Forum Xena Warrior Princess: Polskie Forum XWP Strona Główna Xena Warrior Princess: Polskie Forum XWP
Xena Warrior Princess
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Chcesz schudnąć przed Sylwestrem?
Kup Teraz a 30 dniową dietę otrzymasz za darmo!
Tylko 137 zł TRIZER + indywidualna dieta
Kroniki Atlantis (PostFin, Akcja, Romans)

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Xena Warrior Princess: Polskie Forum XWP Strona Główna -> Fan Fiction
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Aiglon
Czeladnik Hefajstosa



Dołączył: 20 Wrz 2006
Posty: 114
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Warszawa

PostWysłany: Pią 2:39, 04 Lis 2011    Temat postu: Kroniki Atlantis (PostFin, Akcja, Romans)





ROZDZIAŁ 1

Wielka Wojna Religijna (zwana Wojną Pięciu Kręgów) – walki o char. wojny domowej na terenie Atlantis, toczone przez 7 lat, między zwolennikami pięciu panujących na kontynencie religii (Olimpiadami, Krzyżowcami, Dagonami, Elianderami i sektą Kronosa) . U podstaw W.W.R. leżała wojna domowa zwana Gryficką (patrz - tom II), dzięki której ces. G.P. zwana Lwicą rozpoczęła panowanie nad Atlantis. Konflikt zbrojny o char. społ.-rel. Zaostrzył się w ostatnim roku wojny, gdy w krwawych walkach zaczęła na dużą skale ginąc ludność chłopska, a stroniący od religijnych sporów wasale Lwicy zmuszeni byli zareagować. W.W.R. była ostatnim znanym i udokumentowanym konfliktem na taką skalę na ziemiach Atlantis.


Skąpana w mroku stara świątynia, tuliła przybyszów ciepłem ognisk i światłem kaganków. Uciekinierzy nieśmiało, jakby w obawie przed świętokradztwem, skulili się w katach dzieląc jedzeniem i susząc ubrania. Z rąk do rąk wędrował nędznie już pełen bukłak z winem, który sprawiał, że chociaż na chwilę wracał im na usta cień uśmiechu. Gromadka dzieci zwykle śmiałych i radosnych, teraz siedziała spokojnie, uczepiona matczynych spódnic, rozglądając się szeroko otwartymi oczami dookoła. A było na co popatrzeć.
Jeden tylko chłopak, dziesięcioletni młodzieniec, o złotych włosach i zamyślonym spojrzeniu wymknął się pilnującej go kobiecie, ominął tanecznym krokiem maleńkie ogniska i ruszył podziwiać rytualne freski, zdobione kolumny i zaśniedziałe mosiężne ozdoby. Kroczył powoli, nieśmiało, dotykając drobną dłonią płaskorzeźb bogów, wojowników, dziewic i jednorożców. Bezwiednie sięgnął po jeden z kopcących kaganków i zbliżył do ścian, które brutalnie i lubieżnie wykastrowano ze złotych zdobień i drogich kamieni. Wojna trwała już siedem lat, na tyle długo, by głód i chciwość zwyciężyły przed gniewem bogów. Kiedyś musiało tu być pięknie, westchnął w myślach, gładząc na wpół zatarte inskrypcje.
- Podobają ci się chłopcze?
Chłopak zdrętwiał, próbując opanować wszechogarniający strach. Od kiedy pamiętał, całe jego życie polegało na ukrywaniu się i uciekaniu. Mimo iż wiedział, że nic mu w tym starym budynku nie grozi, nie potrafił opanować drżenia dłoni na dźwięk obcego głosu. Płomień kaganka podskoczył, zatańczył nerwowo na malowidłach, gdy chłopak przełknął głośno ślinę. Męski głos jednak był przyjazny i pełen ciepła, tak więc szybko udało mu się zapanować nad sobą a także zganić się w myślach za postępowanie niegodne mężczyzny.
Jakby w odpowiedzi w krąg światła wszedł mężczyzna, lata swej młodości mający dawno za sobą, jednak oczy śmiały mu się wesołością i spokojem. Chłopiec zerknął niepewnie na szaty przybysza, zapewne niegdyś bogato zdobione, teraz już znoszone i sprane. Gdzieś już widział podobny strój, kiedyś dawno, w innym życiu jakby.
- Jesteś kapłanem? – Zapytał nieśmiało.
Mężczyzna skinął głową i uśmiechnął się ciepło.
- Zwą mnie Tekarius – odrzekł uprzejmie. – I kiedyś byłem przeorem tego przybytku. Teraz… cóż, jestem tylko strażnikiem.
Chłopak rozglądał się po świątyni, szukając wzrokiem, czego można strzec w opuszczonej świątyni. Nagle jednak zaczerwienił się onieśmielony zdając sobie sprawę, ze uchybił prawu gościnności nie zdradzając swojego imienia.
- Nazywam się Revan – wydukał. - Wybacz Panie…
Kapłan ponownie tylko się uśmiechnął chowając dłonie w rękawach szaty.
- Głód i deszcz często sprawia, że zapominamy o dobrych manierach – odparł spokojnie. –Nie frasuj się synu. Od dawna jesteście już w drodze?
- Od wiosennego przesilenia.
- To już niemal trzy miesiące… – podsumował Tekarius kiwając głowa ze zrozumieniem. – Zapewne głodny jesteś i spragniony młodzieńcze. Może masz ochotę na talerz oliwek z serem i chlebem? Niewiele mam, ale zawsze chętnie podzielę się z młodym poszukiwaczem.
- Tak… to znaczy nie.. Ja – Revan zająknął się, po czym oczy mu rozbłysły ciekawością. – Ja… jakbyś mi Panie mógł opowiedzieć o tym miejscu… Chciałbym coś więcej wiedzieć…. Nie chciałbym jednak … - zmieszał się bardzo próbując znaleźć kompromis między śmiałością, a pokorą dla gospodarza.
Kapłan roześmiał się szczerze, chociaż echo odbiło jego głos z nieprzyjemnym zgrzytem. Chłopak znów skulił się w sobie, lecz oczy Tekariusa dalej pozostawały ciepłe i pogodne.
- Zaprawdę ucieszyłeś mnie tą prośbą bardziej, niż gdybyśmy teraz razem dzielili się chlebem – odrzekł. – Niewielu już tutaj przychodzi pytając o coś więcej niż schronienie. Chodź więc i posłuchaj historii o proroku Elim.
Tekarius zdjął jeden z kaganków i ruszył krużgankiem wzdłuż ścian opowiadając o nieznanych Revanowi bogach, o walce dobra ze złem, o szlachetnych i bohaterskich czynach. Chłopak zafascynowany spoglądał na wyblakłe malowidła, na nadjedzone zębem czasu i złej pogody freski, na kolumny pieczołowicie okute mosiądzem w finezyjne wzory. Nie zwrócił uwagi jednak na ciemną nawę, w której o dziwo nie paliła się żadna ze świec ani pochodni. Gdyby zajrzał w gesty od wilgoci kamienny mrok, dojrzałby czarną urnę, schowaną za prostą żelazną kratą, której nie zdobiła żadna inskrypcja ani opis. Kapłan ominął to miejsce z wdziękiem zwracając uwagę chłopca na piękny wizerunek skrzydlatego konia. Revan zatrzymał się na chwilę, jakby tknięty przeczuciem, jednak potrząsnął głową i ruszył dalej za Tekariusem, strząsając wzruszeniem ramion dziwne przeczucie.
Byli już u końca opowieści, gdy dębowe, niewielkie drzwi z zaplecza otworzyły się cicho. Tekarius zmarszczył brwi i obronnym gestem nakazał Revanowi skryć się w cieniu kapłańskich szat. Zawiało chłodem i deszczem, zabębniły krople ulewy, gdy niewysoka postać wślizgnęła się do wewnątrz. Kapłan odetchnął z ulgą.
- To ty, Eve – szepnął, ignorując pytające spojrzenie chłopaka.
- To ja – odparła kobieta, ściągając z głowy przemoczony, płócienny kaptur. Ukazała się twarz dumna i piękna, choć naznaczona już latami wojaczki, trudów i znojów. Revan był pewien, że spod jej płaszcza błysnęła zbroja, lecz uspokojony obecnością Tekariusa, nie pytał.
Kobieta zwana Eve gestem zachęciła ich do schronienia się w jednej z naw, ewidentnie nie chcąc towarzyszyć reszcie uchodźców, którzy siedzieli po drugiej stronie świątyni. Kapłan podążył za nią, chcąc nie chcąc wraz ze swoim młodym gościem.
Usiedli na kamiennej posadzce wśród pękniętych marmurowych kafli. Eve jęknęła cicho, jednak zagryzła zęby i okrzyk bólu zmieniła w ciche westchnienie.
- Jesteś ranna? – zapytał Tekarius zmartwiony.
- Nic, to głupstwo – szepnęła, po czym delikatnie rozwinęła tobołek, który niosła na rękach. Po chwili ukazała im się prześliczna twarz dziecka, które otworzyło błękitne jak ocean ślepka i zagaworzyło cicho. Revan skarcił się w myślach za niemęski uśmiech, którym bezwiednie obdarzył brzdąca. Jego towarzysze jednak nie zwracali nań uwagi.
- Ścigają mnie – tłumaczyła kobieta, wydobywając malucha z wilgotnych płócien. – Nie wytrzymam długo, nie z małą. Musze dotrzeć na zamek nim będzie za późno. Masz trochę mleka?
- Coś znajdziemy, może nasi goście trochę odstąpią. Pohandluje z nimi – odszepnął Tekarius, pomagając Eve. Maluch nie był zadowolony, że przerwano mu w drzemce, jednak kobieta w ostatniej chwili wprawnym ruchem zażegnała głośny wybuch dezaprobaty.
Kobieta ponownie syknęła z bólu, kapłan podtrzymał jej ramię i z zaskoczeniem zobaczył, że na jego dłoni maluje się krew. Eve zachwiała się, dziecko na jej ręku zakołysało się niebezpiecznie
- Ja ją potrzymam – szepnął Revan wyciągając ręce. Kobieta spojrzała na niego bacznie, jakby oceniając, po czym złożyła mu w ramiona błękitnookie zawiniątko.
Tekarius już rwał pasy ze swojej szaty spodniej, opatrując ranę. Eve znosiła to ze spokojem, chociaż czasem tłumiła jęk. Spod zwykłego, nasiąkniętego wodą płóciennego płaszcza, błyszczała zbroja najprzedniejszego gatunku, na plecach skryty odrzuconym kapturem wisiał miecz. Kapłan próbował zasłonić ekwipaż przed oczami chłopca, ten jednak udawał zajętego dzieckiem.
- Potrzebna ci pomoc – mruknął Tekarius tamując krwawienie. – Zioła, napary, maście. Tak nie możesz, dorwą cię. Jak się obronisz?
- Zawsze się broniłam – zakasłała, potrząsnęła głową. Mokre, orzechowe loki zatańczyły wokół zmęczonej i bladej twarzy. - To, że miecz odwiesiłam na kołek, nie znaczy, że zapomniałam, jak się go używa.
- Walczysz zbrojnie? Ty? Wybrana? – Szepnął jakby w naganie.
- Nie próbuj mi prawić morałów ojcze. Ludzie idą jak owce na rzeź, Krotos prowadzi taktykę spalonej ziemi, a do tego jeszcze te partyzanckie oddziały i religijne starcia. Mam patrzeć, jak ich wyżynają?
Revan zadrżał i bardziej przytulił niemowlę do piersi. Znał te opowieści i ta rzeczywistość.
- A Lwica? – Zapytał kapłan kończąc opatrunek. Eve nie wyrywała się, nie miała sił, ale widać było, że niecierpliwi się bardzo.
- Jadę na zamek – odparła. – Muszę z nią pomówić. Tylko ona może zakończyć to szaleństwo.
- Myślisz, że jeszcze nie wie? – Odparł. – Ma swoich szpiegów, ludzi, wyszkolone wojska.
- Może nie wiedzieć, jak bardzo poważna jest sytuacja. W końcu jest władcą, a oni zazwyczaj wiedzą najmniej – Eve uśmiechnęła się gorzko. – Być może nie ingeruje z wyrachowania, znasz ją, wiesz… czeka aż konflikt sięgnie zenitu i zaatakuje wygraną stronę osłabioną zwycięstwami. Umówmy się, to rubieże jej krainy, ani przesadnie bogate, ani dochodowe. Ja bym tak zrobiła – dodała cicho.
Revan nie mógł oprzeć się wrażeniu, że była mu dziwnie znajoma.
- Ona to nie ty – Tekarius zakończył pracę i bardzo krytycznie spojrzał na swoje dzieło. – Grotu strzały się tak nie wyjmuje moja panno. Nie wiem czy ramię ci wróci do pełnej sprawności.
- To była kusza – zgrzytnęła zębami Eve. – Ona to nie ja, ale mamy ze sobą wiele wspólnego. Muszę spróbować.
- Lwica cię przyjmie? – Kapłan zapytał sceptycznie.
- Nie dam jej wyboru – wyszczerzyła ząbki w drapieżnym uśmiechu.
- Zostań parę dni – szepnął, poważnie zaniepokojony. – Wydobrzej, odpocznij. Daj sobie chwile wytchnienia.
- Nie mogę – pokręciła głową. – Starałam się zgubić pogoń, ale depczą mi po piętach. Muszę jechać.
- A mała? – Zapytał Tekarius. – Jak chcesz z nią w taki deszcz…?
Eve zerknęła na dziecko, które ponownie zapadło w sen kołysane lekko przez Revana. Oczy rozbłysły jej czułością. Nagle odwróciła wzrok, jakby kolejne słowa mogły zranić niemowlę.
- Zaopiekuj się nią – jęknęła głucho, a ból w jej głosie był wyraźniejszy, niż gdy Tekarius opatrywał jej krwawiące ramię. – Przyjadę po nią za tydzień, dwa. Tutaj są kobiety, dzieci. Nie znajdą jej, wtopi się w tłum. Będzie miała opiekę. Poprosisz ich jakoś, ubłagasz..
- To rozsądne wyjście – Revan poczuł na sobie badawczy wzrok kapłana. - Czy jest wśród was karmiąca matka synu?
- Żona Ariela niedawno urodziła, ale jej synek nie przetrwał podróży – przytaknął chłopak. Z jednej strony czuł dumę, że oto jest częścią takiej tajemnicy, z drugiej jednak było mu nieswojo. Świdrujący wzrok Eve wcale mu nie pomagał, lecz odpowiedział na niego dumnie i pewnie, po męsku. – Zapewne chętnie zaopiekuje się małą. Chociaż musze zapytać…
Kobieta skinęła głową, podniosła się, wyprostowała z trudem. Widać było w jej postawie dumę i niezłomność.
- Dziękuje ci chłopcze. Masz moją wdzięczność. Wdzięczność wybranej, wojownika, ale przede wszystkim matki. Ja zawsze swoje długi spłacam, pamiętaj.
Ucałowała ciemną główkę córki, odwróciła gwałtownie wzrok, padła w ramiona kapłana, wtuliła się w niego na krótką chwilę, po czym odstąpiła szybko, jakby obawiając się własnych reakcji. Jej twarz jak wykuta z marmuru nie okazywała żadnych emocji, lecz kapłan, który znał ja przeszło od dziesięciolecia wiedział, że z trudem tamuje łzy.
- Jak brzmi twoje imię chłopcze? – Zapytała nagle, już bez ogródek luzując miecz w pochwie.
- Revan – odparł cicho.
- Revan skąd?
- Kiedyś Revan z Asgrinne – chłopak uśmiechnął się gorzko. – Teraz Revan z… - zatoczył dłonią krąg po świątyni. Ten gest sporo go kosztował, mała obudziła się i wykrzywiła usteczka w dezaprobacie. Chwycił ją mocniej, utulił. Kobieta uśmiechnęła się bezwiednie.
- Z Elandum – dodał kapłan delikatnie wyjmując ze zdrętwiałych rąk chłopca maleństwo.
- Revanie z Elandum – odparła Eve poważnie naciągając mokry kaptur na czoło. – Niechaj bogowie mają cię w opiece. Dbaj o moja córkę, dbajcie o nią obaj. Wrócę niebawem.
Nim zdążyli życzyć jej szczęścia, a już dębowe drzwi zamknęły się cicho. Revan nie był pewien, czy wiatr zawył czy tez naprawdę słyszał tętent kopyt na zewnątrz.
- Ciekawa noc – mruknął Tekarius. – Ciekawa…
- Panie – chłopiec spojrzał na niego niepewnie.
- Tak synu?
- Ja bym chciał wiedzieć.. Znaczy się ja…. Ehh.. Jak małej na imię?
- Livia – uśmiechnął się kapłan. – Livia z Amphipolis.

***

Białe kopyta dudniły o czerwony piasek. Wierzchowiec pędził rżąc dziko, zaniepokojony, zmęczony, chociaż nie miał prawa się męczyć. Gdy tylko próbował zwolnic do galopu, wprawnie podrywano go do cwału, zmuszano do wysiłku, ścigania się z wiatrem, gwałtownych oddechów. Spieniony nie protestował, dumnie wypełniając obowiązek i modląc się w duchu by cel nie był daleko.
Pędzili tak już trzecia dobę, bez wytchnienia, bez odpoczynku, bez zastanowienia. Trzecia dobę bez dnia i nocy, w czerwonej poświacie świata miedzy światami, gdzie słońce nigdy nie skończyło zachodzić, a księżyc nigdy nie pojawił się na pustym i obcym nieboskłonie. Nie spotkali żadnego żywego stworzenia, żadnej rośliny, żadnego dźwięku. Nie minął ich nikt, nikt o nic nie pytał. Tylko czerwony piasek i cwał.
Wierzchowiec nie czuł się tu dobrze, lecz nie miał prawa protestować.
Nagle wstrzymany, niemal osiadł na zadzie, a zaraz później poczuł jak jeździec sfruwa z jego grzbietu, zadrobił zdziwiony, zarżał, potrząsnął grzywą, rozszerzył chrapy w uspokojeniu oddechu.
- Spokojnie – kobiecy głos przywołał go do porządku.
Zerknął ciekawie, patrząc jak jego pani lekkim krokiem podchodzi do leżącego nieopodal ciała. Odziana w biała zbroje postać przykucnęła nad nieruchomo leżącym człowiekiem, odgarnęła nieco piasku, potrząsnęła za ramię, jakby spodziewając się, że ta osoba wstanie.
Koń parsknął zirytowany. Naiwna, pomyślał.
Jego pani odwróciła się nagle. Jej twarz, do tej pory zacięta i pewna siebie, teraz rozświetlona gniewem znaczyła, że zaraz przyjdzie czas kary.
- Ktoś za to zapłaci – warknęła przez zęby i splunęła na ziemię zupełnie nie po anielsku.
Koń poczuł się urażony, ale westchnął cicho, wiedząc, że maniery jego władczyni wymykają się przyjętym standardom.
Dziewczyna podparła się pod boki, zdmuchnęła niesforny kosmyk blond grzywy opadającej na jej czoło i w zamyśleniu zagryzła wargę. Obeszła ciało dookoła, ponownie kucnęła, przechyliła głowę, strzepała kolejną warstwę czerwonego piachu.
- Nie sądziłam, że cos takiego zobaczę – mruknęła do siebie. - Wszystkiego się spodziewałam, ale nie tego.
Podeszła do wierzchowca, opiekuńczo położyła dłoń na jego chrapach, pogładziła lekko.
- Nic to, kolego – westchnęła. – Trzeba ją będzie zabrać. Jak trzeba, to jako wór kartofli, nic nie poradzę.
Wierzchowiec spojrzał na nią z wyrzutem. Chyba nie mówisz poważnie, zdawał się mówić. Mam nieść na grzbiecie to coś?
- Przecież jej tu nie zostawię – mruknęła w odpowiedzi, jakby czytając mu w myślach.
Sięgnęła do złotych, zdobnych juków, wyjmując białą atlasową szatę i rozłożyła ja przy leżącym ciele. Wyprostowała się krytycznie patrząc na białą zbroję uwalana już czerwonym kurzem. Pod wpływem jej prób doprowadzenia rynsztunku do porządku, kurz zmienił się w brunatne zacieki. Dziewczyna wyglądała jak skąpana w zaschniętej krwi. Zmarszczyła nosek i wzruszyła ramionami.
- Atłasy to dają – jęknęła niezadowolona. – Ale nikt nie pomyślał, żeby mi spakować łopatę.
Nagle obok grzmotnęło. Koń zarżał ostrzegawczo, odskoczył. W zaskoczeniu z pleców dziewczyny wystrzeliły olśniewająco białe skrzydła, rozpościerając się imponująco. Jego pani zmełła w ustach przekleństwo, odwróciła się, chowając je lekkim ruchem ramion. Zniknęły w jednym oddechu, jakby nigdy się nie pojawiły, a plecy zawsze chroniła jedynie zdobiona, kuta w srebrze zbroja. Zamiast eksponować kim była, wolała sięgnąć po miecz.
Przed nimi stała niewysoka Japonka ubrana w delikatne i zwiewne kimono. Skłoniła się głęboko, jednak jeżeli oczekiwała tego samego po anielskiej przeciwniczce, srogo się zawiodła. Właścicielka wierzchowca skrzyżowała ręce na piersiach z niesfornym uśmieszkiem czekając na zakończenie ceremonii przywitania. Japonka chwil trwała w ukłonie, po czym z niesmakiem wyprostowała się i spojrzała na swojego gościa.
- Ja ci się kłaniać nie będę – usłyszała na powitanie. – Wiesz po co przyjechałam, więc nie przeciągajmy tego dłużej.
- Nie zabierzesz jej – Japonka dumnie wysunęła podbródek i przyjęła bojowa postawę. Wyglądało to o tyle zabawnie, że nie była uzbrojona, a anielica, wyższa co najmniej o głowę z nonszalancja dzierżyła długie, ostre i bardzo nieprzyjazne ostrze.
- Oj zabiorę, moja słodka Akemi – odpadła. – Zabiorę. Przykro mi, jeżeli przez ten czas nie zdążyłaś się nią nacieszyć. I tak wyjątkowo długo wszyscy pozwlalali ci na ta sytuację.
- Nie masz do niej praw! – Warknęła dziewczyna zwana Akemi, celowo zagradzając anielicy drogę do leżącego w pyle i piasku ciała.
- W sumie chyba większe niż ty – odparła jej przeciwniczka uśmiechając się wrednie. – Po pierwsze, twoje oszustwo, swoja drogą dość tandetne, wyszło na jaw. Po drugie, mam rozkaz by ją przyprowadzić, a z moim Panem raczej się nie dyskutuje. To się źle kończy - powodziami, trzęsieniami i plagami na przykład.
Obchodziła Akemi tanecznym krokiem, wprawnym tańcem wojownika, szarpiąc rytm, zmieniając ustawienia ciała, delikatnie i czule podrywając ostrze w najmniej spodziewanych momentach. Wierzchowiec westchnął niecierpliwie. Zbliżał się czas kary. Zbliżała się bitka.
- A po trzecie? – Warknęła Japonka bacznie obserwując przeciwniczkę.
- Jeżeli ci powiem, ze jest matką moich dzieci, to pewnie nie uwierzysz? – Zaśmiała się tamta nieprzyjemnie i zaatakowała.
Akemi w ostatniej chwili zasłoniła się wyszarpniętą z nicości kataną. Zadzwoniła przekuta po wielokroć stal, zadźwięczały szybkie, wprawne uderzenia. Kimono dziewczyny wirowało ptakami i kwiatami wiśni, gdy umykała przed szybkimi, sprawnymi ciosami anielicy. Widać było, że ciężko jej było parować uderzenia, unikała kontaktu, szczęku metalu, migała w półobrotach, zwodach i piruetach, ale nie było wątpliwości, kto w tym pojedynku jest góra. Umykała jak mogła zwinnych ciosów, finezyjnie odskakiwała, przemykała, pląsała do rytmu białego miecza, jednak władczyni wierzchowca tylko się roześmiała.
- Wystarczy – mruknęła, gdy Akemi znów odskoczyła o parę kroków w barwnym piruecie. – Widzisz, że czas zabawy się skończył. Nie wiem, co cię opętało, żeby chcieć ja zatrzymać dla siebie. Ni bóg ni człowiek nie był w stanie, a ty pogrzebałaś ja już za życia, tak dla zabawy.
- To miłość, oddanie, obowiązek, prawo! Ty nigdy tego nie zrozumiesz, Callisto – syknęła Akemi, zbierając się do skoku, który udaremniła jedna szybka finta. Japonka opadła na kolana, unurzana w czerwonym pyle.
- Ach miłość, miłość, miłość.. Jak dawno nikt nie powoływał się na to święte prawo – anielica zwana Callisto obróciła sprawnie miecz w dłoniach, natarła jakby od niechcenia, klingi zadźwięczały z jękiem. Akemi z przerażeniem spojrzała na swoje ostrze. Nie wytrzyma długo, pomyślała z rozpaczą.
- Skąd znasz moje imię? – Callisto uderzyła ponownie, raz jeszcze i z piruetu poprawiła mocnej. Akemi zachwiała się, upadła na kolana, jęknęła głucho. Dobiegł ją śmiech, rżenie konia. – To siła dedukcji czy ktoś doniósł o mojej wizycie? Czy może tez doszły cię słuchy o świętej wojnie, o tym, ze wszyscy bogowie rzucili się sobie do gardeł?
- Zamknij się! – Krzyknęła wiedząc ze przegra i ruszyła do ostatniej szarzy. Kilka szybkich zwrotów, uderzeń i nagle w jej dłoni tkwiła tylko rękojeść katany, a u nóg Callisto leżało święte ostrze. Pęknięte i nędzne. Była bezbronna.
Callisto uśmiechnęła się szeroko, delikatnie dotknęła ostrza swego miecza, po czym podeszła szybko do Akemi, która cofnęła się instynktownie, czołgając w piachu. Miecz zbliżył się do jej gardła, sprawiając ze musiała odchylić głowę, by uniknąć pchnięcia.
- I tak to się kończy – szepnęła Callisto. – Tutaj, na pustyni, przy ciele tej, bez której i ciebie i mnie by nie było. – Natarła mocniej, aż po szyi Akemi pociekła strużka krwi. – Widzisz, nie jestem mordercą. Tak naprawdę cieszyłam się świętym spokojem, umiłowaniem najbliższych, ale przez takie zdradzieckie suki jak ty obowiązek wezwał.
Akemi z trudem łapała powietrze, palce zagłębiając w piachu, szukając oparcia, obrony, szansy. Miecz Callisto nie znał jednak litości.
- Nie jestem mordercą – powtórzyła tamta. – Ale nie moja to wina, że zostałam sędzią i katem. Naprawdę nie leżało to w moich obowiązkach i ambicjach.
- Idź precz – wycharczała japonka, rzucając garścią pyłu w twarz Callisto, ta jednak tylko roześmiała się perliście. Po czym spoważniała w jednej chwili i przebiła przeciwniczkę mieczem, aż ostrze zazgrzytało o kręgi szyjne. Poprawiła mocniej, po czym już dla zasady wzięła spory zamach i patrzyła jak głowa dziewczyny spada na piasek i nieruchomieje.
Wierzchowiec zarżał w aprobacie, grzebiąc kopytem w kurzu. Potrząsnął grzywą przypieczętowując zwycięstwo swej pani. Niestety jak zwykle, ona tego nie doceniła. Te jej maniery!
- Nie jestem morderca – powtórzyła Callisto pogodnie. – Ale nie znaczy, że nie sprawia mi to przyjemności. Pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają.
Przekroczyła martwe ciało Akemi, nie poświęcając mu ani krzty uwagi, klęknęła przy drugim, które nagle jakby drgnęło, jakby nabrało oddechu. Callisto opadła na kolana, miecz kładąc ostrożnie obok. Chwyciła twarz kobiety w swoje dłonie. Spękane wargi, oczy pokryte piaskiem, ale wyczuwała już oddech, puls. Kobieta wracała do życia.
- Gabrielo – wyszeptała nagle.
- No tak – westchnęła Callisto i pokręciła głową. – Tyle się namęczyłam i laury zawsze zbiera ktoś inny. Co za wredny świat. Kolego – zwróciła się do wierzchowca – będziemy mieć towarzystwo w drodze powrotnej.
Wierzchowiec parsknął i potrząsnął łbem. Nie miał prawa protestować.

***

Bard przełknął głośno ślinę i dotknął palcami liry, jakby badając, czy struny są na miejscu. Delikatny jak powiew wiatru akord wypełnił salę, odbił się od ścian udekorowanymi sztandarami poległych wojsk, zdobnych napierśników, egzotycznej broni i freskami z legend i opowieści o władczyni kraju. Tłum zaszemrał zaskoczony, wielmoże i damy spojrzeli po sobie, czekając na występ.
Występ, który jak bard doskonale wiedział, był grą o życie. Lub o godną śmierć.
Władczyni Atlantis, pani na zamku Tandet, pogromca Sparty, opiekunka egipskich piramid, protektorka zielonych wysp, Szybsza od Wiatru i piękniejsza niż morska bryza, ta, przed którą klękały narody, która wrogów i przyjaciół miała wśród bóstw i bogów, zwana przez swych poddanych Lwicą, siedziała rozparta na swym tronie i pozornie nie zwracała nań żadnej uwagi. Jak zawsze ubrana po męsku, jakby przygotowana na następną wojenna kampanię, przerzuciła jedną z nóg o podłokietnik, nonszalancko bawiąc się sztyletem. Bard nie był głupi. Wiedział, że czeka. Wiedział, że ocenia. Wiedział, że nie uda mu się jej okłamać.
Lwica mruknęła cos do siebie, potrząsnęła głową. Straż wokoło tronu nadstawiła uszu, lecz nie padł żaden rozkaz, więc ponownie zmienili się w uzbrojone i czujne posągi. Władczyni wprawnym gestem schowała sztylet do cholewy wysokiego buta, usadowiła się jakby wygodniej, poprawiła delikatnie zloty diadem, jedyną oznakę władzy, jaka nosiła, i wbiła wzrok w barda. Wyczekująco.
- Czekamy – powiedziała miękko, delikatnie, aż westchnął zaskoczony i pewniejszy siebie uderzył w struny instrumentu.
Zaczął pieśń, najpierw niepewnie, po czym coraz śmielej, gdyż jak każdy artysta kochał brzmienie własnego głosu. Wysokie mury zamku rezonowały jego pieśń, nadając jej mocy i siły. Opowiadał historię, którą znał, sam złożył rymy i melodię i którą wielokrotnie zarabiał na dach na głową i słodkie chwile w zamtuzie.
Śpiewał o Wojowniczej Księżniczce, o jej ostatniej wyprawie. Śpiewał o starciu z bogami kwiatu wiśni, o czerwonym zachodzącym słońcu. Śpiewał o wielkiej bitwie, do której stanęła najsłynniejsza z wojowniczek wraz ze swoja towarzyszką. O magicznej broni i tysiącu strzał, o walce ze zbrojnymi legionami skośnookich diabłów. O chwalebnej śmierci obu bohaterek, o słodkim pożegnaniu, o rozpaczy ich towarzyszy i pochówku na śnieżystej górze. O tym jak bard i wojownik zasnęli razem, na wieki, dopełniając świętego obowiązku. O tym, że przyjaźń i miłość silniejsza niczym śmierć połączyła je na zawsze, ku chwale i sławie na wieki.
Publika słuchała najpierw z umiarkowanym zainteresowaniem, lecz gdy spostrzegli, że władczyni pilnie spija słowa z ust barda, zamilkli nawzajem ganiąc się za szepty i śmiechy. Wpatrywali się w muzykanta chłonąc historię, choć po ich twarzach widział, że nie wierzą w treść opowieści. Zauważył też w pewnym momencie poruszenie, gdy jeden z oficerów próbował przepchnąć się przez tłum, widać w pilnej sprawie, jednak został zganiony i uciszony szybko przez resztę zgromadzonych.
Lwica słuchała z uwagą, oczy błyszczały jej zagadkowo, twarz nie wyrażała emocji. Brodę podparła pięścią bacząc na każdy dźwięk i sylabę, jednak bard znał swój fach i nie zafałszował nawet pół tonu. Chwilami śpiewając zerknął na nią ukradkiem, na prosty strój, na skórzane spodnie bez zdobień, na pikowany kubrak i brosze w kształcie gryfów, do których przypinano jej zwykle ognistoczerwony płaszcz. Patrzył na tron za nią, bogaty w sumeryjskie, greckie i fenickie zdobienia, w znaki i symbole, których nie potrafił rozpoznać. Podziwiał straż przyboczną, dumnych i wysokich mężczyzn, którzy bez rozkazu Lwicy nie śmieli nawet drgnąć, lecz na jedno jej słowo potrafili zabić bez zmrużenia oka.
Skończył pieśń pewien swego, a oczy jego z ostatnią nutą spoczęły na tajemnej broni Lwicy, morderczym ostrym kole, zawsze przytroczonego do jej pasa, który zawsze pieściła delikatnie, jakby była to żywa istotna, nie mordercze narzędzie.
Skłonił się, chowając wzrok skromnie, gdy zgromadzony dwór bił mu huczne brawa. Spuścił głowę z wdziękiem i stanął przed tronem czekając.
Lwica wpatrywała się w przestrzeń, pogrążona we własnych myślach, jakby nieobecna. Jej dwór czekał w ciszy, nauczony doświadczeniem, aby nie poganiać i nie przeszkadzać. Bard czekał, a dłonie pociły mu się coraz bardziej.
- Skąd znasz tą opowieść? – zapytała w końcu głosem schrypniętym, ostrym, nieprzyjemnym.
- Od ludzi – odrzekł szczerze. – Legenda krąży od lat, ja tylko zamieniłem ją w pieśń.
Lwica gwałtownie, z gracją atakującej pantery podniosła się z tronu.
- Nie tak było – powiedziała nagle. Tłum dworzan spojrzał na nią zaskoczony, bard zaś wpatrywał się w nią oniemiały. – Nie tak… - dodała ciszej, do siebie, po czym spojrzała muzykantowi prosto w oczy, aż ścięła go zimnozielona, lodowa fala jej spojrzenia.
- Nie śpiewaj tego więcej. – Rozkazała nagle. – Jeżeli dojdą mnie słuchy, żeś tą pieśń wykonał raz jeszcze, pożegnasz się nie tylko z palcami i językiem, ale także dasz gardło. Czy to jasne?
Pokiwał skwapliwie głową, zbyt przerażony by zaprotestować, że przecież to jego najlepszy utwór, ten, w który włożył całe serce i duszę. Nie spotkał tej kobiety nigdy wcześniej, lecz wiedział od pierwszego spojrzenia nań o jedynym najważniejszym warunku. Z Lwicą się nie dyskutowało.
Władczyni przez chwilę jeszcze patrzyła się na niego uważnie, jakby sprawdzając, czy pojął lekcję, po czym odwróciła się płynnie i ruszyła do swych komnat. Drogę zastąpił jej dowódca jej wojsk, wsławiony w zwycięstwach Tercjusz, bękart Rzymu. Zamienili kilka słów szeptem i oddalił się skłaniając szybko, po żołniersku.
Lwica gestem zakończyła audiencję, schodząc ku wejściu prowadzącego do wschodniego skrzydła zamku. Bard zauważył, że w tłumie dworzan znać było jakieś poruszenie. Nie znając obyczaju bał się odwrócić, lecz po chwili przed tron wtargnął oficer, wcześniej próbujący zakłócić feralny dla śpiewaka występ. Żołnierz zdjął zdobiony na grecką modłę hełm, po czym skłonił się szybko. Bard zdziwiony zauważył, że była to młoda dziewczyna, która mimo wyjątkowo niewielu lat nosiła już oficerski pas i złote naramienniki, co znaczyło, że Lwica wyjątkowo musiała ją cenić. W armii Atlantis służyło wiele kobiet, ale nieczęsto zdarzało się, by osiągały znaczącą pozycję w wojskowej hierarchii.
- Pani – dziewczyna podniosła głos. – Pilne wieści z zachodnich rubieży.
Lwica westchnęła lekko i gestem zaprosiła oficera, by poszedł za nią.
- Porozmawiajmy na osobności – mruknęła.
To były ostatnie słowa Lwicy, jakie bard usłyszał. Chwilę później dworzanie zaczęli opuszczać obszerną salę tronową, komentując nie tyle jego występ, co dziwną reakcję władczyni. Bard chwilę jeszcze stał ściskając lirę, jakby zastanawiając się, co robić dalej. Moment jego triumfu okazał się chwilą upokorzenia i chociaż przez myśl mu nie przeszło, by rozkaz Lwicy złamać, czuł gorzki zawód, że tak się sprawy potoczyły.
„Co zrobiłem źle?” pytał sam siebie, nie wiedząc czemu sprawy przybrały tak niekorzystny obrót. To pytanie zadawał sobie wielokrotnie, gdy pobity przez strażników, unurzany w błocie i końskich szczynach, wygrzebywał resztki połamanej liry leżącej obok kilku srebrników z wizerunkiem gryfa, które rzucono mu jako zapłatę za jego występ. Nigdy nie odkrył zagadki, chociaż przez kolejne dni, poobijany i w gorączce próbował zarobić na gorącą strawę, a w żadnej gospodzie i tawernie nikt nie chciał skorzystać z jego usług. Bał się zapytać nawet wtedy, gdy błąkał się po gościńcach i traktach, głodny i zmarznięty bez szans na choćby krótki koncert u pomniejszego wasala. A gdy umierał wiele lat później, ostatnie tchnienie wydał z tym właśnie pytaniem na ustach.
„Co zrobiłem źle?”.

***

Valeria odetchnęła głęboko i przekroczyła prób prywatnej komnaty władczyni. Wyprostowana czekała na udzielenie jej głosu, chociaż ta cierpliwość wiele ja kosztowała. Lwica nie śpieszyła się nigdy, chociaż bywała porywcza. Teraz najważniejszy był dzban wina, dużo wina, łyk, chałst, puchar za pucharem.
- Cóż za wieści cię tu sprowadzają? – Usłyszała w końcu. Władczyni wyraźnie nie była w najlepszym nastroju. Valeria zanotowała pilnie, by ważyć słowa. Takie dni jak ten nie jednemu złamały karierę i życie.
- Pani, na zachodnich rubieżach starcia, padają posterunki. Sprofanowano wiele świątyń, Krotos podchodzi już pod Elandum. - Zameldowała szybko.
- Czyli nic nowego – Lwica oparła się o parapet okna, wpatrzyła na oświetlony setkami pochodni dziedziniec. – Znam sytuację. Tercjusz co chwilę zdaje mi raporty. Proszą o interwencję?
- Wręcz błagają – przyznała Valeria niechętnie. Była młoda, porywcza i pełna ideałów. Ociąganie się z odsieczą wydawało jej się rzeczą niegodną. Lwica jednak nigdy nie tłumaczyła się ze swych planów, a jej decyzje zawsze były przemyślane. – Przysłali posłańca – dodała na koniec.
- I czy to ów posłaniec zranił cię w rękę, jak nowicjuszkę? – zapytała Lwica nadal nie poświęcając swemu oficerowi ani jednego spojrzenia. Valeria skryła rozcięta dłoń jeszcze głębiej pod płaszczem. – I chyba sponiewierał mocno, widzę błoto na twojej zbroi.
- To ona – przyznała dziewczyna zgrzytając zębami, nie przyzwyczajona do wytykania jej porażek.
- Od kiedy na moim dworze przyjmuje się posłańców tłukąc na dziedzińcu jak psa? – Władczyni odwróciła się w końcu, lecz jednak nie po to by obdarzyć Valerię spojrzeniem, a po kolejny kielich. – Żyje jeszcze, czyście ją zadźgali?
- Żyje.
- Wprowadzić.

***

- Jesteś pewna, że to ona?
- Jestem pewna Tomaszu, nie wygłupiaj się.
- Wiesz, że nie możemy sobie pozwolić na najmniejszy błąd. Cała reputacja naszego oddziału na tym ucierpi.
- Więc, żeby nie ucierpiała, zaczęłam działać, zamiast siedzieć i wyrywać sobie pióra z tyłka w wielkim zmartwieniu. I tak mieliśmy po nią posłać, i tak mieliśmy zwołać sąd o jej duszę, więc tylko przyśpieszyłam procedurę.
- Michał nie będzie zadowolony. Jego stronnictwo niemal ostatnio zaatakowało nasz oddział. To furiat. Odegra się. A ty… Ty złamałaś rozkaz!
- Daj spokój z takimi rozkazami. Mamy wojnę!
Otworzyła oczy, załkała, jęknęła, przewróciła na bok i zwymiotowała powietrzem. Miała wrażenie, jakby wszystkie mięśnie i kości zawyły wspólnym chórem bólu, jakby cała rozpadała się na kawałki. Próbowała cos powiedzieć, ale struny głosowe nie chciały jej słuchać. Wsparła się na rękach i od razu upadła na twarz, nawet nie próbując się zasłaniać. Nie miała siły.
Przed oczami mignęły jej dwie świetliste sylwetki, lecz na jej reakcję, jedna z nich szybko okręciła się na pięcie i wyszła pośpiesznie. Spróbowała zwymiotować jeszcze raz jednocześnie walcząc z uporczywym bólem oczu. Miała wrażenie jakby pod powiekami wsypano jej kilka funtów piasku.
Ktoś podszedł do niej. Podał kubek z wodą. Próbowała się napić bezskutecznie. Nie była wystarczająco silna. Poczuła, że oblano ją wodą, oblizała wargi.
- Gabrielo – jęknęła.
- Znasz jakieś inne słowa, czy będziesz w kółko wołać tą irytującą blondynkę? – usłyszała znajomy glos, który brał udział w sprzeczce, której była niemym świadkiem.
Wysiłek, jaki podjęła, by skojarzyć go z osobą, był równie bolesny.
- Callisto? – szepnęła. – Ale .. jak? Gdzie..?
- Dojdziesz do siebie, to będziesz zadawać pytania. Teraz naciesz się faktem, że masz znowu ciało, chociaż to akurat odkryłaś. Chyba zresztą średnio ci się to podoba.
Zmrużyła oczy, przyzwyczajając je do słonecznego światła. Gestem poprosiła o wodę. Nieco silniejsza już napiła się, najpierw ledwo przełykając, później zachłannie.
Rozejrzała się przytomniej i otoczenie, chociaż przyjemne zaskoczyło ją. Leżała na wygodnym, szerokim łożu zwieńczonym baldachimem, na jedwabiach i atłasach. Marmurowa komnata, w której udzielono jej gościny, także cała tonęła w bieli, jakby nie z kamienia była wznoszona, lecz z puchu. Okna i drzwi szczelnie zamknięte przepuszczały promienie słońca, lecz nie pozwalały zorientować się gdzie znajduje się budowla, w której się znajdowała.
- Wino jest? – wychrypiała spoglądając na anielicę, która klęczała przy jej posłaniu z bardzo znudzoną miną podając jej naczynie.
- O, wracamy do siebie? – Callisto wyszczerzyła ząbki. – Jest, jest, nawet pasztet z zająca. Ale to za chwilę.
- Gdzie Gabriela? – próbowała się podnieść, chociaż usiąść. Udało jej się to w połowie. Opadła na poduszki zagryzając zęby w niemym proteście. Ból był niewyobrażalny.
- Nudna jesteś z tą Gabrielą – Callisto westchnęła ciężko. – Nie po to wyrwałam cię z pazurów tej krwiożerczej karlicy, żeby zadbać o twoje małżeńskie szczęście.
Powoli przyswajała informację, starając się opanować swoje ciało. Czuła swój oddech, bicie serca, tętno. Czuła jak krew krąży jej w żyłach. Czuła wszystko. Wróciła. Zerknęła ciekawie na Callisto, która w srebrnej zbroi i z mieczem przy boku wyglądała na boginie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. A właściwie wyglądałaby, gdyby diabelski uśmieszek chociaż na chwilę zszedł jej z ust.
- Ile to już czasu? – Szepnęła w nagłym przypływie świadomości. – Jak długo…
- Och , drobiazg – Callisto machnęła ręką i nalała do kubka wina. Łyknęła najpierw sama, smakując szybko, zmrużyła oczy w rozkoszy i podała naczynie podopiecznej. – Wiesz, chwilkę to wszystko zajęło. Żeś ty się dała nabrać na głupotę w tym zamknięciu, to niesamowite, naprawdę. Zanim się okazało, że to jedna wielka bzdura i kazano cię wyciągnąć z więzienia między światami, nieco to potrwało. Wiesz, procedury…
- Ile? – Jęknęła kobieta sięgając po kubek z winem. Obie wiedziały, że przyda jej się przy przetrawianiu informacji.
- Och, jakieś piętnaście lat. Mniej więcej – odparła rezolutnie Callisto odstawiając dzban na stolik przy łożu.
- Ile? – kobieta zakrztusiła się winem i rozkaszlała na dłuższą chwilę.
- Podziękuj Akemi, Xeno – anielica wzruszyła ramionami i strzepnęła jedno z małych piór, które opadło jej na ramię. – To nie był mój pomysł.

***

Eve wycieńczona opadła na krzesło. Blada, zmęczona i zdeterminowana trzymała się w pionie jedynie siłą woli. Przedarcie się przez straż zamku, potyczka z Valerią i jej oddziałem nie poprawiły jej samopoczucia. Czuła, że rana w ramieniu ponownie się otworzyła, rozbity łuk brwiowy palił żywym ogniem, a pęknięte żebra dusiły przy każdym oddechu. Dumnie uniosła głowę, wiedząc, że teraz przed nią najtrudniejsze starcie.
Lwica patrzyła na nią uważnie, po czym skinęła głową na jednego z wartowników.
- Cyrulika – rozkazała. – I to sprawnie, szybko.
Mężczyzna skinął głowa i wyszedł. Władczyni gestem odprawiła także drugiego z nich za drzwi. Nikt o nic nie pytał. Zostały same.
Eve zastanawiała się jak zacząć, jak najkrócej opowiedzieć o wszystkim, by zdążyć przed omdleniem, jednak jej towarzyszka wyprowadziła ją z kłopotu:
- Długą drogę przebyłaś, żeby mnie odwiedzić – zaczęła i podsunęła talerz z mięsiwem, chlebem i serem. Jej rozmówczyni najpierw próbowała tłumić swój głód, lecz poddała się szybko i rzuciła na strawę. Lwica przyglądała jej się ze spokojem, na chłodno oceniając jej rany, wycieńczenie, stan zdrowia.
- Wierzę – kontynuowała, widząc, że na odpowiedzi Eve będzie musiała poczekać przynajmniej dobry kwadrans – że miałaś istotny powód. Wydawało mi się, że parę lat temu dość jasno ustaliłyśmy, że nie będziemy szukać ze sobą kontaktu. Takiego czy innego.
- Prawda – Eve przełknęła kolejny kęs i powstrzymała się przed rozszarpaniem i schrupaniem pieczonej przepiórki. To mogło poczekać. – Nie rozstałyśmy się w zgodzie. Wiele się zmieniło…Tym razem musiałam. Przybyłam po pomoc.
- Zaiste – mruknęła Lwica patrząc na powyginaną zbroję i wyślizganą głownię miecza. – Widzę, że stare nawyki wzięły górę. Już nie będziesz mnie nawracać i prawić morałów?
Eve zacisnęła szczęki.
- Gabrielo, posłuchaj…
- Nie nazywaj mnie tym imieniem! – podskoczyły kubki, misy i talerze, gdy Lwica uderzyła z całej siły pięścią w stół. Nachyliła się ku zaskoczonej wojowniczce, mrużąc groźnie oczy. – Nigdy więcej nie nazywaj mnie tak, rozumiesz?
Jej rozmówczyni skinęła tylko głową, z całych sił kryjąc zaskoczenie. To prawda, że nie widziały się już dobrą dekadę, nie rozmawiały ze sobą jeszcze dłużej, ale nie sądziła, że pewne rzeczy się zmienią.
Do izby wszedł cyrulik, skłonił się szybko jednej i zaczął sprawnie opatrywać drugą. Jego szczupłe, sprawne palce szybko poradziły sobie z paskami zbroi i wiązaniami koszuli. Zacmokał pod nosem z niezadowoleniem, otworzył swoje sakwy, wyjął mikstury, zioła, instrumenty i przystąpił do pracy. Obie kobiety ignorowały jego obecność, choć jedną z nich kosztowało to przełykanie jęków bólu.
- Raportuj – rzuciła Lwica spokojnie, opierając się o stół i zakładając rękę na rękę. Opanowana i spokojna sprawiała wrażenie, jakby jej napad irytacji nigdy nie miał miejsca.
Eve większą część swego życia spędziła w wojsku i wiedziała, jak na rozkaz zareagować. Odetchnęła głęboko i zaczęła mówić wprawnie dobierając słowa.
Cyrulik zaś łatał, zszywał i opatrywał nie przerywając.


Ostatnio zmieniony przez Aiglon dnia Nie 7:04, 04 Gru 2011, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Aiglon
Czeladnik Hefajstosa



Dołączył: 20 Wrz 2006
Posty: 114
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Warszawa

PostWysłany: Pią 4:42, 04 Lis 2011    Temat postu:

ROZDZIAŁ 2

Lwica długo dryfowała bez wody i pożywienia, niesiona wiatrem na szczątkach swej łodzi. Jedyne, co miała, to miecz swój, czakram i wiarę głęboką, że bogowie zginąć jej nie dadzą na morzu, acz w walce, jako przeznaczeniem jej było. Gdy dnia trzeciego jutrzenka niebo rozświetliła, Lwica dostrzegła ląd zielony, plażę piaszczystą i żarliwie modlić się poczęła, by prawda to była, nie ułuda okrutna. A gdy tylko na ziemiach świętej Atlantis stanęła, na jej spotkanie wyleciał stwór przedziwny mający ciało lwa, lecz łeb i skrzydła orla. Ział ogniem plugawym, pazurami ostrymi jak szable tnąc i raniąc, jednak Nieulękła za nic miała jego potęgę i do krwawego boju z nim stanęła, nie bacząc na zmęczenie swe i wyczerpanie. A gdy tylko śmierdzące jego truchło przekroczyła, mieszkańcy wiwatować poczęli, na rękach nosząc i oddali jej swe ziemie we władanie, jako było zapisane na początku. Lwica za znak swój Gryfa przyjęła, a kraj pod jej rządami kwitł i rozwijał się wielce.


Następnego dnia Xena czuła się już zdecydowanie lepiej. Wstanie z łóżka i wyjrzenie przez okno było procedurą bolesną, ale możliwą do realizacji. Wciąż niepewna swego, wędrowała po maleńkiej komnacie, odkrywając tak prozaiczne przyjemności jak smak świeżych owoców czy wilgoć świeżo umytych włosów. Ciało oddano jej własne, to, które znała, lecz do starych przyzwyczajeń wracała powoli, jak po ciężkiej chorobie. Próbowała odgadnąć gdzie jest, lecz za oknami migotała jedynie biała poświata, nie widać było żadnego krajobrazu, nawet muru czy krat. Wydawało jej się, że widziała w oddali niebiańskie skały, siedzibę Michała i jego anielskich strażników, ale mogło jej się tylko wydawać. Szczerze mówiąc, była przyzwyczajona do halucynacji
Nie czuła zaniepokojenia sytuacją. Jedyne, czym się martwiła to Gabriela i własnych piętnaście lat nieobecności. Gdzie jest jej dziewczyna, jej podpora, jej drugie ja? Czy ułożyła sobie życie z kimś innym? Czy walczy w imię wielkiej sprawy? A może odrzuciła miecz, zakopała czakram i w Atenach wystawia swoje sztuki?
Szczerze mówiąc Xeny niewiele obchodziła misja, z jaką ją wyślą. Wiedziała, że nie została przywrócona do tego życia w niebycie, tylko po to by odszukać Gabrielę, jednak jej osobistych priorytetów nie mógł zmienić nikt. Dawno się też tak bardzo nie obawiała rezultatów swoich poszukiwań.
Niecierpliwie czekała na powrót Callisto, lub kogokolwiek innego, kto mógłby cokolwiek wyjaśnić, jedząc, spacerując, śpiąc i powoli odchodząc od zmysłów. Czekanie, chociaż niewątpliwie wskazane przy jej kondycji, nie pomagało jej w opanowaniu sytuacji oraz zdobyciu jakichkolwiek informacji.
W końcu, po godzinach, a w jej umyśle nawet i miesiącach, drzwi się otworzyły i Callisto wdzięcznie wkroczyła do środka. Uśmiechała się, lecz widać było, że czymś jest zaniepokojona. Nim Xena zdążyła zareagować, na jej łożu wylądował prosty miecz, bardzo podobny do jej własnego. Blondwłosa anielica rzuciła jej też tunikę, która bardziej przypominała zgrzebny wór niż gustowną odzież. Xenia uniosła brew.
- Daj spokój – mruknęła Callisto. – Nie mam teraz pod ręką nic więcej ziemskiego. Chyba, że wolisz objawić się ponownie światu nago?
Xena zacisnęła wargi i z trudem zaczęła przebierać się w szatę. Szorstki materiał drażnił jej skórę, z niechęcią więc odrzuciła atłasy. Callisto przyglądała jej się przez chwilę z zainteresowaniem, na co wojowniczka zareagowała odwróceniem się tyłem by zapewnić sobie minimum prywatności.
- Nie ukryjesz niczego, czego bym już nie widziała – dobiegł ja sardoniczny śmiech anielicy, która po chwili westchnęła dramatycznie. – Przyszedł twój wytęskniony czas na pytania. I odpowiedzi. Niestety, tego czasu za dużo nie ma. Nie wszystkim się podoba, że znowu się będziesz bawiła w sprawy wielkiej wagi.
- Najwyższy czas – odparła wojowniczka nie kryjąc zniecierpliwienia.
- Owszem – przyznała anielica sadowiąc się na łożu. Podłożyła dłonie za głowę i wyciągnęła się lekko. Chociaż sprawiała wrażenie rozluźnionej, co chwilę zerkała na drzwi.
Xena zakończyła się przebierać i chwyciła za miecz. Obróciła go w dłoniach, najpierw niepewnie, po czym zamłynkowała śmielej. Zawyły ścięgna nadgarstka, ale ból był słodki.
- Do rzeczy – zaczęła Callisto rzucając jej pełne aprobaty spojrzenie. – Nie tak zaplanowałam tą rozmowę, ale nie mam czasu poznęcać się nad twoją świętą naiwnością w kwestii działań Akemi. Od kiedy bawiłaś się w strażnika czerwonego piasku, sprawy trochę się skomplikowały. – Sięgnęła po dzban z winem i hojnie zapełniła jeden z pucharów.
- Jak zwykle – Xena westchnęła i sama sięgnęła po alkohol. Musiała przyznać sama przed sobą, że ciężar dobrej stali w ręku zadziałał o wiele lepiej niż leżenie całymi godzinami w łóżku
- Wino – mruknęła Callisto rozmarzona smakując trunek. – Zabraniają nam pic wino. O ile można mi tutaj coś zabronić. Do rzeczy – odchrząknęła. – Słyszałaś legendę o Atlantis?
- Zaginiona wyspa, której nikt na mapach odnaleźć nie może, a kryje w sobie tajemnice przyszłości i przeszłości? – Odpowiedziała pytaniem wojowniczka.
- Wstęp więc mamy z głowy – Callisto łyknęła z kielicha. – Jednak z tym odnalezieniem to już nie do końca tak. Odnaleziono jak najbardziej, a ponieważ rzymska dominacja daje wszystkim się we znaki, nowy świat był dla niektórych wybawieniem. Pozabierali rodziny, dzieci, psy i śmierdzące kozy, by w zacząć nowe życie w nowym miejscu.
- To cudownie – Xena nie potrafiła opanować ironii.
- Zbiegło się to w czasie z małym nieporozumieniem między bogami, lub też – jeżeli wolisz, Atlantis to nieporozumienie wywołało. Pojawił się nowy gracz na nieboskłonie, tak to ujmijmy, i szerzy swój kult na wyspie, co niekoniecznie podoba się innym. Mój Pan rzecz jasna nie uczestniczy w potyczkach…
- Rzecz jasna.
- Ach, tak brakowało mi twojego cynizmu. W każdym razie sytuacja wygląda następująco. Atlantis jest w stanie wojny, ponieważ ścierają się tam potężne moce, wspierane mniej lub bardziej przez znanych i nieznanych ci bogów. Wszystko komplikuje ten nowy, który ma już całkiem sporą grupę wyznawców.
- I to mój problem, ponieważ?
- Oj Xeno, nie bądź niemiła. To twój problem, ponieważ, jak sama powiedziałaś, Atlantis to miejsce przeszłości i przyszłości, tam gdzie ukryte są rzeczy, do których nie powinien mieć dostęp jakiś pomniejszy bożek, to chyba oczywiste. Szczególnie taki, który wymyślił sobie, że naprawdę będzie jedynym.
- I ja mam zlikwidować konkurencję? – Zapytała Xena i zaczęła się śmiać. – Callisto, przecież jestem tylko człowiekiem, może i wskrzeszonym i z zawikłaną przeszłością, ale tylko człowiekiem. Nie mam już mocy zabijania bogów.
- Zawikłana przeszłość to w twoim przypadku spory eufemizm - zachichotała anielica. - A czy ja mówię, że masz go zabić?
Nagle w nieskazitelnie białe drzwi ktoś załomotał, aż jęknęła futryna. Callisto, jakby na to czekając szybko poderwała się na nogi, wyciągnęła miecz.
- Widzisz – rzuciła za siebie. – Ja wiem, że musimy mieć kogoś na dole, kto opanuje sytuację, bo ona zupełnie sobie nie radzi.
- Ona znaczy się, kto? – Xena patrzyła zaniepokojona na dziwne znaki, które Callisto kreśliła swym mieczem w powietrzu. Intuicja podpowiadała jej, że mają one wiele do czynienia nie tyle z łomotaniem do drzwi, co z jej osobą.
Drzwi drgały pod uderzeniami już nie pięści, a tarana. Zawiasy skrzypiały cichutko, gdy drewno powoli poddawało się wysiłkowi agresorów.
- Zobaczysz – Callisto skrzywiła się z wysiłku rysując w powietrzu coraz bardziej skomplikowane wzory. – Niestety niektórzy aniołowie to idioci i nie doceniają mojego fantastycznego planu wysłania cię z misją ratowania świata. Uważają, że się nie nadajesz. Ja uważam, że nadajesz się świetnie.
Xena zignorowała niewątpliwy komplement, zajęta zupełnie czymś innym. Czuła, że jakaś nieznana moc zaczyna ciągnąć ją w dół, coraz mocniej i mocniej. Nie była w stanie jej się oprzeć, choć próbowała, jak tylko potrafiła.
- Co mam robić? – Zapytała w panice, zdając sobie sprawę, że czas na tłumaczenia za chwilę się skończy.
- Nie dać się zabić – odparła Callisto mrugając wesoło, co jak zwykle kompletnie nie pasowało do sytuacji.
Drzwi do komnaty puściły, a jasnowłosa anielica z krzykiem rzuciła się do starcia. Zafurkotały białe i czarne skrzydła, zadźwięczała biała stal. Xenę ogarnęła feeria barw, wir i pustka. A później już tylko ciemność.

***

Kronos splunął na ziemię, poluzował miecz w pochwie i ruszył w kierunku lazaretu. Jego adiutant, młody chłopak o wiecznie spoconej grzywce i zmęczonych oczach szedł u jego boku. W cieniu dowódcy kroczył zaś sztab jego oficerów, ludzi, którzy niejedno na wojnie widzieli, szczególnie, że większość z nich z krwawych potyczek od lat czerpała zyski zmieniając sobie panów, fronty i sztandary. Resztę stanowiła grupa fanatyków, wierząca w przepowiednie oraz ci, których do wojska przygnała strawa i uchy kąt do spania. Kronos nie był dumny ze swojej armii, ale byli sprawni, szybcy i, przede wszystkim, wygrywali.
- Znaleźliście ją? Albo dziecko? – Warknął do adiutanta i skrzywił się nieprzyjemnie, gdy chłopak wzdrygnął się na dźwięk głosu swego przełożonego.
- Nie, panie – odparł młodzieniec oblizując wargi w zdenerwowaniu. – Umknęła patrolom, przedostała się na tereny strzeżone przez wojska zaciężne Lwicy. Nie ryzykowaliśmy walki.
- Słusznie – skinął głową, chociaż zgrzytnął zębami niezadowolony z niepowodzenia. – Tylko jej nam teraz do szczęścia potrzeba. Na Lwicę nadejdzie jeszcze czas.
- Kiedy, panie? – Zapytał jeden z oficerów, krępy, ślepo wierzący w swe przeczucia Galijczyk. Kronos szczerze go nie znosił. – Żołnierze się niecierpliwią. Chcą wymierzyć sprawiedliwość!
- Więc niech nauczą się cierpliwości! – Ryknął dowódca zwinnie lawirując między ogniskami i posłaniami żołnierzy. Był mężczyzną potężnej postury, jednak poruszał się miękko, z wdziękiem, o jaki ciężko byłoby go posądzać. – Ja tu dowodzę i ode mnie zależy, kiedy Lwica zawiśnie. Ale obiecać wam mogę jedno – zawiśnie na pewno!
„Jak tylko dowiem się, co zrobiła z moim najcenniejszym skarbem” dodał w myślach. Bał się, że może być za późno, ale szybko sam siebie zganił za wątpliwości.
Minęli garkuchnię, ignorując zarówno ukłony trzeźwych, jak i śpiewy pijanych. W oddali zabłysły jasne poły namiotu przeznaczonego na polowy szpital. Kronos odsunął ciężkie płótno i pochylając się wszedł dając znak, że chce pozostać sam. Cyrulik i kilku brodatych druidów pośpiesznie opuściło pomieszczenie.
Mężczyzna chwycił jeden z kaganków i ruszył w głąb namiotu. Odór krwi, wnętrzności i moczu nie robił na nim żadnego wrażenia, chociaż najtwardsi wojacy trzymali się z dala od tego miejsca. Za bardzo śmierdziało śmiercią.
W odosobnieniu, oddzielona osobną kotarą, na zwykłym polowym łóżku zbitym z kilku desek leżała niemłoda już kobieta, lecz jej oczy były pełne żaru i pasji, jakie widać tylko u młodych i gniewnych. Kronos uśmiechnął się smutno i usiadł przy niej na jednej z drewnianych skrzynek. Zajrzał jej w twarz świecąc kagankiem. Odpowiedziała mu spokojnym i pewnym siebie spojrzeniem.
- Witaj Najaro – mruknął. – W końcu się spotykamy.

***

Gabriela zwana Lwicą, pani na zamkach, cesarzowa, wojownik i żołnierz zamyśliła się głęboko, pieszcząc w rękach zdobiony puchar. Eve oddychała ciężko, zmęczona zabiegami. Jej rany oczyszczone i zszyte miały jednak szanse się zagoić. Osłabienie minie, a czuła już jak w żyłach krew inaczej jej pulsuje, jak zakażenie zostało powstrzymane. Wiedziała, że władczyni nie musiała tego robić, co więcej nie spodziewała się takiego gestu po Gabrieli. Chociaż z drugiej strony pomoc nic jej nie kosztowała. To tylko nic nieznaczący fakt, Eve upomniała się w myślach. Niekoniecznie otrzymam coś więcej.
Gabriela. Mogła zmusić się, by nie wypowiadać jej imienia, ale nie potrafiła inaczej nazywać osoby, która tak naprawdę zastępowała jej matkę. Była jej matką. Jedną z trzech. Eve uśmiechnęła się krzywo. „Z takim życiorysem naprawdę można zostać tylko wybrańcem” pomyślała.
- Podsumowując – zaczęła powoli Lwica przeciągając słowa, jakby dalej analizując informację. – Olimpiadzi zostali rozbici przez Kronosa, ostatnie starcie z Krzyżowcami także zakończyło się zwycięstwem tego psa. Dagoni jeszcze nie stanęli w polu, ale to chyba tylko kwestia czasu, chociaż z ich pokojowym nastawieniem pewnie pochowali się w krzakach i modlą o zmiłowanie. A przybywa do mnie wybrańczyni Elianderów, którzy ponieśli najmniejsze straty i których Kronos praktycznie omija. Wybrańczyni, która przy ostatnim spotkaniu nazwała mnie mordercą i krwiożerczym sępem, a teraz siedzi przy moim stole uzbrojona, jak w chwili, gdy zobaczyłam ją po raz pierwszy. – Spojrzała na Eve. – Po raz pierwszy, jako dorosłą rzecz jasna.
Ranna kobieta nie odezwała się. Wpatrywała się tylko w Lwicę ze spokojem, czekając na jej dalsze słowa. Nie zawiodła się. Zbyt dobrze się znały. Mimo wszystko.
- Nie raz prowadziłaś legiony do bitwy – Lwica nalała sobie kolejny kielich. Jej zaczerwienione policzki świadczyły, że jest już nieco wstawiona, chociaż jej zachowanie na to nie wskazywało. – Powinnam poczekać, aż armia Kronosa wyrżnie wszystkie inne fanatyckie sekty, szczególnie, że zwolennikom Eliego jak sądzę, nic nie grozi. Poczekać, aż ten szczur się wykrwawi, straci część oddziałów, zacznie wyć z głodu i nie będzie płacić najemnikom żołdu. A wtedy moje legiony pokonają go w niecały księżyc. Czyż nie tak byś zrobiła, moja droga? – Wzniosła puchar w niemym toaście.
- Giną ludzie – Eve potrząsnęła głową. – Zachodnie rubieże to płomień i pożoga. Ze wsi nie ostał się kamień na kamieniu, a ofiar przybywa.
- Wojna wymaga ofiar – Lwica nachyliła się ku niej. – Nie odmawiamy pomocy uciekinierom, zapewniamy im strawę i dach nad głową. Ci religijni fanatycy nie zapuszczają się na dobrze strzeżone tereny. Poza tym, czy mam ci przypominać, że ledwo co zakończyliśmy cholernie długą wojnę?
- Sama ją wywołałaś – warknęła Eve, nie bacząc na konsekwencje, lecz ku swemu zdziwieniu władczyni zachowała spokój.
- Nie, moja droga – Gabriela pokręciła głową z tajemniczym uśmiechem, który szybko przeszedł w brzydki grymas. – Ja w niej uczestniczyłam, to duża różnica.
Eve ośmielona faktem, zmrużyła oczy. Nie wiedziała, czy zapytała dlatego, że gorączka powoli osłabiała ją coraz bardziej, czy też dlatego, że pytanie dręczyło ją latami.
- Powiedz, dlaczego ty i Kronos tak bardzo się nienawidzicie? Przecież…
- Kronos to był błąd – odpowiedź przecięła powietrze niczym sztych sztyletem. – Bardzo duży błąd. Nie spodziewałam się, że uwierzy w jakieś bzdurne przepowiednie i zacznie je realizować.
- Przepowiednie? – Eve zmarszczyła brwi.
- Nie słyszałaś? – Lwica roześmiała się bez wesołości. – Że będę powodem końca wszystkiego. Jak zwykle.

***

Revan przerażony przełknął ślinę przytulając do siebie maleńką Livię. Schronił się w najciemniejszym kącie świątyni, ale i stąd słychać było głuche uderzenia w główną bramę budynku. Tekarius zdenerwowany i przejęty, próbował uspokajać zgromadzony tłum, lecz bezskutecznie. Kobiety zaczęły szlochać ze strachu, mężczyźni wyli w bezsilności, dzieci w panice kryły się za spódnicami matek. Byli w pułapce, wiedzieli o tym.
- Którzy to? – Zapytała Hermia, jedna z młodszych kobiet przyciskając do piersi synka swojej zmarłej siostry.
- A czy to ważne? – Odparła jej szeptem druga z kobiet. – Oni wszyscy to takie same psy i mordercy. Czy dla ciebie to istotne, co noszą na sztandarze albo jakiego boga wyznają?
- Byle nie Olimpiadzi – zawyła kolejna. – Oni podobno składają krwawe ofiary z dzieci na chwałę Aresa.
- Głupiaś! – Ofuknęła ją Hermia. – To nie Olimpiadzi, tylko Krzyżowcy. I nie o Aresa im przecież chodzi!
Revan wycofał się jak mógł najdalej. W panice spoglądał na wejście do świątyni. Brama wyglądała solidnie, ale ze swojego solidnego już doświadczenia wiedział, że każda przeszkoda po pewnym czasie ustępuje. W przerażeniu zastanawiał się, co zrobić. Bał się nie tylko o swoje młode życie, ale też o dziewczynkę, którą mu powierzono. Dał słowo. Obiecał ją chronić, a nie miał nawet broni.
Nagle poczuł, że Tekarius chwyta go za ramię, pociąga za sobą. Zaskoczony spojrzał w pochmurną twarz kapłana. W oczach mężczyzny nie widać było jednak lęku, a zmartwienie i determinację.
- Chodź za mną – szepnął. – Musisz uciekać.
Przemknęli pod ścianami kryjąc się przed wzrokiem pozostałych, rytm ich kroków wybijały miarowe uderzenia tarana.
- A oni – jęknął Revan wskazując brodą przerażonych uciekinierów. Nie byli mu rodziną, ale przygarnęli, dawali miejsce do spania, miskę owsianki co rano. Był im coś winien.
- Synu – Tekarius zajrzał mu w oczy. – Jeżeli to wojska Kronosa, przez twoją podopieczną wyrżną tu wszystkich, dla zasady. To przez naszą wybraną, która ci córkę pod opiekę oddała, dużo krwi im napsuła. Mają szansę tylko wtedy, jeżeli znikniesz.
- Zniknę? – Szepnął chłopiec nie rozumiejąc.
Kapłan pociągnął go za sobą do izb znajdujących się za ołtarzem. W międzyczasie okrył grubym, ciepłym płaszczem, w dłoń wepchnął maleńki pakunek.
- To trochę srebra, jedzenie i mleko dla małej – poinstruował szybko Revana. – Musisz dotrzeć na Tandet, do Lwicy, rozumiesz? Albo chociaż na chronione terytoria. Tam będziecie bezpieczni i tam odszukasz Eve.
- Ale jak ja się wydostanę? – Zapytał chłopiec niepewnie. W olbrzymim płaszczu kapłana wyglądał żałośnie, trzęsąc się i na zmianę tuląc dziecko i budząc je swoim zdenerwowaniem.
- Tędy – szepnął Tekariusz, po czym odsunął jedną z płyt podłogi.
Przed ich oczami okazało się zejście do podziemnego tunelu, który tonął daleko w mroku. Revan chciał zapytać jeszcze o wiele rzeczy, powiedzieć, że nie zna się przecież na zajmowaniu dzieckiem, że nie wie jak dać sobie radę, ale kapłan nie dał mu tej możliwości. Pomógł wślizgnąć się chłopcu w ciemność otworu. Potrzymał maleństwo, gdy chłopak zręcznie z węzełka z zapasami stworzył prymitywną torbę. Tekarius złożył mu maleńką Livię w objęciach i uśmiechnął się szczerze, z wiarą i nadzieją. W krzykach rozpaczy i przerażenia ten grymas wydał się chłopcu groteskowy.
Nim zdążył poprosić kapłana o pochodnię lub kaganek, usłyszał trzask pękającego drewna i głośny jęk zebranych w głównej sali ludzi. Żołądek podszedł do gardła, a serce ścisnęło boleśnie. Tekarius poderwał się na nogi i jednym szybkim ruchem zasunął płytę. Chłopiec został w ciemności sam. Towarzyszył mu tylko szybki oddech Livii.

***

Obudził ją krzyk mew. Otworzyła oczy, zerkając podejrzliwie na niebo. Był wczesny, chłodny, morski ranek. Xena rozejrzała się niepewnie. W zaciśniętej dłoni wciąż dzierżyła powierzony jej przez Callisto miecz. Odzienie, które miała na sobie, mokre od morskiej wody i chrzęszczące solą, stało się jeszcze mniej przyjazne. Zadrżała z zimna, ale o dziwo wywołało to na jej ustach uśmiech. Żyła.
Wstała powoli i zauważyła z zadowoleniem, że ból w mięśniach powoli ustępował. Obawiała się, że podróż między światami całkowicie pozbędzie ją sił. Na szczęście wracała do dawnej sprawności. Rozejrzała się niepewnie. Niewysokie, skaliste klify mogły sugerować wybrzeże niemal każdego kraju, który odwiedziła. Bogata roślinność piętrząca się z ich szczytów eliminowała parę miejsc, ale krajobraz nie dawał żadnych wskazówek, gdzie aktualnie się znajduje.
Xena zakładała, że jest to Atlantis, jednak pewna być nie mogła. Jej podróż, delikatnie rzecz ujmując, została przygotowana w pośpiechu, nie wykluczała więc, że będzie musiała dotrzeć do celu o własnych siłach. Rozglądając uważnie ruszyła brzegiem morza, ciesząc stopy pieszczotą fal.
Jedyne, co miała cennego, to miecz, a uporczywe burczenie w żołądku przypomniało jej o innych aspektach bycia śmiertelną. Musiała zdobyć jakieś pożywienie, krzesiwo no i rzecz jasna ubranie. Wędrując rozważała możliwości. Nie było ich zbyt wiele. Mogła wynająć swój miecz, ale bez zbroi i rynsztunku nie wzbudziłaby zaufania u żadnego z wielmoży. Opcja pracowania w charakterze drwala lub rybaka niekoniecznie ją cieszyła, jednak niechętnie wzięła pod uwagę ten sposób zarobienia paru miedziaków a przynajmniej miski zupy. Rzecz jasna zawsze zostawała opcja wywalczenia sobie odpowiedniego ekwipunku, jednak jak na złość, nikt na tej pustej plaży nie chciał jej atakować, a napadanie na bezbronnych kupców od dawna nie było w jej repertuarze. Callisto mogła mieć przez to jeszcze większe problemy, niż miała.
Wojowniczka szła coraz szybciej, sprawniej ciesząc się szmaragdem morskiej wody, powiewami wiatru i szumem wysokich drzew. Jednak jej radość szybko topniała, im bardziej zagłębiała się we własne myśli.
Nie miała powodów, by nie ufać Callisto, jednakże była pełna sceptycyzmu w kwestii Akemi. Wyczuwała od dawna, że jej poświęcenie i pełnienie straży na wezwanie Japonki nie było rozsądne i że jej była kochanka nie powiedziała jej wszystkiego. Odrzucała jednak możliwość, że została zwabiona w pułapkę. Być może Akemi popełniła błąd, być może znaleziono innego wartownika. Przekonywała samą siebie coraz bardziej i bardziej. Gdyby naprawdę Japonka ja oszukała, gdyby pilnowała tylko pustyni zmarnowała kilkanaście lat życia. Życia bez Gabrieli.
Anielica unikała tematu bardki, więc Xena coraz bardziej obawiała się, że dziewczyna nie żyje. Ale z drugiej strony, czy nie towarzyszyłaby Callisto jej uwolnieniu? Jeżeli jedna z nich nagle z wyzwolonej duszyczki stała się cynicznym i uzbrojonym archaniołem, czemu nie druga? To wszystko nie miało sensu, było za dużo niewiadomych. Serce wojowniczki kąsało wiele trudnych i irytujących pytań. Co stało się z jej córką, z Eve? Wojna między bogami, która także miała swoje odzwierciedlenie na ziemi, zapewne dotarła także do kultu Eliego, a dziewczyna była wybrańcem. Zapewne była uwikłana w konflikt, tak lub inaczej.
Niewesołe rozważania sprawiły, że zapomniała o głodzie. Jednak żołądek zaburczał z pretensją, gdy na horyzoncie ujrzała dym z kominów chat, a daleko przed nią prawdopodobnie jeden z mieszkańców wciągał na brzeg niewielką rybacką łódź. Przyśpieszyła kroku mając nadzieję, że zdąży zagadnąć nieznajomego, nim skończy pracę.
Cofnął się o krok i zbladł, gdy ją zobaczył. Posłała mu najpiękniejszy ze swych uśmiechów.
- Witaj – zaczęła przyjaźnie. - Nie chcę zrobić nic złego, nie obawiaj się mnie, proszę.
Mężczyzna przytaknął, na znak, że rozumie. Xena odetchnęła z ulgą, wspólny język to połowa sukcesu. Rybak, ogorzały od słońca o spracowanych dłoniach i prostych rysach twarzy nadal jednak przyglądał jej się bacznie, z obawą i gotów był do szybkiego odwrotu. Wojowniczka nie zamierzała go uświadamiać, że zapewne zdążyłaby go złapać i obezwładnić, gdyby swoje zamiary postanowił wprowadzać w czyn.
Szybko przeanalizowała szansę na powiedzenie prawdy, i bez żenady stwierdziła, że są bliskie zeru.
- Wybacz, potrzebuję informacji – zaczęła, chociaż żołądek dobitnie potwierdzał, że wieści mogą poczekać. – Mój statek... Chyba się rozbił. Obudziłam się na plaży i nie bardzo wiem, gdzie jestem?
- Tak, burza ostatniej nocy była straszna – pokiwał głową rybak ze zrozumieniem i spojrzał na nią już nieco cieplej. Jego akcent był jednak szorstki, zupełnie Xenie obcy. Nie potrafiła zidentyfikować go z żadną narodowością, z jaką miała styczność.
- Znajdujesz się pani w kraju Atlantów – odparł pogodnie i dumnie zatoczył dłonią krąg. – To najpiękniejsze z miejsc na ziemi – dodał dumnie, lecz po chwili spochmurniał.
- Coś się stało? – Zapytała wojowniczka.
- Mamy wojnę pani – przyznał niechętnie. – Złe czasy nastały niestety. Niebezpiecznie niewiastom wędrować po brzegu, choćby nawet i miecz miały w ręku.
Xena ledwo się powstrzymała od młyńca, udowodniającego, że miecz w jej ręku nie służył jako laska do podparcia, ale nie chciała ryzykować spłoszenia sympatycznego mężczyzny.
- Wojnę? – Zagadnęła zaciekawiona.
- Cały czas się biją – pokiwał głową rybka. – Tu na szczęście nie zaglądają, bo i niedaleko są posterunki wojsk, ale wielu moich sąsiadów straciła już cały dobytek.
- Posterunki wojsk… - Xena zastanawiała się chwilę. – Możesz mi wskazać do nich drogę? Muszę zawiadomić ich o katastrofie statku. Być może mogliby pomóc…
Rybak pokręcił głową.
- Gdzie tam – machnął ręką. – Władczyni nasza to tylko na swoje dobra spogląda, tutaj palą, dzieci i kobiety zażynając jak prosięta, a oni nawet miecza nie wyciągną. Nie wiem czy pomogą – dodał na koniec.
Wojowniczka poczuła, że chyba nie polubi tej władczyni i że chyba winna jest z nią porozmawiać. Elementy układanki zaczęły składać się w całość. Callisto mówiła, że jakiejś kobiecie potrzebna jest pomoc, a Xena miała spore doświadczenie w nakłanianiu królów i cesarzy do swojej woli. Niezależnie, jakiej byli płci.
Chciała już odejść, lecz rybak zamachał rękami i zabronił jej ruszyć gdziekolwiek bez wspólnego posiłku. Być może zrobił to z powodu prawa gościnności, być może był oczarowany piękną kobietą, którą przypadkowo spotkał, a być może po prostu Xenie burczało w żołądku.
Siedli przy skromnym ognisku i upiekli kilka ryb, które rybak wybrał z sieci. Buriav, jak się przedstawił, nie oszczędzał, przygotowując najtłustsze okazy. Gdy jedli próbował jej wytłumaczyć sytuację polityczną Atlantis, lecz niemal wszyscy wojownicy byli u niego łotrami i łobuzami, wiec Xena szybko się zgubiła, komu sympatyzuje, a kogo najchętniej wysłałby na tamten świat. Upewniła się jednak, że główny kult Eliego ma siedzibę w Elandum i że przewodziła mu Wybrana. To ją uspokoiło w kwestii losów córki. Próbowała zrozumieć, na czym polega idea Krzyżowców, ale niestety było to chyba zbyt skomplikowane dla jej rozmówcy, który nie chciał przyznać się do niewiedzy. Olimpianami zaś zwano wyznawców bogów greckich i wojowniczka nie bez satysfakcji przyjęła fakt, że ich wpływy są znikome. Więcej od Buriava dowiedzieć się nie potrafiła, ale to już dawało jej jakąś podstawę. Mężczyzna nie miał żadnych wieści ze świata, tak więc nie mogła podać się za Rzymiankę ani za greczynkę nie będąc pewną, jak są oni tutaj przyjmowani. Gdy pytał, skąd pochodzi, wymijająco wskazała zimne krainy północy. Nie pytał więcej, więc jak zrozumiała, nigdy o nich nie słyszał.
Gdy kończyli posiłek, a Xena oblizywała palce z rybiego tłuszczu, pozwoliła na zadanie pytania, w jej mniemaniu najbardziej ryzykownego. Pytania, na które odpowiedź mogła ją przerazić.
- Płynąc tutaj słyszałam o słynnej wojowniczce Gabrieli – zagaiła na próbę. – Chciałam wiedzieć, gdzie mogłabym ją spotkać.
- Słynna wojowniczka? – Buriav uniósł brwi zaskoczony.
- I poetka – dodała Xena nieco tracąc grunt pod nogami.
- Nie znam żadnych poetów i wojowników – wzruszył ramionami rybak. – Żadnych, o których warto wspominać. To wszystko jedna swołocz, nie wartych załamanego grosza. Chociaż w twoim kraju pani – dodał zerkając na jej miecz. – Zapewne jest inaczej.
- Owszem, trochę inaczej – mruknęła nieco tracąc nadzieję.
- A o żadnej Gabrieli nie słyszałem – Buriav wstał i wytarł palce o płócienne portki. – Jedyna, która mi do głowy przychodzi to ta z pieśni, co w grzechu z kobietą żyła.
Xenie ścisnęło się gardło. Przełknęła z trudem ślinę i zapytała najspokojniej jak umiała:
- Jakich pieśni?
- A bo ja wiem? – Spojrzał na nią zaskoczony. – Bardowie rzadko temat poruszają. Widać by młodzieży nie bałamucić. Dawno temu tą legendę słyszałem, toteż nie pomnę szczegółów.
- Jak kończy się legenda? – Zapytała cicho.
- Jak i każda legenda – Buriav nogą przysypał węgle z ogniska, otrzepał kapotę z piasku i uśmiechnął się niepełnym garniturem zębów. – Śmiercią.

***

Najara patrzyła uważnie na Kronosa, z ciekawością dziecka. Uwolnił ją z więzów, chociaż jej rany nie były tak poważne, by nie traktować ją z ostrożnością. Dowódca jednak wydawał się pewny siebie, jak większość mężczyzn, święcie przekonany, że kobieta bez broni nie będzie w stanie go skrzywdzić. Wgryzł się w dojrzałą pomarańczę, aż sok pociekł mu po brodzie, zlepił ciemny zarost i zrosił pikowany guzami drogi, lecz znoszony kubrak.
- Nie chcesz mnie zabić – stwierdziła.
- Nie – przytaknął i wyssał z owocu resztkę soku. –Co nie znaczy, że tego nie zrobię, jeżeli będziesz zachowywać się jak wściekła suka podczas rui. Uważam to za duży błąd, że nie spotkaliśmy się wcześniej. Ale nie bardzo chciałaś ze mną rozmawiać. Musimy to więc nadrobić w mało przyjaznych okolicznościach.
Kobieta rozmasowała nadgarstki, zdrętwiałe po wielogodzinnym wiązaniu.
- Wybiłeś mój oddział – uniosła głowę. – Zabiłeś oddanych mi rycerzy.
- Rycerzy od razu – Kronos splunął pestkami pod nogi i otarł usta rękawem. – Trzeba było wygłaszać te płomienne mowy?
- Nasza wiara nas uskrzydla – Najara nie ustępowała, chociaż widziała, że stąpa po bardzo cienkiej linie.
- Widocznie nie aż tak – wzruszył ramionami, bardziej rozbawiony niż zirytowany. – Chociaż raz w życiu bądź sprytna Najaro. Ty chcesz dorwać Lwicę i ja tego chcę. Ty chcesz ją powstrzymać i ja tego chcę.
- Ja chcę, by ona zrozumiała… - wojowniczka spuściła głowę, a Kronos z niesmakiem zauważył, że jest bliska płaczu.
- Ona nic nie zrozumie – rzekł ostro. – Ale jeżeli chcesz, bardzo chętnie dam ci możliwość jej oświecenia. Jeżeli jednak nie pojmie twoich szczytnych ideałów, powieszę ją pod powałą jej własnej sali tronowej.
- Chcesz bym walczyła dla ciebie – to nie było pytanie.
- Jesteś bardzo odkrywcza – uśmiechnął się szeroko i przyznać trzeba było, że uśmiech miał zawadiacki. – Nie widzę powodu walczenia między sobą, skoro i tak w końcu staniemy z nią w polu.
- Pozostali inni niewierni –popatrzyła na niego spode łba.
- I nimi zajmiemy się w pierwszej kolejności – rozłożył ręce wyraźnie zadowolony z siebie. – Najpierw musimy usunąć bezpośrednie zagrożenie.
- Ty jesteś niewierny – odwróciła wzrok.
Kronos jęknął i przewrócił oczami.
- Ale myślę… - wykrztusiła Najara wbrew sobie, jakby zmagając się z wewnętrznym głosem sumienia. – Że dojdziemy do porozumienia – i spojrzała mu prosto w oczy.
- No – mężczyzna poklepał ją po policzku. – Wiedziałem, że się dogadamy.

***

Revan otarł twarz z potu i poprawiając torbę ruszył dalej. Livia gaworzyła cichutko, ale usnęła po chwili kołysana rytmem kroków. Chłopak niemal nie czuł już rąk od ciężaru dziecka, a zmęczenie, strach i zdenerwowanie dawało mu się we znaki. Zagryzł jednak zęby i ruszył przed siebie, pilnując by nie oddalić się zbytnio od traktu w las, a z drugiej strony nie być widzianym z drogi. Nie miał wielkiej wprawy w skradaniu się, szczególnie w za dużym płaszczu i obarczony takim ciężarem, jednak robił, co w jego mocy.
Poprzednią noc spędził w ciemnych korytarzach świątyni w Elandum, szukając po omacku wyjścia i płacząc ze strachu. Wiedział, że nie może wrócić, kamienne ściany beznamiętnie przekazywały echo krzyków i błagań o litość. Nie był pewien, czy ktoś z jego grupy się uratował, miał nadzieję, że tak. Bał się spojrzeć na sytuację racjonalnie.
Gdy odnalazł wyjście, niemal oszalał z radości. Był z daleka od murów miasta, lecz widział czarne dymy nad zabudowaniami świątynnymi. Patrzył na nie podczas wschodu słońca zastanawiając się, co teraz zrobi dalej. W końcu sam siebie przekonał do prawdziwie męskiej decyzji, wpełzając ponownie w podziemny korytarz i tam na wpół drzemiąc, na wpół pełniąc wartę doczekał zmroku. Bał się podróżować za dnia.
Odnalazł trakt i postanowił się go trzymać. Nie znał skrótów i tajemnych ścieżek, więc przemykał w okolicach drogi, licząc, że to ta właściwa. Ta, na której końcu oczekiwać go będzie rozwiązanie jego problemów.
Ciemny las zawsze napawał go lękiem, ale i tak wędrowało mu się przyjemniej niż w pełnym słońcu. Zresztą czarne kontury drzew nie wydawały mu się już takie straszne. Poznał bardziej realne zagrożenia.
Dwie godziny przed świtem uznał, że czas na odpoczynek. Siadł pod drzewem, rozsądnie podzielił niewielką ilość prowiantu, jaką zostawił mu kapłan. Przeliczył też pieniądze. Nie było tego dużo, raczej na pewno nie starczyłoby na całą podróż, ale może chociaż do najbliższej warowni? Kto wie? Pełen przerażenia pomieszanego z obrzydzeniem dokonał heroicznego wyczynu, jakim było przewinięcie małej Livii, po czym nakarmił ją mlekiem. Dziecko z dużym rozczarowaniem przyjęło zakończenie posiłku.
- Musimy zostawić na później – wytłumaczył jej, ale była głucha na jego argumenty i miała naprawdę silne płuca.
Uspokajał ją drugi kwadrans, gdy nagle usłyszał szelest liści. Zamarł, rozejrzał się zaniepokojony. „Może to tylko lis? Albo inne zwierzę?” Próbował uspokoić własne myśli. Miał wrażenie, że bicie jego serca słyszy cały las.
Gdy przez dłuższą chwilę nic się nie wydarzyło, usiadł nieco uspokojony i ponownie wziął Livię w objęcia. Dziewczynce także udzielił się nastrój i zamilkła posłusznie. Teraz wyraźnie planowała urządzić sobie drzemkę.
Revan z uśmiechem patrzył jak ślepka same jej się zamykają. Poczuł napływającą senność. Już niemal zamknął oczy, gdy kątem oka dojrzał, że Livia w pełni rozbudzona patrzy na kogoś. Podniósł głowę niepewny czy to sen czy jawa.
Widząc nad sobą długi ostry brzeszczot, bardzo szybko przestał mieć wątpliwości.

***

Valeria zagryzła zęby, powstrzymując syknięcie. Gdy widziała te dwa słynne uderzenia, zawsze czuła dziwny ścisk w żołądku. To chyba był jej największy lęk – że Lwica kiedyś odetnie jej dopływ krwi do mózgu.
Władczyni wściekła pochylała się nad krztuszącym się i błagającym o każdy oddech posłańcem. Mężczyzna w mundurze wojsk pogranicza padł na klęczki w tym samym momencie, kiedy Lwica zaatakowała.
- Jak śmieliście to przede mną ukrywać? – Wrzasnęła pochylając się nad swoją ofiarą. – Dlaczego nikt wcześniej nic mi nie powiedział?
Tercujsz całą scenę obserwował z absolutną nonszalancją. Valeria podziwiała jego opanowanie i przeklinała go za to. Poseł sprawiał wrażenie, jakby zaraz miał rozszarpać sobie gardło. Lwica popatrzyła na niego z pogardą, chwyciła go szybko, uderzyła dwoma sprawnymi ruchami i kopnęła mocno. Upadł na marmurową posadzkę z chrzęstem kolczugi i z ulgą zaczął dochodzić do siebie.
Władczyni przekroczyła nad nim, kompletnie nie interesując się jego losem. Ocalił życie i powinien się cieszyć.
- Mam tu całą armię na swoje usługi – wysyczała do swoich oficerów, z których tylko bękart Rzymu zachowywał spokój. Reszta nerwowo wpatrywała się w swoje buty. – Mam szpiegów, donosicieli, zwiadowców, żandarmów i wartowników. Mamy cholerne kruki i gołębie. I dopiero teraz dowiaduje się o spaleniu klasztoru i szkoły w Asgrinne?
- Wybacz pani – odchrząknął odważniejszy z grupy. – Ale sądziliśmy…
- Co sądziliście do kurwy nędzy? – Warknęła wodząc po nich wzrokiem.
- Że to nie ma znaczenia – odparł spokojnie Tercjusz.
Lwica przez chwilę sprawiała wrażenie, że zaraz wyrwie mu serce z piersi. Jednak jej spojrzenie, chociaż dalej ostre, zmieniło wyraz. Ceniła swojego dowódcę, mimo, że był człowiekiem brutalnym i okrutnym. Nie bał się jednak wygłaszać swojego zdania, a to władczyni ceniła sobie bardzo.
- Asgrinne zostało splądrowane koło miesiąca temu – kontynuował spokojnie rzymianin. – Z tego, co ustaliliśmy, zapewne stał za tym Kronos. Tylko on miał tak dużo ludzi, by móc wysłać wystarczająco liczny oddział. Zapewne chodziło o zapasy. To była szkoła. I klasztor.
- Ale, że wdarli się aż tak daleko? Tam są nasze posterunki, musieli przejść brodem, to nie takie proste. – Valeria pokręciła głową z niedowierzaniem. – Może to maruderzy, albo inna sekta? Kronosa mimo wszystko mamy na oku.
Lwica spojrzała na nią bacznie i skinęła głową, podzielając jej spostrzeżenia. Tercjusz wzruszył ramionami.
- Ktokolwiek to był, nie ma to już znaczenia. Jednostka nie była ufortyfikowana, zdobyli ich łatwo, niemal podanych na talerzu. Nie spalili osady, więc wartownicy uznali, że wszystko jest w porządku. Dopiero niedawno patrol podjechał sprawdzić, co się u nich dzieje.
Władczyni zamilkła, spuściła głowę. Valeria ze zdziwieniem zauważyła, że potężnej opanowanej Lwicy trzęsą się dłonie. Być może z wściekłości, pomyślała. Któż by mógł sądzić, że jedna z mniej znaczących szkół w Atlantis wzbudzi taką furię władczyni.
- Czy ktoś przeżył? – Jeden z oficerów błagalnie zwrócił się do dowódcy wojsk.- Mój młodszy syn tam studiował…
- Nic nie jest niemożliwe – odparła Valeria, widząc jak rzymianin przygotowuje się do celnej i brutalnej odpowiedzi. Oficer spojrzał na nią z wdzięcznością.
Lwica stała w milczeniu zaciskając dłonie. Gdy w końcu przemówiła, jej głos był spokojny i zimny jak stal.
- Zebrać ludzi. Przygotować wojska. Legion IV i VIII pojedzie pod moją komendą. Jutro chcę już obozować w Thyr. Poślijcie tam kogoś, niech się przygotują. Legion III dostaje Valeria. Ruszysz w region klasztoru i zobaczysz, jaka jest sytuacja. Każdego, kto przyzna się do napadu na klasztor, nabijać na pal. Reszta wojska pod komendą Tercjusza. Udacie się od razu na zachodnie pogranicza. Przygotujcie obóz, ludzi, ekwipunek. Nie chcę, żeby czegokolwiek brakowało. Kończymy tą zabawę.
Ruszyła do swych komnat, wyprostowana i czujna. Valeria miała jednak wrażenie, że coś w niej umarło.

***

Gdy Eve otworzyła oczy, widok zdobionego stiukami sufitu zaskoczył ja tak bardzo, że przez chwilę nie mogła zorientować się gdzie jest. Zaraz później napłynęła do niej fala tęsknoty za córką i szybko przypomniała sobie ostatnie wydarzenia. Usiadła na łóżku zastanawiając się, kiedy ostatnio spała w czymś tak wygodnym. Rany nadal jej dokuczały, ale czuła się wyraźnie lepiej. Gabriela dysponowała najlepszym zapleczem wojskowym w tej części świata, a więc jej nadworny cyrulik z racji obowiązków musiał czynić cuda.
Jej uwagę przykuły krzyki, ponaglenia i zamieszanie na korytarzach. Zmarszczyła brwi, zastanawiając się czy to skandal na salonach, czy coś poważniejszego. Wstała, narzucając na siebie jedną z szat przygotowanych przy łożu, po czym uchyliła drzwi.
Na korytarzach tętniły podeszwy podkutych butów, wydawano rozkazy, służące uwijały się jak w ukropie.
- A więc wojna – szepnęła Eve i uśmiechnęła się z ulgą.
Nie sądziła, że Gabriela tak szybko zareaguje. Szczerze mówiąc, obawiała się, że nie zareaguje wcale. Dziś chciała opowiedzieć jej o swojej córce, o tym, że Kronos z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu poluje na nie obydwie. Wiedziała, że prywatnymi sprawami ma niewielkie szanse na zwrócenie uwagi Gabrieli na konflikt, lecz to była jej ostatnia karta przetargowa. Teoretycznie były rodziną.
Wymknęła się z komnaty, próbując zagadnąć jedną ze służących, ta jednak nawet nie zwróciła na nią uwagi. Za pomocą delikatnej perswazji, w której brała udział szorstka kamienna ściana i silne ramię wojowniczki, usłyszała tylko tyle, że służka ma spakować srebra i przygotować zastawy. Eve wzruszyła ramionami i rozglądnęła się za kimś bardziej kompetentnym.
Szczęście uśmiechnęło się do niej niemal od razu. Odwracając się, niemal zderzyła się z Valerią. Obie zmierzyły się wzrokiem, jednak żołnierski fach uczył dyscypliny. Dziewczyna skinęła Eve głową, salutując i chciała odejść, gdy ta chwyciła ją za ramię.
- Co się dzieje?
- Wojna – odparła Valeria wzruszając ramionami i próbując przyjąć obojętny wyraz twarzy. Dzisiejsze wieści jednak bardzo nią wstrząsnęły, a z drugiej strony aż rwała się do walki. Na dodatek niespodziewany awans niemal odebrał jej dech w piersi.
- Lwica wyrusza, tak? – Eve była bardziej konkretna.
- Wszyscy wyruszamy – Valeria panowała nad sobą, ale coraz gorzej jej szło. – Dzisiaj przyszły wieści z frontu. Asgrinne, jedna z klasztornych szkół została ograbiona, a jej wychowankowie zarżnięci. Wielu możnych kształciło tam swoje dzieci. Musimy zareagować.
- To daleko na wschód – Eve zmarszczyła brwi. – Kto zapuścił się tak daleko?
- Nie wiemy – odparła Valeria wymijająco.
Na korytarzach zabębniły kroki, zaszeleściły czerwone płaszcze. Minęła ich Gabriela w pełnym bojowym rynsztunku, pod pachą trzymając spartański hełm z czerwonym pióropuszem. Skinęła swojej przyszywanej córce i ruszyła dalej. Jej twarz pozostawała bez wyrazu.
- To Kronos, prawda? – Eve spoglądała za odchodzącą Lwicą w zamyśleniu.
- Takie są podejrzenia. Ostatnio się rozzuchwalił. Rozpoczął ataki nawet na świątynie Eliego, czego nigdy wcześniej nie robił.
- Świątynie Eliego? – Jęknęła Eve i szarpnęła Valerię za płaszcz, niemal go zrywając. – Które? – Zapytała przerażona.
- Elandum – odparła tamta zdumiona, po czym założyła hełm i szybko ruszyła za swoją władczynią pozostawiając Eve zszokowaną i zrozpaczoną.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Aiglon
Czeladnik Hefajstosa



Dołączył: 20 Wrz 2006
Posty: 114
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Warszawa

PostWysłany: Nie 5:07, 20 Lis 2011    Temat postu:

ROZDZIAŁ 3

….Jako jeden z niewielu mogę się pochwalić Panie, żem ukończył Asgrinne, słynną szkołę na Atlantis, gdy jeszcze funkcjonowała. Niewielu nas żyje, których jej mury pamiętają. A jest co pamiętać, wierzaj mi! Zaiste, był to przybytek ciekawy, oryginalny wielce. Słynna Lwica swoją rękę przyłożyła do jego powstania, a warunki zaiste postawiła nadzwyczajne. Szkoła ta, wraz z dormitorium, przeznaczona była dla chłopców w wieku młodzieńczym, którzy poznawali zarówno techniki walki, jak i wiedzę ogólną. Wykładali tamże mnisi, lecz władczyni zadbała, by byli to jedynie odszczepieńcy, ci , którzy ze swoich klasztorów odeszli, żadnej wiary nie wyznając, prócz nauki i oświecenia. Zamieszkiwali oni budynek zwany klasztorem, choć nijakich obrządków ni mszy się w nim nie odprawiało. Ważne było, by wiedza nie była splugawiona żadną ideą, żadnym śladem kultu, tak więc imaginujesz sobie, mój Panie, że wykształcenie otrzymaliśmy aż nadto dobre. Asgrinne nie było zbyt popularne u wasali Lwicy, gdyż synów kształcili oni w wierze swoich ojców, nacisk kładąc na tradycję. Uczniów nie było więc wielu, tak więc przykładać się musieliśmy i starać, gdyż każda nasza opieszałość od razu była zauważana i szans nie było aby przemknąć w tłumie….

Xena otuliła się ramionami, odetchnęła, ruszyła dalej. Leśnia ścieżka obdarowywała chłodem, lecz igliwie w piasku nieprzyjaźnie raniły jej stopy. Szorstki materiał szaty drażnił ramiona; Wojowniczka zagryzła wargi. Odzwyczaiła się już od takich dyskomfortów.
Słońce paliło mocno, ku horyzontowi niechętnie się skłaniając. Odetchnęła głębiej słonym powietrzem morza, młynkując mieczem od tak, dla wprawy. Ręka wciąż wracała do pasa, a właściwie konopnego sznura, szukając czakramu, wciąż jednak natrafiając na pustkę. Mimo iż upłynęło tyle lat, stare przyzwyczajenia były silniejsze.
Wojowniczka zatopiła się we wspomnieniach, zastanawiając się nad swoim wyborem, którego dokonała tak dawno temu. Czemu Akemi pozwoliła jej trwać w nicości, w niebycie? Nie rozmawiały, nie przebywały ze sobą. Xena była pozostawiona sama sobie. Miała trwać na posterunku i to właśnie robiła. Chociaż niewiele brakowało, by zamieniła się w kamień.
Akemi ją oszukała. Niełatwo było się do tego przyznać. Użyła odpowiednich argumentów, zastawiła odpowiednie sieci. Ale czemu to zrobiła? Jaki był powód skazania Xeny na to więzienie? Wojowniczką tak często targały wątpliwości, wpadała w szał, wyła i płakała. Szczególnie wtedy, gdy straciła kontakt z Gabrielą. Pamiętała ten moment. Kilka tygodni po swoim odejściu odwiedziła blondwłosą towarzyszkę we śnie. Zajrzała w te piękne zielone oczęta jak zwykle napawając się ich ulotnym widokiem i przeraziła się widząc w nich ból i stal.
- Ja już nie mogę Xeno – szepnęła wtedy bardka. – Ja już nie potrafię. To tortura. Najzwyklejsza, najpodlejsza tortura. Odwiedzasz mnie we śnie, śnię o tobie na jawię. Albo pozwól mi do siebie przyjść, albo mnie zostaw.
- Nigdy cię nie zostawię – szepnęła wtedy, czując jak całe jej jestestwo zwija się w bólu i zrozumieniu. Wtedy tak bardzo się nienawidziła za dokonany wybór, za tą wieczną wartę.
- Już to zrobiłaś – odparła Gabriela łagodnie, już bez żalu i wyrzutów. – Odeszłaś. Nie jesteś przy mnie inaczej niż myślą. Ja tak nie potrafię Xeno. Nie umiem. Musisz pozwolić…
- Wiem – Xena odwróciła wzrok, potrząsnęła głową. Nie mogą wzmaga od Gabrieli takiej cierpliwości, takiego związku, to było nieludzkie, podłe, żałosne. W raz z akceptacją sytuacji bardka przestała walczyć. Poddała się losowi. – Wybacz mi, proszę – dodała wojowiczka, gdy całowała ją we śnie po raz ostatni.
- Wybaczam – Gabriela oddała pocałunek, lekko, z miłością, lecz bez pasji. Spokojnie. – Wybaczam – powtórzyła na zawsze znikając spod powiek Xeny.
Kłamała.
Xena poderwała nagłe głowę, zacisnęła palce a głowni miecza, rozejrzała się czujnie, wciągnęła powietrze głęboko. Leśną ciszę ponownie rozdarł ludzki krzyk. Paniczny, pełen lęku i przerażenia. Spłoszone ptaki wyfrunęły bijąc w pośpiechu skrzydłami. Promienie zachodzącego słońca zafurkotały w rytm przerażonych piór. Wojowniczka od razu skierowała się w tamtą stronę. Tak ludzie krzyczeli tylko wtedy, gdy naprawdę bali się o swoje życie. Kiedy widzieli zimną stal.
Ruszyła lekkim biegiem, podążając za zbliżającymi się odgłosami walki. Przedzierała się przez gęstwinę szybko, sprawnie, zwinnie, pomagając sobie mieczem, wyszukując niewidocznie ścieżki. W oddali słychać już było parskanie koni, szczęk mieczy, zawodzenia rannych. Nie zastanawiając się nawet, czy jej kondycja będzie w stanie wytrzymać podobne ekscesy, odbiła się sprawnie od ziemi, przeskoczyła nad jednym z ostrokrzewów wykonując fantazyjne salto, zawyła dziko i wylądowała wprost na polanie, na której toczyła się walka.
Niemal od razu musiała sparować jedno uderzenie miecza, gdzieś z góry, z końskiego siodła. Wykręciła się spod ostrza, zamłynkowała, zamarkowała cios w dół i w zamian cięła konia po chrapach szybko ostro i boleśnie. Wierzchowiec wierzgnął, załomotał kopytami, zrzucił jeźdźca, zakwilił. Widziała strach w oczach zwierzęcia, gdy na oślep rzuciło się w las. Nie patrząc nawet na emblematy na zbroi, dobiła leżącego napastnika jednym płynnym ruchem. Odwróciła się szybko, od razu parując dwa uderzenia. Jedno z boku, drugie z góry. Usłyszała westchnienie podziwu i uśmiechnęła się do siebie triumfalnie, jak zawsze łasa na komplementy. Zatańczyła delikatnie w miejscu, cięła z boku, wymieniła kilkanaście szybkich ciosów uderzając krótko i silnie, po czym wpadając w piruet uderzyła z góry, przełamując obronę. Jeden z nich zwalił się u jej stóp z twarzą zalaną krwią. Zręcznie przeskoczyła nad ciałem krzyżując miecz z drugim z nich, zbliżyła kontakt, syknęła. Zwarli się w potyczce, napastnik cofał się niepewnie, niemal oczarowany magią stali. Dwa szybkie sztychy rozorały mu brzuch. Gdy uklęknął z niedowierzaniem próbując tamować krwawienie, nie podniósł już głowy. Stracił ją dosłownie.
Xena jakby tego nie zauważyła. Chwyciła za uzdę wierzchowca, który tańczył pod swym panem po jej prawej stronie. Jeździec był zajęty wymienianiem ciosów z jednym ze starców, który rozpaczliwie bronił się dębową lagą. Wojowniczka ściągnęła uzdę w dół, koń zawył dziko, wstrząsnął grzbietem. Napastnik stracił orientację, a nagle smagła dłoń chwyciła go za zdobny pas i błyskawicznie ściągnęła z siodła. Nim się otrząsnął leżał już na ziemi. Ostatnie, co zapamiętał to słodka zielona trawa, krew, dużo krwi. I miecz przy jego szyi. To nie była bolesna śmierć.
Wojowniczka wskoczyła na siodło, ani razu nie puszczając cugli. Spięła konia gołymi piętami, uderzyła w zad zakrwawionym mieczem. Zwierzę rzuciło się do przodu, nawet nie próbując dyskutować z nowym panem i władcą. Wpadli w grupę jeźdźców, którzy choć już ostrzeżeni o jej obecności, nie spodziewali się takiego manewru. Xena cięła z boku, na wprost, poprawiła z góry. Nim którykolwiek z nich zdołał westchnąć, strąciła ich z siodeł wprost w krwawe objęcia ziemi. Obróciła wierzchowca w miejscu, zawarczała, rzucając na kolejnego z nich. Ten stanął z nią do pojedynku, nie bacząc, że jest ostatnim z walczących. Mógł nie zauważyć, pochłonięty wściekłością i bitewnym szałem. Wrzasnął dziko, zamarkował cios, próbując widać jednej ze swoich sprawdzonych sztuczek. Niestety przeliczył się, choć nawet nie zdążył zdać sobie z tego sprawy. Mocny sztych nie wyparł go z siodła, zwisł bezładnie na łęku, zacharczał, zakołysał się i umarł.
Xena rozejrzała się uważnie, bacząc, by żaden z nich jej nie zaskoczył. Lecz było już po wszystkim. Walka była wygrana. Szybko, sprawnie i bezkompromisowo. Zeskoczyła z konia, otarła pot z czoła czując jak krew szybko pulsuje jej w żyłach. „Cholera, brakowało mi tego” pomyślała i uśmiechnęła się, choć niemal po łokcie unurzana była w posoce. Stratowana murawa przyjemnie chłodziła stopy. Westchnęła, delikatnie klepiąc kasztanową klacz po chrapach.
- Jesteś w dobrych rękach maleńka – szepnęła do zwierzęcia czując wyrzuty sumienia, że jednego z wierzchowców potraktowała tak nieprzyjemnie.
- Widać i nad nami nasz bóg czuwa – usłyszała głos.- Nie znałem wcześniej żadnej kobiety, która dała by radę w pojedynkę siedmiu uzbrojonych wojaków pokonać. Chociaż słyszałem o jednej.
Jeden ze starców, wyprostowany i dumny mężczyzna o hardym i dumnym spojrzeniu podszedł do niej i uśmiechnął się ciepło. Wsparty na dębowej lasce i odziany w białą, lnianą szatę, wyglądał bardziej na kapłana niż wojownika, lecz Xena widziała, że dzielnie i nie bez wprawy odpierał ataki konnych. Niezwykła zaciętość nie była wykuta w murach świątyni. Starzec zapewne przeszedł nie tylko szkolenie wojskowe, ale posiadał też lada doświadczenia w wojennym rzemiośle.
- Witaj – odparła i skłoniła szybko głowę. – Mam nadzieję, że nic wam się nie stało.
- W większości – westchnął starzec. – Niestety nie wszyscy nasi towarzysze mieli tyle szczęścia – wskazał na ciało jednego z zabitych, także mężczyznę, chociaż w sile wieku. Jedna z kobiet, odziana podobnie jak rozmówca Xeny, cicho szlochając zamykała nieboszczykowi oczy.
Wojowniczka rozejrzała się. Z lasu poczęła wychodzić cała gromada ludzi. Kobiety, dzieci, starcy. Na chwilę jej wzrok przykuł młody chłopak, na około dziesięcioletni, który tulił na rękach zawiniątko i spoglądał na nią z szeroko rozwartymi oczami. Xena poczuła, że kogoś jej przypomina, ale szybko potrząsnęła głową. Nie czas na takie rzeczy, pomyślała.
- Kim jesteście? – zapytała. – Kim byli ci zbrojni?
- Nie wiesz pani? – odpowiedział pytaniem, zaskoczony i zdumiony. Widząc w jej oczach dezorientację, szerzej się uśmiechnął. – Zaiste wieli to dar losu zupełnym przypadkiem uniknąć śmierci. Myślałem, że jakieś porachunki pani wiążą cię z Kronosem, stąd ta furia, gdy na jego żołdaków napadaliście.
- Ech… mój statek rozbił się niedaleko – Xena wykręciła się gładko. Ta historia sprawdziła się wcześniej, więc nie miała ochoty wymyślać kolejnej. – Niewiele wiem o waszych sprawach, niedawno dopiero do waszego brzegu przypłynęłam… Szukałam jakiegoś schronienia, swoich ludzi... A wy byliście w potrzebie, więc…
- I schronienie znalazłaś! – starzec wzniósł ręce do nieba, co Xena skomentowała cichym westchnięciem. – Jesteśmy dziećmi Dagona, pana wiedzy i miłości. Uciekamy przed wojenną pożogą. Kronos, zabójca i łotr, wszystkich naszych wiernych do nogi wybija. Teraz mało nas nie schwytali. Twe imię pani?
- A nie ty winieneś mi się najpierw przedstawić? – zapytała wojowniczka ostrzej niż zamierzała.
Starzec jednak nie miał jej tego za złe.
- Nazywam się Hicleaf, jestem kapłanem i orędownikiem pana naszego. Wiodę tych oto do miejsca spokojnego, w którym wolnymi będąc, obrządki nasze będziemy mogli odprawiać – odparł kłaniając się jej i dojrzała, że reszta jego grupy, stojąca za nim, uczyniła to samo. Jedynie wcześniej wypatrzony przez Xenę chłopak wpatrywał się w nią nieporuszony. „Skąd ja go znam?” zamyśliła się, widząc, że cofa się w cień drzew pod naporem jej spojrzenia. Wydawał się obcy w tej grupie. Może znajda? Lub sierota wojenna? A nawet i dwie, na rękach trzyma przecież dziecko. Biedny mały…
- Wojna religijna bywa nieprzyjemna – pokiwała głową i wytarła klingę i swoją namiastkę tuniki jakby rozkojarzona własnymi myślami.
- Czy zechcesz nam pani towarzyszyć? – zapytał Hicleaf uprzejmie. – Chcielibyśmy ugościć, przy ogniu podzielić się strawą…
- Nie mam nic przeciwko temu – Xena uśmiechnęła się lekko. Jak na razie los jej sprzyjał. Osłanianie bezbronnych wieśniaków było zdecydowanie ciekawszym sposobem na zarobienie kawałka chleba, niż zabawa w rybaka. Zresztą idąc w raz z nimi zapewne natknie się także na jakiś posterunek. Nie planowała w prawdzie towarzystwa ale przez jeden dzień lub dwa, czemu nie?
– Muszę jednak rynsztunek jakiś sobie przygotować – zerknęła na ciała zabitych, wzrokiem ogarnęła wypchane juki przy zdobycznych koniach. – Jak widzisz panie, niewiele mam na grzbiecie. Wszystkie moje dobra przepadły na morzu.
- Zła pogoda to przekleństwo – pokiwał głową Hicleaf. – Nie spiesz się pani, zapewne rozbijemy obóz nieopodal.
- Tutaj? – zdziwiła się Xena. – Przy tej jatce? Przy trupach?
- Jak inaczej zdążymy pochować naszych braci? – Starzec spojrzał na nią z lekką naganą. – Nie oddamy ich wilkom ani krukom. Niezgodne to z naszym obyczajem.
- Krew przyciągnie drapieżców – mruknęła wojowniczka przyglądając się poległym. Wypatrzyła już buty i kubrak, obiecując sobie, że częściej będzie ciąć w nogi, niż w korpus. Większość kaftanów nie nadawała się do użytku.
- Odstraszymy ich. Bóg ma nas w swojej opiece – zapewnił Hicleaf dając znać swoim ludziom, by zabierali się do pracy. Bez zbędnych pytań ruszyli układać stos drewna.
Xenie palenie poległych wydało się głupim pomysłem, ale nie chciała protestować. Szczerze mówiąc nie miała już siły, a ślepa wiara spotkanego starca, chociaż niewątpliwie miłego człowieka, absolutnie pozbawiła ją chęci do dalszych konwersacji. Domyślała się jednak, że Hicleaf nie prowadził tych ludzi bezmyślnie, znał posterunki przeciwników i widać czuł się bezpiecznie wśród tej głuszy.
Gdy Dagoni rozpoczęli rozbijać swój obóz, szybko ruszyła skompletować swój strój. Dzięki bogom w jukach jednego z koni znalazła niemal nowe spodnie, więc nie musiała upokarzać żadnego z nieboszczyków, pozostawiając go na przesiąkłej krwią trawie z nagim tyłkiem. Buty także pasowały doskonale, a miękka łosiowa skóra sprawiała, że były niezwykle wygodne. Widać napastnicy przygotowani byli do dłużej drogi, bowiem i w miarę czystą koszulę udało jej się wygrzebać. Zrozumiała, że oddział ścigał Hicleafa przez jakiś czas. Najemnicy byli wyekwipowani zbyt dobrze, jak na krótki wypad.
Tak, najemnicy. Xena przyznała to z ulgą. Każdy z nich uzbrojenie miał inne, umundurowanie dobrane przypadkowo. Niektórzy z nich dumnie nosili napierśniki, inni zaś zwykłe skórzane kaftany. Jedyne, co ich łączyło, to czarne opaski z białym krukiem w herbie, jakie nosili na ramieniu. Widać znak oddziału, lub, co bardziej prawdopodobne w tych szalonych czasach, ich aktualnego pana. Znaczyło to, że nie będzie omyłkowo brana za kamrata jakiegokolwiek ugrupowania, jeżeli przebierze się w strój któregoś z nich.
Wybrała w końcu czarny kaftan, o krótkim rękawie, obity stalowymi guzami, wiązany z przodu i przyjemnie ciepły. Atlantis to nie gorąca Hellada i chociaż wyraźnie była pełnia lata, to jednak chłód nadchodzącego wieczoru zaczynał doskwierać. Zasznurowała kubrak do połowy, pozwalając sobie oddychać pełną piersią. Krój nie przewidywał posiadania biustu. Przepasała się zdobycznym srebrnym pasem z wizerunkiem gryfa na zdobionej klamrze, znalazła pochwę na miecz, którą umiejętnie umocowała na plecach. Zebrała dwa noże, jeden chowając do cholewy buta, drugi zatykając za pas. Do kompletu znalazła i szarobrunatny płaszcz, który spięła sobie na ramionach –jedyny element przełamujący czerń i biel jej stroju. Rozglądnęła się jeszcze i znalazła hełm spartański, który lata świetności dawno już miał za sobą, lecz w razie czego zapewniać jej mógł anonimowość. Nie pytając nikogo, przytroczyła go do siodła kasztanki, której wyraźnie podobało się towarzystwo wojowniczki. Xena uznała, że niezależnie od zdania napotkanych ludzi, konia zatrzyma. Zapracowała na niego i był jej potrzebny.
Gdy skończyła, ruszyła w kierunku największego z ognisk, gdzie w otoczeniu swych wiernych siedział Hicleaf. Rozmawiał z nimi spokojnie, zabawiał najmłodszych, poklepywał ramiona mężczyzn z uznaniem, chwalił smak zupy, którą przyrządziły kobiety. Słowem robił wszystko, co winien robić przywódca i widać było, że cała grupa wielbi go i chętnie chowa się pod jego skrzydła.
Xena chwilę obserwowała tą scenę, zastanawiając się, kim jest władczyni tej krainy. Czemu pozwala swoim poddanym umykać po lasach, zamiast ich bronić? Czemu najemnicy z krukiem na ramieniu mordują pielgrzymów w biały dzień, tak blisko wytyczonego traktu, skoro, jak już wiedziała, państwowe legiony słynęły ze swej skuteczności?
- Muszę im znaleźć jakieś schronienie – mruknęła do siebie, czując się w jakimś stopniu odpowiedzialna za tych ludzi. Chciała, by uśmiechali się bez leku, śpiewając swoje religijne pieśni. Chciała, żeby oni i im podobni mogli cieszyć się spokojem, nie wojną.
Westchnęła i już miała odejść na stronę, by cieszyć się przygotowaną dla niej porcją mięsa, zupy i chleba, gdy jej wzrok skrzyżował się ze spojrzeniem chłopca. Ten patrzył na nią z fascynacją, jakby pytaniem. Zadrżała.
Miała już podejść do niego, zagadnąć, zapytać, rozwikłać jakoś tą zagadkę, gdy drogę zastąpił jej Hicleaf.
- Porozmawiajmy – rzekł spokojnie.

***

Eve rozejrzała się szybko, założyła hełm i rękawice, wyprostowała się, poprawiła miecz u pasa. Czerwony płaszcz gwardii przybocznej Lwicy był imponującym przebraniem, ale tylko przebraniem. Fortelem, który pomoże jej się wymknąć, lecz jak każdy fortel miał słabe strony. Choćby ta, że straży przybocznej nie służyły kobiety.
Dumnie unosząc głowę wkroczyła do królewskiej stajni, gdzie uderzył ją zapach siana i łajna, odgłosy parskania i rżenie dziesiątek koni. Od razu podbiegł do niej jeden z młodszych koniuszych, skłonił głęboko, zatarł dłonie.
- Konia! – warknęła najniżej jak potrafiła. – Szybko!
- Jakiego panie? – zapytał młodzieniec. Wyraźnie czuł respekt przed członkiem tak elitarnej jednostki i nie podejrzewał niczego złego. Eve zrobiło się go prawie żal. Prawie. Miała inne zmartwienia.
„Dostanie przynajmniej trzydzieści batów, gdy odkryją mój podstęp”
Władczo machnęła ręką, dając znać chłopakowi, że sam winien wiedzieć, którego wierzchowca jej przygotować. W drugiej dłoni na widoku trzymała opieczętowane pismo Lwicy. Nie wiedziała, co to jest, zabrała pierwsze lepsze, które mogło wyglądać jak rozkaz. Na szczęście lub swoją niedolę Gabriela pozostawiła jej sporą swobodę w poruszaniu się po zamkowych komnatach. Zaufanie? Sentyment? Raczej chyba wojenna zawierucha. Niemniej Eve musiała przyznać, że zdobycie pisma nie było łatwe. Chciała w oczach nieznajomych wyglądać na pilnego posłańca. Takiego, którego nie czas pytać o cokolwiek. Chyba nawet jej się to na razie udawało.
Koniuszy nie był zachwycony takim obrotem spraw. Wybór wierzchowca nie należał do najprostszych, a zwykle strażnicy żądali konkretnych koni. Nie miał jednak czasu na zastanawianie się. Ponaglany gestem, pobiegł do jednego z boksów i wyprowadził jednego z lepszych koni w stajni.
„To będzie co najmniej setka batów” jęknęła Eve w myślach.
Przepiękny biały ogier rzucał łbem i dumnie prężył szyję. Mogła się założyć o całe złoto Lwicy, że był jednym z najszybszych zwierząt w stajni. Koniuszy szybko osiodłał dumnego wierzchowca w proste, lecz wygodne kurierskie siodło i skłaniając się podał jej cugle. Skinęła mu głową, szybko podążając do wyjścia.
- Jak szybko jesteś w stanie dobiec do Elandum? – zapytała ogiera, gdy wkraczali dziedziniec.
Wierzchowiec tylko targnął grzywą i zadrobił w miejscu z ochotą czekając na bieg.
„Albo i ze sto dwadzieścia. Biedny dzieciak”
- Tak myślałam – mruknęła, wskakując na siodło. – No to pędź białogrzywy. Obyśmy nie przybyli za późno

***

Najara rozmasowała bolące nadgarstki. Liny odcisnęły swe wyraźne piętno, lecz krew ponownie krążyła w jej palcach. Wojowniczka przez chwilę obawiała się, czy odzyska władzę w dłoniach. Spętali ją mocno, dokładnie, nie pozwalając sobie na błąd.
Oparła się o skrzynię, wpatrując w migoczące płomienie ogniska. Oto złożyła Kronosowi rycerską przysięgę. Jej słowo było święte. Nigdy go nie łamała. Jak jednak ma pogodzić swoją misję z życzeniami tego łajdaka?
To prawda, mieli wspólny cel. Przynajmniej na razie. Chcieli oczyścić krainę z ludzi zaślepionych, niegodnych by stąpać po tej świętej ziemi. Zbyt wielkie siły targały niebiosami, by ryzykować, że ktoś nieodpowiedni włączy się do gry. Ona i Kronos mieli jednakże różne motywacje. On gonił za jakąś przepowiednią, za gusłami i wróżbami. Ona za swoją wiarą, za tym, co niebiosa objawiły jej we śnie. On jednak chciał zabić Lwicę, upokorzyć ją, poskromić. Dodać ten słodki triumf do swojej bogatej krwawej kolekcji. Ona chciała z nią porozmawiać, uratować.
Uratować Gabrielę.
Ona musi uwierzyć, na pewno zrozumie. Teraz, gdy nie jest już pod wpływem Xeny, w końcu dojrzy,, co jest najważniejsze. To nie jest proste, tak, to może być nawet bardzo trudne, ale Gabriela zawsze potrafiła słuchać.
Kronos nastawał także na życie Eve i jej dziecka. Najara wiedziała, że nie może na to pozwolić. Niemal zajeździła konia wtedy pod Elandum, żeby odciągnąć ich wybranej. To był strategiczny błąd, to przez to jej krzyżowcy zostali wciągnięci w pułapkę. Ale Eve żyła.
Czy przysięga złożona Kronosowi może nakazać jej podnieść rękę na wybraną? Najara zastanawiała się chwilę, lecz po chwili potrząsnęła głową. Nie. W końcu Eve nie jest niewierną. Może nie do końca zdaje sobie sprawę z zagrożenia, no i spłodzenie potomka też nie było najszczęśliwszym pomysłem, jednak nie powinna ponosić kary, jak wszyscy inni.
Jak jednak powstrzyma Kronosa, jeżeli ten będzie miał możliwość zabić Eve?
Najara przymknęła oczy czując na sobie cienie strażników, którzy nerwowo mijali jej legowisko. Wiedziała, że jej nowy sprzymierzeniec nie jest głupi i nie ufa jej do końca. Wiedziała, co musi zrobić. Nie będzie to łatwe.
Nikt jednak nie obiecywał, że to będzie proste.

***

Xena zmełła w ustach przekleństwo. Niewiele dowiedziała się od Hicleafa. Wciąż te same ogólniki. Kronos, który mordował kogo popadnie. Krzyżowcy, którzy nieśli pokój ogniem i mieczem. Tajemnicza Lwica, która w zaskakujący sposób opiekowała się swoim ludem. Wieśniacy i pomniejsi wasale uciekający przed wojenną pożogą. Zirytowana chodziła po obozie zła na samą siebie. Być może zadawała złe pytania? Kapłanowi przedstawiła się jako Welthea. Po pierwsze dlatego, że używała kiedyś tego imienia. Po drugie zaś nie była pewna jak popularnym imieniem jest Xena, a nie bardzo chciała zaczynać dyskusje o legendarnej wojowniczej księżniczce. Po trzecie w końcu, że nie chciała, by wiadomość o jej powrocie zataczała zbyt szerokie kręgi. Widziała w oczach Hicleafa, że jej nie wierzy, że domyśla się kłamstwa, ale zbyła to wzruszeniem ramion. To byli dobrzy ludzie, a informacja o jej istnieniu sama w sobie mogła stanowić zagrożenie.
Starzec prosił ją o ochronę, chciał by im towarzyszyła w drodze, ale odmówiła stanowczo. Wprawdzie zastanawiała się chwilę nad tą propozycją, jednak jej obecność bardziej szkodziłaby pielgrzymom niż im pomagała. W asyście słynnej wojowniczej księżniczki mogli napotkać na znacznie większe problemy niż kilku konnych zbrojnych. Ona sama zaś nie wiedziała, kiedy obowiązki wezwą ją dalej. Czuła zresztą potrzebę drogi, traktu, odnalezienia bliskich, załatwienia spraw.
Szczerze mówiąc czułą wszechogarniającą frustrację. Żadnych wskazówek, żadnych informacji. Obcy kraj, nieznana jej wojna. Brak towarzyszy, rodziny. Brak Gabrieli.
Hicleaf wynagrodził ją więc mieszkiem miedziaków, wśród których błyskało kilka srebrników, raz jeszcze dziękując za pomoc i zakończyli spotkanie. Xena z gorzką ironią zauważyła, że jej pomoc wiele go nie kosztowała. Mieszek, choć przyjemnie ciężki, miał w skórze odbity znak kruka. Potrzebowała jednak pieniędzy, nie mniej niż oni. Doceniła więc gest.
Irytując się na swoja niewiedzę, ruszyła niemal bezwiednie w kierunku chłopca. Siedział przy jednym z dalekich ognisk i zajmował się małą. Z wielką powagą przeszedł cały proces przewijania maleństwa, co w jego wieku było wybitnym wyczynem. Widziała, że jedna z kobiet pakowała mu prowiant na drogę, pieluchy i kilka małych ubranek. Czyżby odłączał się od nich? Cóż, pieśni religijne potrafią być denerwujące, ale czy bezpieczeństwo nie jest warte kilku chwil irytacji?
Wzdrygnął się, gdy przysiadła się do niego, zaaferowany karmieniem dziecka.
- Śliczna mała – zagadnęła Xena wpatrując się w błękitne oczy maleństwa. – Twoja siostra?
- Nie – chłopak potrząsnął głową. – Powierzono mi ją… znaczy… no opiekuje się nią tylko.. na prośbę.. kogoś – zakończył niezgrabnie. Wyraźnie się denerwował w obliczu bliskości wojowniczki.
„Skąd ja znam to zdenerwowanie?”
- Odłączasz się od Hicleafa – to nie było pytanie.
- Tak… - zawahał się. – Czas mi już w drogę. Oni raczej chcą gdzieś osiąść, czy ja wiem… ja się boje o małą… sam mam większe szanse… niż w grupie rzecz jasna.
Chwilę zastanawiał się, jak pogodzić spakowanie butelki do plecaka i jednocześnie przytrzymanie dziecka. Xena z wprawą uratowała go z opresji biorąc małą na ręce.
- Jak się do nich przyłączyłeś? – zapytała lekko kołysząc malucha.
- Znaleźli mnie w lesie – uśmiechnął się nieśmiało widząc aprobatę w oczach swojej podopiecznej gdy silne ramiona utulały ją do snu. – Uciekałem.. zasnąłem niedaleko ich obozowiska.. no i straż przednia mnie znalazła… No i tak jakoś.
- Jak ci na imię?
- Revan – odparł cicho, czując że może zaufać tej dziwnej kobiecie. W końcu uratowała mu życie. I nie tylko jemu.
- Revan skąd? – Xena uniosła brew. To imię też jej coś mówiło.
Chłopak drgnął. Zadano mu niedawno to pytanie dokładnie takim samym tonem. I dokładnie z takim samym uniesieniem brwi.
- Z Elandum – mruknął. – W sumie ostatnio byłem stamtąd. Ale później chyba spalili świątynie.
- Jestem Welthea – uśmiechnęła się przyjaźnie i Revan poczuł, że też się uśmiecha. Nić porozumienia została nawiązana. – Czym jest Elandum? – zapytała już pewniej.
Chłopak popatrzył na nią marszcząc brwi.
- Nie jestem stąd – wytłumaczyła cierpliwie. – Niedawno u wybrzeża rozbił się mój statek. Pochodzę z dalekiej północy, nie znam Atlantis, więc…
- To świątynia proroka Eliego – westchnął głęboko i przewrócił oczyma, sugerując, że powinna posiadać elementarną wiedzę. – Największa w Atlantis – uzupełnił. – Najważniejsza.
Prorok Eli wyraźnie już coś mówił niedouczonej Welthei, gdyż wyraźnie zaczęła nadstawiać ucha.
- I jego świątynie spalono? – Zapytała. – Przecież on nigdy… znaczy jego wyznawcy nigdy… To zawsze była religia pokoju.
- Nie wiem, kto to zrobił – Revan wzruszył ramionami z obojętnością nie spotykaną u dziesięciolatka. – Chyba Kronos, ale nie jestem pewien. W każdym razie tak mówił Tekarius. To był główny kapłan Eliego no i znał wybra… - ugryzł się w język. Za późno.
- Wybraną – dodała poważnie Xena. Bardzo poważnie, a w jej oczach zapalił się dziwny ogień. – Eve.
Revan natychmiast zabrał dziecko z rąk wojowniczki, przytulił do piersi, zerknął niepewny. Xena przez chwilę wpatrywała się w swoje puste ramiona, po czym nagle pewna myśl wspięła jej się po kręgosłupie tak szybko, że niemal straciła dech. Zadrżała.
- Jak nazywa się twoja podopieczna? – Zapytała czując suchość w gardle.
- Livia – szepnął Revan unikając spojrzenia błękitnych oczu.
- Livia – powtórzyła Xena i wpatrzyła się w małą. „Czy to jest możliwe?” Zastanawiała się gorączkowo. To zbyt duży zbieg okoliczności. Zresztą, jak, z kim? Czy to możliwe, że to dziecko, to dziecko… Eve? Potrząsnęła głową. Bogowie nie mogli z niej zadrwić. To zapewne córka którejś z kapłanek lub wyznawczyń. Poza tym, czy Eve opuściłaby własne dziecko? To niedorzeczne.
- Widziałeś Eve Revanie? – zapytała nagle.
- Tak – odparł zanim zdążył pomyśleć, lecz był to częsty objaw u tych, którzy nie byli przyzwyczajeni do specyficznego sposobu zadawania pytań przez wojowniczkę.
- Gdzie ostatnio?
- W Elandum, ale…
- Gdzie to jest? – Xena wstała nagle. Podejrzenia i spekulacje, co do pochodzenia dziecka przestały zajmować jej myśli. Teraz przytłaczał ją przerażający strach matki o życie własnego dziecka. Eve była w Elandum. Elandum zostało spalone.
Wojowniczka znała swoją córkę. Wiedziała, że Eve nie pozwoli na akty przemocy względem wyznawców Eliego. Wiedziała, że musi tam pojechać. Musi się upewnić. Znaleźć jakiś ślad. Cokolwiek.
- To na wschód, traktem – Revan spojrzał na nią przerażony. – Ale tam jest bitwa, była w każdym razie. Ja nie wiem, czy Eve tam jest, ona…
- Na wschód – Xena rozejrzała się nieprzytomnym wzrokiem. Odgarnęła włosy z czoła. Podeszła szybko do klaczy, nałożyła siodło, zacisnęła popręg. – Traktem? – Zawołała do chłopca, który nie wiedział, czego dokładnie jest świadkiem.
- Traktem – odparł, nie wiedząc, czy właśnie na głowę wybranej zrzucił kolejny kłopot, czy też znalazł jej obrońcę. Przytulił maleńką Livię, niepewny czy postępuje słusznie. Serce biło mu głośno, niemal rozsadzając pierś.
- Dziękuję Revanie – usłyszał z góry. Xena właśnie nakładała hełm, otulała płaszczem. Na koniu wyglądała dumnie i groźnie. Jak wojownik. Jak władca. Nie mógł oderwać od niej wzroku. – Dziękuję. Mam nadzieję, że jeszcze się spotkamy. Jeżeli nie, życzę ci bezpiecznej drogi, dokądkolwiek byś się udawał. Pamiętaj tylko, uważaj na Livię.
- Będę uważał – odparł poważnie.
Błękitne oczy spod hełmu przymknęły się na chwilę w milczącym salucie i zniknęły w mroku. Nim Revan zdążył zareagować, w oddali niknął już głuchy tętent kopyt. Chłopak przytulił maleństwo do siebie, ciesząc się ciepłem dziecka.
- Szkoda, że nie mogłem pojechać z nią – mruknął do siebie. – Chciałbym się nauczyć tego, co potrafi.

***

Imponujący czerwony namiot mienił się w płomieniach świec dzikim tańcem cieni. Oficerowie Lwicy powoli wchodzili do środa, próbując ukryć zmęczenie i znużenie drogą. Wielu z nich nie zdążyło się obmyć ani łyknąć wina. Przybyli prosto z traktu na wezwanie władczyni. Wszyscy wiedzieli, że jakakolwiek zwłoka będzie bardzo źle przyjęta. Sytuacja i tak była napięta, a wyprawa zorganizowana w rekordowym tempie. Wszyscy mieli świadomość, że nie należało narażać się Lwicy w najbliższym czasie. Szczerze mówiąc, nie należało narażać jej się w ogóle.
Sama władczyni stała oparta o dębowy stół, na którym piętrzyły się mapy, manuskrypty i rozkazy. Determinacja w jej wzroku nie pozwalała na jakiekolwiek wątpliwości. Szli do walki. Każdego z nich mierzyła spojrzeniem, jakby oceniając, zastanawiając się nad siłą woli, przydatnością, kompetencją. U jej boku, jak zwykle stał Tercjusz, a jego irytujący uśmieszek także nie wróżył niczego dobrego. Admirał wojsk uśmiechał się tylko w paskudnych sytuacjach.
Lwica czekała spokojnie, aż wszyscy się zebrali. Gdy tylko ostatni z nich wszedł, chyląc głowę w ukłonie, gestem nakazała wartownikom wyjść i pełnić straż. Narada miała być tajna.
- Gdzie Valeria? – zapytała cicho błądząc wzrokiem po twarzach swoich podkomendnych.
- Rozbiła niedawno obóz, teraz zajeżdża konia, żeby zdążyć na wiec – odparł Tercjusz spokojnie. – Wysłała posłańca, że może się spóźnić.
- Niech dopilnuje swoich ludzi. - Władczyni skinęła głową. – Jej obecność nie jest obowiązkowa.
Zapadła cisza. Mężczyźni nie poruszyli się, wpatrując z napięciem w swojego dowódcę i swoją panią. Niejeden z nich wiele by oddał za puchar wina lub gorący posiłek, lecz żaden z nich nie miał śmiałości narzekać. Nadzwyczajne traktowanie Valerii także nie umknęło ich uwadze. Lwica wiedziała, że młoda dziewczyna będzie musiała zmierzyć się z nieprzyjemnymi plotkami na swój temat. Żołnierze potrafili częściej zajmować się wymyślaniem głupot niż wioskowe baby. Fakt, że nagle została promowana bardzo wysoko, iż dostała własną istotną misję do spełnienia, a nadto jej obecność nie była wymagana podczas wojennej rady, ponownie rozpęta burzę spekulacji na temat jej relacji z władczynią. Lwica przywykła do tego, że wciąż ktoś plotkuje na temat jej domniemanych romansów z osobnikami obydwojga płci. Niewiele z tego było prawdą. Mogła wpuścić kogoś do swojego łoża, ale nigdy w ten sposób nie można było zrobić kariery na jej dworze. Niestety ten fakt uporczywie do nikogo nie docierał.
- Mamy wojnę panowie – Lwica wyprostowała się gwałtownie. – Kronos za bardzo rozsrósł się w pychę i dumę. Musimy go poskromić. – Wyjęła jedną z map i pochyliła się nad nią. Reszta mężczyzn poszła za jej przykładem. – W tym momencie ma sześć mocnych posterunków wysuniętych na wschód, północ i południe. Doniesiono mi, że zamiast dwóch obozów głównych, założył jeden. Widocznie po starciu z Krzyżowcami odnotował liczne straty. Jest słaby. To odpowiednia chwila.
- Wydajemy bitwę w polu? – Zapytał jeden z oficerów, niski, brodaty Ateńczyk o jowialnej, skorej do śmiechu twarzy. Tym razem jednak był bardzo poważny.
- Jeszcze nie teraz – Lwica nie podniosła wzroku z nad mapy, studiując wyrysowane koryta rzek, góry, doliny i trakty. – Najpierw uporamy się z jego strażnicami.
- Czy wtedy nie damy mu szans na przegrupowanie się? – Zapytał kolejny, młody i ambitny Ulve. – Jeżeli Kronos się dowie, że roznieśliśmy jego ludzi na posterunkach, zapewne dobrze się przygotuje do starcia. Nasze straty będą większe.
- Złym pomysłem jest też zostawienie sześciu posterunków za sobą – odparł za Lwicę Tercjusz. – Jeżeli od razu zaatakujemy jego obóz, strażnice włączą się do walki, a będą na naszych tyłach. Nie powinniśmy ryzykować.
- Zmylimy go – dodała Lwica. – Atakujmy strażnice powoli. Niech myśli, że to tylko pograniczne wojska. Nie pozwólcie legionom walczyć pod swoimi sztandarami. Niech zakryją swoje godła i udają żołnierzy z naszych strażnic.
- Ależ pani – zaoponował Iolaus, jeden ze starszych i bardziej doświadczonych dowódców. – Co z morale? Walcząc bez swojego sztandaru ludzie nie będą mieli motywacji!
- Ich motywacją jest dorwanie tego skurwysyna! – Lwica walnęła pięścią w stół. – Ochrona ludzi. Zwycięska bitwa, a nie kawałek szmaty. To da nam zwycięstwo. Czy sztandar wygrał kiedyś za ciebie bitwę Iolausie? Nie? Tak myślałam.
Zapadła cisza. Lwica zdawała sobie sprawę, że łamanie tradycji nie w smak była jej ludziom, ale nie wyglądała na bardzo tym przejętą.
- Kogo wyślesz? – Zapytał Tercjusz przytomnie ignorując niewesołe spojrzenia oficerów.
- V i VI Legion – odparła natychmiast. – Podzielić na odpowiednie oddziały. Tercjuszu, poprowadzisz oddział na ten posterunek – uderzyła palcem w mapę.- Najbliższy Asgrinne. Chcę, żebyś w razie czego pomógł Valerii. Nie wiemy, w jakiej jest sytuacji i czy przypadkiem nie będzie jej potrzebne wsparcie. Ona w razie czego pomoże tobie.
- Mnie nie trzeba pomagać – dowódca uśmiechnął się złowieszczo.
- Może tak, może nie – Lwica wzruszyła ramionami. – Wolę nie ryzykować. Ta strażnica nie jest łatwym celem. Cztery kolejne posterunki wezmą Tytus, Lucjan, Kwidiusz i Marek.
- A ten ostatni? – Zapytał Ulve nieco urażony wyraźnie licząc na promocję.
- Ten ostatni – Lwica spojrzała mu prosto w oczy, aż cofnął się o pół kroku. – Poprowadzę ja.

***

Valeria półprzytomna ze zmęczenia zsunęła się z siodła. Wdzięczna była, że jeden ze strażników w ramach swego obowiązku przytrzymał jej strzemię. Dzięki temu nie zwaliła się w obozowe błoto jak kłoda, a nawet zachowała nieco godności, prostując na trzęsących nogach. Była nieprawdopodobnie spóźniona, lecz rozstawianie obozowiska, wydawanie rozkazów i panowanie nad całym tym bałaganem nie było łatwe dla kogoś, komu połowa podkomendnych zazdrościła awansu. Dystans także robił swoje. Dwa razy zmieniała wierzchowce i niemal zajeździła je na śmierć, nim dotarła do obozu Lwicy.
Chwiejnym krokiem ruszyła przez plątaninę namiotów i ognisk, wymijając żołnierzy i oficerów. Niektórzy pozdrawiali ją, niektórzy kłaniali się szybko, inni umykali jej z drogi. Niechętnie przyznała, że łaska władczyni na pstrym koniu jeździła. Jej awans mógł bardzo szybko skończyć się jej klęską. Za parę lat, jeżeli utrzyma pozycję, wszyscy będą się do niej uśmiechać mniej lub bardziej obłudnie. Dziś jednak za wcześnie było, by stwierdzić, czy jej stanowisko, to kaprys Lwicy czy zasłużona promocja. Kontakty z Valerią prawdopodobnie były bardziej niebezpieczne niż stąpanie po legowisku żmij. W politycznym sensie rzecz jasna.
Zmieniła zdanie i przemknęła ciemniejszymi i węższymi alejkami. Nie miała ochoty na żadne gierki i pytające spojrzenia. Lawirowała pomiędzy cieniami namiotów, co jakiś czas jedynie mijając jednego czy dwóch żołnierzy. Nie była daleko od namiotu Lwicy, gdy nagle dwie postacie zwróciły jej uwagę.
Zmrużyła oczy, skuliła się nieco, schowała za jednym z prostych żołnierskich namiotów. Poddając instynktowi zbliżyła się do rozmawiających. A gdy na chwilę ujrzała ich twarze w świetle pochodni, westchnęła głośno.
Tercjusz wraz z nadwornym cyrulikiem Lwicy rozmawiali cicho, co chwila zerkając na boki. Być może dowódca wojsk był ciekaw stanu zdrowia władczyni, być może byli po prostu zwykłymi znajomymi, być może upatrzyli sobie tą samą kobietę. Wiele mogło być powodów, czemu lekarz i żołnierz rozmawiali na osobności. Coś jednak kazało Valerii zostać i słuchać.
I tym razem instynkt jej nie zawiódł.
- Co mówiła? – Zapytał Tercjusz cicho.
- Zdała raport z sytuacji – dodał cyrulik drżącym szeptem. Wyraźnie to spotkanie było mu nie na rękę.- Opowiadała, że Kronos ją ściga. Jak wiesz, była bez dziecka.
- Mówiła, co się z nim stało?
- Nie wspominała.
- Kurwa jej mać! – Tercjusz splunął na ziemię i oparł dłonie na rycerskim pasie. – Niedobrze. Musiała gdzieś ukryć tego bachora.
- Lwica wie o dziecku? – Lekarz zerknął za siebie, niemal dostrzegł Valerię, lecz ta cicho schowała się głębiej, czując jak krew dudni w jej skroniach.
- Nie powinna – dowódca zagryzł wargę, zamyślił się. – Wszystkie raporty o dziecku tej wybranej – niemal wypluł to słowo. – Niszczyłem. Starałem się, by nic do niej nie dotarło, ale… - wzruszył ramionami. – Skąd mam wiedzieć? Coś ją pchnęło do tej wojenki i tak długo ją powstrzymaliśmy.
Cyrulik pokiwał głową, schował dłonie w rękawy szaty.
- A co z synem Kronosa? – Zapytał nagle. – Jakieś wieści?
- Żadnych – Tercjusz pokręcił głową, lecz nagle skupił swój wzrok, zmarszczył brwi, chwycił za rękojeść miecza. – Idź już – szepnął do towarzysza. – Znikaj.
Gdy jego rozmówca pośpiesznie umykał w mrok, dowódca wojsk Lwicy cicho wyciągnął miecz z pochwy bacząc by ostrze nie zadźwięczało o zdobne okucia i delikatnie ruszył w kierunku namiotu, za którym ukrywała się Valeria.
„Zabije mnie” przemknęło dziewczynie przez myśl. „Zabije mnie skurwysyn”. Wiedziała, że niewielkie ma szanse w starciu z Tercjuszem, który był o dwie głowy od niej wyższy i niemal dwukrotnie cięższy. Walka na miecze w takim terenie jak ten, nie dawała jej wielkiej przewagi. Rzecz jasna oczywiście mogła dać radę przeżyć do momentu, kiedy zainterweniują inni, jednak nie chciała ryzykować.
Tercjusz był zdrajcą. Albo zamierzał nim być. To wychodziło na to samo. A to znaczyło, że musi poinformować o tym Lwicę. Nim będzie za późno.
Przemknęła między namiotami, schowała się za jedną z beczek patrząc jak jej przeciwnik pilnie obserwuje obóz. Doszedł do miejsca, w którym podsłuchiwała rozmowę, zerknął na ziemię, przyklęknął. Valeria zaklęła w myślach. Jej ślady w błocie były bardzo wyraźne. Jej ślady były też bardzo rozpoznawalne. Będzie wiedział.
Nie bacząc na niebezpieczeństwo, wymknęła się szybko do kolejnej alejki, słysząc jak w oddali Tercjusz nabiera powietrza przez zaciśnięte zęby. Zapomniała o zmęczeniu, kuląc się pomiędzy niewielkimi namiotami, chowając pomiędzy skrzyniami z zaopatrzeniem. Widziała i czuła, że on powoli szedł za nią, nieubłaganie i niezmiennie nie tracąc śladu. Lub wyczucia.
Westchnęła w zdenerwowaniu poprawiając płaszcz. Tylko kilkadziesiąt kroków dzieliło ją wielkiego zbiorowego ogniska. Widziała uśmiechnięte twarze legionistów, słyszała wesołe pieśni. Ogień trzaskał wesoło, a kilka bukłaków wędrowało w tłumie. Idziemy na śmierć mówiły uśmiechnięte usta żołnierzy. Idziemy na śmierć, dziś czas na zabawę.
Podziękowała swojej przezorności, narzucając na głowę kaptur zwykłego wojskowego płaszcza. Na szczęście nie wzięła oficerskiego, lżejszego, który tak łatwo rozpoznać. Nie chciała być rozpoznana, a dzisiaj jechała po niebezpiecznym terenie, niestrzeżonymi traktami. Nie chciała nikomu dawać satysfakcji upolowania jednego z dowódców Atlantis. Zawsze zwykły wojak ma większe szanse.
Tercjusz był już blisko, słyszała jego kroki, gdy podkute buty mlaskały nieprzyjemnie w błocie. Rzuciła się w kierunku ogniska, gdy tylko ją dojrzał. Rzucił się za nią z sykiem. Usłyszała gwizd powietrza, gdy ostrze przecięło rześkie nocne powietrze. Stratowała jeden z namiotów, skręciła gwałtownie i wmieszała się w tłum.
Żołnierze nie zorientowali się, co zaszło. Powitali ja okrzykami, zachęcali do zabawy, jednak szybko podążyła dalej. Pozwoliła sobie na zerknięcie do tyłu, dopiero gdy stanęła przy drugim wspólnym ognisku. Tercjusz stał i wpatrywał się w mrok przed sobą. Jego twarz w świetle płomieni przypominała złotą maskę. Jego puste spojrzenie obiecywało jedno.
Valeria mogła mu obiecać to samo.
Jeszcze się spotkamy.

***

Xena zeskoczyła z konia, poklepała odruchowo wierzchowca po spienionym boku, wyciągnęła miecz i czujnie wkroczyła w wypalone wrota świątyni. Widziała ślady po taranie i ogniu. Widziała ślady miecza i topora na drewnianych elementach zdobiących wejście.
Odetchnęła głęboko. Widziała cień śmierci. Nie sądziła, że znajdzie tu kogoś żywego.
Niedaleko wejścia w świetle księżyca zauważyła leżącą pochodnię. Podniosła ją, szybko skrzesała ogień i oświetliła wnętrze świątyni. Martwe ciała skręcone w walce, splecione w nienawistnym uścisku. Krew na ścianie, podłodze, ołtarzu. Napastnicy i ofiary na marmurowej zimnej posadzce z otwartymi w ostatnim jęku oczami.
Szła omijając trupy, patrząc na nieruchome twarze, badając i szukając. Jej twarz nie wyrażała żadnych emocji. W oczach płonął ogień. Blask pochodni oświetlał także piękne malowidła, freski i witraże, lecz Xena nie zwracała uwagi na zdobienia budynku. Wpatrywała się tylko intensywnie w liczne żniwo śmierci, licząc, kalkulując i bacznie się przyglądając.
W ostatniej chwili wyciągnęła miecz i odbiła efektowny sztych z prawego boku. Pochodnia potoczyła się po posadzce, tląc się jeszcze, lecz gasnąc. Wojowniczka odbiła kolejne cięcie, mrużąc oczy przeszła do kontrataku. Weszła w piruet, obróciła się mierząc w nogi, lecz cios został zablokowany aż nadto sprawnie. Fuknęła w irytacji, zwodząc przeciwnika w bok, zbliżając się w wymianie ciosów, nagle uderzając ostro, lecz o dziwo napastnik utrzymał się na nogach. Wywinął wprawnie mieczem, zasłonił się i szybko przeszedł do kontrataku. Świątynię napełniło echo skrzącej się stali.
Wymiana ciosów trwała dobrą chwilę. Xena odskakiwała i zwodziła, parowała i umykała spod ostrza, jednak nijak nie mogła zdobyć przewagi. Zirytowana i niepewna, czy jest to winą jej własnej kondycji czy też doskonałego wyszkolenia jej przeciwnika postawiła na najprostszą sztuczkę. Gdy tylko wojownik zbliżył się dostatecznie blisko, kopnęła go z całej siły w brzuch, zablokowała ostrze swoim mieczem i grzmotnęła w hełm, aż zadudniło.
Napastnik zatoczył się, jakby niepewny, ogłuszony uderzeniem. Xena zerwała hełm dysząc ciężko i odrzuciła go na bok, po czym sprawdziła, czy wszystkie kości w jej dłoni są na swoim miejscu. Pochodnia dogasając oświetliła na chwilę jej twarz, pełną gniewu i pasji.
Wtedy stało się coś zupełnie nieprawdopodobnego.
Napastnik zachwiał się, oparł na swoim mieczu, w końcu runął z grzechotem zbroi na kolana. Spod hełmu usłyszała ciche łkanie. Jakby płacz skrzywdzonego dziecka. Zmarszczyła brwi, zbliżyła się ostrożnie wciąż spodziewając się podstępu.
- Mamo – jęknął wojownik.
Xeną poczuła jak serce ściska jej się w piersi. Nachyliła się nad napastnikiem jakby próbując wejrzeć w oczy zakryte cieniem hełmu.
- Mamo – powtórzył jej przeciwnik, zrywając hełm. – Wróciłaś…
Wojowniczka opadła na kolana, miecz wysunął jej się z palców, a w jej oczach pojawiły się łzy. Huragan emocji był tak wielki, że z trudem łapała oddech.
Przed sobą miała twarz. Umorusaną, mokrą od łez i z zaczerwienionym policzkiem od ciosu. Twarz, na której przybyło zmarszczek i bruzd. Twarz, którą znała lepiej niż swoją własną.
Twarz jej córki.


Ostatnio zmieniony przez Aiglon dnia Wto 0:29, 22 Lis 2011, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Aiglon
Czeladnik Hefajstosa



Dołączył: 20 Wrz 2006
Posty: 114
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Warszawa

PostWysłany: Wto 7:32, 22 Lis 2011    Temat postu:

ROZDZIAŁ 4

Niewiele już pamiętam, pieśni śpiewać nie potrafię. Za gardło chwyta mnie tęsknota i ściska rozpalonymi palcami, rozgniata. Wiem, że ostatnia to moja pieśń dla Wojowniczej Księżniczki. Wiem, że już nie wypowiem jej imienia, że pogrzebię je w sobie, na cześć jej pamięci i chwałę mojego sumienia. Nie mogę dopuścić, by złość, nienawiść i żałoba pogrzebały wszystko, co uczyniła dla innych, a czego uczynić dla mnie nie potrafiła. To sprawiedliwy osąd, choć dla mnie bolesny, bowiem wyraźnie widzę teraz, choć łzy mi oczy zasłaniają, że mój talent nie przez bogów wykuty, nie z jutrzenki zrodzony. Nie potrafię oddzielić siebie od jej czynów i chwały. Nie potrafię wspominać bez gniewu, inne wątki snuć na przekór Mojrom. Nie potrafię godnie tego przyjąć. I nie chcę. Jej śmierć jest moją śmiercią. Moich słów i wierszy. Mojej wiary. Zapominam. Ale nie wybaczę.

Kronos wytarł unurzane w krwi dłonie, zmarszczył brwi, gwizdnął cicho przez zaciśnięte zęby. Asystujący mu druid skinął głową, zanurzył szczupłe palce we wnętrznościach zająca. Obydwaj mężczyźni pochylili się obserwując bacznie kolor krwi i ułożenie wewnętrznych narządów zwierzęcia.
- Nadchodzi czas – szepnął druid, oblizując suche wargi. Jego oczy błyszczały niebezpiecznie, jakby z chorą fascynacją wlepione w żałosne szczątki stworzenia. – Bliżej, niż dalej. Niebiosa sprowadziły słońce. Słońce sprowadzi chmury. Nastanie czas błyskawic, czas trzęsień.
Stojący nieopodal Kronosa najemnik przewrócił oczyma. Niewielu z ludzi najgroźniejszego przeciwnika Lwicy wierzyło w te poetyckie bzdury, jednak ich pan i władca zdawał się być pochłonięty bez reszty. Z początku asystował jedynie biernie spijając słowa z ust druidów i wieszczów, jednak później sam wybierał i składał ofiarę, sam palcami badał nerki, wątrobę, jelita. Sam smakował krwi, sam badał jej kolor. Choć ze wszystkich przywódców religijnych był uznawany za najspokojniejszego i najbardziej zrównoważonego, to jednak krwawym gusłom się nie oparł.
Najemnik westchnął, tłumiąc ziewnięcie, oparł o wilgotną ścianę jaskini i bez zainteresowania obserwował obrzęd. Wiedział, tak jak wszyscy, że póki zającom, kozom i krowom patroszonym na kamiennym ołtarzu wygrywali potyczki i bitwy, nikt nie miał nic przeciwko temu. Gdyby jednak zaczęli przegrywać, zapewne Kronos dość szybko zauważyłby miażdżącą krytykę swoich rytuałów.
- Czemu przyśpiesza? – Zapytał ich dowódca, wpatrzony w miękkie gesty starca. – Ile jeszcze? – Podniósł głos w zdenerwowaniu.
- Niewiele – druid zacmokał niezadowolony. Jego palce delikatnie badały śliskie wnętrzności zająca. – Może księżyc, może mniej. Krew gęstnieje. Krew się objawia. Krew przychodzi. Skalani bezbożnością schodzą z zapomnianych stoków, przybywają z czeluści czarnego morza. Grupują się. Wyją.
- Niemożliwe – szepnął Kronos wyraźnie przejęty tym, co usłyszał. – Nikt mi nic nie doniósł.
Druid nie zwracał jednak nań żadnej uwagi. Jego głos trzeszczał, wznosił się ochryple, gdy starzec zawodził fanatycznie pochłonięty odprawianiem obrzędu.
- Już siedmiu smaku pokosztowało. Dwa zlało się w jedno – intonował. – Trójoki wilk zapoluje, a następnie zmierzy z przeznaczeniem. Burza z białymi skrzydłami kłamie, namawia, świętością poskromiona. Widzę krew. Krew i ogień.
Najemnik westchnął znudzony. Za każdym razem druid widział mniej więcej to samo. Kronos jednak uniósł się znad ołtarza, wyprostował, jakby otrzeźwiony. Potrząsnął głową, starł szmatą krew z dłoni.
- Konia – rzucił szybko. – Siodłajcie mi konia!
Jeden ze strażników rzucił się do wyjścia, gdzie zderzył z posłańcem. Rozminęli się cudem unikając wypadku, zasalutowali sobie szybko, przemknęli. Posłaniec ruszył w kierunku Kronosa, z niedowierzaniem zerknął na druida przy ołtarzu, po czym skłonił głowę i wyrecytował:
- Wiadomość pilna od szarego lisa – zaczął i spuścił wzrok czekając, aż pozwolą mu mówić dalej. Kronos niecierpliwie machnął dłonią głodny wieści. Posłaniec odchrząknął i niemal na jednym wydechu wykrztusił z siebie:
- Plany przejrzane. Najazd na pierwszych sześciu o świcie. Legiony bez sztandarów, pełna moc bojowa. Na skraju Elandum atakuje Lwica. Brak wiadomości o młodszej krwi. Wybranka w Tandet otoczona służbą czeka na wynik walki. Samotna. Losy dziecka nieznane.
Kronos podrapał się po ciemnej brodzie, zamyślił głęboko.
- Więc jutro atak – westchnął. – Więc nie mogę jechać na przeszpiegi. Niedobrze. Allrac! – Jeden z wojowników wystąpił, przyłożył dłoń do piersi w salucie. Biały kruk na jego ramieniu wyhaftowany był wyjątkowo pięknie. Znaczyło, iż to oddany dowódca, bowiem zwykli najemni niedbale przywieszali sobie jedynie opaskę. – Allrac, weź ludzi, powiadom strażnice. Rano mogą spodziewać się Lwicy. Niech wystawią warty, czekają. A gdyby ważne zasoby mieli, niech je ukryją, bądź wyślą do mnie. Ostrożnie mi tylko. Nie chcę by Lwica wiedziała, że coś wiemy.
Posłowi wręczył jedną złotą monetę z wizerunkiem kobiety, z którą dzieliło go wszystko. Krążek zatoczył w powietrzu łuk, a kurier złapał go zwinnie, skinął i umknął zapewne w poszukiwaniu kielicha rozgrzewającego wina.
Kronos zamyślił się, zafrasował. Skubiąc brodę rozważał swoje opcje. Wiedział, że jeżeli Lwica naprawdę ruszyła z legionami do bitwy, niewielkie mają szansę przetrwać. Znał jednak władczynię, znał jej słabości i teraz w cichości ducha zastanawiał się, jak je wykorzystać. Czarne i martwe oczy zająca łapały jego wzrok, ściągały myśli. Jakby przypominały o obowiązkach i priorytetach.
W końcu na twarz dowódcy wypełzł uśmieszek. Zły, obrzydliwy, podstępny.
- Posłać po Najarę! – Zawołał głośno i szybkim krokiem opuścił jaskinię.

***

Valeria w desperacji kopnęła w beczkę z piwem, z wściekłości zrzuciła ze stołu puchary. Lwica nie życzyła sobie jej przyjąć, odpoczywając przed bitwą. Nie pozwolono jej nawet na krótkie widzenie z władczynią, a dziewczyna obawiała się powierzyć tak ważne informacje papierowi lub jednemu z osobistych strażników. Jutro była bitwa, sama powinna wyruszyć, by zdążyć przygotować oddziały do walki. Wprawdzie nie miała interweniować osobiście, ale nie mogła rankiem nie stanąć na czele legionów. Tercjusz mógłby oskarżyć ją o zdradę stanu, a wtedy jakiekolwiek jej argumenty nie byłby brane pod uwagę.
Prosiła Ulvego, swego czasu jej dobrego towarzysza, z którym nie raz śpiewała wojskowe pieśni i maszerowała ramię w ramię jeszcze w wojskowej akademii. Odmówił stanowczo, jakby niechętnie z nią rozmawiając. Chociaż bardzo się starał, nie potrafił ukryć swojej zazdrości. Valeria westchnęła. Nie wiedziała, że jej awans powiększy krąg jej wrogów, zamiast przyjaciół. Wyraźnie czas było skonfrontować dziecięce marzenia o idealnym świecie z rzeczywistością.
Usiadła, zwiesiła głowę dysząc ciężko z wysiłku. Wiedziała, że musi zdrzemnąć się choćby na godzinę. Jutro zapewne czekać ją będzie ciężki dzień. Tercjusz zapewne zaplanował jakąś niespodziankę. To szczwany lis i na dodatek znakomity strateg wprawny w pałacowych intrygach. Mógłby ją zabić własnoręcznie w otoczeniu jej własnych legionów na dodatek zyskując tym poklask i zachwyt. Szczególnie, że jej sytuacja polityczna nie była najlepsza.
Nie dopuszczała myśli, że mógłby jej nie rozpoznać podczas pościgu między namiotami. Oczywiście, była taka szansa, ale Valeria nie miała zamiaru liczyć na swoje szczęście. Zbyt dobrze się znali. Ona poznałaby go wszędzie. On ją zapewne też.
Już za parę godzin Tercjusz stanie do walki, gdy ona sama będzie przeczesywać tereny dookoła Asgrinne. Była pewna, że ją wezwie, że poprosi o pomoc. A wtedy, cóż, zapewne wykorzysta swoją szansę. Cóż, jeżeli Kronos będzie wiedział o planowanych atakach, a w przypadku szpicli w obozie Lwicy wiedzieć powinien na pewno, Tercjuszowi łatwo będzie zastawić pułapkę.
Przeklinając swój brak doświadczenia, nieobeznanie w świecie pałacowych kłamstw i układów, przymknęła oczy, decydując się chociaż na krótką chwilę kradzionego snu. Niemal już odpływała w objęcia Morfeusza, gdy nagle przyszło olśnienie. Chwilę leżała wpatrzona w ciemność, zastanawiając się nad słabymi stronami jej planu. Było ich zdecydowanie zbyt wiele, lecz nie miała innego pomysłu. Podejmując decyzję, poddała się zmęczeniu, notując w pamięci by wstać trzy godziny przed świtem.

***

- Mamo, to naprawdę ty, mamo…wróciłaś.. O bogowie, wróciłaś…
Eve nie potrafiła powstrzymać łez. Klęcząc na zdobionym krwią marmurze rozpaczliwie szukała klamry od płaszcza, zdarła go wciąż cała się trzęsąc. Xena olśniona widokiem córki na przemian głaskała ją po policzku, dotykała ramienia, włosów, dłoni. Zaglądała w oczy także nie wstydząc się płakać. Gdy ciałem jej córki wstrząsnął kolejny mocny szloch, przytuliła ją mocno do siebie, ukołysała. Jej córka żyła. Jej córka była w jej objęciach. Krew z jej krwi. Eve.
Po dłuższej chwili, wyrwały się ze swych objęć, studiując wzajemnie swoje oblicza.
- Jak…? – Zapytała Eve błądząc spojrzeniem po twarzy matki. – Czemu…?
- Ciężko to wytłumaczyć – Xena uśmiechnęła się krzywo. – Chociaż zrobię, co w mojej mocy. – Nagle jej spojrzenie zmiękło ponownie, rozpłynęło się, zwilgotniało. – Tak bardzo się cieszę, że cię widzę. Tak bardzo się bałam, że coś ci się stało… Tyle czasu…. – Nie potrafiła wykrztusić słowa i kolejny spazm płaczu zdusiła pięścią zaciskając palce.
- Jesteś tutaj z mojego powodu? – Zapytała Eve mrugając oczami w niedowierzaniu. W Wielu tarapatach już bywała i chociaż lęk o Livię był wszechogarniający, zdecydowanie czuła się na wygranej pozycji.
- Nie wiem – odparła szczerze Xena. – Nie sądzę. Chodzi o tą wielką wojnę bogów.
- Mogłam się spodziewać, że któryś z nich w końcu sięgnie po asa w rękawie – Eve zmusiła się do uśmiechu, choć pozbawiony był on szczerej wesołości.
Wstały ciężko obydwie, zebrały broń, rozglądnęły się po budynku, rozeszły szukając odpowiedniego miejsca na odpoczynek. Żadna z nich nie brała pod uwagę, by rozpalać ogień w głównej Sali, lecz gdy zaszły do komnat za ołtarzem, uznały obydwie, że zniszczone i splądrowane pomieszczenie będzie idealne. W świetle pochodni dojrzeć można było poprzewracane szafy i ślady krwi na ścianach, lecz żaden nieboszczyk nie dotrzymywał im towarzystwa. Obydwie były odporne na widok śmierci, niemniej co innego nie reagować wzburzeniem na widok trupa, a zupełnie co innego sypiać w jego martwej obecności.
Eve wprowadziła wierzchowce do środka, przeprowadziła do pomniejszej Sali obok, zaadaptowanej teraz na stajnie. Nie chciała ryzykować i zostawiać ich w gospodarczym budynku. Byłyby zbyt łatwym i cennym łupem dla zabłąkanych złodziei. Trwała wojna i praktycznie każdy mógłby się połasić na dwa zdrowe i piękne konie. Czuła się nieswojo słysząc stukot kopyt na marmurowej posadzce. To święte miejsce, która sama pomagała tworzyć, w którym wielokrotnie uczestniczyła w obrzędach teraz zmieniło się nie tylko w cmentarz, ale i boksy dla koni.
Rozglądała się uważnie, lecz wśród poległych nie dostrzegła Revana ani własnej córki. Ulżyło jej, lecz serce dusił nowy lęk. A jeżeli Kronos ma ich w garści? Co będzie z maleńką Livią i tym dzielnym chłopcem?
Xena obdarzona mniejszym sentymentem w międzyczasie rozpaliła ogień, z podanych przez córkę juków wydobyła prowiant i przygotowała wieczerzę. Łapczywie sięgnęła po bukłak z winem i piła przez chwilę, jakby próbując utopić własne emocje. Mięso skwierczało na prowizorycznym ruszcie. Drewno z rozbitych, modlitewnych ław paliło się z trzaskiem czerniąc podłogę wokół. Gdy Eve podeszła do paleniska wycierając ręce w jedną ze szmat, obozowisko było gotowe.
Usiadła przy matce, wzięła swoją porcję. Jadły w ciszy. Później milczały przez chwilę nawet bojąc się zerknąć na siebie. Tyle pytań, wyznań i odpowiedzi krążyło w ich myślach, że ciężko było zacząć. Obydwie wiedziały też, że goni je czas. Czuły wzajemny pośpiech, wiedziały, że niedługo przyjdzie im się rozstać. Na jak długo tym razem?
- Minęło piętnaście lat – zaczęła Xena wpatrzona w płomienie. – Piętnaście lat, które spędziłam na wpatrywaniu się piasków świata między światami.
- Czternaście lat, pięć miesięcy i sześć dni – poprawiła ją Eve szeptem. Siedziała cicho, spokojnie, jakby bez ruchu. W środku jednak każdy jej mięsień drżał lekko, jakby w oczekiwaniu.
- Liczyłaś? – Xena uniosła brew, jakby żartobliwie, lecz poczucie winy wyraźnie znaczyło jej spojrzenie.
- Ty też byś liczyła – Eve odchrząknęła lekko, otarła usta z tłuszczu i bezceremonialnie wytarła palce o spodnie. Wojskowe nawyki brały górę. – Nie miałaś jak..
- Nie miałam jak – wojowniczka potwierdziła wpatrując się przed siebie.- Nie wiedziałam też, że zostałam tam zbawiona podstępem. Że nigdy nie powinnam była się tam znaleźć.
- Podstępem? – W głosie jej córki prócz zaskoczenia słychać było przede wszystkim gniew.
- Sama nie wiem. Tak naprawdę wiem bardzo niewiele – Xena roześmiała się z zakłopotaniem i pokręciła głową. – Callisto wyrwała mnie stamtąd. Twoja matka.. hm… ojciec… hmmm… cóż w każdym razie najwidoczniej teraz piastuje stanowisko archanioła i wyraźnie nie zapomina o starych znajomych. Usłyszałam tylko, że mam iść i ratować świat. W zamian za życie i prawo do śmierci. Niestety niewiele udało mi się dowiedzieć na temat moich powinności. Tam na górze – zerknęła na popękany sufit. – Także trwa wojna. A w każdym razie spore nieporozumienie.
- Mogę wprowadzić cię w szczegóły – Eve zerkała na matkę niepewna. Miała wrażenie, że śni. – Atlantis to nie jest zwyczajne miejsce. Co więcej, sytuacja także nie jest zwyczajna.
- Polityka później – Xena pociągnęła łyk wina i podała bukłak córce, która ochoczo skorzystała z możliwości otrzeźwienia. – Najpierw ważniejsze sprawy.
- Mam streścić piętnaście lat swojego życia? – Eve nie potrafiła powstrzymać uśmiechu. – To będzie jeszcze trudniejsze – odetchnęła głębiej. – W starych krainach Rzym panosi się niczym bezczelny pijak w podrzędnej tawernie. Niewiele krain zachowało autonomię. Gdy odnaleziono Atlantis, sporo ludzi rozpoczęło tutaj nowe życie.
Xena skinęła głową. To samo mówiła jej Callisto.
- Statki zaczęły przybijać do brzegów wyspy wkrótce po twoim odejściu – kontynuowała Eve. – Z racji różnych komplikacji… cóż zdecydowałam się przenieść tutaj. To była bezpieczna przystań. W momencie, kiedy wybuchła wojna mieliśmy już zbyt wielu wyznawców, by szukać innego schronienia. Wielu przybyło za nami, sporo tutejszych zdecydowało się przyjąć nasze obrządki. Dzięki bogu do niedawna zostawiano nas w spokoju. W każdym razie Elianderów, jak nas nazywano. Wszystkich oprócz mnie.
Jej matka spojrzała na nią uważnie, chłonąc każde słowo. Nagle zdała sobie sprawę, że na twarzy córki widnieje wiele zmarszczek i znamion, których tam wcześnie nie było. Czas mijał, nieubłagany i choć Xena wyglądała, jakby wczoraj jeszcze walczyła w Japonii, los nie był tak łaskawy dla jej własnego dziecka. Czuła się winna, zdając sobie sprawę, że w tym momencie wygląda od niej młodziej i młodsza jest o lata doświadczeń, najwidoczniej ciężkich.
- Kronos, jeden z potężniejszych władców na Atlantis, wypowiedział posłuszeństwo…. – Eve szukała właściwego słowa, lecz uznała, że na tym etapie opowieści, będzie zbyt wcześnie nazywać władczynię jej prawdziwym imieniem. –… Lwicy. Niektórzy poszli za nim, większość została przy dworze.
- Nie pierwszy raz mężczyzna nie potrafi znieść kobiety u władzy – mruknęła Xena. – Wybuchła wojna domowa jak rozumiem?
- Nie chora ambicja kazała mu tak postąpić – jej córka kontynuowała opowieść, czując się wyjątkowo niekomfortowo, gdy musiała chociaż słowem wspomnieć o Gabrieli. – Był człowiekiem bardzo oddanym sprawom duchowym, chociaż wojownikiem. Całymi dniami potrafił ślęczeć w bibliotekach zamku, przeglądając święte kodeksy. Odnalazł jakąś przepowiednie, którą potraktował bardzo poważnie. Kilka innych… hmm….rzeczy… utwierdziło go w pewnej teorii. Uznał, że ja i moi potomkowie przyczynimy się do zagłady Atlantis, najświętszego z lądów. Szczerze mówiąc jedną z zaangażowanych osób jest też Lwica. Ona także ma przyłożyć do tego rękę, chociaż szczerze mówiąc ani siebie ani jej nie wyobrażam sobie w tej roli.
- Wyraźnie twoje dziedzictwo przynosi ci pecha – uśmiechnęła się przepraszająco Xena.- Teraz jednak wróciłam. Jesteśmy już razem. Żaden fanatyk nie tknie mojej córki.
Eve potrząsnęła głową. „Razem”, te słowa brzmiały jej w głowie. Posmutniała, zapadła się w sobie.
- Ale może tknąć moją – szepnęła.
Xena zamarła, wpatrzona w swoją rozmówczynię, zaskoczona, zdziwiona, zszokowana. Nie powinna się dziwić, w końcu przez tyle lat, to naturalne, jednak dalej nie potrafiła sobie tego wyobrazić. Jej myśli absurdalnie powędrowały do małego zawiniątka, do błękitnych oczu, do nieporadnych ruchów Revana.
- Ty… - zaczęła.
- Jesteś babcią – pokiwała głową jej córka. – Od pięciu miesięcy – dodała od razu, po czym zaczęła wypluwać z siebie słowa, mówić tak szybko, jakby chciała wyrzucić z siebie cały strach i ból ostatnich miesięcy. – Dorwali mojego męża, dorwali Eryka. Nie chciał im ustąpić pola, rozjechali go, zamordowali. Zarżnęli po prostu i śmiali się. Tak bardzo się śmiali. Ja nie mogłam mu pomóc, nie miałam jak. Patrzyłam tylko jak…Musiałam dbać o małą. Nie było czasu, musiałam uciekać. Eryk poświęcił się dla mnie, dla nas. Nie byłam w stanie żyć w pokoju, znowu noszę miecz, znowu mam na sobie zbroję. Musiałam wydobrzeć, ukrywałam się trochę. Gdy tylko miałam trochę sił, udałam się po pomoc. Ale Livię… Livię musiałam zostawić…
- Revanowi – dodała Xena w nagłym olśnieniu i zaklęła brzydko. – Czułam, że to dziecko… Miałam wrażenie, że to…. Ale nie mogłam uwierzyć. Jasny szlag – uderzyła mocno pięścią we własne udo, szarpnęła do tyłu.
- Revan? – Szczęście, nadzieja i niedowierzanie rozbłysły na twarzy Eve.- Spotkałaś Revana? Chłopca..
- Na oko dziesięcioletniego – Xena skinęła głową. – Tak. Niecałą dobę temu. Niedaleko, na zachodnim trakcie. Włączyłam się w potyczkę między ludźmi ze znakiem białego kruka i Dagonami. Revan był jednym z grupy. Rozmawiałam z nim. Trzymałam Livię na rękach – rozpromieniła się na wspomnienie dziecięcego spojrzenia.
- Dzięki bogu! Gdzie on jest teraz? – Eve wpatrywała się w nią urzeczona. Próbowała ponownie tego wieczoru opanować wzruszenie. Bogowie, co za noc.
- Gdy odjeżdżałam, odchodził – przyznała wojowniczka. – Zdecydował, że woli podróżować sam. Atak na jego grupę chyba go przeraził. Gdy usłyszałam, że spotkał cię w świątyni, ruszyłam, by cię odnaleźć. On ruszył na zachód. Chyba. Bardzo dba o małą – dodała poważnie.
- To mądry chłopak – przyznała Eve. W jej głosie słychać było wyraźną ulgę. – Dokonałam słusznego wyboru. Muszę go odnaleźć. Gdy dowiedziałam się o bitwie, od razu tutaj przybyłam. Bałam się, ze nie zdążył się wydostać, że… - wzięła głęboki wdech, opanowała się. Mała Livia bezpieczna. Przynajmniej na razie. – Revan to dobry chłopak. Mądry.
- To prawda. Kogoś mi przypomina…
- Mnie też – córka spojrzała na matkę marszcząc brwi. – Kogoś bliskiego, ale nie potrafię sobie uświadomić, kogo. Ciekawe… - zapatrzyła się w mrok. Napięcie, które targało nią tyle czasu, powoli znikało. Spokojnie planowała swój następny krok, rozluźniona i szczęśliwa nadzieją.
- Zapewne i ta zagadka się wyjaśni – uśmiechnęła się Xena ściskając jej dłoń. – Ruszasz po nich?
- Taki mam zamiar – skinęła głową Eve. – Muszę ich odnaleźć, przewieźć w bezpieczne miejsce. Kronos, czyli biały kruk, to jego ludzi widziałaś, niewielkie ma szanse, by ich złapać, ale… cóż młodzi chłopcy nie są stworzeni do opieki nad dzieckiem na dłuższą metę.
- Potrzebujesz towarzystwa? – Xena mrugnęła wesoło.
- Chciałabym, ale… - Jej córka nabrała powietrza w płuca, po czym wypuściła je głośno odwracając wzrok. – Myślę, że musisz najpierw zająć się polityką.
Przez chwilę milczały. Xena zdawała sobie sprawę, że Eve ma rację. Cokolwiek się szykowało, było istotniejsze niż ukradzione chwile z jej rodziną. Wiedziała, że córka da sobie radę, była doskonałym wojownikiem i zdesperowaną matką. To powinno wystarczyć. Nadto tereny, przez które jechała Xena śpiesząc do Elandum, chociaż zniszczone wojną, zdawały się opustoszałe. Nie widziała żadnych wojsk, co znaczyło, że epicentrum konfliktu jest gdzieś indziej. Gdzieś, gdzie zapewne sama powinna podążyć.
Długo zbierała się na odwagę, by zadać to pytanie. Próbowała znaleźć obojętny ton głosu, lecz nie było to możliwe, gdy wypowiadała to imię. Walczyła ze sobą, próbując przygotować się na najgorsze wieści. Wiedziała, że cuda nie chodzą parami w przeciwieństwie do nieszczęść.
- Gdzie Gabriela? – Szepnęła w końcu. Tak cicho, iż obawiała się, że będzie musiała powtórzyć pytanie. A nie była pewna, czy będzie w stanie.
- Czekałam, aż zapytasz – Eve nie potrafiła ukryć uśmiechu. Uśmiechu, który obudził w Xenie olbrzymie pokłady nadziei.
- Żyje? – Zapytała w końcu przez ściśnięte gardło.
- Żyje – odpowiedziała jej córka zastanawiając się gorączkowo, co powiedzieć matce. – Żyje i myślę, że ma się całkiem dobrze. W kwestiach materialnych na pewno… Chociaż wierzę, że ma wiele spraw na głowie.
- Bogaty kupiec? – Xena próbowała zdobyć się na uśmiech. – A może i spadkobierca dynastii? Więc dobrze wyszła za mąż? – Bardzo chciała, żeby ją ta informacja nie bolała, ale nie potrafiła utrzymać swoich uczuć na smyczy.
- Za mąż? – Eve popatrzyła na nią z niedowierzaniem. – Żartujesz sobie chyba. Gabriela nigdy nie wyszła za mąż… w żadnym sensie – dodała ciszej. – A w każdym razie, ja nic o tym nie wiem.
- Nie utrzymujecie kontaktu? – W oczach Xeny widać było wyraźny entuzjazm połączony z dziecięcym poczuciem winy. Jej kobieta była wolna od małżeńskich zobowiązań. To dobra wiadomość. Ale wojowniczka wiedziała, że jest odpowiedzialna za fakt, iż Gabriela nigdy nie odnalazła szczęścia z drugą osobą. Za bardzo były ze sobą związane.
Gdyby była mężatką i tak by to nikogo nie powstrzymało. Xena odchrząknęła, gdy jej sumienie zapadało się coraz głębiej pod ciężarem jej myśli. Na temat pewnego blond barda nie potrafiła myśleć trzeźwo i obiektywnie. Oczywiście, informacja, że Gabriela jest szczęśliwa z kimś innym, na pewno sporo skomplikowałaby sprawy, ale….
- Nie utrzymujemy – Eve rozpaczliwie wyduszała resztki wina z bukłaka. – Powiedzmy, że prowadzimy inny tryb życia. Mamy inne priorytety.
- Gdzie ona jest? Gdzieś tutaj, w Atlantis? – Xena chwyciła córkę za ramiona, potrząsnęła lekko. Eve westchnęła rozumiejąc uczucia, które targają matką i zastanawiając się, jak też zareaguje na aktualne wcielenie Gabrieli.
- Myślę mamo, że powinnyśmy wrócić na chwilę do polityki – wtrąciła, zdejmując dłonie Xeny ze swoich ramion.- Musisz pojechać, spotkać się z Lwicą… Musisz pomóc opanować ten chaos.
- Gdzieś mam ten chaos! – Warknęła wojownicza księżniczka, jednak zdawała sobie sprawę, że córka nie mówi jej wszystkiego. Błękitne oczy zwężyły się w szparki. – Lwica zrobiła coś Gabrieli, tak? Gabriela jest na jej dworze? Jest jej bardem, albo….. – Zgadywała jak opętana.
Eve zauważyła, że bukłak z winem jest pusty. Zdecydowanie nie w porę.
- Mamo – rzekła łagodnie. – Gabriela jest Lwicą.

***

Lwica z lekkością i gracją wskoczyła na siodło. Jeden z jej adiutantów podał jej hełm, poprawił miecz, ułożył płaszcz na końskim zadzie. Nikt nie da się oszukać, pomyślał. Władczyni aż promieniowała dumą i mocą. Nikt jej nie weźmie za dowódcę pomniejszych sił pogranicza. Chociaż z drugiej strony, im dalej wysunięta jednostka, tym więcej pychy miał jej dowódca.
Ranek był już blisko. Czas było wyruszać.
Władczyni spojrzała na swój niewielki oddział. Wiedziała, że może im zaufać. Poprawiła oficerski pas, którego tak naprawdę nigdy wcześniej nie założyła. Od samego początku była najwyższym dowódcą, nigdy nie musiała przechodzić wojskowej hierarchii. Zbroja, a właściwie obszyty stalowymi płytkami pikowany kaftan, zdawał się jednak wygodny, chociaż niezbyt lekki. Zapewne walka w pełnym słońcu nie należała do przyjemności. Zanotowała sobie w pamięci, by zwrócić na to uwagę przy następnych zamówieniach ekwipunku dla strażnic rubieży. W starciu nie należało tracić cennej energii na ocieranie potu z czoła bardziej niż to konieczne.
Cmoknęła na konia, ruszyła z miejsca stępa. Otarła przekrwione oczy, odgoniła zmęczenie. Po czym zakryła głowę prostym, kryjącym twarz, helleńskim hełmem. Oddział posłusznie ruszył za nią bez chwili wahania.
Dziś w nocy męczył ją kruczoczarny, błękitnooki sen. Powrócił po tylu latach z uśmiechem i szeptem, których niemal udało się jej zapomnieć. Odganiała go, walczyła z całych sił, lecz nie odchodził, uporczywie do samego rana powracając z każdym przymknięciem powiek. Oddech Lwicy przesycony był słodkim winem i podłą gorzałką. Zarówno noc, jak i poranek nie należały do przyjemności. Lecz nawet kompletnie pijana nie potrafiła zapaść w zwykłą czerń żołnierskiego odpoczynku. Była zmęczona, niewyspana, podirytowana. Zła.
Dłoń powędrowała do czakramu, pieściła przez chwilę zimną stal. Bezwiednie. Gdzieś tam w jej pamięci, w jej wspomnieniach, pamiętała inne pieszczoty. Pamiętała inną siebie. Uśmiechniętą, szczęśliwą. Zawsze u boku pewnej wojowniczej księżniczki.
Te czasy już minęły. Przyszło zimno i chłód. Przyszła szara rzeczywistość.

***

Revan przedzierał się przez kolejną z dzikich ścieżek. Z dumą przyznał przed samym sobą, że nabierał w tym wprawy. Wciąż pilnował traktu, lecz tym razem uważniej dobierał drogę. Wiedział też, że gdy opada z sił, obowiązkowo musi się zatrzymać i przygotować sobie odpowiednią kryjówkę. Poprzednim razem miał szczęście, lecz obawiał się, że mógł wyczerpać limit przychylnych zrządzeń losu.
Livia przyzwyczaiła się już do kołysania jego ramion, chętnie i często zasypiała podczas marszu. Chłopcu wydawało się, że mała rozumie powagę sytuacji i nawet stara się nie płakać. Nie wiedział, czy to jest możliwe, ale z drugiej strony chciał wierzyć, że ma z dziewczynką nić porozumienia. Często uśmiechała się do niego i płakała, gdy ktoś inny z obozu próbował ją karmić lub przewijać. Revan musiał jednak przyznać, że kobiety Dagonów miały w tym większą wprawę niż on. Co dziwne, zaczął im tej wprawy zazdrościć.
Wędrówka upływała mu przyjemnie, mimo iż na horyzoncie zbierały się ciemne chmury. Nauczył się już, że deszcz, chociaż ulewny, to rodzaj bezpiecznej osłony. Mimo iż ryzykował przeziębienie i zmoknięcie, wiedział, że wojskowi maruderzy lub też regularne patrole mniej chętnie penetrują pobocze drogi, gdy pogoda nie sprzyja. Trakt nie był już także tak dogodna dla jeźdźców. Wkroczył w górzyste tereny, gdzie między strzelistymi sosnami i rozrośniętymi dębami napotykał skalne bloki lub całkiem wysokie urwiska.
Poza tym miał już cel wędrówki.
Solveig, jedna z miłych i sympatycznych kobiet, która pomogła mu wyruszyć w drogę, wspominała o gospodzie niedaleko wybrzeża. Mówiła, że zna właściciela, bowiem pracowała tam jakiś czas gotując i sprzątając obejście. Prosiła, by się na nią powołał i dała swoje słowo, że spotka tam porządnych ludzi. Pytał, czemu nie pójdzie z nim, lecz Solveig roześmiała się i pokręciła głową.
- Moje miejsce jest tutaj – zatoczyła dłonią krąg wskazując Dagonów. – Z nimi związałam swoje przeznaczenie. Niestety młodzieńcze, chociaż jesteś uroczy, nie dam ci się porwać.
Zamilkł i zaczerwienił się na te słowa. Do teraz, gdy wspominał jej filuterny uśmiech, uszy paliły go żrącą purpurą. Porwać, też coś! Po pierwsze to była jego misja, jego własna! Po drugie, Solveig była stara! Mogła mieć dwadzieścia lat, albo i więcej. Obrzydlistwo.
Gospoda wydawała się dobrym pomysłem. Mógłby odpocząć, a następnie zadbać o zapasy. No i w dodatku zapewne niedaleko jest posterunek wojsk Lwicy. Dagoni bardzo niechętnie mówili o władczyni, a jeżeli już musieli o niej wspomnieć, nie były to życzliwe uwagi. Revan bał się więc zapytać Solveig o najbliższą strażnicę.
Zagrzmiało, zaszumiał wiatr, poderwał liście do gwałtownego szmeru. Niebo przeciął pojedynczy błysk. Chłopiec westchnął i rozejrzał się po okolicy. Livia zakwiliła zaniepokojona. Uspokoił ją szybko, wypatrując dogodnego miejsca na postój. W końcu wypatrzył rozpadlinę skalną, wąską i ciasną, lecz wystarczającą na ich niewielkie potrzeby. Wdrapał się na porośnięte gęstymi krzakami wzgórze, zerknął do środka, po czym upewniwszy się, że nie będą mieli niechcianego towarzystwa, wślizgnął się do wewnątrz.
Huknął piorun, drzewa poderwały konary w niemym pokłonie. Zachwiały się, zachybotały. Zaczęło padać. Gdzieś niedaleko przebiegło stado saren. Zaszumiała wysoka trawa. Revan przytulił Livię do piersi, czując jej małe ciałko przy swoim szybko bijącym sercu. Czas dorosnąć, pomyślał. Mężczyźni nie boją się burzy.
Nagle usłyszał podejrzany hałas, który narastał z każdą chwilą, dudnił. Wcisnął się głębiej, jak tylko potrafił i dostrzegł, że ściana deszczu wstrząsana jest potężnymi skalnymi blokami, spadającymi z góry. Przerażony zacisnął oczy. Lawina. Niewielka, ale lawina.
Hałas narastał, ściany jaskini drżały. On sam cały drżał. Livia zakwiliła cicho, jakby w pytaniu.
- Nic nam nie będzie – bardziej próbował przekonać siebie, niż ją.
Czuł, że góra wypycha go ze swojego wnętrza, zapada się, zmienia, transformuje. Wtulił twarz w kołnierz, żałując, że nie nauczono go żadnych modlitw. Wychowany w Asgrinne wierzył tylko w naukę. Niewiele ta wiedza mu teraz pomagała.
Dudniło.
Mały kamyczek uderzył go w ramię, a następny, większy, rozciął skroń. Otulił dziewczynkę całym sobą, szepcząc prośby coraz bardziej żałosne do nienazwanego boga. Jaskinia wibrowała potrząsną wstrząsami jakby w przerażeniu.
Umrzemy tu, pomyślał. Umrzemy i nikt nas nie znajdzie.
Ta druga myśl, sprawiła, że niemal zaczął łkać. Ze strachu i przerażenia. Nim zdążył otrzeć łzy, nagle spłynęła na niego ciemność, błoga i bezbolesna. Zza opadających powiek dojrzał tylko wielkie białe skrzydła, które jakby w ochronie odbijały skalne bloki, by nie zasypały wejścia. Poczuł czyjąś dłoń na swoim czole, czyjś łagodny uśmiech utulał go do snu. Z jakiegoś powodu wiedział, że ten sen jest bezpieczny.


***

Rozstały się rankiem. Spakowały szybko, osiodłały konie. Nie dbały o zacieranie śladów swej bytności. Nim dosiadły wierzchowców długo trwały w uścisku, ciesząc się chwilą. Eve pierwsza odstąpiła o krok, otarła łzę, uśmiechnęła się.
- Wiesz, co jest najzabawniejsze mamo? – Zapytała nagle, gdy Xena już dosiadała konia. Wojowniczka spojrzała na nią pytająco. – W tej świątyni, w tamtej bocznej nawie znajduje się urna..
- Jaka urna?
- Twoja – Eve roześmiała się. – Sama nie wiem, czy wierzyć w to nasze spotkanie. Praktycznie spędziłyśmy noc na twoim grobie.
Zaraz umilkła uświadamiając sobie, że Elandum było teraz nie tylko miejscem pochówku Xeny, ale też dziesiątek innych istnień, które nadal bezładnie leżały na marmurowej posadzce, niczym chaotycznie porozrzucane klocki. Wraz z matką zamknęła oczy każdemu z nich, odmówiła krótką modlitwę. Nie miały czasu ich pochować. Nie dałyby rady.
- Moim grobie – Xena pokręciła głową z niedowierzaniem. Myślała, że urna jest u Gabrieli, że jest gdzieś przy niej, blisko. Gdzieś tam schowana. Nie sądziła, że bardka pozostawi jej prochy w jednej ze świątyń. Mimo wszystko. Nie było jednak czego żałować. Bardka była żywa, cała i zdrowa. Nie było miejsca na głupie sentymenty. Coś jednak Xenie mówiło, że czeka ją spora niespodzianka przy pierwszym spotkaniu z ukochaną.
Eve wskoczyła na siodło, poprawiła rynsztunek. Wierzchowiec aż palił się do biegu, parskając niecierpliwie. Xena skinęła jej głową, wzięła jedną z pochodni, po czym spojrzała na córkę, oczekując akceptacji. Mimo, iż wspólnie zgodziły się, że to najlepsze rozwiązanie, potrzebowała jeszcze ostatecznego potwierdzenia. Eve skinęła głową i w tym samym momencie pochodnia padła na rozlaną wcześniej plamę oleju. Płomienie błyskawicznie rozgorzały czerwienią i żółcią, trawiąc wszystko w zasięgu wzroku.
Wierzchowce niespokojnie targnęły łbami, oddychając ciężko. Smród spalenizny denerwował je wyraźnie. Xena podjechała do Evy i raz jeszcze spojrzała na nią czule. Czas było w drogę. Wiedziały to obydwie, lecz odwlekały ten moment w nieskończoność.
Wojowniczka odwróciła konia, spojrzała na horyzont mieniący się zielenią lasów i złotem wschodzącego słońca. Kim jesteś Gabrielo? Pomyślała. Kim jesteś dzisiaj? Kim ja dla ciebie jestem?
- Mamo – dobiegł ją głos z tyłu.
- Tak? – Odwróciła głowę.
- Dziękuję – Eve uśmiechnęła się promiennie, szczerze, ciepło. – Dziękuję, że wróciłaś.
Spięła konia i ostro ruszyła w przeciwnym kierunku. Xena patrzyła za nią chwilę, oddychając głęboko. Po czym pognała na zachód.
Płomienie lizały ściany świątyni coraz wyżej, bardziej łapczywie, jakby nienasycone w swojej żądzy niszczenie. Czarna urna czekała na ich przyjście spokojnie, niewzruszenie, obojętnie. Żar wyginał powoli stalowe kraty, które chroniły ją przed światem, pękała czarna glina. Duszący smród palonych ciał i kadzideł, czarny dym zagarniający przestrzeń niegdyś wypełnioną echem religijnych śpiewów.
Coś się kończyło, coś zaczynało. Urna czekała.

***

Słońce dopiero budziło się na szczytach jutrzenki, gdy Valeria w galopie wpadła do swego obozu. Nie zsiadając z konia, wydała rozkazy. Podkomendni rozpierzchli się biegnąc do swoich oddziałów, szykując do walki. Dziewczyna blada jak ściana zmieniła wierzchowca, zachwiała się, wskakując na kolejne siodło. Jeden z adiutantów, przystojny młodzieniec, podał jej kawałek chleba i sera.
- Musisz coś zjeść pani – powiedział poważnie.
- Nie trzeba – machnęła ręką, lecz po namyśle przyjęła poczęstunek. Posilała się szybko, przełykając łapczywie. Nie zdawała sobie sprawy, jaka była głodna. Z wdzięcznością schyliła się też po kubek wody. Widocznie nie samych wrogów miała dookoła.
Ogarnęła wzrokiem wzorowo przygotowany obóz. Wszystko zadawało się mieć w jak najlepszym porządku. Widocznie jej absencja nie zaszkodziła wojskowej rutynie. Cóż, czego się spodziewałam? Pomyślała. Wielu z nich służyło w legionach na długo przede mną. Czują respekt nie tylko przed swoim dowódcą, ale przede wszystkim przez Lwicą. I Tercjuszem.
Zacisnęła pięści na cuglach, aż zbielały jej kłykcie.
- Mój oddział za mną – rozkazała stając w strzemionach. Czuła się już zdecydowanie lepiej. Adrenalina rozgrzewała jej żyły, uderzała w głowę. Wiedziała, że dzisiaj grać będzie o wszystko. Być może po raz ostatni będzie wydawać rozkazy. Być może zostanie ukarana śmiercią za złamanie poleceń. Być może. Wolała nawet nie marzyć o chwale i laurach czempiona.
Ciekawe, jak często czuła się tak Lwica?
Piechurzy szybko utworzyli szyk. Adiutant spojrzał na Valerię z pytaniem w oczach.
- Specjalne rozkazy – odparła wymijająco. – Dołączamy na pole bitwy.
Nie pytał o nic więcej, chociaż cień niepokoju przebiegł po jego twarzy. Lubiła tego mężczyznę, czasem zastanawiała się nawet czy nie za bardzo. Nie przystoi jednak oglądać się za własnym adiutantem, choćby i był tak urokliwy, jak jej własny.
Czuła wzrok na swoich plecach, gdy wyprowadzała kolumnę na trakt. Uśmiechnęła się wesoło. Ktoś się o nią troszczył. Choćby tylko z obowiązku.
Ten dzień nie zapowiadał się źle.

***

Lwica wiedziała, że coś poszło nie tak, gdy tylko dostrzegła mur łuczników na palisadzie posterunku. Każda strażnica Kronosa bez wątpliwości była dobrze strzeżona, lecz ilość zbrojnych przygotowanych do potyczki zdecydowanie nie wyglądała na zwyczajowe warty. Zaklęła pod nosem szybko obmyślając strategię. Zdawała sobie sprawę, że przeciwnik zapewne ma szpiegów w jej oddziałach. Nawet najbardziej oddani potrafią zdradzić, a ona przestała liczyć już swoich wrogów. Nieprzyjemnym zaskoczeniem był fakt, że Kronos tak szybko otrzymał informację na temat jej działań. Specjalnie wydała rozkazy tak późno, by zmniejszyć prawdopodobieństwo przekazania informacji. Cóż, nie wyszło, pomyślała. Trzeba inaczej. Jak zwykle.
Rozstawiła oddziały, przejechała przed stojącymi w oczekiwaniu żołnierzami. Uderzali mieczami w tarcze wpatrując się z nią z uwielbieniem. Wznosili okrzyki na jej cześć, jednak starała się ich nie słuchać. Potwornie bolała ją głowa. Przez chwilę pomyślała o wygodnej komnacie na zamku w Thyr, który dziś wieczór miał mieć szczęście ją gościć.
Pamiętała jeszcze, kiedy pierwszy raz prowadziła swoje legiony do bitwy. Zwycięskiej, należy dodać. Jak krew tętniła jej w żyłach, gdy wołali jej miano. Jak patrzyła, gdy giną i zabijają na tle jej własnego sztandaru. Teraz każda potyczka była już rutyną.
Łucznicy oddali pierwszy strzał. Drugi. Zakotłowało się na palisadzie. Lwica wpatrywała się czujnie w reakcję przeciwników. Wyjdą w pole, czy poczekają, aż spalimy im ostrokół? Kalkulowała chłodno. Miała nadzieję na to pierwsze, chociaż zdawała sobie sprawę, że niewielkie są na to szanse. Kto przy zdrowych zmysłach opuszcza tak dobrze przygotowany posterunek?
Chciała walki. Chciała bitwy. Chciała wyładować cały swój ból, gniew i smutek. Gdzieś tam tliła się nadzieja, ale już dawno przestała ufać podobnym przeczuciom. Może będzie miała szczęście i nie oszaleje z rozpaczy. A może i nie.
Na razie pragnęła starcia. Chciała krwi.
Atak przebiegał spokojnie, niemal podręcznikowo. Łucznicy zapewniali murawie cień swoich strzał. Straty po obu stronach były niewielkie, lecz drewniana palisada zaczynała już płonąć. Kronos nie zdążył ufortyfikować bardziej swojej pozycji. Zapowiadał się długi ranek, być może także i popołudnie.
Obowiązek wygrywał z żądzami. Od dłuższego czasu powstrzymywała się od głupich pomysłów. Patrzyła więc na działania swojego oddziału, chociaż miała głęboką ochotę dać rozkaz do ataku na ostrokół.
Chciała być jak najdalej od Asgrinne, a z drugiej strony niecierpliwie czekała na wieści. Miała nadzieję, że być może Valeria coś odkryje. Młoda dziewczyna zapowiadała się na świetnego dowódcę. Nie była skażona wewnętrzną polityką dworu, szybko się uczyła i nie bała wyzwań. Czasem jednak miała problemy z ustaleniem priorytetów. Oby tym razem nie zawiodła swej władczyni.
Gdy zagrał myśliwski róg, dając sygnał o tylnym ataku, niemal zawyła z radości. Już w galopie wyciągnęła broń szybko oceniając sytuację. Nie była ona ciekawa. Spośród drzew na jej piechurów wypadali konni, z dzikim krzykiem próbując stratować mur tarcz. Na tą chwilę czekali obrońcy muru, którzy sprawnie otworzyli wrota i wybiegli gotowi do starcia. Lwica zgrzytnęła zębami. Byli wzięci w dwa ognie.
Obróciła konia, wykrzykując rozkazy. Kątem oka dostrzegła wyprostowaną sylwetkę na koniu, która obserwowała pole bitwy. Kronos? Niemożliwe. Ale na pewno dowódca. Władczyni pogoniła wierzchowca, przedzierając się przez tłum. Cięła parokrotnie z góry, kopnęła czyjąś twarz, forsowała sobie przejście. Ktoś zajechał jej drogę, uchyliła się w ostatniej chwili przed grotem oszczepu, uderzyła mocno, sprawnie. Przebiła się przez rozpaczliwą osłonę połamanym drzewcem i strąciła przeciwnika z konia. Chwilę później wyrwała się z objęć walczących, opancerzoną piersią wierzchowca rozpychając napastników.
- Zostać! – Wrzasnęła do konnych żołnierzy, którzy próbowali podążać za nią. – Ten jest mój! Utrzymać pozycję!
Postać na wzgórzu jakby czekała na ten znak, szybko znikając za wzniesieniem. Lwica nie czekała ani chwili. Pognała w kierunku jeźdźca, okładając konia po zadzie, aż z kłusu przeszedł w galop. Gdy dotarła na szczyt, dojrzała, że jej przeciwnik zatrzymał się przed leśnym traktem tuż przy pierwszych drzewach jakby czekając. Pułapka? Być może. Ale już zbyt długo cały czas była ostrożna.
Krzyknęła głośno, ruszając do ataku. Jeździec jednak nie umknął, czekał przygotowany do starcia. Stal zderzyła się ze stalą. Uderzenie było tak mocne, że ledwo sama utrzymała miecz w ręku. Cofnęła się, cięła z dołu, lecz jej cios ponownie został zablokowany z taką łatwością, że aż westchnęła z podziwu. Tajemniczy jeździec uchylił się, po czym zadał kilka prostych ciosów, lekko, jakby dla zabawy. Ostatni sztych wytrącił Lwicy broń z dłoni.
Zawyła w furii, sięgnęła po drugie ostrze przytroczone do jej siodła. Jednak przeciwnik był szybszy. Uderzył po jukach tak sprawnie, że głownia broni zwisła smętnie ku ziemi, poza zasięgiem władczyni. Lwica sprawnie zeskoczyła z siodła, umykając w ostatniej chwili przed stalowym gwizdem powietrza. Przeturlała się po murawie pomiędzy końskimi kopytami, dopadła do własnego miecza i odwróciła się słysząc, że jeździec wyrównuje szanse także zsiadając.
Honor w dzisiejszych czasach? Uśmiechnęła się do siebie gorzko. Podniosła się na kolana, zdyszana, lecz jej przeciwnik widać nie był aż tak honorowy. Przyskoczył do niej szybko, kopnął z całej siły w twarz, poprawił w nerki. Jęknęła głucho opadając na trawę, lecz nie wypuściła miecza z dłoni. Jeździec podszedł bliżej, jakby tanecznym krokiem. Kątem oka dostrzegła sprzączkę pasa, na której wygrawerowany był czerwony krzyż. Krzyżowcy wespół z Kronosem? Działo się tu coś bardzo niepokojącego.
Zebrała się w sobie, zanurkowała pod ostrzem, stanęła na nogach. W ostatniej chwili odbiła parę ciosów, lecz czuła jak ręka jej słabnie. Przeciwnik, chociaż poruszał się delikatnie i zwiewnie niczym tancerz, posiadał olbrzymią siłę. Zaatakował serią krótkich, szybkich i zapewne zazwyczaj morderczych cięć. Odbiła je wszystkie, lecz niemal ponownie wylądowała na kolanach ze wzglądu na siłę ciosów. Warknęła próbując przejść do kontrataku. Bezskutecznie.
- Porozmawiajmy – rzucił nieznajomy zduszonym przez hełm głosem. – Musimy porozmawiać.
- Nie chcę rozmawiać – Lwica zerwała hełm z głowy, dysząc ciężko. – Chce cię zabić.
- Nie uda ci się to – odparł jeździec zupełnie spokojnie. – Nie przybyłam tutaj, by cię zabić. Przybyłam, by dać ci szansę oświecenia.
To kobieta, przemknęło władczyni rzez myśl, gdy krążyła dookoła przeciwnika zdmuchując niesforny kosmyk włosów wpadający jej do oka. Niemal pokonała mnie kobieta. Dawałam radę setkom mężczyzn i od lat nikt nie wytrącił mi broni z ręki.
- Oświecenie – splunęła, wycierając twarz rękawem, lecz nie spuszczając wzroku z przeciwniczki. – Nie potrzebuję żadnego oświecenia.
Starły się w szybkiej walce, wymieniając ciosy. Przerzucały miecze z ręki do ręki, zmieniały pozycje, parowały, zwodziły. Lwica jednak nie zyskała przewagi. Przeciwnie – coraz bardziej zmęczona raczej ją traciła.
- Musimy porozmawiać – rzekła ponownie tajemnicza postać, gdy na chwilę odskoczyły od siebie. – Musimy, albo będę musiała cię zabić. Nie chcę cię zabijać.
- Jak wielkodusznie – warknęła Lwica i natarła z całym impetem, na jaki potrafiła się zdobyć.
Tamta nawet nie uchyliła się, nie próbowała uniknąć mocnego cięcia od dołu. Stała nieporuszona i po prostu odbiła klingę, po czym uderzyła dwa razy, mocno, tuż przy głowni miecza władczyni, zawirowała nadgarstkiem, zadźwięczało. Lwica ponownie bezbronna próbowała odskoczyć, lecz tym razem nie dostała tej szansy. Kopniak w pierś zwalił ją z nóg, gdy pochylona próbowała przemknąć do siodła swego wierzchowca. Opancerzona rękawica uderzyła szybko w brzuch, raz, drugi. Lwica straciła dech, opadła na trawę. Jej palce namacały czakram, jakby z wahaniem, zacisnęły się na nim. Wzięła głęboki oddech, przymknęła oczy i rzuciła mocno.
Wirujące ostrze odbiło się od miecza przeciwniczki, wygięło go lekko, zawróciło śpiewnie, zatańczyło na pniu jednego z drzew, zawyło wracając. Lwica wyciągnęła dłoń, by złapać swoją ostatnią nadzieję, na obronę, jednak ktoś ją ubiegł.
Obcy jeździec wdarł się na polanę, sprawnie chwycił czakram w locie, w salcie zeskoczył na ziemię, podbiegł do przeciwniczki, odbił wygięte ostrze miecza swoim własnym.
- To ty! – Wrzasnęła tamta z wściekłością i przerażeniem.
- To ja – wysyczał wybawiciel ani na chwilę nie zwalniając tempa ciosów.- Jak widać w samą porę.
Oboje tańczyli dookoła Lwicy, która powoli dochodziła do siebie. Zauważyła, że obcy używa czakramu w walce tak sprawnie, jakby robił to tysiące razy. Przechodził gładko do kolejnych ataków, nie zwracając uwagi na nic i na nikogo. Władczyni wiedziała, że agresorka przegrywa, że nie wytrwa długo. Lwica stanęła na nogi. Podbiegła do własnej broni, obróciła w dłoni. Nie zdążyła włączyć się do pojedynku, gdy na szczycie wzgórza ujrzała zbrojnych biegnących w ich kierunku. Zmrużyła oczy i z ulgą stwierdziła, że to jej własny oddział.
Walcząca z obcym kobieta także to zauważyła. Rzuciła się do własnego konia, cudem umykając spod świszczącego ostrza, wskoczyła na siodło i zmusiła wierzchowca do kłusu w głąb leśnej ścieżki. Obcy podbiegł kilka kroków za nią, lecz nie podjął pościgu. Wysłużony spartański hełm obrócił się w kierunku Lwicy.
Władczyni skinęła obcemu głową. Podeszła do swoich ludzi. Bez wyjątku skłonili się szybko.
- Jak bitwa? – Spytała podnosząc hełm z murawy.
- Wygrywamy pani – odparł jeden z nich salutując szybko.- Chwilę to jeszcze potrwa, ale…
- Znakomicie – stwierdziła sucho, bez entuzjazmu, choć musiała przyznać, że był to upajający sukces. – Obsadzić stanowiska. Sprawdzić, czy ktoś się wymknął. Wysłać straże przednie. Wystawić warty. Dzisiaj chcę mieć raporty dotyczące zapasów i ekwipunku, jaki tam znajdziecie. Jakieś wieści z frontu?
- Żadnych pani – odparł inny także salutując, wyraźnie zdyszany. – Sytuacja zmienia się jednak co chwilę, być może przybył już posłaniec.
- Jadę do Thyr – rzuciła. – Piechota dzisiaj stacjonuje w strażnicy. Dać znać do obozu, jeżeli zaopatrzenie będzie wam niezbędne. Podesłać mi eskortę.
Ostatni rozkaz wydany był kompletnie niepotrzebnie, gdyż na wzgórzu pojawiła się już grupa konnych. Lwica skinęła głową ukontentowana, po czym odwróciła się do swego obrońcy, który wpatrywał się w nią bacznie ze skrzyżowanymi rękami na piersiach.
Władczyni zmarszczyła brwi. Znała ta postawę. Poczuła się nagle bardzo samotna, naga, bezbronna. Zająknęła się, zgubiła gdzieś słowa, przełknęła ślinę. Uderzyły w nią wspomnienia pierwszych miesięcy po powrocie z Japonii, gdy w każdej napotkanej wojowniczce widziała Xenę, gdy dostrzegała ją gdzieś kątem oka, mijała w tłumie.
To na pewno przez ten sen, pomyślała zbierając się w sobie. Założyła hełm, kryjąc swoje spojrzenie przed tymi błękitnymi oczami, które wpatrywały się w nią skrząc i pulsując.
- Kimkolwiek jesteś, dziękuję ci – powiedziała lekko, chociaż ledwo nad sobą panowała. Zawroty głowy powróciły. Czuła każde uderzenie, mięśnie trzeszczały w krótkich spazmach bólu.- Jedź z nami, porozmawiamy na zamku.
Obcy skłonił głowę i bez dyskusji wskoczył na konia.
Mam nadzieję, że to też nie jest pułapka, pomyślała Lwica rzucając nieznajomemu przeciągłe spojrzenie.

***

Valeria stanęła na wzgórzu, odgoniła konia szybkim klapsem w zad. Jej ludzie z niepokojem obserwowali bitwę poniżej. Po raz pierwszy widzieli, jak legiony Lwicy przegrywają. Jak przegrywał Tercjusz.
Ze strażnicy, którą dowódca wojsk miał atakować, wylał się potok zbrojnych, gdy tylko stanęli w polu. Siły były kilkukrotnie wyższe, niż sądzono, przeto nic dziwnego, że walka była ciężka. Ludzie Kronosa przygotowali się dobrze. Mieli smołę, oliwę a nawet katapultę.
Wyglądało to źle.
Valeria wydała rozkazy, rozdzieliła ludzi. Wiedziała, że teraz można jedynie próbować ratować sytuację, a nie wygrać bitwę. Wzrokiem poszukała Tercujsza. Jego wysoka postać łatwo dała się wypatrzeć. Dziewczyna zacisnęła zęby. Była pewna, że to on osobiście doprowadził do takiej sytuacji. Nie mógł pozwolić swoim ludziom wygrać, teraz zapewne świetnie się bawił symulując walkę. Obydwie strony sądziły, że jest sojusznikiem.
Ruszyła w dół stoku nie spuszczając wzroku z wysokiego dowódcy, który od niechcenia odbijał i rozdawał ciosy. Wyjątkowo nie chciał nikogo zabić, chociaż zapewne nim się opanował rozbił kilka łbów. Legionistów lub kruków.
- Skończyło się udawanie – warknęła.

***

Zamek Thyr był niewielką budowlą, bardzo malowniczą, lecz świetnie bronioną. Doskonałe usytuowanie pozwoliło utrzymać go we władaniu wasali Lwicy mimo ostrych walk w okolicy. Budowla wznosiła się na skalnym ustępie, z jednej strony broniona przez morze, z drugiej przez wysokie skały. Jedyną drogą była kręta ścieżka prowadząca aż na sam szczyt, do głównej bramy. Thyr nie stanowił jednak obiektu o strategicznej wartości. Jego załoga była niewielka, ledwie pięćdziesiąt mieczy. Nie leżał także przy głównym szlaku wojsk. Ot, urocza siedziba jednego z lordów wschodu. Przemyślana, mistrzowsko zaprojektowana, lecz jedynie ozdoba. Nikt nigdy nie pokusił się o zdobywanie Thyr głównie z tego powodu.
Od dwóch dni jednak wrzało w zamku niczym w ulu. Przygotowywano potrawy, trzepano zasłony, kamienną podłogę obsypując świeżym sitowiem. Gdy Lwica wraz ze swymi ludźmi wjechała na niewielki dziedziniec, z trudem lawirowali przy bramie, by przejechać pomiędzy wozami, zaprzęgami, końmi. Nikt nie spodziewał się władczyni tak wcześnie.
Lwica pogrążona we własnych myślach nie zwracała na to uwagi. Podjechała do głównego wejścia, zeskoczyła z konia. Chłopiec stajenny, który wyrwał się z tłumu, by jej pomóc, spóźniony oblał się rumieńcem. Zdjęła hełm, rzuciła mu go ze smutnym uśmiechem, pokazując, że nie ma do niego urazy.
Wraz ze swoją eskortą oraz tajemniczym obrońcą wkroczyła na schody, ciężko stąpając po stopniach wkroczyła w chłód murów. Przyjęła pokłony i powitanie, zbywając spoconego z przejęcia lorda machnięciem dłoni.
- Czy moje komnaty są gotowe? – Przeczesała dłonią włosy, odganiając zmęczenie.
- Oczywiście wasza wysokość – niemal się nie zająknął.
- Doskonale. Niech mi nikt nie przeszkadza. Chyba, że posłańcy z frontu.
Skłonił się i odbiegł przekazując polecenia. Westchnęła ciężko. Ten człowiek bardziej nadawał się na sługę, niż jej wasala. Chyba czasem zbyt dużo oczekiwała po szlachcie. Kątem oka zerknęła na tajemniczego przybysza, który jako jedyny nie zdjął hełmu wkraczając w zamkowe mury. Cóż, niedługo będzie do tego zmuszony.
Przeszli do Sali zebrań, gdzie Lwica bezpretensjonalnie odpięła płaszcz i rzuciła go na wysokie krzesło pana zamku będące niemal dokładną kopią jej własnego tronu. Być może został przygotowany właśnie na jej przybycie, a być może lord wschodu miał wielkie ambicje i wielkie marzenia.
Nie chciała zastanawiać się nad polityką. Zdjęła rękawice, rzuciła na siedzenie, odwróciła do zebranych. Eskortujący ją żołnierze od razu stanęli na baczność. Masując skronie przez chwilę zastanawiała się, od czego zacząć. Marzyła o kielichu dobrego wina, ale wiedziała, że to od razu rozłoży ją na łopatki.
- Więc… - zwróciła się do tajemniczego wojownika, który stał kilka kroków przed nią. – Winna ci jestem wdzięczność.
Nieznajomy skłonił się, odchrząknął. Dopiero teraz zauważyła, że wciąż przy pasie nosił jej czakram. Uniosła pytająco brew, ale wojownik widać nie zrozumiał aluzji.
- Moje życie należy do ciebie – usłyszała kobiecy głos.
Drgnęła, zamrugała szybko. To przez te majaczenia senne, uspokoiła się od razu. Głos brzmiał znajomo. Tylko znajomo. To już dawno minęło. To już nie wróci.
- Uratowałaś mi życie – podeszła o kilka kroków bliżej nieznajomego. – Chciałabym poznać twoje imię i odpowiednio cię wynagrodzić. Prosić możesz, o co chcesz, w granicach rozsądku oczywiście. Chcesz służyć w legionach? W mojej straży? – Spojrzała w ciemne otwory hełmu. - Czego pragniesz? Ziemi? Zamków? Tytułów? Złota?
- Ja.. – wojowniczka zaczęła zdejmować hełm. Serce Lwicy przyśpieszyło nagle, w oczach pojawił się dziwny lęk. Cofnęła się delikatnie, jakby sama zadając sobie pytanie, czy chce poznać tożsamość nieznajomej.
Czarna grzywa po potrząśnięciu głową rozsypała się na plecy. Błękitne oczy spojrzały na nią twardo, lecz z miłością i oddaniem, o których niemal zapomniała. Jęknęła głucho. Oczy rozszerzyły jej się w nagłym zrozumieniu i poznaniu. Poczuła jak serce na chwilę jej staje, a później dziko zaczyna pracować, jakby chciało wyskoczyć jej z piersi.
- Chcę być twoim czempionem pani – rzekła Xena na pozór spokojnie, lecz w jej spojrzeniu gorzał ogień, tęsknota i ból. – A imię moje znasz. Powinnaś pamiętać.
Gabriela zwana Lwicą, pani i władczyni Atlantis poczuła jak uginają jej się kolana. Za chwilę zemdleję, jęknęła w myślach. Na wpół zataczając się, odwróciła gwałtownie i wybiegła z Sali.

***

Xena chwilę stała bez ruchu, próbując złapać oddech, po czym ruszyła biegiem, nie zastanawiając się nad konsekwencjami. Któryś z żołnierzy próbował zastąpić jej drogę, lecz jej prawy prosty posłał go niemal natychmiast na kamienną podłogę. Rzuciła się do drzwi, którymi wyszła Gabriela. Rozejrzała po korytarzu, wybrała drogę, podbiegła. Skręciła gwałtownie, wspięła na kręte schody prowadzące do wieży. Przeskakując kilka stopni na raz dotarła do zdobionych, dębowych drzwi. Naparła na nie z całej siły barkiem, niepotrzebnie. Były otwarte, nawet uchylone, ale w rozgorączkowaniu nie zauważyła tego.
Wpadła do środka, czując pulsowanie w skroniach, lęk i szczęście jednocześnie, przerażenie pomieszane z radością.
Gabriela stała przy stole, opierając się o blat. Jej dłonie drżały, spocone palce niemal nie dotykały powierzchni drewna. Oddychała ciężko, powstrzymując się od szlochu, od gniewu, od jakichkolwiek emocji. Nie bardzo jej to wychodziło.
Xena przełknęła ślinę. Postąpiła jeden krok, później drugi. Zamknęła drzwi, zasunęła zasuwę. Nie miała ochoty żeby zaraz ktoś wyciągnął ją stamtąd pod zarzutem naruszenia prywatności Lwicy. To śmieszne, że w takich momentach potrafiła być pragmatyczna. W głowie szumiało jej od myśli i uczuć. Tak, chciała ta dziewczynę wziąć w objęcia, z drugiej strony tak bardzo się bała. Gabrielą wstrząsnął dreszcz, tak silny, że mało jej nie powalił. Xena drgnęła. Jęknęła cicho. Próbowała coś powiedzieć, zawołać swoją ukochaną, ale nie potrafiła znaleźć żadnych słów.
Bardka odwróciła się nagle, z ogniem spojrzała jej prosto w oczy, wyszarpnęła miecz z pochwy, obróciła i bez słów uderzyła z góry, silnym, wytrenowanym ciosem. Xena, choć zaskoczona, odbiła ostrze czakramem, po czym jakby zawahała się, spojrzała z ukosa i z brzdękiem upuściła broń na posadzkę. Uniosła bezbronne dłonie, ale Gabriela jedynie pokręciła głową. Uderzyła znowu, z długim zamachem, nie markując ciosów. Wojowniczka odbiła i to uderzenie, tym razem sięgając po miecz niemal w ostatniej chwili. Czuła żal i gorycz Gabrieli. Czuła jej gniew i rozpacz. Czuła piętnaście lat samotności. Czuła i sama miała ochotę uderzyć się w twarz. Mocno.
Nie potrafiła jednak powstrzymać tego, co czuła sama.
Ponownie klingi zwarły się w starciu. Poszły skry. Z ostrzy. Z ich oczu. Gabriela spięła się w sobie, wyskoczyła, wymieniły całą gamę uderzeń. Ostrych, szybkich, bezlitosnych. Stał jęknęła. Pierś Gabrieli unosiła się w rwanym oddechu.
Odskoczyły od siebie. Xena ruszyła znów do przodu rozkładając ręce ni to w geście poddania, ni to w chęci wzięcia w ramiona. Kocham cię, szeptały jej oczy. Kocham cię, ale nie mogę dać ci się zabić. Gabriela spojrzała na nią dziko, w obłędzie, krzyknęła głucho, uderzyła.
Xena w szybkiej paradzie odbiła cios i zobaczyła jak broń wypada z dłoni dziewczyny. Sama nie wiedziała, czy to jej cios był tak mocny, czy miecz źle wyważony, czy też po prostu bardka zrobiła to umyślnie. Bezbronna stała teraz drżąc i jedynie niewielki krok dzielił ją od szaleństwa. Wojowniczka zajrzała w te zielone oczy, teraz wypełnione tak potworną niepewnością, że wstrzymała oddech. A później przestała myśleć.
Jej własny miecz uderzył o podłogę, gdy rzuciła się w kierunku Gabrieli, przycisnęła do ściany, blokując jej ciosy i wpiła się wargami w usta dziewczyny. Ostre westchnienie, przełknięcie oddechu sprawiły, że świat zawirował jej w głowie. Zacisnęła oczy. Mocno. Natarła na Gabrielę całą sobą, wykorzystując przewagę siły i wzrostu. Wykorzystując wszystko, co było możliwe, by nie wypuścić jej z ramion. Całowała ją uporczywie, w obłędzie, w tęsknocie, w poczuciu winy i w uporze. Nie było w tym romantyzmu, czułości i delikatności. Pocałunek był brutalny, gwałtowny i ostry. Bezkompromisowy.

***

Valeria unurzana w błocie i krwi, z oczami rozgorzałymi walką rozglądała się wściekle. Deszcz zalewał jej oczy, pioruny oślepiały. Poślizgnęła się, zachwiała, zaklęła. Gdy tylko włączyli się do walki, niebiosa zaśmiały się burzowym frontem. Kpią ze mnie bogowie, pomyślała zaciskając dłoń na głowni miecza. Kpią i śmieją się wściekle.
Zagrzmiało.
Obok niej mężczyźni i kobiety z dzikim wrzaskiem i szczekiem broni odbierali sobie życie, kaleczyli, dusili, próbowali przeżyć. Losy walki nie były jeszcze rozstrzygnięte. Valeria posłała posłańców z rozkazami, żądając posiłków. Musieli jedynie przetrwać, aż przybędą jej ludzie. Wcale nie było to takie proste.
Teraz panował szaleńczy chaos. Można było jedynie się modlić. I zabijać.
- Tercjusz! – Zawyła dziko. – Pokaż się zdrajco!
- Tutaj jestem – obiegł ją głos zza pleców.- Nie musisz mnie szukać.
Obróciła się błyskawicznie, wyprowadzając cios z dołu, z zaskoczenia. Sparował. Zwarli się na chwilę.

***

Gabriela z początku nie broniła się, nie walczyła, nie myślała. Gdy po kilku stłumionych oddechach, chciała się wyrwać, uciec, tak dobrze znane jej ramiona przytrzymały ją mocno. Szamotała się w stalowym uścisku Xeny, nie przerywając pocałunku, który bardziej przypominał pojedynek niż pieszczotę, lecz naglę jęknęła, zakwiliła cicho, i przyciągnęła wojowniczkę bliżej do siebie, zanurzając dłonie w jej włosy. Ugryzła mocno wargę wojowniczki, usłyszała jęk, zaatakowała w pasji. Pocałunek trwał, coraz bardziej namiętny, gwałtowność mieszała się z pożądaniem, nie tracąc na intensywności.
Jadąc do zamku Xena biła się z myślami, zastanawiała się, co powie i zrobi. Jaki powinien być jej pierwszy krok? Miała nadzieję na rozmowę, liczyła się z wyrzutami i oskarżeniami, krzykiem i gniewem. Rozważała, co zrobi, jeżeli zostanie po prostu chłodno odprawiona. Marzyła chociaż o przychylnym spojrzeniu, o dotyku dłoni….Ostatnie, na co liczyła to wargi Gabrieli na swoich ustach i szyi. Jednak nic, co zaplanowała, jak widać nie miało racji bytu. Nie panowała nad sobą, gdy jej dłonie zaczęły błądzić po zbroi Lwicy z Atlantis.
Gdy Gabriela poczuła jej dotyk, warknęła głośno, jak dzikie zwierzę walczące o życie i niespodziewanie popchnęła wojowniczą księżniczkę na stół. Spadły miedziane puchary, rozsypały się winogrona, mapy opadły na kamienie podłogi. Z chrzęstem zbroi uderzyły w blat nie hamując wzajemnych intencji.

***

Przepychali się między walczącymi, próbując znaleźć miejsce, by móc się zmierzyć. Valeria z wściekłością odpychała napastników i maruderów, którzy stanęli na jej drodze. Deszcz zalewał jej oczy, płaszcz ciążył nabrzmiały wodą. Tercjan przechodził obok walczących obojętny, od czasu do czasu płazując swoim mieczem na lewo i prawo. Nie zabijał. Nie czuł potrzeby. Wiedziała, że dzisiaj chciał zabić tylko ją.
Wojownicy omijali ich, nawet jeżeli sami zajęci byli walką. Intuicyjnie schodzili im z drogi, aż w końcu obydwoje znaleźli się na kawałku błotnistej ziemi, w niewielkiej pustej przestrzeni pozwalającej na wymianę ciosów. Valeria wzięła zamach i rzuciła się na dowódcę krzycząc głośno. Sparował, jakby odganiał się od muchy.
Rzuciła się na niego raz jeszcze, ponownie odbił uderzenie, tym razem na dokładkę częstując ją kopnięciem w brzuch. Zwinęła się w bólu, ale nie upadła. Zachwiała i spojrzała chciwie.
Chciała go widzieć martwym. Raz na zawsze. Teraz.

***

Xena szybkim i mocnym ruchem obróciła Gabrielę pod siebie ponownie przejmując inicjatywę. Skrzypnęło drewno blatu, bardka odchyliła głowę. Odgłos rozpinanych rycerskich pasów i upadającego na ziemię ekwipunku sprawił, że Gabrieli zakręciło się w głowie. Jęknęła przyciągając wojowniczkę do siebie, zachłannie i głodnie. Marzyła o tej chwili, tęskniła za nią przez tyle dni, miesięcy i lat. Próbowała tyle razy odtworzyć ten ogień z kimś innym. Otworzyć te uczucia. Bezskutecznie.
Poczuła Xenę w sobie, nagle, niespodziewanie. Niemal brutalnie. Zawyła w mieszance emocji i podniecenia. Poddała się rytmowi przyśpieszając tempo. Zanurzała dłonie w kruczoczarnych włosach nie pozwalając ustać pocałunkom, nie pozwalając uwolnić, nie chcąc przerywać.
Rozkosz mieszała się z bólem. Słysząc jęk i przyśpieszony oddech, Xena niemal zupełnie straciła panowanie nad sobą. Warknęła, gryząc dziewczynę po szyi, czując jej nadchodzące spełnienie, sama ledwo powstrzymując się od zapadnięcia w żądzę. Stół jęknął. Xena westchnęła.
Gabriela zamknęła oczy, zaciskając powieki z całych sił, zadrżała gwałtownie, po czym nagle spojrzała na Xenę szeroko otwartymi oczami. Krzyknęła głośno i długo. Zielona mgła pożądania zniewoliła wojowniczkę zupełnie, jak za pierwszym razem, jak za każdym kolejnym. Jak zawsze.

***

Upadła w błoto, splunęła krwią, przesunęła językiem po zębach. Oddech wył w jej piersi, nie pozwalał uwolnić, obijał się echem po wnętrznościach. Bolało. Tercjan nastąpił na jej dłoń, krzyknęła i wypuściła głownię miecza z palców. Czuła, że łzy bólu napływają jej do oczu. Upokorzona, z włosami opadającymi na twarz, próbowała walczyć do końca, do ostatniej chwili. Błoto, deszcz i krew mieszały się w brudną, kleistą breję, którą była oblepiona. Czołgała się przed nim, próbując znaleźć szansę na ratunek, na cios, na rewanż. Nie dbała o to, jak żałośnie wygląda. Śmierć nigdy nie jest godna. Tego nauczyła się przez lata w służbie legionów. On także to wiedział. Uśmiechnął się, jednak w jego oczach nie było triumfu. To tylko jego obowiązek, tylko jego praca, pomyślała nagle przerażona. Jestem po prostu kolejnym trupem na drodze walki. Niczym więcej.
Przez chwilę myślała, że coś powie, lecz potrząsnął głową. Zamachnął się, uderzył, wbił się w jej ciało, wszedł mocno. Usłyszała jak o kość zgrzytnęła stal.
A potem nie usłyszała już nic.
Deszcz padał.

***

Leżały ciężko dysząc, wciąż uspokajając bicie własnych serc. Xena westchnęła głośno i odturlała się na bok, czując coraz bardziej ciężar swojej zbroi. Spojrzała na Gabrielę, dotknęła zamkniętych oczu, przemknęła palcami po rozchylonych ustach. Dziewczyna uniosła powieki, wykończona, niepewna, oszołomiona. Wciąż niemal całkowicie ubrane, wpatrywały się w siebie, zadając bezgłośne pytania, odpowiadając na nie, zbliżając się bez słów, samym tylko spojrzeniem.
Xena zbliżyła się jeszcze, dotknęła policzka ukochanej, jakby nieśmiało pytając o pozwolenie, po czym pocałowała delikatnie, czule, witając się tym razem grzecznie. Gabriela oddała pieszczotę, lecz w jej oddechu wciąż jeszcze kryła się namiętność. Nagle wyrwała się, odwróciła głowę. Załkała gdzieś ze środka, z samego wnętrza siebie. Odtrąciła kojącą dłoń, lecz nie podniosła się, nie zmieniła pozycji. Leżała tuż przy wojowniczce, nie hamując łez, a tym samym tak bardzo daleko. Nie pamiętała, kiedy ostatnio płakała, nie wiedziała, że jeszcze potrafi. Łkała cicho, żałośnie, rozpaczliwie.
Nagle nabrała oddechu, zatrzymała się w sobie. Uspokoiła. Imponująco wprawnie. To sprawiło, że Xena ponownie poczuła zdenerwowanie, znów jej dłonie zaczęły się pocić jak u niezgrabnego młodzieńca.
- Kiedy wyjeżdżasz? – Pytanie uderzyło ją obuchem, jak niespodziewany cios zza pleców. Zabolało.
- A kiedy chcesz, żebym wyjechała? – Wojowniczka przełknęła ślinę. To koniec, przemknęło jej przez myśl. Przypomniała sobie mnie i już mnie nie chce. Tak bardzo chciała ją dotknąć, poczuć, być bliżej, być blisko.
- Teraz. Nigdy. Nie wiem. – Szepnęła Gabriela i z trudem usiadła na stole, który dawał dość wyraźne znaki, że są lepiej skonstruowane meble do podobnego typu aktywności.
Ukryła twarz w dłoniach, gdy poczuła dłoń wojowniczki na swoim ramieniu. Drżała przy każdym dotyku, nie w pełni świadoma, jakie są jej reakcje.
- Musimy porozmawiać – usłyszała znany sobie głos, za którym tak bardzo tęskniła.
Gabriela wahała się chwilę, lecz w końcu spojrzała w twarz wojowniczki. Jednak niewiele w jej oczach było subtelności. Była desperacja. Była pewność. Była świadomość samej siebie.
- Musimy – przyznała twardo. – Ale lepiej znajdźmy jakieś łóżko.


Ostatnio zmieniony przez Aiglon dnia Śro 23:38, 30 Lis 2011, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Aiglon
Czeladnik Hefajstosa



Dołączył: 20 Wrz 2006
Posty: 114
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Warszawa

PostWysłany: Śro 23:36, 30 Lis 2011    Temat postu:

ROZDZIAŁ 5

Zaprawdę złota i czarna krew, złączona więzami silniejszymi niż śmierć i odkupienie, do zagłady nas wszystkich doprowadzi, sprowadzając burzę i gromy, trzęsienia i apokalipsę. Trzech złączy się w jedno, dwie drogi się złączą. A chociaż niebiosa starać się będą, a bogowie błagać, nic na drodze wybranych nie stanie, nic nie powstrzyma, jako i było wcześniej, tak i teraz będzie. Pożoga i zagłada w ślad ich kroków podążać będzie, srebrnymi skrzydłami otulona. Wiele jest dróg i wiele traktów, które minąć muszą, ale jeden jest cel i z drogi zawrócić ich nie można. Niegdyś rozłączeni, ponownie spojeni, dziś i jutro wyznaczą nam dzień naszej śmierci. A góry i lądy, pastwiska i pola, miasta i strażnice, opanuje chaos fal i morskich głębin.

Eve spięła konia, zatrzymała w miejscu, wytężyła wzrok. Wierzchowiec, chociaż przedniej krwi, nader posłuszny we wszystkich jej komendach, nie kwapił się, by wkroczyć na cierniste bezdroże. Wybrana jednak miała niewielki wybór. W myślach chwaliła Revana. Teren był trudny dla jeźdźca, wymagający dla piechura, lecz przyjazny dla uciekinierów. Niewielu zapędzało się też w te okolice, bowiem trudno było tutaj o jakiekolwiek pożywienie, chyba że preferowało się dietę z wygłodzonych gryzoni lub smażonych padalców.
Zeskoczyła z siodła i ruszyła kamienistą ścieżką naturalnie uformowaną między skalnymi blokami. Zręcznie omijała cierniste krzewy, lawirowała między kamienną mozaiką. Wierzchowiec pociągnięty za cugle posłusznie kroczył za nią, chociaż widać było, że otoczenie nie jest mu miłe. Krążyli pomiędzy rozpadlinami, gorączkowo szukając śladów, oznak życia. Okolica jednak była głucha, pusta i przeraźliwie spokojna.
Eve otarła pot z czoła, usiadła na jednym z głazów zastanawiając się, co robić. Była wprawnym tropicielem, wiedziała, że Revan z Livią tedy przechodzili. Ich ślady, choć zatarte przez deszcz, dla wybranej były jasnymi wskazówkami. Dzięki bogu Revan nie zdawał sobie sprawy, jak wyraźnie oznaczał drogę swego przejścia. Szczególnie, jeżeli wiedziało się, czego się szuka. Eve zdawała sobie sprawę, że mają nad nią przewagę. Poruszają się szybciej i sprawniej. I nie tracą czasu na szukanie jakichkolwiek śladów.
Przymknęła oczy. W desperacji zapominała o zmęczeniu. Czuła wewnętrzny pośpiech, nie tylko ze względu na córkę. Czuła, że ma nie wiele czasu. Coś wisiało w powietrzu.
Nagły błysk przeraził jej wierzchowca, który targnął grzywą i wyrwał cugle z jej rozwartych w zaskoczeniu palców. Odbiegł kilka kroków i zatrzymał się karnie, jakby zawstydzony. Zaimponował tym wielce swojej właścicielce. Wstała natychmiast, odganiając sen i sięgnęła po miecz. Nie wyjęła go jednak.
Tuż przed nią klęczał anioł. Właściwie anielica. Skrzydła miała potargane, nakrapiane brunatnymi śladami zaschłej krwi, zbroję powyginaną i brudną. Dysząc ciężko, uniosła głowę, wsparła się na wyciągniętym mieczu i podniosła z trudem. Uśmiechnęła się łobuzersko i mrugnęła do zaskoczonej wybranej.
- Witaj Eve – powiedziała pogodnie, chociaż bynajmniej sytuacja nie sprzyjała podobnemu tonowi rozmowy. – Miło mi w końcu cię poznać. Osobiście.
- Kim jesteś? – Eve nie spuszczała wzroku z przybyłej cały czas się zastanawiając, czy jednak wyciągnięcie ostrza nie byłoby głupim pomysłem. Lata spędzone z Elianderami napawały ją respektem dla spraw świętych. A już na pewno aniołów.
Ten wydawał się zaskakująco znajomy.
- Cóż – anielica westchnęła ciężko. – Powiedzmy, że rodziną.
- Callisto? – Wybrana zamrugała oczami. – Ale jak, gdzie, czemu?
- Tak, Callisto – roześmiała się anielica wyraźnie wykończona i zmęczona jak sto diabłów. – A co do pozostałych pytań, to odpowiedź wymaga czasu i jest nieźle skomplikowana.

***

Kronos nerwowo przemierzał komnatę. Jego gwardia przyboczna milczała, obserwując dowódcę w niemym skupieniu. Czekali, aż zagryzie w sobie gniew, aż się uspokoi. Nikt nie zamierzał tego momentu przyśpieszać. Wśród nich, wyróżniająca się bielą płaszcza i skroni, stała dumnie wyprostowana Najara, chociaż w jej oczach najwięcej było lęku. Nie przed Kronosem jednak.
Dowódca stanął, spojrzał groźnie. Niewielka salka jednego z poddanych mu dworów ledwo mieściła wszystkie zgromadzone osoby. Stojąc pod ścianami dusili się między sobą, by nie wkroczyć mu w drogę. Klatka na kruki, pomyślał. Klatka na białe kruki. Splunął z wściekłością. Ślina z impetem rozbryzgnęła się po kamiennej posadzce.
- Dlaczego wcześniej nie było meldunków, że Xena wróciła? – Warknął. – Dlaczego nikt z dworu Lwic nic mi nie doniósł?
Wszyscy milczeli nadal, wciąż zastanawiając się, czy wieści, które ich doszły, nie są kłamstwem, legendą, opowieścią dla niegrzecznych dzieci. Po tylu latach wojownicza księżniczka ponownie miała walczyć w imię dobra? I to w dodatku po złej stronie? Nie mieściło im się to w głowach. Kronos jednak najwidoczniej uwierzył, więc nikt z nich nie zamierzał kwestionować wieści. W większości byli jednak zgodni, że zaufanie do Najary, która przekazała im te rewelacje, jest co najmniej wątpliwe. Była szalona bez dwóch zdań. Być może sen mylił jej się z jawą?
- Być może Lwica nie wiedziała – cicho odezwała się Najara. – Wydawała się zaskoczona pojawieniem się Xeny.
- Zaskoczona? – Kronos z hukiem odstawił puchar po winie, który zdążył w międzyczasie opróżnić dwoma chałstami. – Lwica o niczym innym całymi dniami potrafiła nie myśleć.
- Chyba jednak potrafiła – mruknęła wojowniczka unosząc brew. – Inaczej nie rozbiłaby wszystkich posterunków w jeden dzień.
- Prawie wszystkich – wszedł jej w słowo jeden z adiutantów. – Ten przy Asgrinne się utrzymał.
- Niemal cudem – wzruszyła ramionami Najara. – I tylko i wyłącznie dzięki szpiegom i donosicielom, a nie wojskowym talentom obrońców.
- Dość! – Kronos uderzył pięścią w stół. – Dość – powtórzył już ciszej, chociaż skronie pulsowały mu gniewem. – To jest wojna – zwrócił się do Najary tłumacząc spokojnie. – Wojna polega na zdobywaniu i wykorzystaniu informacji, a nie na dzikiej galopadzie i machaniu proporcami – spojrzał na nią znacząco, po czym przeniósł wzrok na adiutanta. - Posterunki zaś były stracone w momencie, gdy tylko Lwica poderwała swoje wspaniałe legiony. Możemy wydać im bitwę, możemy ją wygrać, ale nie jesteśmy w stanie im się przeciwstawić na słabo bronionych terenach w rozproszonych siłach w dodatku – westchnął ciężko. – Jestem zadowolony z naszego oporu i dumny z naszych żołnierzy, ale w tym gronie winniśmy być wobec siebie szczerzy. Musimy zgromadzić siły do ostatecznego starcia. Jak czuje się Tercjusz?
- Zdecydowanie lepiej mój panie – z tłumu wystąpił jeden z oficerów i skłonił się lekko. – Ma trochę poobijaną głowę i kilka powierzchownych ran, ale zażądał już mocnego piwa i ładnej dziewki, więc…
Najara skrzywiła się wyraźnie. Kronos uśmiechnął szeroko. Tłum odetchnął z ulgą.
- Rozumiem, że chcesz by Tercjusz wydał im bitwę? – Zapytała wojowniczka nie kryjąc niechęci, co do nowego sprzymierzeńca. Jego nagła dla większości zmiana stron nie była dla niej przekonywująca. Zdawała sobie jednak sprawę z faktu, że jej współpraca z Kronosem także jest dość zagadkowa dla jego oficerów.
- Chcę, by doradzał nam w kwestii strategii – wzruszył ramionami Kronos. Wyraźnie się rozluźnił. Gniew go nie opuścił, lecz powoli jego myśli zaczynały biec ku wojennym planom, co zawsze poprawiało mu humor. Oraz wszystkim innym. – Zna Lwicę lepiej niż ja ją znałem. Wie, jak wyglądają jej wojska, jej ekwipunek, zaopatrzenie. Chociaż niewątpliwie ona już wie o jego hmmm….
- Zdradzie – wysyczała Najara mrużąc z irytacją oczy.
- Wyborze – poprawił ją Kronos. – Jednak nie zmieni wszystkich swoich planów w tak krótkim czasie.
- Kiedy zamierzamy stanąć w polu? – Zapytał jeden z oficerów zaniepokojony wzmianką o szybkim terminie. Wielu z obecnych dopiero co wróciło z pola ratując co się da ze straconych posterunków. Ludzie potrzebowali wytchnienia, dnia lub dwóch, by mogli w pełni sił dać opór legionom. Nikt jednak nie miał śmiałości powiedzieć tego głośno. Kronos jednak nie był głupi, znał sytuację.
- I gdzie? – Dodał inny z oficerów, jeden z młodszych i bardziej ambitnych, któremu na wzmiankę o starciu z legionami aż oczy rozbłysły. Na swoje szczęście nie brał udziału w potyczkach poprzedniego dnia i wciąż wydawało mu się, że siły Lwicy nie są trudne do pobicia. Gdyby tylko odpowiednio zaplanować działania naturalnie.
- Nie będziemy stawać w polu – Kronos uśmiechnął się szeroko. – Zaatakujemy.
Obszedł szeroki stół dookoła, oparł pięści o boki, spojrzał na swoich ludzi nie tracąc wesołości w oczach. Wiedział, że zaraz wezmą go za szaleńca.
- Jedziemy oblegać Tandet – rzekł spokojnie.
Zapadła cisza, niezdrowa w podejrzenia, domysły, przypuszczenia. Kilku z oficerów zakasłało, kilku wpatrywało się w podłogę. Uwagi dowódcy nie umknęło paru, którzy entuzjastycznie spojrzeli na swojego wodza. Tandet. Stolica. Bogactwo i chwała.
I niewielkie szanse realizacji, sam to przyznawał. Wiedział jednak, że Lwica nie dopuści do oblężenia. Tercjusz za dobrze znał te mury. Władczyni będzie musiała działać szybko, nie planując, a dopasowując się do sytuacji. Cóż, w końcu najlepszą obroną jest atak, czyż nie?
- To szaleństwo – wykrztusił któryś z niezadowolonych.
Kronos machnął ręką i westchnął ciężko.
- Nie aż takie, jakim by się wydawało – dodał spokojnie. – Ale o tym później. Narada w samo południe. Chcę, żeby Tercjusz był na tym spotkaniu, więc niech ktoś dopilnuje by nie spił się za bardzo. Ja natomiast – tu spojrzał na Najarę, której twarz nie wyrażała żadnych emocji. – Chciałbym zamienić z tobą parę słow.
Skinęła głową. Wiedziała, że chodziło o wojowniczą księżniczkę.

***

Xena otworzyła oczy, potrząsnęła głową, machinalnie chwytając się za bolący bark. Jednak na chwilę poddała się i zasnęła. Niedobrze, obiecała sobie, że tego nie zrobi. Rozejrzała się uważnie, wciąż niepewna tego gdzie jest. I z kim.
Zapadał już zmierzch, światło stało się mdłe, szare, nieprzyjazne. Ciężkie aksamitne zasłony w strzeliście zwieńczonych oknach sprawiały, że zachód słońca stał się jeszcze cięższy. W ich cieniu Xena rozpoznała znajomą sobie postać. Czy jednak tak naprawdę znajomą?
Gabriela wpatrywała się w nadchodzący zmrok, pijąc słodkie porto z rzeźbionego złotego kielicha. Niedbale narzucona długa tunika sugerowała, że okryła swą nagość nie przez wstyd, lecz z powodu wieczornego chłodu. Xena przez chwilę wpatrywała się jak zduszone promienie słońca ostatkiem sił tańczą na nagim ramieniu ukochanej. Jak skrzą się na zgięciu szyi, wędrują po policzkach, zaglądają w zamyślone oczy. Wojowniczka zaczerpnęła głęboko powietrza. Więc to prawda, pomyślała, to nie jest sen. Jestem tutaj. Przy niej. Z nią.
Tak daleko i tak blisko jednocześnie.
Pamiętała jak się tu znalazły. Po chwili namiętności w górnych komnatach miały udać się na spoczynek, porozmawiać. Nie bardzo im to wyszło. Gdy tylko wkroczyły w korytarze zamku, Gabrielę otoczyli jej żołnierze i oficerowie. Sprawnie wydawała rozkazy, słuchała wieści, czytała raporty, niemal nie zwalniając kroku. Xena, idąc w ślad za nią, czuła się tak, jak niegdyś musiały czuć się wszystkie młode dziewczęta i przystojni młodzieńcy, których prowadziła do swojej sypialni, gdy jeszcze w dzikich, szalonych, starych czasach dumnie nosiła miano niszczyciela narodów. Miała wrażenie, że jest niepotrzebna, że nikt jej nie dostrzega, że bardziej zawadza swoją obecnością niż pomaga. Choć musiała przyznać, że Gabriela zrobiła na niej wrażenie. Jej tembr głosu, zdecydowanie, śmiałość w osądach i działaniu onieśmielały wojowniczą księżniczkę. Xena nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy ostatnio coś ją onieśmielało.
Lwica. Tak, to miano do niej pasowało. Władcza, dumna, z burzą złotych włosów zdawała się niepokonana. Chociaż wyraźnie widać było jej rozkojarzenie, chęć przedłożenia spraw cóż, prywatnych nad wojskowymi, nie uległa pokusie. Drzwi sypialni zamknęła dopiero wtedy, gdy wszystkie rozkazy były już wydane, a wszystkie wieści przekazane.
Xena wstała na jej widok z rzeźbionego łoża, nie ukrywając niepewności. Odpięła pas z mieczem, rozchełstała kubrak, ale nie była pewna, czy może pozwolić sobie na zdjęcie wilgotnych od deszczu butów. Nie chciała być wyrzucona z sypialni na bosaka. Z drugiej strony mogła zaczekać na Gabrielę bez jakiegokolwiek odzienia, co biorąc pod uwagę intensywność ich prywatnej konwersacji, nie byłoby złym pomysłem. Zdecydowanie jednak w takich warunkach ciężko się rozmawia.
Gabriela unikała jej wzroku, gdy szybko odłożyła broń, duszkiem wypiła pełen kielich wina i podeszła w stronę czarnowłosej wojowniczki. Xena próbowała złapać jej spojrzenie, nawiązać kontakt, lecz bezskutecznie.
- Gabrielo, ja.. – Zaczęła rozpaczliwie, sama nie wiedząc, co powinna powiedzieć.
Lwica jednak nie dała jej dokończyć. Odstawiła naczynię z brzdękiem, podeszła szybko do Xeny. Rozszarpała niemal wiązania kubraka zbielałymi ze zdenerwowania palcami, pocałowała agresywnie, rzuciła na łóżko sama metodycznie ściągając ubranie. Nie przyjmowała żadnej pomocy i wyraźnie była do tego przyzwyczajona. Dawno straciła już swoją niewinność.
Xena zagryzła wargę uderzona tą myślą, lecz po chwili jej ognista natura wzięła górę i utonęła w twardym i dominującym objęciu, łapczywie spijając pocałunki ze świadomością, że jednak mimo wszystko zamiast gestów powinny teraz dzielić słowa. Z Gabrielą jednak nie było dyskusji. Szczerze mówiąc w takich chwilach nigdy nie było.
Pewne rzeczy jednak się nie zmieniają.
Kilka kolejnych godzin upłynęło w splocie ciał, spoconych oddechach, gwałtowności, głodzie i pragnieniu. Nie zamieniły słowa, nie licząc tych, które zwykle się mówi w takich sytuacjach. Nie padło żadne wyznanie, żadna obietnica. Xena czuła, że ktoś tutaj chce pokazać swoją dominację, swoją siłę i władzę i chociaż chciała ripostować, poddała się argumentom, być może bardziej gorzkim niż słodkim, ale zdecydowanym.
Wojowniczka obiecywała sobie, że nie zaśnie, jednak sama się nie zorientowała, kiedy odpłynęła w odpoczynku, uspokajając bicie serca. Widocznie Gabriela miała więcej siły woli. Lub, chociaż ta myśl nie była miła, więcej praktyki.
Xena odrzuciła przykrycie, wstała czując przejmujący chłód kamieni pod bosymi stopami, cicho podeszła do ukochanej. Ta zdawała się nie słyszeć poruszenia w pokoju, jednak gdy wojowniczka wyciągnęła dłoń, by położyć ją na ramieniu Lwicy, usłyszała ostry, zachrypnięty głos.
- Nie rób tego.
Cofnęła rękę, niepewna, czy ostatnie godziny uprawniają ją do czułości. Westchnęła cicho. Gabriela stała nieporuszona, jakby nie z jej ust padły te słowa.
- Przepraszam… Ja… – odparła wojowniczka spuszczając głowę.
- Nie myśl, że tak po prostu możesz wrócić – ponownie ostry ton głosu przeszył powietrze.
– Wiem – Xena nabrała powietrza w płuca i wypuściła je gwałtownie. - Ja… chcę być przy Tobie. Wróciłam, ale…
- Wróciłaś? – Gabriela odwróciła się nagle, lekko i zwinnie okręcając na piętach. Była zła, rozgoryczona i gdzieś w zakątkach duszy bardzo przerażona.- Na jak długo? Znowu spędzimy ze sobą trochę czasu, może parę dni, może parę lat. Naopowiadasz mi kłamstw, sprawisz, że ci zaufam i znowu uciekniesz – odwróciła się do okna nalewając kolejny kielich wina. – Nie dam się już na to nabrać Xeno.
- Nigdy cię nie okłamałam –wojowniczka zgrzytnęła zębami, chociaż poczucie winy przygniatało ją do ziemi.
- Nigdy? – Zadrwiła bardka. – Nigdy cię nie opuszczę, zawsze będziemy razem, nigdy nie będziesz sama. Och, rzeczywiście nie byłam sama. Miałam do dyspozycji urnę z twoimi prochami. Wywiązując się ze swoich obietnic popisałaś się iście wisielczym humorem.
- Byłam przy tobie tak, jak tylko mogłam – oczy wojowniczki zwęziły się w szparki. Ta rozmowa szła źle. Bardzo źle. Znowu została zaskoczona, nie spodziewała się takiej agresji po ich wspólnych chwilach. Widać kłótnia była nieunikniona. Trzeba było porozmawiać wcześniej, pomyślała.
Puchar ciśnięty przez cały pokój uderzył z blaszanym brzdękiem o ścianę. Wino zachlapało czerwoną fontanną zdobiony gobelin ze sceną polowania.
Ona jest pijana, uświadomiła sobie Xena. Totalnie pijana. I bardzo na mnie zła.
- A niby czemu teraz tutaj jesteś? – Warknęła Gabriela zaciskając dłonie w pięści. – Twoja cudowna mała suczka spuściła cię ze smyczy? Żebyś mogła tu przyjść i znowu zniszczyć mi życie?
- Akemi to był błąd – Xena próbowała powstrzymać się od irytacji, ale to nigdy nie było jej dobrą stroną. Teoretycznie powinna opowiedzieć o swoje misji, jednak nie bardzo chciała teraz wchodzić w politykę. Sprawy prywatne wygrały u niej z obowiązkiem na całej linii. – Oszukała mnie… nas.
- Niespodzianka – bardka w przeciągu tych lat opanowała sztukę ironii do perfekcji. – Ciekawa byłam, kiedy się zorientujesz. – Po czym znowu odwróciła się do okna próbując uspokoić. Dawno nie dała się ponieść gniewowi jak dzisiaj. Dawno tak dużo nie czuła.
Wojowniczka poczuła zimny dreszcz wzdłuż kręgosłupa.
- Wiedziałaś, że to pułapka? – Wyszeptała. – Wiedziałaś, że Akemi mnie zwodzi?
Gabriela przez chwilę milczała ciężką, nieprzyjemną ciszą.
- Xeno, bądź poważna i proszę, nie niszcz swojego i tak dość nadwyrężonego wizerunku w moich oczach – odparła w końcu zmęczonym głosem, ciężko opierając się na parapecie. – To było oczywiste. Jakie pilnowanie dusz? Jaka wieczna straż? Oczywiście wierzyłam w twój wspaniały osąd sytuacji, jednak w końcu zdałam sobie sprawę jak ciężki to był kretynizm. Pilnowanie umarłych, żeby dalej byli umarli. Co za poświęcenie. To były wymówki, którymi chciałaś odejść. Uciec. Wiedziałaś, że zaraz przyjdzie czas na decyzję, na zejście ze szlaku. Nie chciałaś dla nas wspólnej przyszłości. Co innego interesujące i podniecające zabawy przy ognisku, a co innego normalne życie. Dawałaś już nie raz znak, że cię to nie interesuje, jak wtedy, u amazonek. Wolałaś poświęcić się w imię jakiejkolwiek, nawet najbardziej bzdurnej sprawy, żeby odsunąć od siebie.. Cóż, mnie. Aż tak się bałaś? – Odwróciła się nagle, zajrzała w błękitne, zdezorientowane oczy. Potrząsnęła głową.
- Nie wiedziałam – warknęła Xena, czując jak buzuje w niej złość. Nie na Gabrielę, na samą siebie. Na złe decyzje, zawikłaną przeszłość. Gdzieś w środku zdawała sobie sprawę, że bolesna analiza może być prawdziwa, może mieć rację bytu. Nie chciała jednak bliżej dopuszczać tej myśli. – Dałam się wmanewrować, zmanipulować…
- Ty? – Gabriela wybuchnęła śmiechem pozbawionym wesołości. Przez chwilę dłonią szukała pucharu, jakby zapomniała, że pofrunął na drugi koniec komnaty. – Bezbronna i naiwna dałaś się namówić do największego idiotyzmu w swoim życiu? Jakże wygodnie.
Xena ostatkiem sił powstrzymała się od wyjścia i trzaśnięcia drzwiami. Sporo pomagał fakt, że nie bardzo miała gdzie iść.
- Tak, jestem idiotką. Popełniłam olbrzymi błąd –przyznała zgrzytając zębami.
- Tego błędu nie da się naprawić – wysyczała Lwica przyglądając się spuszczonym oczom czarnowłosej wojowniczki. – Nie da się zapomnieć tego wszystkiego.
Teraz na Xenę przyszedł czas milczenia, ciężkiego i lepkiego w jej własne błędy. Gabriela miała jednak mniej cierpliwości, a nadto wino rozgrzewało jej krew i zmuszało do mówienia. Czuła perwersyjną przyjemność w wyrzuceniu z siebie wszystkich żali i całej złości. Mogła je wywrzeszczeć Xenie w twarz. A ta słuchała, bo musiała słuchać.
- Miesiącami nie wiedziałam, co mam zrobić. Nie miałam nikogo, a ty… Ty nawiedzałaś mnie w snach. Wyznawałaś miłość, a potem wracałaś do Akemi i świata między światami. Chciałaś, żebym walczyła o większe dobro. Jakie dobro, do kurwy nędzy? Jedyne dobro zostało mi odebrane siłą, przemocą, nieważne jak bardzo starałam się to wszystko powstrzymać. Zmieniłam się Xeno. Może tego nie widzisz, może nie rozumiesz, ale nie jestem już szczeniakiem, który pogna za tobą z wywieszonym językiem, tylko dlatego, że jesteś, kim jesteś i masz mnóstwo cudownych talentów. Nie wybaczę ci wszystkiego, nie zacznę zrzucać winy na siebie, bo we mnie nie ma żadnej winy! – Ostatnie słowa wykrzyczała już całych sił, po czym zatoczyła się lekko, podtrzymała stołu, opadła na jeden z obitych skórą foteli.
Xena chwilę się wahała, nie ze względu na swoją dumę i ambicję, ale ze względu na fakt, że mogła stracić wszystko. Była jednak zdesperowana, a znaczyło to, że rzetelna analiza sytuacji nie miała prawa bytu. Chciała tylko tej niewysokiej, wspaniałej dziewczyny. Szansy, którą uzyskać będzie nieprawdopodobnie ciężko.
Opadła na kolana, chwyciła dłonie Gabrieli w swoje, próbowała zajrzeć w oczy.
- Popełniłam wielki błąd – gardło ścisnęło jej się łzami i lękiem. Największym strachem, jaki kiedykolwiek czuła. – Wybrałam źle. Bogowie, to był najgorszy wybór w moim życiu. Ale jestem przy tobie, jestem znowu. Proszę cię… błagam… daj mi szansę. Daj mi jeszcze jedną szansę.
- Szansę na co? – Gabriela nie pozwoliła sobie na szloch, chociaż tłumienie go wiele ją kosztowało. Nie będąc zupełnie trzeźwą nie kontrolowała swoich reakcji. Nie wyrwała rąk z dłoni Xeny tylko i wyłącznie dlatego, że nie potrafiła znaleźć na to siły.
- Na wybaczenie – Xena całowała jej dłonie, palce, nadgarstki. – Na kochanie cię. Na bycie obok. Na..
- Skąd ta pewność Xeno – Gabriela sztywno wpatrywała się w ciemność pokoju nie zwracając uwagi na pieszczoty. – Że w moim życiu nie ma nikogo innego?
Wojowniczka zamarła. Pocałunki zaschły na jej ustach. Zakręciło jej się w głowie od wstrzymanego oddechu.
- Myślałam, że… skoro my…
- Byłaś władczynią Xeno. – Gabriela przerwała jej brutalnie. - Byłaś wojownikiem. Nie raz i nie dwa brałaś sobie do łoża dziewczynę lub mężczyznę, tylko dlatego, żeby ugasić bitewny szał. Skąd pewność, że ja właśnie nie zrobiłam tego samego? – Spojrzała na wojowniczkę zimno. – W końcu zawsze chciałam nauczyć się od ciebie wszystkiego. Być taka jak ty.
Xena potknęła się w myślach, zawróciła, niemal załamała.
- Więc… to tylko…. – Szepnęła zagubiona, uświadamiając sobie raz jeszcze boleśnie jak w ich wspólnych pieszczotach nie było czułości.
Gabriela westchnęła ciężko, wstała z trudem, po czym rozglądając się po komnacie powoli zaczęła się ubierać. Nie wiedziała sama, czy ma zacząć się śmiać, czy płakać. Xena patrzyła na nią w oszołomieniu, jakby nie do końca zdawała sobie sprawę, co się dzieje.
- Nauczyłam się od ciebie tego, że będąc władcą, trzeba być samotnym – Gabriela kontynuowała monolog szukając swojego pasa, zakładając spodnie, wzuwając buty. – Próbowałam pokierować moimi losami inaczej, ale za wiele od ciebie przejęłam. Więc z jednej strony tak, masz rację, nie mam nikogo. Z drugiej wzięłam ślub ze sobą samą, ze stanowiskiem, jakie piastuje. To bezpieczniejsze rozwiązanie. Dla wszystkich i dla mnie samej. Zadowolona?
- Nie – szepnęła wojowniczka dalej nie podnosząc się z kolan. Jej sumienie ciągnęło ją w dół niczym kamień u szyi.
Gabriela uśmiechnęła się krzywo, zapinając sprzączki zbroi i przypinając karmazynowy płaszcz.
- Naprawdę nie wiem, czy chciałabym z kimś być – powiedziała cicho, jakby do siebie. – Nawet z Tobą.
Wojowniczka odchyliła twarz w bok, jakby spoliczkowana. Przełknęła łzy, zachłysnęła się nimi. W końcu zebrała w sobie, wyprostowała dumnie.
- Mogę być, kim tylko chcesz – odparła w końcu, zdając sobie sprawę, że droga do serca Gabrieli jest długa, stroma i niezwykle niebezpieczna. – Mogę być twoim wojownikiem, czempionem, kochanką…
- Niewolnicą – mruknęła Lwica kontynuując wyliczankę i zapinając pas z mieczem.
- Jeżeli tego sobie życzysz.
- To byłoby zbyt okrutne – Gabriela pokręciła głową. Była niemal gotowa, jednak zwlekała jakby nieświadomie. Cała rozmowa wydawała jej się nierealna, jakby wyjęta z koszmarnej opowieści, nieprzyjemnej baśni. Jak spełnienie najgorszego koszmaru i najskrytszych marzeń jednocześnie. - Nie wiem, kim chcę byś dla mnie teraz była. Ale…. Nie umiem cię odprawić. – Czuła jak zdradzieckie łzy napływają jej do oczu. Strąciła je gniewnie wierzchem dłoni. Podeszła do drzwi zła na siebie samą.
- Gabrielo – powstrzymał ją głos, który kiedyś kochała bardziej niż własne życie. Teraz sama nie wiedziała, co czuje. Czego chce.
- Porozmawiamy później – rzuciła za sobie. – Aktualnie prowadzę wojnę. Obowiązki wzywają. Przyjemności… - Nie potrafiła powstrzymać zgryźliwego uśmiechu, który zabolał wojowniczkę bardziej niż policzek. - Przyjemności później.
Wychodząc delikatnie zamknęła drzwi zostawiając Xenę na kolanach w ciemności pokoju i własnych myśli. Samą.

***

Valeria jęknęła głucho, zachłysnęła się własną śliną, rozkasłała spazmatycznie. Poczuła jak czyjaś chłodna dłoń pomaga jej unieść głowę, zamrugała niepewna.
- Ja…. Żyję? – Szepnęła zaskoczona.
- Ledwo – usłyszała uśmiech w głosie swojego adiutanta, Pentosa. Nachylał się nad nią z czułością podając kubek z wodą. Przełknęła kilka łyków z wysiłkiem chwytając powietrze, po czym z ulgą opadła na żołnierskie, twarde łóżko. Z trudem rozejrzała się po namiocie, zaskoczona zdając sobie sprawę, że nie jest to jej kwatera.
- Jak bitwa? – Zapytała spierzchniętymi wargami, czując fale gorączki przenikające aż do szpiku kości.
- Posterunek nie został zdobyty. Z Asgrinne żadnych wieści i żadnych ocalałych – Pentos meldował metodycznie, zmieniając opatrunki na przedramionach swojej dowódczyni. Valeria zagryzła zęby myśląc, mając nadzieję, że mężczyzna nie posunie się dalej. Kobieca próżność nie zniosłaby widoku jego męskich, pięknych dłoni w okolicy jej pasa i piersi w sytuacji zupełnie nie intymnej. Lub intymnej inaczej.
- Tercjusz zdradził – dodał nagle, płucząc bandaże we wrzątku i przygotowując okłady. – Przeszedł na stronę Kronosa. Gdy przerwano wasz pojedynek, zabił Harkena, Gerheva i Marka i cóż… uciekł. Nie ułatwiono mu tego – uśmiechnął się pod nosem.
Pojedynek, tak. Teraz pamiętała. Jakim cudem uniknęła miecza? Straciła przytomność, ale nie sądziła, by Tercjusz zlitował się nad nią. Ktoś musiał mu przeszkodzić, powstrzymać.
- Kto mnie… ocalił? – Zapytała z trudem zastanawiając się, czy Pentos będzie wiedział.
Oczywiście, że wiedział. Wszyscy już zapewne wiedzieli. Za taki czyn należał się oficerski pas, lub co najmniej odznaka złotego lwa na piersi. O ile władczyni nie releguje mnie z armii, pomyślała wzdychając.
- Jeden z piechoty – odparł Pentos przemywając jej rany najdelikatniej jak się dało. – Corwin z Thyr, młody chłopak. Niedawno wstąpił do legionów.
- Ocalał? – Przeszkadzanie Tercjuszowi w mordowaniu było dość ryzykownym posunięciem, szczególnie dla młodego, ambitnego mężczyzny, który dopiero co posmakował bitwy.
- Ocalał – adiutant skinął poważnie głową. Widocznie był to pewien rodzaj wyczynu. Valeria mogła się domyśleć, że nie byle jakiego. – Kuruje się z ran, jednak jeżeli chcesz pani go przesłuchać, mogę poprosić by go przyprowadzili…
- Nie – Valeria przymknęła oczy. – Niech odpoczywa. Prześlijcie mu moje podziękowania. Jego czyny zostaną zapamiętane. I docenione. Przeze mnie osobiście – dodała, nie będąc pewną jak ustosunkuje się do tego Lwica. Oczywiście we własnych legionach dowódca sam mógł zarządzić promocję na podrzędne oficerskie stanowisko, lecz czy to nadal były jej legiony?
Pentos jakby czytał jej w myślach. Skończył opatrywać jej dłonie, po czym zafrasowany skinął na jedną z kobiet, która czekając przy wejściu do namiotu szybko podeszła do rannej dziewczyny. Valeria dała jej znak, by zaczekała. Opiekunka skinęła głową. Porozumiały się spojrzeniami.
- Lwica otrzymała raport – adiutant wstał i wytarł ręce w brudny i pokrwawiony ręcznik. – Wysłaliśmy posłańca bez twojej wiedzy pani, lecz czas naglił.
Valeria skinęła głową. Wiedziała, że nie było na co czekać.
- Odpowiedź? – Zapytała z coraz większym trudem, czując jak gorączka narasta.
- Tylko rozkazy dotyczące przegrupowania sił – pokręcił głową, po czym mrugnął łobuzersko. – Oraz życzenia szybkiego powrotu do zdrowia.
Wyszedł z namiotu zostawiając Valerię w objęciach nadchodzącego omdlenia, lecz z uśmiechem nadziei na twarzy. Gryzący zapach leczniczych ziół nigdy wcześniej nie był dla niej tak słodki.

***

Dwóch archaniołów zaatakowało z boku, jeden z góry wzbijając się w powietrze krótkim ruchem skrzydeł, drugi z dołu, niemal klękając na kamienistej ziemi. Callisto odchyliła się rycząc wściekle, sparowała jeden z ciosów, drugiego uniknęła cudem. Tym cudem była Eve. Chociaż atak zaskoczył ją nie mniej, niż Callisto, nie od wczoraj nosiła miecz przy pasie.
Wybrana kopnęła zaskoczonego anioła w pierś, brutalnie uderzyła głownią miecza w twarz i cięła po skrzydłach. Przeciwnik zawył w bólu, gdy wśród wirujących piór plecy zawyły czerwoną eksplozją krwi. Zachwiał się i padł na twarz. Eve zawahała się, Callisto nie miała tego problemu. Przyskoczyła do pokonanego i bezceremonialnie przebiła czarną zbroję. Zachłysnął się własnym umieraniem, zamigotał i zniknął.
Wybrana dostrzegła drugiego z napastników, który krztusząc się na czworakach próbował drżącymi dłońmi zebrać własne wnętrzności. Nieprzytomnym wzrokiem wodził dookoła szukając wytrąconego z dłoni miecza, chociaż broń leżała tuż przed nim. Callisto westchnęła ciężko i kolejnym szybkim ciosem ukróciła jego cierpienia. Odetchnął z ulgą i także rozpłynął się w powietrzu.
Zostały same.
- Wybacz – westchnęła anielica wycierając miecz. – Nieprzyjemne konsekwencje pojawiania się w tym planie astralnym.
- To znaczy? – Eve uniosła brew nie bardzo zdając sobie sprawę, czego właściwie była świadkiem.
- Ach, no wiesz. Nam aniołom nie wolno ingerować tutaj bezpośrednio – Callisto machnęła ręką. – Możemy zsyłać znaki, pojawiać się w snach i takie tam, ale zawsze uważałam, że to wszystko strasznie komplikuje sytuacje. Poza tym skoro jesteś krwią z mojej krwi, nie bardzo wierzę, że mogłabyś rozmawiać z gorejącym krzewem. A już na pewno nie chciałabyś przyjmować od niego rad i poleceń. Poza tym – zakreśliła szeroki gest dłonią. - Widzisz tutaj jakieś krzaki?
- Więc masz dla mnie radę i polecenie – Eve uśmiechnęła się krzywo i oparła się o głaz. Zmęczenie znowu dało jej się we znaki.
- Owszem – Callisto schowała miecz i skrzyżowała dłonie na piersiach. – Nie mam zbyt dużo czasu na tłumaczenia, bowiem, jak widzisz, moja mała eskapada została zauważona. A to znaczy, że będziemy mieć towarzystwo.
- Będziesz miała przeze mnie problemy – Eve dalej nie mogła powstrzymać uśmiechu.
- Od dawna nie miałam żadnych – Callisto wzruszyła ramionami. – To było strasznie nudne. Poza tym po pierwsze, mimo wszystko jesteśmy rodziną, a po drugie i tak jesteś wybraną, więc w sumie jakoś to będą musieli przełknąć. – Spoważniała. – Chodzi o Revana. I Livię.
- Coś im grozi? – Uśmiech momentalnie zniknął z twarzy wybranej.
- Już nie – Callisto uśmiechnęła się wyjątkowo przyjaźnie. – Powiedzmy, że panuję nad sytuacją. Tutaj właśnie następuje moment, kiedy daję ci polecenie. Zawróć. Nie możesz ich spotkać. Nie możesz ich szukać. Zawróć i dołącz do Xeny i Gabrieli. Do Xeny i Lwicy. Och wszystko jedno, do pozostałych mamuś – wyszczerzyła ząbki. - Zdecydowanie przyda im się mediator, chyba się średnio dogadują. Chociaż… - zamyśliła się lekko przekrzywiając głowę.
- Ale Revan potrzebuje mojego wsparcia – jęknęła Eve. – Jeżeli go znajdą..
- To nic mu nie zrobią – przerwała jej Callisto. – Jest małym, biednym i umorusanym chłopcem z jeszcze mniejszym dzieckiem na ręku. W momencie, kiedy będzie małym umorusanym chłopcem w towarzystwie wspaniałej Eve z Elandum, będzie miał większe problemy. A on przeżyć musi. Tak samo jak Livia. Zresztą zadbam o niego.
- Jeżeli ciebie dorwą.. – Eve spojrzała na anielicę z powątpiewaniem.
- Jak widać, nie tak łatwo mnie dorwać. Xena próbowała strasznie długo i nie dała rady. Myślisz, że byle archanioł da radę skopać mi tyłek? Nie sądzę. Poza tym, rodzina to ważna rzecz – Callisto westchnęła z ukontentowaniem. – Tym bardziej, że wezwałam pomoc. Może nie do końca z kręgu moich nowych znajomych, ale kogoś, kto mu rzeczywiście pomoże. Ty masz inne rzeczy na głowie. Dziećmi zajmie się ktoś inny, spokojnie.
- A ja? – Eve przeczesała rozsypane włosy palcami. – Co ja mam robić?
- Wrócić na Tandet – odparła spokojnie Callisto. – Zadbaj, żeby tamte dwie nie zrobiły żadnej głupoty. A są od tego o krok.
- Głupoty? – Eve zamrugała oczami. – Jakiej głupoty?
Callisto przewróciła oczami.
- Jaki jest sens robić te cyrki z przepowiedniami, skoro nikt ich nie czyta? – Jęknęła zdesperowana. – Ja wiem, że to straszny bełkot, ale ludzie, trochę empatii! Ty sobie kompletnie nie zdajesz sprawy, co tu się dzieje, czy tylko udajesz?
- Jest wojna – Eve zmarszczyła brwi bezwiednie przyjmując obronną postawę. Bardzo podobną do prezentowanej niedawno przez stojącą nieopodal anielicę.
- Zawsze jest gdzieś jakaś wojna – Callisto spojrzała na nią z politowaniem. – A jeżeli myślisz, że w każdej wojnie bierze udział stado aniołów, kilka frakcji politycznych, sekty religijne, wyciągnięta z zaświatów Xena i Gabriela w formie wściekłego lwa, to jesteś w błędzie. Na dodatek mamy tutaj sporo bogów, boginek, nawiedzonych krzyżowców i innego tałatajstwa, z którymi nie możemy dojść do ładu. Nie, moja droga, to nie jest zwykła przyjemna wojenka, gdzie ludzie walą się po głowie ciekawie wyglądającym żelastwem.
- Chodzi o Livię, prawda?
- Jesteście z Xeną strasznie do siebie podobne – westchnęła Callisto z rezygnacją. – Jak się przyczepicie jakiegoś tematu, to już was nie sposób oderwać. Jedna tylko o Gabrieli, druga tylko o Livii. Pokarało mnie z wami, naprawdę. Dzięki bogu chociaż Gabriela ma umiejętność panowania nad kilkoma wątkami na raz, chociaż nigdy po tej blondynce nie spodziewałabym się trzeźwego oglądu sytuacji. – Odetchnęła głębiej. – Masz trochę wina? Świetnie. Więc nie, nie chodzi tylko o Livię. I nie tylko o Revana. Chodzi o całe Atlantis.
Eve przywołała wierzchowca, który chociaż boczył się trochę, przytruchtał w końcu na wezwanie. Przez chwilę gasiły pragnienie ciepłym i cierpkim winem. Callisto niechętnie opuściła na wpół pusty bukłak, otarła dłonią usta.
- Kim jest Revan? – Zapytała nagle Eve. – Wydaje mi się znajomy, jakby..
- Dobrze ci się wydaje – Callisto wzruszyła ramionami nie kwapiąc się z udzielaniem wyjaśnień. Widząc pytające spojrzenie Eve, jęknęła głucho. – No pomyśl chwilkę. To nie takie trudne.
Oczy wybranej rozbłysły w nagłym zrozumieniu. Kolejny fragment układanki trafił na swoje miejsce.
- A więc to dlatego... – Szepnęła.
- Między innymi – Callisto wydawała się świetnie bawić, chociaż niewiedza, z którą się spotykała zaczynała ją coraz bardziej irytować. – Musicie popracować nad systemem wymiany informacji, bo jakoś dziwnie macie straszne braki.
Eve próbowała wymyślić coś na swoją obronę, jednak nie znalazła argumentów. Wraz ze świadomością, jaką posiadła, nie bardzo potrafiła się obronić przed zarzutami Callisto.
- Dobrze więc – westchnęła patrząc na swoją kolejną matkę. – Polecenie przyjęłam. Teraz czas na radę. I wyjaśnienia, jeżeli można prosić. O ile nie będziesz miała przez to problemów.
- Problemy to będziesz miała ty, jak nie zabierzecie się do roboty – upomniała ją Callisto, której dobry humor nie opuszczał. – Poza tym, jako wybrana zawsze możesz powołać się na święte sny, albo inne podobne bzdury. W sumie ukazując ci się ze skrzydłami w glorii i chwale tak naprawdę nie złamałam prawa, tylko lekko je hmm… nagięłam. A co do rady, rzeczywiście chyba muszę ci najpierw powiedzieć, o co chodzi. Mam nadzieje, że skała, na której siedzisz jest wygodna?
- Czemu pytasz?
- Bo to trochę potrwa. Ciesz się w każdym razie, że nie jestem gorejącym krzewem. Jest wystarczająco gorąco, nieprawdaż?

***

- Jak widzisz, Xena to niebezpieczny przeciwnik – Najara wpatrywała się w Kronosa poważnie. Siedzieli przy skromnie zastawionym stole. Dowódca często łączył przyjemne z pożytecznym i naradzał się podczas posiłków. Wśród jego oddziałów wzięcie udziału w takiej rozmowie, było poczytywane za zaszczyt. Najara jednak nie wydawała się urzeczona. Szczerze mówiąc nawet nie tknęła tłustego gulaszu, głównie popijając wodę z drewnianego kubka.
- Nie wiem ile ona wie – kontynuowała wojowniczka. – Nie wiem, jak bardzo jest wprowadzona w przepowiednie i jej konsekwencje, ale domyślam się, że nie pojawiła się tutaj przypadkiem. Pytanie tylko, kto ją zesłał.
- Z tego co wiem – mruknął Kronos plując kruszkami chleba i przełykając kolejną łyżkę potrawy. – Została uwięziona w świecie między światami gdzieś na dalekiej Japonii. Nie wierzę, by i tamte egzotyczne bóstwa włączyły się do rozgrywki.
- Nie można tego wykluczyć – Najara oparła się na krześle, zamyślając głęboko. – Chociaż nie sądzę, by przystała na ich propozycję. Z drugiej strony, jeżeli podarowali jej powrót do świata żywych, mogła się zgodzić na cokolwiek.
- Po co miałaby wracać? – Kronos wzruszył ramionami i dokładnie starł resztki gulaszu z miski grubą pajdą pieczywa. – Aż tak cieszyła się życiem? Dała się zabić w imię lepszego świata i teraz zaryzykowałaby wszystko, żeby znowu krążyć po świecie żywych?
- Xena miała pewną słabość – wojowniczka odchrząknęła cicho. – Cóż, nie ona jedna.
- Słabość? – Dowódca wyglądał na bardzo zainteresowanego. Tak bardzo, że aż przestał jeść.– To znaczy?
- Cóż, ten słaby punkt chyba podzielacie – Najara spojrzała mu prosto w oczy. – Xena zrobiłaby wszystko dla Gabrieli. Wszystko. Przynajmniej kiedyś tak było – dodała ciszej.
Palce Kronosa bezwiednie zacisnęły się w pięści. Gniewnie nałożył sobie kolejną porcję z osmalonego, stojącego na stole kociołka.
- Ja i ona to przeszłość – syknął. – Na pewno nie jest moją słabą stroną. Chcę ją widzieć martwą, a nie..
- Wiem – odparła spokojnie wojowniczka. – Być może jednak można byłoby wykorzystać Lwicę jako argument przy rozmowach z Xeną.
- No nie – Kronos jęknął głośno. – Ją też chcesz przekonywać do wyższych racji? To nie jest spotkanie towarzyskie, tylko działania zbrojne.
- Wiem – Najara spojrzała na niego ostro. – Cóż, radzę przemyśleć tą ewentualność. Twoja zemsta na Lwicy być może powinna poczekać, dopóki nie uporamy się z Xeną.
Pokiwał głową. Wstała, chcąc odejść, zezwolił jej na to prostym, szybkim gestem. Była już w drzwiach, gdy spojrzała na dowódcę z ukosa i zapytała bez uśmiechu:
- Zastanawia mnie tylko jedna rzecz. Czemu tak bardzo chcesz zabić matkę własnego syna? Dlatego, że była lepszym władcą niż ty, czy dlatego, że nigdy nie zdołała cię pokochać?
Siłą powstrzymał się od rzuceniem naczyniem w zamykające się drzwi.

***

Była późna noc, gdy drzwi sypialni otworzyły się nagle. Xena uniosła głowę znad zwojów, które czytała, by zabić oczekiwanie i w nadchodzącej postaci rozpoznała Gabrielę. Zmęczoną, zmartwioną, zrezygnowaną. Wyraźnie coś poszło nie po jej myśli. Wojowniczka bardzo chciała wiedzieć co, jednak czuła, że wypytywanie o sprawy państwowe daleko jej nie zaprowadzi.
Lwica powoli podeszła do stołu, zdjęła płaszcz, rozluźniła zapięcia zbroi.
- Długi wieczór? – Zapytała wojowniczka delikatnie, jakby badając grunt.
- Ciężki – przyznała Gabriela opierając się ciężko o blat stolika, przy którym siedziała wojowniczka. Lwica potarła skronie, próbując zebrać myśli, zacząć rozmowę. Nie była tylko pewna, od czego.
Xena po chwili wahania wstała, podeszła do Gabrieli, zdjęła ciężki napierśnik, podała puchar wypełniony wodą. Lwica spodziewając się mocnego trunku uniosła brew w niemym pytaniu i naganie jednocześnie. Wojowniczka odpowiedziała jej tym samym gestem.
- Musimy porozmawiać – rzekła łagodnie.
- Musimy – Gabriela zwiesiła głowę. Wyraźnie nie miała ochoty na tą konwersację, jednak zdawała sobie sprawę, że nie mogą przesuwać tej chwili w nieskończoność. – Czemu wróciłaś? – Zapytała w końcu.- I jak?
- Callisto wyciągnęła mnie z pazurów Akemi – przyznała Xena niechętnie, jednak wiedziała, że ta informacja sprawi Gabrieli nielichą satysfakcję. – Cóż, dosłużyła w niebiosach do stanowiska archanioła, więc użyła swoich wpływów by wymierzyć karę. Co zresztą uczyniła z wrodzonym sobie wdziękiem.
- Jak Akemi to przyjęła? – Zapytała Lwica nie mogąc powstrzymać uśmieszku. To pytanie przywołało w myślach wojowniczki dziewczynę, którą znała kiedyś. Dziewczynę, która dbała o wszystkich innych, zamiast o siebie.
- Ciężko powiedzieć – Xena oddała uśmiech. – Powiedzmy, że ich rozmowa była dość intensywna. Pod koniec Akemi straciła głowę – widząc pytające spojrzenie Gabrieli, potrząsnęła czarną grzywą w niemym rozbawieniu. – Dosłownie, szczerze mówiąc.
- Więc Callisto odebrała mi tą przyjemność – Lwica spojrzała przed siebie bawiąc się pucharem. Woda wyraźnie nie przypadła jej do gustu, ale nie upierała się przy alkoholu. Wiedziała, że musi być trzeźwa. Przynajmniej jeszcze przez jakiś czas.
Zamigotały świece w nagłym przeciągu. Dzwon w małej świątyni na dziedzińcu wybił północ.
Komentarz dziewczyny sprawił, że wojowniczka nabrała nieco pewności siebie. Delikatnie odgarnęła blond włosy ze strapionego czoła, dotknęła policzka. Gabriela nie zareagowała jednak, nie spojrzała na nią, lecz też nie oponowała. Czekała na wyjaśnienia. Magiczna chwila minęła. Xena odchrząknęła głośno.
- Callisto przywróciła mnie do życia, jednak zanim zdołała wyjaśnić mi szczegóły mojego zadania, zostałyśmy zaatakowane. W każdym razie wylądowałam w Atlantis wiedząc tylko tyle, że mam zadbać o losy wojny, która toczy się na tych terenach.
- To niewiele wiesz, rzeczywiście – westchnęła Lwica. – A jak zamierzasz tą wojnę wygrać? I dla kogo?
- To retoryczne pytanie – Xena wzruszyła ramionami. – Callisto nie jest na tyle głupia, by konfrontować mnie z tobą. Więc domyślam się, że mam być dla ciebie pomocą.
- Pomocą? – Lwica uniosła brew i dopiła puchar. – Nie wiem czy zauważyłaś, ale do mnie należy największa siła militarna w tej części świata. Kilkanaście świetnie wyszkolonych, karnych legionów. To ludzie, których prowadziłam przez setki bitew. Doświadczeni wojownicy, z którymi rebelianci nie mają żadnych szans.
- Ona mało cię nie zabiła – przerwała jej Xena.
- Kto? – Gabriela zmarszczyła brwi, lecz po krótkiej chwili przypomniała sobie potyczkę, przy której się spotkały. Zamyśliła głęboko, dotykając czakramu, który leżał na stole między rozwiniętymi przez Xenę zwojami. Lwica nie wiedziała, czemu dzisiaj nie przypięła go do swego pasa. Był dla niej bardziej symbolem niż bronią, używała go niechętnie. Zawsze jednak pilnowała, by mieć go u boku. Dzisiaj tak po prostu o nim zapomniała. Czemu?
- Cóż – Xena zauważyła jej gest, pieszczotę palców na ostrym metalowym ostrzu. – Być może jej nie poznałaś, ale mnie się tak łatwo nie da oszukać – zamilkła widząc pytające spojrzenie. – To była Najara – dodała w końcu.
- Świetnie – Gabriela przyłożyła dłoń do czoła. – Co tu się dzieje do cholery? Najara? Jakim cudem? Musiałaby mieć.. A zresztą gubię się już w obliczeniach, ale raczej do młodej dziewczyny jej daleko. Jakim cudem walczyła z takim zacięciem?
- Poznałam jej tożsamość, nie tajemnicę – Xena rozłożyła ręce. – Biorąc pod uwagę, że bogowie i aniołowie z przyjemnością ingerują w ten zbrojny konflikt, nie zdziwiłabym się, gdyby któryś z nich posługiwał się nią jako narzędziem.
- Chciała porozmawiać – mruknęła Lwica przypominając sobie sytuację.
- Cóż, nie sprawiała takiego wrażenia.
Zapadła cisza, jednak już lżejsza, jakby oczyszczona nieco ze wszystkich emocji, uśmiechnięta szczerością, która choć bolesna nie przytłaczała aż tak mocno. Gabriela posłusznie dolała sobie wody, choć wzrok łakomie spoczął na chwilę na karafce z winem. Xena westchnęła w duchu, zdając sobie sprawę, że przyjdzie czas i na podobne tematy. Teraz nie odważyłaby się zacząć. Ich nić porozumienia była zbyt krucha.
- Masz wyczucie chwili Xeno – westchnęła Lwica nagle wyraźnie przechodząc do interesów. - W sumie nie powinno mnie to dziwić. Zawsze miałaś.
- Czemu?
- Dowódca mojej własnej armii zdradził – przysunęła sobie jedno z krzeseł, usiadła wygodnie i zerknęła na wojowniczkę. - Doniesiono mi właśnie, że mało nie zarżnął jak prosiaka jednego z moich głównych oficerów, a później, podły pies, zmienił strony. I niezależnie jak bardzo niejasna jest sytuacja między nami, byłabym głupia, gdybym jego stanowiska nie powierzyła tobie.
- Na pewno tego chcesz? – Xena spojrzała na nią uważnie.
- Mam inne wyjście? – Gabriela roześmiała się gorzko. - Wiem, że jesteś doskonałym strategiem i wiem, że potrafisz być morderczo konsekwentna. Kiedyś mnie to oburzało, a teraz… - Machnęła ręką. - Teraz potrzebuję, żeby ktoś wygrał dla mnie tę wojnę. Żeby ktoś rozprawił się z Kronosem raz na zawsze – spojrzała na Xenę bacznie, władczo i z uporem. - Chcę jednak, żeby coś było jasne. JA jestem tutaj dowódcą. JA jestem władcą. Wykonujesz MOJE rozkazy. Czy to jest jasne?
Xena skinęła głową, nawet nie próbując się kłócić. Nie pragnęła zamienić się miejscami z Gabrielą, chociaż nieswojo chwilami czuła się w obecnej sytuacji. Wiedziała jednak, że to jedynie kwestia przyzwyczajenia. W duszy zagrały jej radosne tony. Tak czy inaczej będzie przy niej, z nią. Obok.
Jedna rzecz nie dawała jej jednak spokoju.
- Co było między Kronosem a tobą? – Zapytała zanim zdołała ugryźć się w język, zdając sobie sprawę, że przemawia przez nią prostacka, smarkacka zazdrość.
Gabriela nie przejęła się jednak, westchnęła ciężko, oparła się wygodniej. Wpatrzyła w sufit i zaczęła wymieniać:
- Trochę fascynacji, trochę złości, trochę nienawiści. Trochę poczucia winy. Trochę źle ukierunkowanej tęsknoty i trochę prób poukładania rzeczy w sposób, w jaki powinny wyglądać. Oraz dużo niewyjaśnionych, niedokończonych spraw… I Revan….- Dodała tak delikatnie, że słowo niemal zmieszało się z jej oddechem. Opanowała się, podniosła głowę rzucając wyzwanie. Rozłożyła ręce. – Proszę, chyba niczego nie pominęłam.
- Revan…? – Xena zbladła.
- Mój syn – szepnęła cicho Lwica wpatrzona w podłogę. -Mój syn, którego ukrywałam jak przestępcę, po klasztornych szkołach. Który nie zdawał sobie sprawy ze swojego pochodzenia, by mógł wieść normalne życie, które nie było przeznaczeniem jego rodziców. Którego wojska Kronosa.. Prawdopodobnie… - Nie potrafiła dokończyć zdania. Ukryła twarz w dłoniach, próbując powstrzymać dreszcze.
Czyjeś dłonie objęły ją przyciągnęły do ciepłego oddechu. Kołysały delikatnie, uspokajały.
- Revan ma się całkiem dobrze – Xena uśmiechnęła się. – I z tego co wiem, ma całkiem niezłą opiekę.
Gabriela oderwała dłonie, wpatrując się w wojowniczkę rozszerzonymi w nadziei oczami. Dotknęła twarzy Xeny, nachyliła ku sobie, szukając w spojrzeniu śladu kłamstwa, podstępu. Znalazła tylko radość i miłość, choć zmieszane z goryczą.
- Revan … żyje? – Wykrztusiła. – Widziałaś go? Rozpoznałaś…g… go? Jak?
Oczy Xeny śmiały się teraz już wyraźnie.
- Niezbadane są ścieżki bogów – zaczęła wesoło. – Spotkałam go na szlaku, wydał mi się tak bardzo do kogoś podobny, nie wiedziałam tylko, do kogo. Ma twoje oczy, wiesz o tym? Podróżował z Dagonami, lecz później odłączył się od nich. Cóż, miał pewną misję do wykonania – dodała rozbawiona.
- Misję? Jaką misję? Ale.. Czy był zdrów? I cały? Nie był ranny? Godny? – Lwica pytała gorączkowo, czując jak napięcie z ostatnich dni spływa z niej w ciepło szczęścia i radości.
- Cały i zdrów – Xena skinęła głową. – Sama tego dopilnowałam.
- O bogowie – Gabriela odchyliła się a krześle wzdychając ciężko, z niewysłowioną ulgą, po czym uśmiechnęła się szczerze, promiennie, prawdziwie. – Nie mogę w to uwierzyć.
- Ja też nie – Xena westchnęła nie kryjąc radości. Kucnęła przy Gabrieli, która nachyliła się chciwie słuchając opowieści. – Później pognałam do Elandum. Słyszałam, że był tam pogrom wyznawców Eliego. Myślałam, że spotkam tam Eve…. Tak czy inaczej.
- Spotkałaś ją? – Zapytała Gabriela podejrzliwie. – Gościć miała u mnie w stołecznym zamku.
- Miała powody, by zrezygnować z gościny – wojowniczka pogłaskała ją po policzku, po włosach ciesząc się, że może przekazać dobre wieści. – Szukała Revana.
- Co? – Lwica potrząsnęła głową w niedowierzaniu. – Jak się domyśliła? Czemu?
- Nie domyśliła się, chociaż obie powinnyśmy –przyznała wojowniczka. – Widzisz, gdy jechała do ciebie po … pomoc? – Gabriela skinęła głową, potwierdzając słowa Xeny. – Napadli ją ludzie Kronosa. Skryła się w Elandum i tam spotkała Re… twojego syna, któremu dała na przechowanie swój najcenniejszy skarb.
- To znaczy?
- Swoją córkę Livię – Xena nie mogła powstrzymać śmiechu widząc zdezorientowane spojrzenie ukochanej. Cała opowieść była jednak wyjątkowo nieprawdopodobna, nawet jak dla nich przyzwyczajonych do niesamowitych zbiegów okoliczności. – Jak widzisz, wszystko w rodzinie. Revan podjął się zadania, jednak musiał uciekać, gdy Elandum zostało napadnięte. Z tego, co wspominał, udawał się na zachód, nad morze. Szukał bezpiecznego schronienia dla siebie i małej. Eve pośpieszyła jego śladem. Zapewne znalazła ich obydwoje. To wspaniały chłopak – dodała ciszej.
Gabriela wpatrywała się w nią urzeczona błyszcząc w tornadzie emocji i radości. Nagle, zupełnie nieświadomie, wyciągnęła dłoń, dotknęła włosów wojowniczki, rozchyliła wargi. Xena wstrzymała oddech, gdy ich usta boleśnie powoli zbliżały się do siebie. Nieśmiało zerkały na siebie, jakby badając wzajemne intencje, aż w końcu pocałunek stał się faktem. Ciepły, spokojny, nieśmiały, zaprzeczający całej gwałtownej namiętności i brutalności poprzednich intymnych chwil. Była w nim nadzieja, była radość, było wiele pytań.
Oderwały się od siebie jakby zawstydzone, nie mogąc jednak oderwać od siebie wzroku.
- Dziękuję – szepnęła Gabriela i podniosła się nagle. Xena poszła w jej ślady patrząc pytająco. – Dziękuję – powtórzyła Lwica i pogładziła wojowniczkę po policzku. – Witaj w domu – powiedziała cichutko i wyszła szybko, zamykając za sobą drzwi.

***

Revan odetchnął głębiej, poprawił niezgrabnie torbę i ruszył dalej. Słońce nieprzyjemnie paliło, lecz chłodny wiatr od morza dawał wytchnienie strudzonym wędrowcom. Chłopak spojrzał na śpiącą Livię i z uśmiechem ruszył dalej, tym razem ubitą, chociaż wąską drogą. Na horyzoncie w niewielkiej zatoczce widział już światła gospody, a na myśl o pysznych specjałach, jakie zapewne serwują swoim gościom, pociekła mu ślinka.
Minął go jeden z rybaków i pozdrowił radośnie z czułością patrząc na malucha w objęciach chłopca. Revan, któremu tak brakowało ludzkiej życzliwości odpowiedział mu chętnie. Zmęczenie ulatywało wprost proporcjonalnie do pokonywanej drogi. Chociaż szedł cały dzień, przyśpieszył kroku pogwizdując wesoło.
- Wynajmiemy pokój z wielkim, miękkim łóżkiem! – Podzielił się z Livią swoimi pragnieniami, a ta zagaworzyła wesoło, w zupełności je podzielając.
Miał przedziwne wrażenie, że ktoś nad nimi czuwa. Nie był w błędzie.


Ostatnio zmieniony przez Aiglon dnia Czw 0:06, 01 Gru 2011, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Aiglon
Czeladnik Hefajstosa



Dołączył: 20 Wrz 2006
Posty: 114
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Warszawa

PostWysłany: Pią 4:13, 16 Gru 2011    Temat postu:

ROZDZIAŁ6

Kronos opowiadał mi wielokrotnie o swoim pierwszym spotkaniu z Lwicą. Były to czasy, gdy uznawał mnie za przyjaciela i chętnie dzielił się swymi wspomnieniami. Wierzę, że dla niego ta kobieta była miłością życia. Dla niej, cóż, być może także Kronos liczył się bardziej niźli przygodna miłostka. Jednak nie potrafiła pokonać demonów przeszłości i razem rozszarpali wzajemne nadzieje na wspólną przyszłość.
Działo się to latem, niemal trzy lata po powrocie Lwicy z Japonii. Wtedy zawała się jeszcze Gabrielą, lecz mało kto to pamięta, a sama ona wyrzekła się tego imienia. Swym doświadczeniem wspomagała wtedy Amfipolis w odparciu kolejnego rzymskiego ataku lub też w organizowaniu powstania. Nie pomnę zresztą, był to pomniejszy konflikt zbrojny, w który włączyła się praktycznie bez powodu. Nie dowodziła ona wtedy armiami ani też nie pracowała nad strategią. Chętniej jeździła na zwiad i przeszpiegi, niż rozmawiała z generałami. Dziwne to wydawało mi się w tej opowieści, ale krew miała wtedy jeszcze młodą i zapewne chętniej widziała się w walce, nawet w małych potyczkach, niźli na zebraniach z sędziwymi wojakami.
Wtedy właśnie na jednym z postojów, rozbiła swój obóz zbyt blisko pewnej siedziby. Spora grupa maruderów dobrała się w bandę i szerzyła na gościńcach nielichy strach zarówno wśród Rzymian, jak i miejscowej ludności. Być może Lwica wiedziała o ich położeniu, być może rozpaliła ogień w tym miejscu przez przypadek. Ruszyli na nią grupą, zapewne też pijani w sztok, jako, że noc była późna, a ona, jako kobieta, teoretycznie nie miała żadnych szans. Nie zdążyli się zdziwić, tak wprawnie dokonała egzekucji, a następnie ruszyła ku niewielkiemu dworkowi, w którym urządzili sobie swoje lokum od kilku księżyców. Traf chciał, że Kronos podróżował po Helladzie, czy to w interesach czy to by schłodzić gorącą głowę. Młody był i głupi i chciało mu się przygody, choć wykształcenie odebrał raczej klasyczne niż wojskowe. Zbójcy złapali go, a że kubrak miał skrojony porządnie, a miecz cudnie zdobiony, trzymali go dla zabawy i okupu. Jego ówczesną nałożnicę spotkał jednak gorszy los i młody Kronos poprzysiągł im zemstę. Mógł jednak złorzeczyć i pluć, krzyczeć i wyć do księżyca, płacząc po stracie dziewczyny, spętany był nader dobrze. Z więzów uwolniła go dopiero Lwica.
Na tym historia ta mogłaby się zakończyć, jednak Kronos zauroczony wybawicielką nie dawał za wygraną. Najpierw powodowała nim wdzięczność, później ciekawość, a następnie miłość przeplatana z fascynacją. Lwica miała jednak ciężki charakter. Raz pozwalała mu ze sobą jeździć, raz oddalała, czasem zostawiała rano przy ognisku, czasem aż poganiała do podróży. Im więcej było w niej sprzeczności, tym większą miłością ją darzył i tym bardziej chciał być przy niej. Wiele miesięcy, potyczek i starć kosztowało go zdobycie chociaż cienia jej zaufania. Nie dbał o rodowe dobra, opętany szaleńczą myślą, by ją zdobyć, przeto jego ojciec zagniewany był na niego wielce. Kronos jednak nie słyszał głosu rozsądku. Gnał za tą dziewczyną przez pół świata i z powrotem, byle tylko na niego spojrzała. Niekoniecznie przyjaźnie.
W końcu Lwica mu uległa, choć do dzisiaj jest dla mnie zagadką, czemu. Mówił mi, że zaśpiewał dla niej pieśń, a poetą był aż nadto wprawnym, lecz nie wydaje mi się, by władczyni dała się uwieść słodkim słowom. Wierzę bardziej w to, co mi intuicja podpowiada. Ona była sama i on był sam. Ona kogoś straciła i on nosił żałobę, choć swojej nałożnicy nie kochał zbyt mocno. Kłócili się, droczyli, ratowali, rozstawali, jednak dalej podróżowali razem, aż w końcu dotarli do Atlantis.

Czy gdyby nie natura Lwicy, Kronos wziąłby udział w wojnie? Nie sądzę. Lecz ona zaprzysięgła sobie, by walczyć i bronić, by ruszać na odsiecz w najbardziej błahej sprawie, a on podążał za nią. Zawsze. To dla niej Atlantydzi zbici w pierwszy legion, jeszcze niewyszkoleni i przerażeni walczyli w cieniu piramid. To dla niej pierwsze słynne zwycięskie bitwy stoczono u stóp Stonehenge. To dla niej w końcu zaogniono konflikt z Rzymem i nie ustąpiono pola przy żadnej z potyczek. A ona rosła w siłę, zwycięstwa i chwałę. Kronos zaś radował się stojąc w jej cieniu.
Żyli razem i razem wrócili jednoczyć szarpany niesnaskami kraj, chociaż to ona nosiła dumne miano pogromcy Gryfa i to za nią szły sztandary. Kronos godził się chętnie, gdyż sam zapatrzony był w nią bez ustanku. Imponowali sobie wzajemnie i w sztuce walki i w pięknych słowach, wciąż tocząc walkę o to, kto tutaj sprawuje władzę. Wiele się od niej nauczył, a i sądzę, że ona od niego także całkiem sporo. Był jednak cień na ich związku i znajomości. Ta, po której płakała Gabriela. Ta, która się stała obsesją Kronosa. Im bardziej ona czyniła sobie wyrzuty sumienia, tym bardziej on nienawidził wojowniczej księżniczki nawet w zaświatach. Lwica raz odpychała Kronosa, wołając imię tamtej, raz przyciągając go by zapomnieć i zacząć nowe życie. Ciężkie to były czasy i dla niego i dla niej, chociaż zapewne wiele w tych gorzkich chwilach było i słodyczy.
Pewnego dnia odkrył przepowiednie, i przeraził się wielce, chociaż taił to w sobie głęboko. Gdy w końcu pewnego dnia wyznał jej swoje obawy, wyśmiała go na oczach całego dworu. A gdy dodała, że on nigdy dla niej nie będzie tym, kim była Xena, duma i ambicja wzięły górę. Odjechał wściekły i upokorzony, opuszczając tą, dla której poświęcił lata swego życia, rodowy majątek i dobre imię. Lwica była kobietą. Wiedziała, jak wykorzystać takiego mężczyznę, jak Kronos. Wiedzę to wykorzystała całkowicie, chociaż nie sądzę by od zrobiła to całkowicie umyślnie.
Wtedy zaczął się koniec.
Dziś za te słowa byłbym ukarany, ale prawdą jest, że Lwica sprawuje swą władzę dzięki Kronosowi. To prawda, że pokonała Gryfa, to prawda, że wiele posiadała talentów. Ale on miał i wojsko i złoto i zaplecze, by prowadzić wojny, a nie przydrożne potyczki. Ona była bohaterem, czempionem, niepokonaną w bitwie i starciu. Sztandarem i symbolem bez imienia, zwana tylko Lwicą. Jedynie figurą, a z figuranta stała się cesarzem. Wielce wprawnym w sztuce zdobywania.
Kronos przemyślał wszystko, pamiętam, bo byłem wtedy na jego dworze. Chciał się godzić, przepraszać, wracać, ale Lwica nie dała mu na to zgody. Wciąż ją kochał, nieszczęsny, lecz gdy dowiedział się, że nie jedynym był gościem w jej łożnicy, że pocieszała się innymi nie dbając o jego dobre imię lub choćby zwykła przyzwoitość, oszalał z gniewu i poprzysiągł jej zemstę. Jako jeden z niewielu wiem, że Lwica powiła mu syna i wtedy właśnie Kronos zerwał kajdany ślepej namiętności. Zaprzeczyła faktom, nie chcąc by wiedział, że ma męskiego potomka, którego wysłała na koniec świata, by skryć dziecko przed wzrokiem ojca. Zaprzeczała, jak tylko mogła, lecz on znał prawdę dzięki Widzącym, jakich mieliśmy na dworze. To oni z gwiazd poznali, że narodził mu się syn. Gdy zebrał dowody, nie była w stanie dłużej kłamać. Posłała prosty list, że niemowlę zmarło zaraz po porodzie, lecz nie uwierzył, zaparcie chcąc wyrwać dziecko z jej ramion czy też, jak wolał mówić, pazurów.
Przyznaję, że był on na nią zły, że powodowała nim chęć zemsty, lecz wtedy jeszcze nie potrafił jej nienawidzić. Gdy jednak na ziemi Atlantis stanęła Eve, wybrana Elianderów i wszelkie zapowiedziane znaki poczęły się sprawdzać, obsesja na punkcie przepowiedni i krwi Lwicy z krwią Xeny, powróciła. To wszystko sprawiło, że młodzieniec o złotym uśmiechu, stał się mrukliwym i zgorzkniałym mężem. Zamiast książek zwykł studiować ostrze miecza, a wieczory zamiast na zabawach z pannami i winem, wolał poświęcać na wojskowe plany. Z tego, co mi wiadomo, Lwica czyniła podobnie. Warci byli siebie, bez dwóch zdań.
Wyznaczył sobie nowy cel, obwiniając siebie o sprowadzenie tej kobiety na wyspy. Zapragnął ją wypędzić, lecz gdy to nie przyniosło skutku, zabić. Chciał wymazać ją ze swego życia i odzyskać syna, który miał uleczyć dawne rany ojca. Im więcej znaków przepowiadało wielką boską wojnę, im więcej rzeczy zamiast w snach sprawdzało się w rzeczywistości, tym bardziej jego nienawiść rosła, a w końcu nim zawładnęła. Ruszył do walki niemal na oślep, nie chcąc ratować siebie, lecz to, co mu pozostało. Atlantis. Ziemie jego ojca.
A wtedy z martwych powróciła ona.


Gabriela nie zdołała obudzić się przed pierwszym brzaskiem. Głowa bolała ją nudnym, pulsującym rytmem, jednak pilnowała, by w nocy nie przesadzić z winem. Pijana była dobrymi wiadomościami, chociaż życie nauczyło ją już nie ufać we wszystkie wieści.
Przeklinając swój wewnętrzny zegar, który nie obudził jej wcześniej, poderwała się złoża, opryskała twarz wodą, ubrała, uzbroiła szybko. Gdy dopinała pas z mieczem, dłoń mimowolnie sięgnęła po czakram, jednak znów natrafiła na pustkę.
Lwica zagryzła wargi. Wciąż nie wiedziała, co ma postanowić. Xena wróciła, tak jak kiedyś dawno temu sobie to wymarzyła. Wróciła, nie starzejąc się nawet o dzień, kochając ją tak samo jak wtedy, stęskniona, czuła i oddana. Gabriela zaś nie miała zielonego pojęcia, jak ma się zachować, jak odnaleźć równowagę między tęsknotą, a złością, między swoją potęgą, a władzą, jaką niewątpliwie miała nad nią dawna ukochana. W nocy przekazała rozkazy czyniące wojowniczą księżniczkę dowódcą zbrojnym na miejsce Tercujsza. Przez jej prywatne komnaty przeszedł prawdziwy rwący strumień przeróżnych dowódców i oficerów, chorych z ambicji lub zatroskania, którzy odwodzili ją prośbą lub nieśmiałymi groźbami od tego pomysłu. Lwica była jednak uparta i nie pozwalała na dyskusje w tej kwestii. Wiele można był postawić znaków zapytania w temacie Xeny i niej samej, lecz pewna była, że oddała nominację w dobre ręce.
Za jednym zamachem upiekła dwie pieczenie na jednym ogniu. Zyskała bardziej niż kompetentnego dowódcę, a nadto zyskała dla siebie czas na zastanowienie się nad ich prywatnymi relacjami. Miała nadzieję, że przez jakiś czas ich kontakt będzie ograniczony do spraw czysto wojskowych, ale w duszy zdawała sobie sprawę, że okłamuje samą siebie. Przy Xenie nie była w stanie spoglądać na wiele tematów obiektywnie, nawet po tylu latach. Uśmiechnęła się do siebie z przekąsem. Zanim się obejrzała, wojowniczka wylądowała w jej ramionach i stała się naczelnym wodzem jej armii. Zarzekała się, wrzeszczała, ale pozwoliła jej wrócić. Pozwoliła jej znowu wejść do swojego świata, nawet nie pytając. To nie było zbyt mądre posunięcie.
Otarła czoło, jakby w napadzie gorączki, przytrzymała ściany. Chciała schłodzić te kontakty, chciała to wszystko przemyśleć, lecz wydarzenia następowały tak szybko po sobie. Eve, Xena, Revan, mała Livia. Tercjusz. Miała wrażenie, jakby odebrano jej kontrolę nad jej własnym życiem. Łypnęła podejrzliwie na niebo jeszcze pachnące świeżym porankiem.
- Bogowie drwią ze mnie – mruknęła. – Znowu.

***

Potężny czarny ogier zaparskał niespokojnie, gdy Kronos raz po raz wstrzymywał go silną ręką. Wierzchowiec wyraźnie był w nastroju do zabawy, i objeżdżanie posterunków stępa nie było mu w smak. Jego pan jednak nie tolerował spontanicznych reakcji i raz za razem mocno ciągnął za cugle. Zwierzę poddało się kontroli niechętnie, manifestując swoje niezadowolenie.
Obóz tętnił życiem. Wykrzykiwano rozkazu, pakowano manatki. Żołnierze uwijali się sprawnie i szybko, kilka oddziałów już wyruszało, kolejne czekały na zaopatrzenie też niemal gotowe do drogi. Kronos sprawnie przejeżdżał pomiędzy swoimi ludźmi odpowiadając zdawkowym skinieniem głowy na pozdrowienia i saluty. Był poważny, skoncentrowany, lecz spokojny. Podjął decyzję. Teraz wszystko inne było w rękach bogów.
Jeden z niewielu namiotów nie został jeszcze złożony. Wojownik zmarszczył brwi i podjechał do postaci, która leniwie wylegiwała się w świetle słońca popijając młode wino i zażerając się bez wdzięku baranim udźcem.
- Widzę, że zdrowie ci dopisuje Tercjuszu – podniósł głos, pozdrawiając zgryźliwie swojego nowego sprzymierzeńca. Ten uśmiechnął się wrednie prezentując zrytą świeżymi bliznami twarz.
- Ciężko mnie złamać – odparł, wstając jednak z lekkim trudem. Był tak wysoki, że przewyższał wierzchowca Kronosa w kłębie. Bękart Rzymu nie śpieszył się z wyjazdem, lecz uzbroił się już i widać było, że także gotowi się na szlak. W swoim własnym tempie. – Cieszę się, że przyjechałeś. Chciałem pomówić – dodał ciszej, łapiąc uzdę i powstrzymując ogiera od tanecznego kroku.
- O czym? – Kronos zmarszczył brwi. – Czy rozkazy nie były dla ciebie jasne?
Musiał przyznać, że czuł respekt przed tym człowiekiem, nawet wewnętrzny lęk. Potężnego dowódcę Lwicy wyprzedzała nie tylko sława doskonałego stratega i wodza, lecz przede wszystkim znany był jako zapamiętały morderca, dla którego krzyki ofiar przyjemniejszym były śpiewem, niż chichoty roznegliżowanych dziewcząt. Jak o nim mówiono, tak wyglądał. Posępny, górujący nad resztą wzrostem i okrucieństwem, zawsze z zabłąkanym nonszalanckim uśmieszkiem.
- Mówisz o swojej wojennej naradzie? – Tercjusz wzruszył ramionami, aż brzdęknęła stal. – Plan jest dobry, nie mam uwag. Sam nie wymyśliłbym tego lepiej. Jednak nie o tym chciałem mówić.
Gestem zaprosił Kronosa do swojego namiotu. Ten po chwili wahania zeskoczył z siodła i podążył za rozmówcą, nie bardzo wiedząc, czego się spodziewać. Jego adiutant obserwował wszystko z daleka i Kronos upewnił się, że jego tajna narada z Tercjuszem nie umknęła uwadze młodzieńca. Wątpił, by bękart Rzymu chciał wbić mu nóż w słabiznę, lecz wolał dmuchać na zimne. Nim wkroczył w cień namiotu młody wojownik kiwnął mu głową na znak, że widzi i bacznie się przygląda.
Zatopili się w dusznym cieniu ciężkiego płótna śmierdzącego zgnilizną, potem i krwią. Tercjusz rozsiadł się na pryczy gestem proponując kielich. Kronos odmówił, poprawił pas, wyprostował się, jakby w pytaniu. Potężny wojownik jednak nie śpieszył się z wyjaśnieniami. Najpierw łyknął wina, później zamyślił, aż w końcu odchrząknął i rzekł spokojnie:
- Zdradziłem dla ciebie i twojej idei mój urząd i mojego władcę.
Kronos kiwnął głową, bez słów czekając na dalszy ciąg.
- Zabijałem własnych podkomendnych, donosiłem ci o tajemnicach państwowych, sam prowokowałem starcia i potyczki, by ułatwić ci życie. Wiesz o tym?
- Wiem – dowódca zmarszczył brwi. – Nie raz i nie dwa dziękowałem ci za wsparcie naszej sprawy.
- I nie raz i nie dwa sprawdzałeś, czy jest ono szczere – Tercjusz wyszczerzył zęby w uśmiechu. – O tak, wiem, że sprawdzałeś. Nie mam do ciebie żalu. Sam bym tak zrobił. – Wstał i zaczął przechadzać się po namiocie, jakby sprawdzając sprawność lewej nogi. Kulał nieznacznie, lecz Kronos był pod wrażeniem, jak szybko wykaraskał się ze wszystkich obrażeń. Wszystko wyraźnie goiło się na potężnym wojowniku jak na psie. – Pytałeś, czemu to robię. Pytałeś, czemu ryzykuję swoją wygodną posadę, zaufanie Lwicy, złoto i tytuły.
- Mówiłeś, że nienawidzisz suki – mruknął Kronos, spinając się w sobie. Dłoń, jakby od niechcenia, położył na głowni miecza. Czuł w ustach dziwną suchość, całą swoją uwagę skupiając na rozmówcy. Obawiał się tego, co usłyszy. Obawiał się bardzo.
- Nienawidzę – przyznał Tercjusz miękko. – Chociaż powodów jest więcej, niż chciałbym ci wyjawiać. A teraz nienawidzę jeszcze bardziej, jako, że ta cholerna dziwka stanęła u jej bram. Dlatego też chciałbym, byś mi odpłacił, za całą moją wierną służbę – wykrzywił wargi w parodii uśmiechu przy słowie „wierną”.
- Mów, czego oczekujesz – dowódca czuł, że ta propozycja mu się nie spodoba. Jednak wiedział, że Tercjusz ma rację. Bez jego wsparcia nie mieliby szans. O Lwicy można było mówić wiele, lecz gdy przychodziło do planowania kampanii wojskowych, odznaczała się wybitnym talentem. Jej dowódca wyprzedzał jej myśli, podsłuchiwał, radził, plątał jej szyki. Umiejętnie, cicho i sprawnie. Tak sprawnie, że nawet ona sama nie nabrała podejrzeń. Któż jednak poddaje w wątpliwość słowa własnego generała?
Duszność namiotu pozbawiała Kronosa tchu, zbroja ciążyła, a oddech stał się nieprzyjemnie krótki. Tercjusz był przerażającym człowiekiem i wojownik niechętnie musiał przyznać, że niechętnie stanąłby przeciwko niemu w bitwie. Ani jako żołnierz, ani jako dowódca.
- Chcesz zabić Lwicę własnoręcznie – bękart spojrzał na niego spod zmrużonych oczu. – Chcesz ją powiesić, ściąć, utopić…
- To jej poprzysięgłem – odparł Kronos, jasno pokazując, że o ten przywilej prosić nie można. Miał sam tysiące powodów, dla których winien był Lwicę powiesić osobiście.
Tercjusz skinął głową, rozumiejąc i akceptując ten stan rzeczy. Dowódca kruków spojrzał nań z wyzwaniem, ale i ciekawością. Czego chciał ten przedziwny sprzymierzeniec?
- Ale najpierw chcę ją dostać w swoje ręce – potężny wojownik uśmiechnął się nieprzyjemnie. – Chcę by czekała na śmierć z wybawieniem. Chcę by o nią prosiła. Chcę, by z westchnieniem ulgi przyjęła to, co jej zgotujesz.
W oczach Kronosa zapalił się niebezpieczny blask. Spiął się cały, jakby gotując do skoku.
- Ty.. Chcesz ją…. – Wycedził przez zęby, sam zaskoczony własną reakcją.
- Nie – roześmiał się Tercjusz. – Jeżeli pytasz, czy chcę się z nią zabawić, to w życiu nie miałbym ochoty. Nawet czubkiem miecza bym jej nie tknął. W każdym razie w tej intencji. Nie jej cnota mnie interesuje, zresztą mocno już zużyta, co jej cierpienie i ból. W końcu – westchnął cicho. – Wszystko jedno czy ją powiesisz obdartą ze skóry czy nie.
Przez plecy Kronosa przebiegł zimny dreszcz. Po raz pierwszy od bardzo, bardzo długiego czasu w sercu ukłuło go współczucie dla byłej kochanki. Niezależnie od tego, czego chciał, musiał się zgodzić na warunki umowy, wiedział o tym. Skinął głową, nawet nie mrugnąwszy, czując jak podły zdrajca i łajdak. Czy jednak przed chwilą nie chciał tego samego? Czy on sam nie wydał na nią wyroku śmierci, nie ścigał i nie chciał, by błagała go o życie?
Tercjusz uśmiechnął się ponownie z ukontentowaniem, po czym jakby nigdy nic pogwizdując rozpoczął pakowanie skromnego majątku, jaki był w jego posiadaniu. Kronos stał chwilę, zaciskając palce na rękojeści miecza, jakby uderzony obuchem w głowę. Przełknął ślinę, zakrztusił się, odkaszlnął.
- Czemu teraz? – Zapytał nagle. – Tyle razy mogłeś ją zabić, miałeś ją na wyciągnięcie miecza, sztyletu. Mogłeś ją zabić, otruć, udusić. Mogłeś zrobić to tysiąckrotnie. Czemu teraz? Czemu.. tak?
- Mogłem – odparł Tercjusz zatrzaskując wieko skrzyni. – To prawda. Ty także mogłeś. Obaj mieliśmy niejedną okazję, by się jej pozbyć, tak po prostu wrzucić ciało do oceanu, ukryć, spalić, pochować. Ale obaj lubimy wyzwania, prawda?
Do namiotu wszedł jeden z przydzielonych bękartowi żołnierzy. Zasalutował, a jego przełożony wskazał mu pakunki do wyniesienia. Mężczyzna szybko zabrał kilka pomniejszych skrzyń, ponownie zostali sami.
- Chcę, by zobaczyła, jak jej całe królestwo wali się w proch – kontynuował potężny wojownik przypinając płaszcz z wyszytym białym krukiem. – Chcę, żeby płakała i wyła bezradna i odarta z całej godności. By nie miała się gdzie schronić, by widziała nadchodzący upadek. I śmierć. Taką ją chcę.
Kronos pokiwał głową. Czuł się dziwnie zmęczony, jakby ta rozmowa kosztowała go tyle, co ciężka potyczka z legionami Lwicy. Gabrieli. Zamknął oczy.
- Tak – szepnął. – Tak jak ja.

***

Valeria zacisnęła zęby i spróbowała usiąść. Sapnęła z wysiłkiem i oparła na żołnierskie łóżko nie mogąc nabrać tchu. Jednak nie będzie mogła dosiąść konia, poniosą ja w lektyce jak rzymską nałożnicę. Rozgoryczona jęknęła z wściekłością. Nie chciała pokazywać swojej słabości, lecz nie była innego wyjścia. Gdyby chociaż mogła utrzymać się w siodle, jakoś dałaby radę. Była jednak na to zdecydowanie za słaba.
Miała jednak nieśmiałą nadzieję, że Tercjusz ma się równie źle.
Przy wejściu do namiotu pojawił się Pentos. Wyraźnie śpieszył się z wieściami, lecz dyskretnie zaczekał, nim okryła się niedźwiedzią skórą, by ukryć swój skąpy strój, składający się głównie z potarganych, zakrwawionych bandaży. Gestem dała mu znak, by wszedł. Obserwowała z niekłamaną przyjemnością, jak miękko podchodzi w jej kierunku. Z coraz większą radością reagowała na jego wizyty i musiała przyznać, że z dnia na dzień, z godziny na godzinę Pentos stawał się dla niej coraz jaśniejszym promieniem słońca w jej żołnierskim życiu. Teraz, gdy wojskowe decyzje nie były priorytetem zdrowiała z jego uśmiechem przed oczami. Na razie pozwalała sobie na marzenia, na nieśmiałe gesty, na radość z przebywania w jego towarzystwie. Kiedyś to się skończy, kiedyś przyjdzie czas miecza i pożogi, lecz teraz, chociaż w środku wojennej zawieruchy, bezradna i ranna, dobrze się czuła, mając świadomość, że ktoś o nią dba z taką troskliwością.
- Wieści pani – skłonił głowę i odgarnął spadający na oczy kosmyk.
- Od Lwicy? – Zapytała słabo, śledząc jego dłoń z większą uwagą niż należało. Potrząsnęła lekko głową. Jej fascynacja adiutantem zaczynała się robić napastliwa.
Pentos zdawał się jednak tego nie zauważać.
- Jeszcze nie, pani – odparł cicho. – Wiemy tyle, że mianowała nowego dowódcę wojsk i dzisiaj posłańcy przyniosą nowe rozkazy. Ale musimy poczekać przynajmniej do wieczora. Nie z tą sprawą jednak przybyłem. Jeden z naszych patroli, jakie kazałaś wystawić… - Zawiesił głos, jakby nieśmiało.
Skinęła głową, dobrze wiedząc, że to on sam wydawał rozkazy. Ona nie była w stanie. Wiedziała, że w kwestii rutynowych działań może mu zaufać. Pentos nie był żądny władzy. Taką miała przynajmniej nadzieję.
- Co znaleźli? – Zapytała spokojnie.
- Cóż, niewielką grupkę Dagonów – odparł spokojnie. – Są przerażeni, pobici i bardzo głodni. Ludzie Kronosa ścigali ich po lasach, wybili większość z nich, teraz więc przyszli prosić o naszą pomoc.
- O naszą pomoc? – Valeria rozkasłała się. – Oni? Przecież są przeciwnikami Lwicy.
- Głód i śmierć własnych dzieci może wiele zmienić – Pentos westchnął ciężko. – Proszą o posłuchanie u samej władczyni. Mają jakąś propozycję do zaoferowania.
Dziewczyna westchnęła ciężko. Do tego wszystkiego brakowało im bezbronnych, religijnych fanatyków. To nigdy nie wróżyło dobrze, szczególnie pośrodku wojskowego obozu. Wiedziała, że nie może zostawić ich na pastwę losu, szczególnie, że znaleźli się w wyjątkowo złym miejscu i czasie.
- Nakarm ich – mruknęła. – Poślę dzisiaj wieści do Lwicy. Wybadaj, czego chcą i co mogą nam dać. Zapewne będą to dozgonne modlitwy dziękczynne, ale nie możemy odmówić im pomocy. I niech… - próbowała złapać oddech przez chwilę, po czym kontynuowała z trudem. – Niech ktoś ich pilnuje. Niech nie głoszą swoich kazań wśród moich ludzi…
Skłonił głowę, wstał z siedziska i miał już wychodzić, gdy zatrzymała go gestem dłoni.
- Tak? – Zapytał cicho. – Czego ci potrzeba, pani?
Pokręciła głową, ponownie zanosząc się od kaszlu.
- Kto.. – Wychrypiała. – Kto został… dowódcą? – Wykrztusiła wreszcie.
Pentos uśmiechnął się niewyraźnie.
- Cóż - odchrząknął. – Nie wiem czy w to wierzyć, chociaż rozkazy są dość jasne. Czytałem je uważnie parę razy, by upewnić się, że niczego nie przeoczyłem.
- Kto? – Jęknęła Valeria usiłując przypomnieć sobie nazwiska wszystkich śliskich węgorzy i wrednych łajdaków, którzy przez przypadek mogliby dostać taką nominację i zamienić jej życie w piekło.
- Xena, wojownicza księżniczka – odparł w końcu adiutant nie bardzo wiedząc, co zrobić z oczami. Wszyscy mieli wrażenie, że Lwica oszalała albo miała zwidy, jednak nie mieli prawa kwestionować decyzji władczyni.
-K… Kto? – Dziewczyna zachłysnęła się własną śliną, długo nie mogąc zaczerpnąć tchu.
- Cóż, nie bardzo wiemy, co to znaczy – dodał Pentos ostrożnie pomagając jej dojść do siebie.- Rozkazy były oficjalne, przypieczętowane jej własnym pierścieniem i rozesłane do wszystkich dowódców bezpośrednio, jak i do ogólnego odczytania. Tylko tyle wiem. Więcej zapewne powie nam sama Lwica. Albo Xena – dodał z przekąsem.
- Xena…. – Valeria ledwo unikając śmierci przez uduszenie, leżała teraz blada, spocona i niedowierzająca. – O bogowie…

***

- Nie zgadzam się! Do jasnej cholery, nie możemy tego zrobić! Nie teraz! – Gabriela walnęła pięścią w stół, aż zadźwięczały kielichy. Kilka z nich potoczyło się po drewnianym blacie, lecz cudem uniknęło upadku na zadeptane żołnierskimi butami sitowie. Lwica strząsnęła je niedbale na ziemię, pokazując kolejny gest irytacji.
Xena obserwowała ją bacznie nachylona nad mapami okolicy. Nie udało jej się znaleźć odpowiedniej zbroi, więc w ramach swojego nowego tytułu przypięła jedynie czerwony płaszcz i złoty pas dowódcy wojsk. O gryfa pyszniącego się na klamrze obiecała sobie zapytać Gabrielę w wolnej chwili.
Były same. Gdy Lwica wkroczyła na naradę, ujrzała wojowniczkę skupioną na rozmowie z jej dowódcami, czytającą raporty i wdrażającą się w sytuację. Przerwali, gdy tylko pojawiła się w drzwiach, jakby zaskoczeni i zawstydzeni. Xena wyprostowała się dumnie. Spełniam swoje zadanie, mówiło jej spojrzenie. Dostajesz to, czego chciałaś.
Odchrząknęła i gestem nakazała im kontynuować, sama zaś jednym okiem przeglądając raporty. Kampania wyraźnie szła bardzo dobrze. Jedyny posterunek, który został do zdobycia, legion Valerii zapewne zdobędzie jeszcze tego dnia. Była pod wrażeniem bohaterstwa dziewczyny i zastanawiała się, jak ją nagrodzić. Jednak była zbyt rozkojarzona, by dobrać coś odpowiedniego. Odznaczenia? Ziemię? Tytuły? Kolejną nominację? Rozdziobią ją jak kruki, skrzywiła się na myśl o dworskich intrygantach. Ciekawa była, ilu z nich wiedziało o zamiarach Tercujsza. Przypuszczała, że niewielu, jej były dowódca nie był człowiekiem wylewnym. Jednak niewątpliwie ktoś musiał mu pomagać. Zacisnęła pięści. Szubienice u stóp miejskich murów ponownie się zapełnią. Za zdradę nagroda jest jedna. Niezależnie od płci, stanu zdrowia czy pozycji społecznej. Zawsze w końcu wierzyła w równouprawnienie.
Rzecz jasna nie pozwalała, by konwersacja odbywająca się obok, przebiegała bez jej nadzoru. Nie wtrącała się jednak, przysłuchując uważnie. Jej dowódcy spierali się z wojowniczką, która bezlitośnie wypytywała o najdrobniejsze szczegóły i bardzo niechętnie przyjmowała informację, że ktoś czegoś nie wie. Lwica wsłuchiwała się w ton rozmowy, w głos, którego niemal zapomniała i wbrew sobie zaczęła się lekko uśmiechać. Szczególnie w momentach, gdy padały znane jej swego czasu stwierdzenia lub powiedzonka.
Zawstydzona i rozdrażniona wróciła do papierów, w których pozwoliła się zapomnieć na chwilę. Chętnie chłonęła słowa spisane na papierze, nawet, gdy był to prosty wojskowy język i wszelkie wydarzenia podawał w suchych faktach, bez literackich upiększeń.
Nim skończyła czytać, nagle przy stole zapadła cisza. Wojskowi spoglądali ciekawie na swego dowódcę, który chciwie wpatrywał się w mapy okolicy. Gabrieli niemal umknął ten moment, tak bardzo pochłonął ją raport od Pentosa, lecz poderwała głowę, czując na sobie czyjeś spojrzenie. Xena podniosła wzrok znad porozrzucanych po stole zwitków papieru z wieściami od gońców i kurierów, zmarszczyła brwi i zapytała cicho:
- Czy mogę porozmawiać z tobą na osobności, pani?
Lwica potrząsnęła głową. Chwilę jej zajęło zrozumienie, że wojowniczka mówi do niej.
- W jakiej kwestii? – Zapytała zgryźliwie i chłodniej niż zamierzała. Zmełła przekleństwo w ustach, czując się jak uczniak, który odgrywa się za własne niepowodzenia.
Xena uniosła brew i gestem wskazała na mapy, jakby zaskoczona pytaniem. No tak, w jakiej innej sprawie mogłyby rozmawiać. Lwica westchnęła i gestem nakazała dowódcom opuścić pokój. Wydało jej się, że robią to karniej niż zazwyczaj. Nie miała też wątpliwości, że zaakceptowali wojowniczkę, jako naczelnego wodza, bez kłótni i podchodów. Jak Xena zdołała tego dokonać zaledwie w parę godzin?
Gabriela zgrzytnęła zębami, podniosła się z fotela i podeszła do stołu.
- Tak? – Zapytała, tym, razem zbyt łagodnie. Zawyła w środku ze złości na siebie, ale Xena udawała, że wcale nie dostrzega wewnętrznego konfliktu władczyni.
- Ta propozycja ci się nie spodoba – zaczęła spokojnie, omijając tytuły. Gabriela nie była pewna czy jej się to podoba, lecz w końcu nie z inicjatywy wojowniczki tarzały się w pościeli poprzedni wieczór, wiec sama była sobie winna. Przygryzła wargę, kiwając głową i słuchając z mniejszą lub większą uwagą.
- Musimy się wycofać – Xena postukała palcem w mapę. – Zebrać oddziały. Nie wiem nawet czy nie głupim pomysłem byłby powrót do stolicy przynajmniej części wojsk.
- Oszalałaś? – Lwica spojrzała na nią w zaskoczeniu. – Wygrywamy, zdobyliśmy niemal wszystkie posterunki. Teraz, gdy niemal mamy Kronosa w garści, ty chcesz się wycofać?
Wojowniczka westchnęła ciężko i popatrzyła krytycznie na mapę jeszcze raz.
- Teren nie sprzyja jakiejkolwiek inwazji – zaczęła tłumaczyć. – Wiele zalesionych terenów, mało ubitych dróg, wąwozy, pagórki i tysiące kryjówek. Zapewne nie wszystkie są obsadzone, ale…Twoi dowódcy ledwo kojarzą te tereny, nigdy nie toczyli tu żadnej kampanii, a nie mamy czasu na znalezienie miejscowych przewodników. O ile się tacy znajdą.
- Mam tutaj wasali! – Warknęła Lwica. – Mam ludzi – i zgrzytnęła zębami, zdając sobie sprawę, że nagina rzeczywistość.
- Rozumiem to Gabrielo, ale spójrz na sprawę realnie. Wiem, że to rozwiązanie nie będzie popularne, ale sama przyjrzyj się mapie. Sześć posterunków Kronosa broni dojścia do całej plątaniny górskich szlaków. Jak ty chcesz ich tam dopaść? Wybiją nas, albo będą prowadzić wojnę podjazdową. Legiony to nie partyzantka. Mamy ciężki sprzęt, wozy, konnice. Co ty chcesz zrobić na górskich ścieżkach? Kazać im jeździć na kozach? A ludzie Kronosa znają te tereny doskonale, wycofali się specjalnie. Chciałaś ich zaskoczyć, i gdyby to się udało, to rzeczywiście teraz piłybyśmy za twoje kolejne zwycięstwo. Niestety, ubiegli cię. Zapewne będą chcieli wydać ci bitwę, ale nie możemy przystać na to, by oni wybrali teren. Są zdesperowani i przerażeni słynnymi legionami Lwicy.
- Kiedy mówisz to w taki sposób, mam wrażenie, że obrażasz mnie i moje wojsko – Gabriela przeczesała włosy, krążąc po komnacie i zastanawiając się nad słowami wojowniczki.
- Źle ci się wydaje –Xena spojrzała na nią spokojnie.- Chcesz bym wygrała dla ciebie tą wojnę, więc to właśnie zamierzam zrobić.
Lwica kłóciła się jeszcze długo. Nie dawała za wygraną, ale każdy jej argument był bezlitośnie zbijany. Czuła się ponownie jak uczeń, nie jak władca, gdy w ciągu kilku uderzeń serca wszystkie słabe strony jej oddziałów zostały wypunktowane, podsumowane i podane jej na tacy. Xena dopiero co przejęła dowództwo, jęknęła w myślach. Bogowie, dopiero parę godzin temu!
Warknęła, zła na siebie i sytuację. Doceniała dobre rady i doskonałych strategów, inaczej nie wybrałaby żadnej potyczki. Ta wojna była jednak osobista. Toczyła się zarówno w lasach i górach Atlantis, jak i w niej samej. Jej były kochanek i jej wojownicza księżniczka naprzeciwko siebie. Jej syn gdzieś pośrodku…. Pokręciła głową. To ci dopiero temat na pieśń.
- To szaleństwo – jęknęła zrezygnowana. – Co zrobimy? Odejdziemy, a oni ponownie ustanowią posterunki, które moi ludzie zdobywali przez ostatnie godziny? Będziemy się tak bawić w kotka i myszkę?
- Nie wiemy, co planują – potrząsnęła głową Xena. – Ale nie możemy ich zaatakować. Najlepiej byłoby ich wywabić na otwartą przestrzeń, zmusić do konfrontacji. Wiem, że miałaś taki plan. Tercjusz jednak do tego nie dopuścił. Musimy jednak zmierzyć się z nimi w polu, albo znajdź dobrych najemników. Legiony nie dadzą sobie rady w tych terenach. A w każdym razie będą miały mniejsza skuteczność. Najlepiej byłoby stanąć do pełnej bitwy na wybranym przez nas terenie.
- Do pełnej bitwy – Gabriela popatrzyła na nią pełna wątpliwości. – A po co ludzie Kronosa mieliby to zrobić? Są u siebie, jak sama powiedziałaś. Boją się nas, uważają za wcielonych diabłów, a ty chcesz wydać im bitwę? Zaszyją się w górach, będą drażnić i atakować małymi grupami, aż wykończeni będziemy musieli wrócić na zimę na Tandet.
Xena uśmiechnęła się lekko.
- Oczywiście, mogą tak zrobić – pokiwała głową. – Ale coś mi mówi, że tak nie będzie. Przede wszystkim dlatego, ze jest ich za mało i teren nie jest dobrze przez nich obsadzony. To jednak nie zmniejsza naszego ryzyka w kwestii inwazji. Po drugie, dlatego, że oni także potrzebują wielkiego zwycięstwa. Po trzecie w końcu, na ich stronę przeszedł Tercjusz, który jak mi wiadomo, jest wojskowym strategiem a nie rabusiem mordującym pielgrzymów na traktach. Będzie dążył do bitwy, tak czy inaczej.
Zapadła nieprzyjemna cisza. Gabriela obróciła się do okna, zamyślona wsłuchiwała w dźwięki dziedzińca. Wojowniczka obserwowała ją ukradkiem, udając, że poświęca się studiowaniu mapy. Wiedziała, że ma rację. Wiedziała, że Lwica też to wie. Pytanie tylko, kiedy się do tego przyzna.
- A więc…. – Westchnęła cicho władczyni. – Co proponujesz?
- Zebrać rannych. Zostawić najlepiej wyposażone wojsko, najlepiej złożone z ludzi z tych stron, o ile to możliwe. Obsadzić główne posterunki i obserwować sytuację. Utrzymać zdobyte pozycje, lecz na razie powstrzymać się od ofensywy. Reszta musi się wycofać, przegrupować. A ja muszę znaleźć sposób, by ich wywabić w pole. Zresztą mam parę pomysłów.
- Jakich? – Lwica zerknęła na nią spode łba.
- Cóż – Xena próbowała ukryć uśmieszek. – Kilka różnych.
- O nie! – Gabriela odwróciła się gwałtownie i podeszłą do wojowniczki. – Mam gdzieś twoje tajne plany. Powiesz mi teraz, co planujesz, albo nie będziesz planować w ogóle! To…
- Twoje wojsko i ja wykonuje twoje rozkazy – dokończyła spokojnie Xena. – Wiem o tym. Dlatego ty wrócisz do stolicy, hucznie poświętujesz zwycięstwo, które w zasadzie odniosłaś, zepsujesz im trochę krwi, a w tym czasie ja zorientuje się w sytuacji tu na miejscu. I wtedy przedstawię ci swój tajny plan zanim go wcielę w życie. Może być?
- Ja mam wracać, a ty zostajesz? – Wykrzyknęła Lwica z wściekłością. – Żartujesz sobie chyba.
Wojowniczka dotąd niesamowicie spokojna, poczuła, że traci cierpliwość.
- Posłuchaj mnie – syknęła zbliżając się do Gabrieli na odległość jednego kroku. – Jesteś władcą i bez ciebie cała ta wojna nie ma sensu. Ani dla mnie ani dla Kronosa. On chce twojej głowy, Tercjusz zapewne też. Obaj świetnie znają twoje taktyki, szczególnie ten ostatni. Musimy ich zaskoczyć, zrobić coś, czego się nie spodziewają, a odwrót po wygranych walkach i przegrupowanie zapewne wprawi ich w zdumienie. Poza tym muszę cię chronić, a najlepiej będziesz chroniona w murach własnego zamku do ciężkiej cholery! Kto ma pilnować rozstawienia ludzi? Zdaje się, że od tego jestem! I po to mnie chcesz!
Ostatnie słowa zawisły w powietrzu jak wyzwanie. Gabriela nawet nie próbowała go podjąć.
- Nigdy nie musiałam być chroniona – odwarknęła zagryzając zęby tak mocno, że aż zabolała ją żuchwa. – Potrafię się świetnie obronić sama.
- Cóż, widać niektóre rzeczy czasem się zmieniają – odparła Xena mocno powstrzymując się od udzielenia reprymendy. Ich wzajemne stosunki były bardziej niż napięte, lecz stare przyzwyczajenia brały górę.
- Legiony mogą się wycofać, ale ja zostaje – Gabriela spojrzała na nią ostro.
- Legiony muszą się wycofać, przegrupować i przygotować.– Xena zmierzyła ją wzrokiem. – A ty razem z nimi. Pokażesz, że dla ciebie ta sprawa jest załatwiona, że tak naprawdę wygrałaś. To ich doprowadzi do furii. Nie ufasz mojemu osądowi sytuacji?
- Cóż, raz zaufałam za bardzo – mruknęła Gabriela, zanim ugryzła się w język.
Wojowniczka syknęła w gniewie, czując, że traci kontrolę na swoja irytacją.
- Zdecyduj w końcu – warknęła. – Jestem twoim naczelnym wodzem, czy nie. Jeżeli mianowałaś mnie tylko dlatego, żeby pokazać, jaką głupotę zrobiłam piętnaście lat temu, to powiedz mi od razu. Nie będę wysilać wzroku nad mapami. Jeżeli chcesz, za każdym razem, jak tylko odłożę miecz i nie będę wydawać rozkazów, będę cię za to przepraszać. Jak chcesz, nawet na kolanach – nie wyglądała w tym momencie na kogoś, kto pada na kolana, lecz Gabriela zdawała sobie sprawę, że Xena mówi śmiertelnie poważnie. Wojowniczka nabrała tchu i mówiła dalej nie zmieniając tonu. - Chcesz? Idź i zrób to po swojemu. Zarżnij ludzi. W górach stracisz ich za dużo, ale prawdopodobnie w końcu dopadniesz Kronosa. Wątpię jednak, byś była dumna z takiego zwycięstwa.
Lwica spojrzała na nią ze złością, dumna i pewna siebie, chcąc zaznaczyć, kto jest tutaj władcą, lecz po głębszym oddechu opadła na krzesło. Wiedziała, że Xena miała rację. Cały plan natarcia opierał się na zaskoczeniu. Zdrada Tercujsza i niepowodzenie przy ostatnim posterunku sprawiły, że pierwotny plan nie nadawał się do realizacji.
- Nie chce zażynać ludzi. Planowałam obsadzić posterunki i wybijać ich metodycznie i po kolei – westchnęła w końcu. – Być może daliby się sprowokować do większej bitwy. Taki był pierwotny plan.
- I był bardzo dobry – przyznała Xena. – Ale nierealny. Zostawimy oddziały na posterunkach, ale większą część wojska wycofamy. Musimy ich przede wszystkim odciąć od jakichkolwiek dostaw, więc chcę zorganizować blokady dróg i większą kontrolę. Siedzą w górach, gdzie z wysiłkiem rośnie trawa. Do tej pory złoto Kronosa umożliwiało im dostawy broni i zapasów, ale to musi się skończyć.
- Jest jeszcze morze – władczyni spojrzała na mapę. – Po ich stronie są wprawdzie wysokie klify, ale nie wierzę, by nie znali kilku sprytnie ukrytych zatoczek.
- Zdaje się, że masz całkiem sporą flotę – Xena spojrzała na nią uważnie. Lwica pokiwała głową licząc w pamięci jednostki. Zastanawiała się, jak szybko mogą wypłynąć.
- Tak, to może się udać. Oczywiście zawsze będzie szansa, że ktoś się przemknie, ale znikoma – podsumowała, widząc plan w całej krasie. Był długi w realizacji, ale skuteczny i minimalizował straty.
- Zgłodnieją – uśmiechnęła się wojowniczka zadowolona z siebie. – Zgłodnieją i zaczną żałować, że z tobą zadarli.
- I rzucą się do walki – dodała Gabriela.
Wymieniły spokojne i pewne uśmiechy. Choć ciężko im było dość do porozumienia, konsensus jednak został osiągnięty. W teorii wszystko wydawało się idealne. Pytanie, jak będzie w praktyce.
- Owszem – wojowniczka przyznała Lwicy rację. - Masz tutaj za dużo wojska, a logistyka będzie problematyczna. Nie ma najmniejszego sensu trzymać na granicy takiej ilości ludzi. Gdy się wycofamy, może nabiorą animuszu i zaatakują. Teraz nie wyjdą w pole na pewno.
- Dobrze, też wrócę – mruknęła Gabriela w końcu, poddając się ostatecznie. – Wrócę. – Powtórzyła, wiedząc, że dobrych rad się nie odrzuca, niezależnie, kto ich udziela. - Legiony przegrupujemy w delcie rzeki, tam najłatwiej – uderzyła palcem w punkt na mapie.
- Zgadzam się – Xena skinęła głową, krzyżując ręce na piersi.
- Chcę mieć od ciebie raporty. Dokładne raporty. I chcę znać twój cholery tajny plan zanim zaczniesz wprowadzać go w życie – podniosła się gotowa do wyjścia wskazując na nią i dobitnie cedząc słowa. Wiedziała, że wojowniczka najpewniej zaraz poprosi oficerów, a ona sama winna też napisać parę rozkazów, zanim uda się w drogę powrotną.
- Oczywiście – znów spokojne przytaknięcie. Gabriela nie mogła oprzeć się wrażeniu, że mimo przedziwnych okoliczności, Xena ponownie jest w swoim żywiole.
- Chcę jednak zostać, zanim legion Valerii nie zdobędzie ostatniego posterunku – dodała pod koniec, chociaż miała wrażenie, że idiotycznie się targuje. Nie mogła jednak pozwolić, by ostatnia potyczka odbyła się za jej plecami.
- To nie potrwa długo – Xena spojrzała na nią znad stołu przeglądając wieści. – Od rana atakują. Ludzie Kronosa bronią się jeszcze, ale to kwestia czasu. Zapewne wiedzą, że nie mogą oczekiwać wsparcia.
Gabriela pokiwała głową, jakby uderzona faktem, że w całej konwersacji ani razu nie wypłynął temat ich wzajemnych relacji. Cóż, czy nie tego jednak chciała? Tylko i wyłącznie kontakty wojskowe. Widocznie będzie to prostsze niż jej się wydawało, tylko czuła się przez to tak źle?
Miała już wychodzić, gdy przypomniała sobie o piśmie, trzymanym wciąż w zaciśniętej dłoni. Wygładziła twardy papier.
- Jeszcze jedno – dodała jakby od niechcenia, uspokajając oddech pulsujący wzburzeniem. – Valeria pisze, że pod jej ochronę trafiła grupa Dagonów. Prosili o schronienie w stolicy.
- Dagoni? – Xena zmarszczyła brwi, odrywając się od kolejnych manuskryptów. – To ta sekta, którą opiekowała się Revanem i Livią?
- Ty mi to powiedz – odparła Lwica. – Takich informacji raport nie zawiera. Proszą tylko o gościnę, ponieważ bardzo obawiają się wojsk Kronosa.
- Nie wydawali się być oddanymi poddanymi - wojowniczka westchnęła na wspomnienie rozmów toczonych przy ognisku. Uśmiechnęła się na myśl o małej Livii, a potem zaniepokoiła na chwilę, gdy przed oczami stanęła jej Eve. Czy odnalazła dzieci? Czy nic im nie jest?
Nerwowo zabębniła palcami po stole. Dagoni tak bardzo się kryli przez wojskami Gabrieli, a teraz nagle zmienili zdanie?
- Widocznie zmądrzeli. Cóż, albo przyłączą się do mnie, albo do Kronosa – władczyni wzruszyła ramionami, a czerwony płaszcz zafalował lekko. - Nie ma w tym momencie innych alternatyw. To nie jest już pięć sekt skaczących sobie do gardeł. Jesteśmy my i jest Kronos. Każde inne ugrupowanie musi opowiedzieć się po którejś ze stron.
- Tylko czemu teraz? – Xena oparła się o stół. – Mogli przyłączyć się do ciebie wcześniej, a jednak odmawiali. Co planują?
- Xeno – Gabriela spojrzała na nią z niewielką dawką politowania. – To banda obdartych, pacyfistycznych fanatyków. Co oni mogą kombinować?
- Jakże wiele się zmieniło przez te lata – odchrząknęła wojowniczka wspominając inną obdartą, pacyfistyczną bandę fanatyków, po czym szybko zmieniła temat . – Są jakieś szczegóły? Kto im przewodzi?
Lwica szybko przebiegła wzrokiem po tekście, szukając nazwisk.
- Niejaki Orian – odparła w końcu. Zmrużyła oczy patrząc na pięknie wykaligrafowanie litery. – Wraz z Hicleafem. – Dodała jakby niepewnie. - Skąd oni biorą te imiona? – Jęknęła głucho.
- Hicleafa znam – Xena skinęła głową, jakby nieco się rozluźniając. – Przewodził grupie, w której znajdował się Revan.
- A więc załatwione – Lwica uśmiechnęła się. Dobrze było czasem odwdzięczyć się nieznajomym za przypadkową pomoc. – Zabierzemy ich do Tandet, gdy będę tam jechać. Porozmawiam z nimi, być może będą mieli jakieś wieści… cóż… - Zawahała się i gładko przeszła do spraw oficjalnych. - Nakaż wypisanie rozkazów o przegrupowaniu w delcie, kurierzy pojadą jeszcze dzisiaj. Podpiszę je jak tylko zostaną dostarczone.
Wojowniczka skinęła głową. Gabriela przez chwilę jakby czekała na jakąś reakcję, słowo lub gest, lecz szybko zmobilizowała się, zebrała w sobie i otworzyła drzwi. Była już na korytarzu, gdy dobiegł ją niski głos wojowniczki:
- Osobiście je dostarczę.
Po plecach przebiegł jej dreszcz, lecz zacisnęła żeby i ruszyła do swoich komnat. Tylko i wyłącznie relacje zawodowe, upomniała się. Tylko i wyłącznie wojna.

***

Corwin z Thyr był pijany. Uśmiechnięty, chociaż bardzo obolały przyjmował coraz mniej składne gratulacje od kolegów z oddziału, a w jego namiocie pojawiło się także paru dowódców. Humor dopisywał mu bardziej niż zdrowie, a oczy żarzyły się wesoło, choć nie był pewien czy to z powodu szczęścia, gorączki, czy alkoholu.
Był bohaterem legionu, zostanie odznaczony przez samą Lwicę i przez dumną Valerię. To on uratował ją spod miecza Tercujsza, sam bohatersko rzucając się na wytrawnego wojownika, chociaż w bezpośrednim pojedynku nie miał wielkich szans. Jego desperacki gest uznano jednak za wyczyn godny herosa, nie głupca. Żołnierscy bracia z ochotą stawiali kolejne puchary, przepijając do siebie i śpiewając piosenki o zadziwiająco małej ilości słów. Na sienniku Corwina przysiadła nawet niewysoka, w miarę niebrzydka markietanka, która zalotnie spoglądała na bohatera, bardziej z obowiązku niż z rzeczywistej chęci zarobku. On sam bowiem transakcji dokonać nie mógł, a jego towarzysze już nie byli w stanie. Dziewczyna jednak piła na koszt reszty, co wyjątkowo jej odpowiadało. A kto wie, co przyniesie noc.
- Gratulacje! – Ktoś poklepał Corwina po plecach tak mocno, że chłopak mocno się zachwiał i od razu przypomniał sobie, jak bardzo niewyraźnie czuł się dzisiejszego poranka. Na pewno nie tak źle, jak Valeria, uśmiechnął się w myślach, po czym za chwilę zganił się za te myśl. Dowódczyni była lubiana wśród żołnierzy, ceniono jej odwagę i sposób postepowania. Nikt nie życzył jej źle. Szczególnie w trakcie wojennej kampanii.
Zabawa trwała w najlepsze. Ktoś przyniósł wysłużoną lirę, kto inny zmajstrował prosty bębenek. Reszta klaskała mniej lub bardziej do rytmu, przytupując w pijackiej imitacji tańca. Piwo i wino lały się strumieniami, a bardziej pewni swego pociągali z niewielkiego gąsiorka długie łyki okropnie mocnej gorzałki. Corwin też spróbował i żałował bardzo. Napój prawdziwych wojaków nie zrobił na nim zbyt dobrego wrażenia.
Młodzieniec nagle poczuł się bardzo źle. Zakręciło mu się w głowie, westchnął głucho. Odchylił się na posłanie, a dziewczyna grzecznie zrobiła mu miejsce i podjęła przerwaną na chwilę rozmowę z jednym z młodszych oficerów. Corwin przyłożył dłonie do skroni i jęknął głucho. Coś ze mną nie tak, pomyślał. Czuję smród spalenizny. Czy to normalne po uderzeniu w głowę?
Nagłe zamieszanie przy wejściu do namiotów, przeraźliwie głośny pisk markietanki i szczęk oręża otrzeźwiło go na moment. Był jednak zbyt zmęczony by uznać rozgardiasz za rzeczywistość. Wolał to uznać za senne majaczenie. Usłyszał swoje imię, wołane jakby w naganie, w pośpiechu, lecz położył się tylko wygodniej. Czuł, że zapada w coraz większą ciemność. Nie powinien był pić tego przeklętego napitku. Było mu tak gorąco. Tak cholernie gorąco.
Przed oczami nagle stanął mu Tercjusz, poraniony na twarzy od jego sztyletu. Uśmiechnięty niczym wcielenie diabła, w prawej dłoni trzymający miecz, a w lewej głowę wciąż rozkrzyczanej dziewczyny. Posoka ściekała po jego wysłużonej zbroi, migotała w świetle płomieni, które tańczyły na połach namiotu. Corwin zmrużył oczy próbując dociec, na co właściwie patrzy. Tercjusz podszedł ku niemu, powoli, nie śpiesząc się. Zamachnął mieczem, zaśmiał się i ciął.
Młodzieniec nie zdążył nawet westchnąć. Umarł na miejscu.
- Tak giną psy, które podnoszą na mnie rękę! – Wrzasnął bękart Rzymu ciskając w przerażonych legionistów głową dziewczyny.
Cofnęli się, spojrzeli po sobie, po czym zamłynkowali mieczami, przeskoczyli przez lizane płomieniami ławy i prycze i rzucili na byłego dowódcę. Chociaż pijani i przerażeni wciąż należeli do legionów Lwicy. Wciąż były najlepszymi z najlepszych, a Tercjusz już nie. On roześmiał się tylko, rozkładając dłonie w zapraszającym geście, po czym szybko obrócił głownię w palcach i zaczął zabijać.

***

Valeria jęknęła obudzona z lekkiej drzemki spojrzała zaniepokojona w osmaloną twarz Pentosa. Zamrugała oczami i od razu zorientowała się, że coś poszło źle. Bardzo źle.
- Co się dzieje? – Zapytała szybko, gdy tylko cofnął dłonie z jej ramion. Próbowała się ponownie podnieść, lecz bez powodzenia. Spojrzenie jednak miała już przytomniejsze, czujniejsze. Do jej uszu dobiegały krzyki i jadanie psów. Czuła swąd spalenizny, zapach krwi. Bitwa? W jej obozie?
- Tercjusz zaatakował – adiutant otarł sadzę z czoła i przesiadł się z jej łóżka na zydel. – Wybacz pani, musiałem cię… - Niepewnie spojrzał na dziewczynę, jakby czując się winnym tak brutalnej pobudki. Przetarła oczy i pozwoliła sobie na szybki uśmiech by go uspokoić.
- Oczywiście – odparła z wyraźnym wysiłkiem, lecz głośniej i pewniej niż podczas porannej rozmowy – Straty?
Pentos nalał wody do kubka, dodał nieco wina, pomógł jej się napić. Gdy chciwie przełykała, spokojnie wyliczał:
- Czterdziestu legło, w tym Corwin z Thyr, twój wybawiciel. Spalono kilkanaście namiotów. Rozpędzono konie, próbowano ograbić nas z zapasów, ale pilnie były strzeżone.
Valeria skończyła pić i gestem wskazała pergamin. Nie musiała nic mówić. Lwica winna dowiedzieć się o tym natychmiast.
- Pies się mści – rzuciła sucho, gdy adiutant przygotowywał się do spisania raportu. – Zaskoczył nas, pokazał, że może. Chce złamać morale… chce, żebyśmy się bali… - długa przemowa sporo ją kosztowała, czuła jak perli się na jej czole. Dotknęła dłonią policzka. Czuła, że gorączka wciąż była obecna, chociaż malała z każdą godziną.
- Najwidoczniej – pokiwał głową i zaczął pisać w pośpiechu.

***

Gabriela chwyciła pióro, zamoczyła w gęstym inkauście, podpisała zamaszyście. Posypała pergamin piaskiem i odłożyła na bok z westchnieniem ulgi. Najgorszą rzeczą w prowadzeniu wojny były niezliczone dokumenty, które zmuszona była podpisywać, czytać, redagować i wydawać. Niegdyś sądziła, że sprawowanie władzy bliższe jest hersztowaniu pirackiej galerze. Teraz wiedziała, aż nazbyt dobrze, że bliżej jej było do bibliotekarza lub skryby, niż kiedykolwiek wcześniej.
Odchyliła się na krześle i masując skronie zauważyła, że świeca, którą zapalono, gdy tylko zasiadła do pracy, niemal się wypaliła. Straciła poczucie czasu, wypełniając swoje obowiązki. Jej myśli na chwilę pobiegły do Revana, skarciła się jednak szybko. Nie chciała pozwalać sobie na nadzieję, która pulsowała w jej sercu ognistą radością.
Nagle gwałtownie otworzyły się drzwi. Poderwała głowę i jej ręka od razu powędrowała do miecza. Niepotrzebnie. Xena wkroczyła szybko, twarz miała poważną, szczęki zaciśnięte, a w oczach czaił się gniew.
- Co się stało? – Zapytała Lwica podnosząc się z krzesła.
- Tercjusz napadł obozowisko Valerii – odparła wojowniczka ściągając rękawice i bezceremonialnie rzucając je na blat biurka. Spocona i zmęczona, wyraźnie wróciła z konnej przejażdżki. Nie dziwiło to Gabrieli. Była pewna, że Xena będzie chciała zobaczyć sytuację na własne oczy.
Wraz z rękawicami na blat upadło pismo z godłem legionów młodej dziewczyny. Lwica szybko rozpoznała pismo adiutanta, który zwykł był słać jej raporty od jakiegoś czasu.
- Kiedy? – Zapytała wprost nie tracąc czasu na czytanie.
- Wieczorem – Xena oparła się o blat, nalała sobie wina, wypiła chciwie. Wyraźnie nie zdążyła stanąć na popas, śpiesząc z wieściami. Władczyni bez słów podsunęła jej talerz z zimnym pieczonym kurczęciem, z którego wojowniczka chętnie skorzystała.
- Prowokacja? Zemsta? Co to miało być? – Gabriela zgrzytnęła zębami ze złości.
- Odwrócenie uwagi – wymamrotała wojowniczka między jednym kęsem a drugim. – Coś planują i nie chcą, żeby im przeszkadzać. Teoretycznie powinnaś wzmocnić straże i przygotować się na inne ataki.
- A praktycznie tego nie zrobię – Lwica pokiwała głową, domyślając się już, że zaraz wojowniczka zaskoczy ją fantastycznym pomysłem, którego zapewne nie będzie chciała zaakceptować.
- Nie powinnaś – przyznała Xena wycierając usta rękawem. – Musimy wycofać wojska. Nawet w nocy. Zebrać je w jeden, dobrze chroniony obóz. W tym momencie masz kilkanaście różnych obozowisk. Część chroniona za palisadami zdobytych strażnic, ale jednak.
- Chcesz zarządzić pełen odwrót? Przez jednego Tercujsza? – Gabriela zamrugała oczami.
- Tego właśnie Tercjusz się nie spodziewa. Co zwyczajowo byś zrobiła? Pognała za nim, wysłała patrole, ściągnęła posiłki ze stolicy? Wyznaczyła nagrodę za jego głowę?
- Zapewne – władczyni nie lubiła być przewidywalna. Przypomniała sobie, że faktycznie winna była podwoić stawkę za Tercujsza, ale umknęło to jej uwadze. Obiecała sobie dopilnować wydania listów gończych następnego ranka.
- Na to trzeba czasu, ludzi i słonecznego światła. Zbierzmy ludzi w delcie, niech wyruszą ze świtem. Bez dyskusji. Wszyscy, nawet ci, na posterunkach. To nie był incydent. Oni chcą, byś wzmocniła straże. Byś jeszcze bardziej okopała się na swoich pozycjach. Więc proponuję zrobić zupełnie odwrotnie.
- Mam zostawić strażnice? Zwariowałaś? – Gabriela wpatrywała się w nią nieprzyjemnie. Żaden dowódca nigdy nie przemawiał do niej w ten sposób. Od bardzo bardzo dawna, a lubiła swoje aktualne przyzwyczajenia. – Przyjęłam twój plan, ale to już za daleko posunięty absurd.
- Chcesz poczekać i zobaczyć, czy mam rację? – Xena spojrzała na nią wymownie.
- Czasami możesz jej nie mieć – Lwica zmierzyła ją wzrokiem.
- Czasami, owszem. Ale nie w tym przypadku…. – Wojowniczka stanęła na nogi, wypiła duszkiem kolejny puchar, odetchnęła głęboko. – Musze tam pojechać. Wezmę szybkiego konia, powinnam być na miejscu zanim wyruszy legion Valerii. Tam zacznę. Muszą być niedaleko jej obozowiska, skoro tam zaatakowali.
- Sama? – Gabriela zmarszczyła brwi. – Chcesz tam jechać sama! – Wykrzyknęła zdumiona.
- Oczywiście – Xena wzruszyła ramionami, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. - Mam odtrąbić fanfarami swoje nadejście? Chcę zobaczyć tego Tercujsza. Chcę zobaczyć Kronosa. Chcę się przekonać, czy moje przeczucie na ich temat jest słuszne. Chcę się osobiście przyjrzeć temu, co kombinują.

***

Revan uśmiechnął się ciepło i wyciągnął nogi przed kamiennym, buchającym żarem kominkiem. Karczmarka spojrzała na niego z czułością i postawiła przed nim miskę rybnego gulaszu, po czym podsunęła mu wilczą skórę. Chłopiec otulił się nią z przyjemnością. Na jednym z futer zadowolona z ciepła, światła i mleka leżała mała Livia podziwiając sufitowe belki szeroko rozwartymi, błękitnymi oczami. Oberżysta uśmiechnął się do chłopca, gdy ten zaczął pałaszować swoją porcję strawy. Mały wyraźnie był głodny i wyziębiony. Mężczyzna cieszył się więc, że może coś uczynić dla wojennych sierot w tych ciężkich czasach.
Gospoda „Pod Złotą Różą” była wygodnym i przytulnym miejscem, chociaż lata swej świetności miała dawno za sobą. Niegdyś przyjmowała kupców i piratów, lokalnych szlachciców i sprytnych przemytników, którzy często dobijali do brzegu chroniąc się przed rzymską flotą. Od kiedy jednak na oceanie panował względny spokój, niewielu decydowało się na przystanek w niewielkiej zatoczce, wybierając drogę wprost do stolicy. Pokój, który zaoferowała im Lwica, nie dla wszystkich był tożsamy z prosperitą.
Dziś także gości nie było wielu, ledwo kilku rybaków, para podróżnych, ten chłopak i zabiedzony grecki bard, który usilnie próbował nastroić swoją lirę już od godziny. Potrząsał siwymi włosami mlaskając z niezadowoleniem, wciąż nie mogąc odnaleźć odpowiednich dźwięków. Oberżysta zastanawiał się, czy mężczyzna w ogóle potrafi grać, czy jedynie wyłudził ciepły posiłek prezentując instrument, przypadkowo znajdujący się w jego posiadaniu.
Revan skończył jeść i z błogością oddał się wylegiwaniu przed paleniskiem. Livia zagaworzyła jakby w pytaniu, gdy niespodziewanie wśród obcej pary podróżnych zapanowało pewne poruszenie. Chyba sprzeczali się cicho, w końcu kobieta o nieokreślonym wieku, lecz pięknej twarzy i złotych włosach, wstała i podeszłą do chłopca. Jej towarzysz naciągnął kaptur na czoło i parsknął niezadowolony. Oberżysta zaśmiał się w duchu. Wyraźnie mężczyzna nieprzyzwyczajony był to tkliwych, kobiecych gestów.
- Witaj – Revan niemal podskoczył, gdy usłyszał ciepły, pełen miłości i obietnic głos. Odwrócił się i spojrzał w najpiękniejsze oczy, jakie kiedykolwiek widział. Zmieszany spróbował się skłonić, lecz na wpół leżąc nie był w stanie tego dokonać. Poczuł, że na twarz wypełza mu rumieniec, gdy nieznajoma uśmiechnęła się widząc jego wysiłki. – Nazywasz się Revan? – Przysiadła koło niego i objęła rękami kolana.
- Ja.. Tak… to znaczy… - Chłopiec oczarowany jej obecnością nie bardzo wiedział, czy ma zaprzeczyć, czy też przyznać się do swojej tożsamości.
- Nie obawiaj się mnie – odparła swobodnie, po czym nachyliła się ku niemu i poczuł zapach róż i świeżego miodu. – Przysyła nas wybrana, Eve – szepnęła mu na ucho.
Zaskoczony spuścił wzrok, lecz o dziwo poczuł narastające wątpliwości. Jak wybrana mogła wiedzieć o ich położeniu? Nikt nie wiedział, gdzie się udaje, oprócz tej tajemniczej wojowniczki, którą spotkał przy ogniu Dagonów. Nieznajoma, chociaż czarująca i budząca zaufanie, nie przekonała go do końca. Sięgnął dłonią do Livii, ta jednak kompletnie się niczym nie przejmując uśmiechnęła się szeroko do blondwłosej kobiety. Ta roześmiała się i wplotła palec w małą dłoń. Dziecko zachichotało rozbawione, wyraźnie zadowolone z kontaktu.
- Jaka matka, taka córka – uśmiechnęła się kobieta. – I… reszta rodziny. Pozwolisz, że przysiądziemy się do ciebie? – Zapytała chłopca.
- Ja… ja nie wiem… Kim jesteś pani? – Wykrztusił, wciąż walcząc z nieśmiałością.
- Cóż, możesz nazywać mnie Afrodytą – odparła spokojnie, po czym machnęła ręką rozbawiona widząc zdumienie na jego twarzy. - Uwielbiam to zaskoczenie, kiedy się przedstawiam!
- Jesteś boginią? – Oczy Revana zrobiły się wielkie jak spodki, ale w jego głosie brzmiała rezerwa.
- A nie wyglądam? – Mrugnęła do niego i rozsiadła wygodniej dumnie prezentując imponujący dekolt. Na Revanie nie zrobiło to wrażenia, a przynajmniej tak próbował sobie to wytłumaczyć.
- Ja… - zaczął, ale zgubił się we własnych myślach i wątpliwościach. Zaczerwienił ponownie, uciekł spojrzeniem, nieśmiało skulił jedną z dłoni w garści.
- Jaka matka, taki syn – usłyszał nad sobą męski głos. Towarzysz Afrodyty przysiadł się z jego drugiej strony i wyciągnął upierścienione dłonie w kierunku płomieni. – Wybacz mojej siostrze. Lubi się popisywać – mruknął, po czym niespodziewanie mrugnął do Revana spod obszernego kaptura.
- Aresie, zawsze psujesz zabawę – jęknęła kobieta i zajęła się tym, co jej gatunek lubił w mniemaniu Revana najbardziej – gaworzeniem z dzieckiem. Livia jednak konwersację przyjęła z ochota i chętnie wymieniała grzecznościowe formułki z nieznajomą
- Przysłała was Eve? – Upewnił się chłopak, próbując się skupić. Po jego prawej stronie siedziała przepiękna kobieta, po lewej, bardzo groźny mężczyzna, o posturze wojownika. Zdecydowanie nie czuł się pewnie w tym towarzystwie.
- Tak – odparła Afrodyta.
- Nie do końca – dodał mężczyzna zwany Aresem i rozsiadł się wygodniej. – Właściwie jej matka.
- Ojciec – wtrąciła jego siostra.
- Nie wszystko jedno? – Westchnął zirytowany odrzucając kaptur i zerkając podejrzliwie na pozostałych gości gospody. Nikt jednak nie podjął jego wzroku.
- A to… może być wszystko jedno? – Revan potrząsnął głową jeszcze bardziej zdumiony.
- W rodzinie wybranej może być, wierz mi – mężczyzna odchrząknął i skrył uśmiech pod dłonią, drapiąc elegancko przyciętą czarną brodę. – Rzecz ma się tak, młodzieńcze – zaczął już poważniej. – Proszono nas, byśmy znaleźli ci bezpieczne schronienie. Problem polega na tym, że na Atlantis nie ma już bezpiecznych schronień.
- Zauważyłem – Revan poważnie skinął głową. Ares uśmiechnął się do niego niespodziewanie przyjaźnie. Chwilę patrzył mu się z namysłem w oczy, po czym potrząsnął głową i kontynuował wpatrując się we własne dłonie:
- Ani siostra ani ja nie mamy tutaj już nic do roboty. Musimy wracać do Grecji. Tam będziemy mogli cię chronić do momentu, gdy przybędzie po was Eve… lub ktokolwiek inny – zamyślił się głęboko.
- Ja nie wiem, czy powinienem… - Zaczął chłopak niepewnie. Nie wiedział, co ma zrobić w tej sytuacji. Jego nowi towarzysze powoli zdobywali jego zaufanie, lecz wszystko toczyło się zdecydowanie zbyt szybko. Jego zdanie najwyraźniej podzielała Afrodyta, gdyż spojrzała z wyrzutem na brata.
- Może daj mu się chwilę oswoić z sytuacją, co Aresie? – Zganiła go, po czym zwróciła się do Revana nadal nie puszczając pulchnej dłoni Livii. – Nie wyruszymy ani dziś, ani jutro. Odpocznij, przemyśl wszystko, a później porozmawiamy.
Revan skinął głową, rozdarty wątpliwościami. Czy powinien im ufać? Czy jeżeli odmówi, Eve nie będzie na niego zła? A jeżeli popłynie z nimi do Grecji, czy nie zdenerwuje się na niego jeszcze bardziej? Przebył tak długą drogę, nie po to by zawieźć jej zaufanie.
Jego rozmyślania przerwał stary bard, który wkroczył dumnie na niewielkie podwyższenie przy szynku, przebiegł wprawnymi palcami po strunach liry i zaintonował pieśń:
- Śpiewam o pięknej Lwicy – zaczął czystym, pięknym głosem. – Śpiewam o władczyni Atlantis. Śpiewam o jej czynach, o chwale i glorii.
- O nie – jęknął Ares. – Znowu ta irytująca blondynka.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Aiglon
Czeladnik Hefajstosa



Dołączył: 20 Wrz 2006
Posty: 114
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Warszawa

PostWysłany: Pią 4:14, 16 Gru 2011    Temat postu:

***

Eve wstrzymała konia wpatrzona w łunę ognia na horyzoncie. Nie raz i nie dwa widywała takie pożary. To nie były wojskowe ogniska, ani wesoły ludowy festyn. Tam toczyła się bitwa, trwały walki. Ktoś umierał.
Zagryzła wargi rozglądając się po okolicy. Była już zmęczona jazdą, chciała odpocząć, a ostatnie, na co miała ochotę, to wybierać drogę przez tereny ogarnięte wojną. Znając swoje szczęście wiedziała, że zapewne nie raz i nie dwa będzie musiała wyciągnąć miecz. Dziś w nocy szczerze mówiąc, nie miała na to już sił.
Znała te tereny. Swego czasu ukrywała się niedaleko. Szybko policzyła odległości w pamięci, po czym rozpromieniła się, zadowolona. Jeżeli jej wyliczenia były słuszne, niedaleko znajdowała się dawna kryjówka Elianderów. Nie korzystała z niej parę lat, miała jednak nadzieję, że w skryta przed oczami podróżnych, z dala od traktu, ta niewielka chałupka nie ma nowych mieszkańców. Zacmokała na wierzchowca i skierowała go na leśne ścieżki, bacznie obserwując zmienioną okolicę. Nie trudno było zgubić się w gęstwinie.
Odnalezienie znanych sobie dróżek przyszło jej łatwiej, niż myślała. Wyraźnie ktoś nimi ostatnio przechodził, co zmartwiło ją nieco, lecz nie pozbawiło entuzjazmu. Miała nadzieję spędzić noc pod suchym dachem, a nie zdarzyło jej się to, od czasu spotkania Xeny, chociaż i tamtą noc ciężko było nazwać wygodną.
Chałupka, wtulona między górskie bloki, wciąż nieco przekrzywiona, jakby chyliła się ku upadkowi, stała nadal. Eve zeskoczyła z konia, poklepała po szyi, po czym nasłuchując, cicho wyciągnęła miecz. Ktoś był w środku, była tego pewna. Lecz nie dojrzała ani dymu znad niewielkiego komina, ani oznak obozowiska. Czyżby uciekinierzy? Dezerterzy? A może po prostu mieszkańcy?
Coś poruszyło się przy zbitych z kilku desek drzwiach. Eve wstrzymała oddech i podeszła kilka kroków. Skradając się uważnie nie spuszczała wzroku z wejścia do chałupy. Ktoś drgnął po tamtej stronie, ktoś wstrzymał oddech. Ktoś zapłakał. Wybrana odetchnęła z ulgą. A więc uciekinierzy. Tego się mogła spodziewać. Wyprostowała się, wbiła miecz w ziemię.
- Wyjdźcie! – Krzyknęła w stronę chałupy. – Nic wam nie zrobię!
Drzwi otworzyły się nagle, jakby ktoś po tamtej stronie tylko czekał na zaproszenie. Eve spięła się cała, oczekując bitki, lecz w wejściu pojawiła jej się skulona postać, wsparta o lasce i otulona ciepłym kocem. Zmarszczyła brwi, jakby rozpoznając nieznajomego, po czym roześmiała się szczęśliwa.
- Tekarius! – Krzyknęła. – Stary lisie! Udało ci się! Ty żyjesz!
Wbiegła na zamokły ganek, przytuliła kapłana, który syknął z bólu, lecz także witał ją z radością. Wyraźnie ranny i zmęczony, tulił ją do siebie także zaskoczony niecodziennym spotkaniem.
- Eve – szepnął z trudem. – Wybrana! Wróciłaś! Odnalazłaś nas, dziecko.


***

Xena wstrzymała konia nasłuchując. Ktoś podążał jej śladem, słyszała narastający w oddali tętent kopyt. Przez dłuższą chwilę nie zwracała uwagi na tajemniczego jeźdźca, lecz gdy przekroczyła granicę strzeżonych terenów, jej obawa zaczęła narastać, po czym zmieniła się w pewność. Uśmiech walczył z irytacją i wygrał bez dwóch zdań, więc westchnęła tylko, ściągnęła cugle i czekała.
Wierzchowiec parsknął, bezkarnie pozdrawiając drugiego, gdy uzbrojona postać wyłoniła się zza zakrętu. Widząc, że jest oczekiwany, jeździec pokręcił głową, zmusił konia do lekkiego stępa i podjechał bliżej.
- Widzę, że zdecydowałaś się dotrzymać mi towarzystwa – zaczęła wojowniczka, jakby nigdy nic opierając dłonie na łęku siodła. – Pytanie tylko, czy to rozsądne.
- Jeżeli rozsądne są samotne wypady głównego dowodzącego armią – Gabriela ściągnęła kaptur z głowy i uśmiechnęła się krzywo. – To chyba tym bardziej ja mogę sobie na to pozwolić. Poza tym ktoś musi dopilnować, byś nie zrobiła niczego głupiego.
- W twojej asyście zapewne nie mam się czego obawiać – Xena pokręciła głową, jednak uradowana z niespodziewanego towarzystwa, tym bardziej, że bliskiego jej sercu. – Stęskniłaś się za mną? – Zapytała przewrotnie zanim zdążyła pomyśleć.
Gabriela rzuciła jej mordercze spojrzenie.
- Wybacz – wojowniczka zmieszała się nieco. – Stare przyzwyczajenia.
Niemal w tym samym momencie uderzyły piętami w boki koni i pokłusowały w dół drogi. Kłus przeszedł w galop, galop w cwał. Pędziły przez ciemną noc, tylko we dwie, tak jak kiedyś, za dawnych czasów. Tak, jak kiedyś, jedna i druga uśmiechały się lekko.
Pewne rzeczy nigdy się nie zmieniają

***

Revanowi błyszczały oczy, gdy bard skończył pieśń i skłonił się przyjmując nieliczne oklaski. Lwica nie była zbyt popularna w tych stronach, lecz doceniano zawsze dobre wykonanie utworu, niezależnie o czym traktował. Chłopakowi jednak słowa pieśni nie wystarczyły. Chciał dowiedzieć się więcej o słynnej władczyni. Tym bardziej, ze zobowiązany był dotrzeć na jej dwór. W klasztorze czytał wiele manuskryptów na temat Lwicy, lecz nigdy nie spotkał się z tą wersją historii. Ośmielony rozrzedzonym wodą winem, podniósł się i cicho podszedł do starego barda.
- Wybacz panie – zapytał. – Ale czy… Mógłbym o coś zapytać?
- Oczywiście młodzieńcze – mężczyzna błysnął zębami i odebrał z rąk karczmarza pienisty kufel piwa. – Pytaj, o co chcesz. Podobała ci się moja opowieść?
Chłopiec skinął głową dystyngowanie, chociaż nie potrafił ukryć fascynacji historią
- Śpiewałeś panie, że Lwica wracała z kraju kwitnącej wiśni, a z tego co mnie uczono, nigdy tam nie była – zaczął Revan tonem domagającym się wyjaśnień. – Kim była ta, po której płakała?
- Zaczyna się – jęknął Ares i wsparł brodę o pięść delektując się kolejnym pucharem z winem.
- Zdziwiłabym się, jakby się nie zaczęło – jego siostra spojrzała na niego dość wymownie.

***

- Kronosa spotkałam w okolicach Amfipolis – kontynuowała Gabriela, gdy pozwoliły odpocząć wierzchowcom chwilę jadąc stępa. – Był dumnym, irytującym szlachcicem ze sporym mniemaniem o sobie. Fakt, ze z rąk bandytów uwolniła go kobieta, bardzo źle działał na jego ego.
Xena nie potrafiła wyzbyć się zazdrości słuchając o byłym kochanku Lwicy, ale musiała zapytać. Musiała wiedzieć wszystko na temat tego człowieka. Zarówno ze względów wojskowych, jak i prywatnych. Zapytała, miała do tego prawo, a Gabriela nie znalazła powodów, aby odmówić. Xena chciała poznać tą opowieść, chciała wiedzieć, jak to się stało, że pełna ideałów barka związała się z kimś, kto bez zmrużenia okiem wyżynał kobiety i dzieci, siejąc postrach na granicy. Musiała wiedzieć.
Władczyni zdawała sobie sprawę, że rozmowa na temat tego mężczyzny będzie dla wojowniczki bolesna. Na początku nie zamierzała jej tego ułatwiać, lecz z każdym zdaniem coraz ostrożniej dobierała słowa. Cisza po drugiej stronie traktu utwierdzała ją jednak w przekonaniu, że ton opowieści jest w sumie obojętny, chociaż starała się być delikatna. Pewna wojownicza księżniczka była ciekawa. I zazdrosna jak jasna cholera. Jednak jak zwykle opanowana do granic możliwości.
- Nie chciałam, by jechał za mną – westchnęła podejmując opowieść. – Ale się uparł. Nie wiem czemu, być może chciał pokazać, na co go stać, być może zauroczył się, nie wiem.
Chrząknięcie dobiegające z drugiego końskiego grzbietu zaznaczyło, że o to ostatnie nietrudno.
- Ja.. Cóż… jeździłam wtedy tak, jak jeździłyśmy we dwie. Czasem pomagałam, czasem doradzałam. Czasem po prostu szukałam kłopotów. Kronos bardzo się zaangażował. Organizował wsparcie, pieniądze, ekwipunek. Szukał ludzi, znajdował odpowiednich. Najemników, błędnych rycerzy, kogokolwiek, dzięki komu wygrywaliśmy. Nagle odkryłam, że z jego pomocą jest mi o wiele łatwiej. Dzięki niemu udało nam się ocalić amazonki, gdy rzymskie wojska postanowiły przejąć ich terytoria. Zrozumiałam, że sama nigdy nie dałabym rady. Nie bez niego.
Gabriela westchnęła, poprawiła płaszcz, palce nerwowo bawiły się sprzączką przy siodle. Wyprawiona skóra skrzypiała lekko w rytm krok wierzchowców. Księżyc wyszedł zza chmur i na chwilę oświetlił skupioną twarz Xeny. Lwica odwróciła wzrok.
- Zaczęliśmy uderzać na większe oddziały, rozbijać większe grupy. Okazało się, że jednak możemy zrobić coś… dobrego. Tak, wtedy jeszcze marzyło mi się większe dobro – roześmiała się niepewnie. – Powoli, ale systematycznie budowaliśmy armię. Ścieraliśmy się z Rzymem tyle razy, że aż ciężko byłoby mi policzyć. Neron był wściekły.

***

- Widzisz synu – bard chrupiącą skórką chleba wytarł do czysta miskę po gulaszu. – Nie wszystkie opowieści są prawdziwe, tak samo jak nie wszystkie historyczne książki.
- Czyli nie śpiewałeś prawdy? – Dociekał Revan zerkając ukradkiem na Afrodytę, która wprawnie zajęła się Livią. Dziewczynka bardzo nie lubiła, gdy nie poświęcano jej odpowiedniej ilości uwagi i dawała temu znać z wrodzonym wdziękiem.
- Tego nie powiedziałem – bard wzruszył ramionami. – Po prostu wiem kilka rzeczy więcej od twoich nauczycieli i zapewne tysiąc rzeczy mniej – dodał z porozumiewawczym uśmieszkiem. – Wiem, że Lwica była w Japonii razem z wojowniczą księżniczką. Wiem, że wróciła i spotkała Kronosa w Grecji. A później razem podbijali świat.
- Lwica nigdy nie mogłaby się związać z takim łotrem jak Kronos! – Revan zmarszczył brwi. – On jest mordercą! A ona jest…
- Władcą – dokończył śpiewak spokojnie. – Niewielka jest różnica.

***

- Tak naprawdę wszystko zaczęło się psuć, gdy wróciliśmy na Atlantis. On pojechał pierwszy, przygotować swoich rodziców na moje przybycie, ja miałam dopłynąć później.
- Poznać rodziców – Xena smakowała tą frazę przez chwilę. – Widać miał poważne zamiary.
- Zbyt poważne – Gabriela ucięła ja w pół słowa. – Mój statek rozbił się podczas sztormu, ledwo dopłynęłam do brzegu. Wtedy zaatakował mnie ten durny ptak – postukała palcem w klamrę swego pasa. – Był biedny, głodny i strasznie wściekły.
- Ty też zapewne – wojowniczka uniosła brew. - Gryfa pokonać nie tak łatwo.
Lwica otworzyła już usta by opowiedzieć o parodii walki, jaka stała się jej udziałem. Jak resztką sił odpierała ataki wygłodzonego zwierzęcia, jak wielokrotnie myślała, że zdechnie tam, na tej kamienistej plaży i jak przypadek w końcu wybawił ją od niechybnej śmierci. Xena uciszyła ją jednak gestem. Nie raz i nie dwa walczyły razem i obydwie wiedziały, jak wyglądają później przekazywane opowieści. Jedna z nich była naprawdę znakomita w koloryzowaniu rzeczywistości.
- Rodzice Kronosa przyjęli cię serdecznie? – Zapytała wojowniczka wracając do tematu.
- Niekoniecznie – westchnęła władczyni. – Czuli, że nie nadaję się na żonę dla ich wspaniałego syna. Pokłóciłam się z jego ojcem, powymieniałam obelgi z matka, wskoczyłam na koń i odjechałam. Dla Kronosa sporym zaskoczeniem było to, że ludzie, których uważał za swoich, pojechali za mną.
- I on pojechał za tobą – domyśliła się Xena.
- Miał wyjście? Musiał bronić swojego dobrego imienia. Cały czas miał nadzieję, że uda mu się mnie poskromić, zamknąć mnie w jego pięknym zamku, przedstawić mnie światu, jako jego żonę.
- Nie wyszło mu to – wojowniczka pokiwała głową wspominając swoje przelotne i bardziej poważne miłostki. Mężczyźni kochali się w niej, biegłej w sztuce wojny, lecz zawsze w przyszłości widzieli ją, jako osobę dbającą o domowe ognisko. Z nielicznymi wyjątkami, dodajmy.
- Jesteś bardzo zadowolona z tego tytułu – Gabriela łypnęła na nią spode łba.
- Nie da się ukryć – przyznała Xena i zmieszana spięła konia. – Dość tego spacerku, popędźmy konie!

***

- Niewielu wie – bard wyjaśniał spokojnie ignorując pochmurne spojrzenie Revana. – Że to Kronos właśnie użyczył Lwicy swego wojska i broni. I to on pomógł jej wstąpić na tron.
- Nie był jedyny! – Żachnął się chłopiec. – Lwica wielu miała pomocników!
- Bardzo bronisz władczyni – zauważył starzec przyglądając się chłopcu. – Swoją drogą wiesz, jