. Zabolało go
biodro, ale nie syknął nawet. Położył się na boku, Sing wciąż była
trochę owinięta wokół niego. Jej głowa wylądowała na jego ramieniu,
zamruczała cicho co spowodowało, że Arechion uśmiechnął się szeroko.
Wtuliła się w niego, nosem dotykała teraz jego obojczyka. Czuł jej
oddech. Był równy, spokojny... Ale jeszcze nie do końca spała.
- Śpij - szepnął - Odpocznij, jutro będziesz jak nowo narodzona.
Chciał poczekać aż zaśnie i wyjść, gdyby teraz wystał zapewne by się
obudziła i byłaby markotna, albo by się czegoś wystraszyła... Nagłego
ruchu, szelestu...
Nie wiedział czy będzie się w stanie później podnieść, jeśli nie...
Pojawi się "mały" problem. Ale nie ważne było to teraz dla niego. Chciał
by czuła się bezpiecznie, by nie zasypiała w samotności... Chciał być
przy niej, dać jej choć ramię do oparcia w ciężkich chwilach i pragnął
tego zbliżenia. Zaczynał rozumieć, że ta kobieta na niego działa...
Psychicznie i fizycznie. Zaczyna poruszać jego serce, ale czy ona czuje
to samo? Czy kiedykolwiek będzie mógł ujawnić się z tymi uczuciami?
Bezwiednie gładził jej włosy, napawał jej zapachem i podziwiał ją...
Była... Piękną kobietą, miała niezwykle delikatne rysy twarzy. Jej usta
zdobił teraz lekki uśmiech... Drobne, delikatne dłonie... Spokojnie
mógłby schować jej małą piąstkę w swoją dłoń. Do tej chwili nie miał
okazji podziwiać jej ani z tak bliska, ani w takiej sytuacji, ani nawet
bez tego grubego kubraka. Tutaj spała w jego ramionach, spokojna,
ufna... Zrelaksowana... Skulona tak i wtulona w niego wyglądała niczym
mała dziewczynka. Uśmiechnął się do siebie, kosmyk włosów założył jej za
ucho. Mruknęła i zacisnęła lekko dłoń na jego boku. Mógłby tak zostać...
Leżeć i po prostu podziwiać ją we śnie. Sam czuł się o wiele
spokojniejszy, o wiele... Szczęśliwszy? Chyba tak, chyba coś się w nim
przełamywało, coś wracało do normy... Albo mu się wydawało? Czy to
możliwe, by tak nagle zaczynał sobie przypominać pewne zachowania? Pewne
pragnienia? Dlaczego nie czuł tego wcześniej... Dlaczego tu, dlaczego
teraz...

Resztką przytomności umysłu zdała sobie sprawę, że ją kładzie na
posłaniu...


Ostatnio zmieniony przez red dnia Czw 23:01, 10 Wrz 2009, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
red
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 19 Cze 2007
Posty: 4676
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Moderacja
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 16:17, 10 Wrz 2009    Temat postu:

OK, PODEPNE TU, BO TO W SUMIE NA WIDOK SL ARECH LECI Z KLODY

Arechion uchylił powieki i zaczął się przyglądać temu, co się dzieje pod piwniczką. Zebrało się tam sporo osób... On jedyny, nie licząc szalonej Egipcjanki, siedział z boku.
Sing Lung stała podpatrując poczynania Ariry i M. Była jakaś... Dziwna. Pewnie ją uraził swoim zachowaniem, tonem swojego głosu. Podeszła do niej od tyłu Sarkissa, o czymś z nią cicho rozmawiała... Obie obserwowały, co tam porabiają zółtooka i blondwłosa. Skutecznie zasłaniały mu widok, ale... Pewnie nic ciekawego dla niego się tam nie wyprawiało, więc, po co miałby ruszać się z tej kłody. Noga zaczynała odpuszczać, ziółka działały i mógł się powoli rozluźniać, a to dużo lepsze niż sterczenie tam jak kołek.
Sięgnął po bukłak, odkorkował i uniósł do ust. Kątem oka zauważył, że... Azjatka się rozbiera?! No, może nie dokładnie rozbiera, ale rozpina kubrak, potem bluzę i... NORNIL! Sarkissa się jej przyglądała, pewnie oceniała jej względy, Noooorniiiil, co jest?! Czemu tak się przed nią obnaża?! Nie może inaczej zwrócić na siebie uwagi? Nie może powiedzieć jej, co do niej czuje?!
Doskonale widział jej nagi bok, którego nie osłaniał ten zabawny, ale bardzo ładny... Co to jest? No, jakieś takie coś przewiązane przez szyję, spore, zasłaniało biust i brzuch... Ale z boku była zupełnie naga... Ładna, jasna skóra... Zapewne delikatna w dotyku... I ciepła... Aż mu się przypomniało, że podobnie zachowywała się jak ją poznał, kiedy tamowała ranę na plecach... No właśnie... I jak ją teraz tutaj nazwać?
Zakrztusił się i polał tą wodą jak Sarkissa potarłszy uprzednio swoje ramiona wzięła się za Sing Lung, a ta pośliniła palec i skierowała go w stronę twarzy druidki. Odruchowo spiął się jakby chciał odskoczyć czując jak woda leje mu się za koszulę i płynie strumieniem po klatce piersiowej. Brrr, zimno! Nie, gorąco! To w końcu zimno czy gorąco?! Argh! Emocje, za dużo emocji, za dużo wyobrażeń! Zleciał z tej kłody. Biodro zabolało, ale szwy nie puściły... Po prostu dało o sobie znać przez ten głupi upadek.
"JAUĆ!" wrzasnął w myślach, w rzeczywistości tylko zacisnął zęby i oczy pokasłując trochę przez nos, by nie zwrócić na siebie uwagi. Może nikt nie zauważy, co odstawił?

Próbował wstać, ale chyba jeszcze za wcześnie, musi najpierw się wykasłać. Jak tylko to uczyni, jak tylko to minie to podniesie się i oddali gdzieś na bezpieczną odległość by przebrać tę mokrą koszulę. Póki co, może uda mu się ją choć trochę osuszyć przy pomocy rękawa?
Nie, tak się nie da... Zbyt gruby materiał... A wpłynęło pod niego i to tam jest mokre, nie od zewnątrz, musi to ściągnąć.
Uspokoił oddech, podniósł się i ruszył kuśtykając, lekko zasapany, do swojego konia. Sięgnął do jednej z toreb, po chwili poszukiwań udało mu się wyciągnąć suchą koszulę. Spojrzał przez krótką chwilę na towarzystwo zebrane pod piwniczką, odwrócił się do nich tyłem i... Rozpiął koszulę, którą miał na sobie, po czym zmienił ją na tę drugą, jasną. Pierś, podobnie jak poprzednią, zdobiły smoki, tylko te były czarne... Dobrze, że nie potrzebował już pomocy przy przebieraniu się, nie musiał więc nikogo o nią prosić. W końcu minęły cztery dni odkąd został ranny, mógł już sobie pozwolić na więcej ruchów, nie sprawiały mu one nadmiernego bólu.
Mokre odzienie wywrócił na lewą stronę i przewiesił przy siodle.

Przy koniach leżała jakaś... Chusteczka. Jego chusteczka, ta którą podarował Sing Lung tamtej nocy w namiocie. Podniósł ją, otrzepał i złożył w kostkę. Odda jej później, w końcu... Podarował ją jej, ale teraz nie będzie się tam pchać. Zaczeka na lepszy moment. Ciekawe czy wiedziała, że ją zgubiła. A może specjalnie ją porzuciła? Nie... Raczej nie... Choć... Kto wie...
Spojrzał w kierunku piwnicy... Uniósł jedną brew widząc na ziemi... Zbroję Ariry. Więc zdjęła z siebie całe to żelastwo? Hmm... Ciekawe... Nie dostrzegł jednak ani właścicielki zbroi ani jej towarzyszki co było jeszcze ciekawsze... Więc jednak się tam zmieściły?
"Całe wieki im to zajmie..." pomyślał.
Westchnął głęboko, podrapał się przez koszulę po bliźnie, pokręcił przecząco głową i oddalił się do swojej kłody. Tym razem usiadł bokiem, by nie patrzeć w ich stronę za każdym razem, gdy otworzy oczy. Wolał nie być świadkiem kolejnego zaskakującego mini striptizu albo nie daj Nornil jakiegoś pocałunku... Wzdrygnął się na samą myśl o tym... Wyciągnął nogi przed siebie, plecy oparł o słupek i przymknął powieki. Jak tak to się będzie ciągnąć, to on tu doprawdy... Uśnie. M i Arirze pomagać nie będzie. Jedna uważa to za... Utratę twarzy jeśli dobrze odebrał jej zachowanie, a druga uznałaby, że jest wścibski i wtyka nos w nie swoje sprawy. Poza tym i tak kazano mu wręcz trzymać się od piwnicy z daleka.


Ostatnio zmieniony przez red dnia Czw 22:55, 10 Wrz 2009, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Xena Warrior Princess: Polskie Forum XWP Strona Główna -> Fan Fiction Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin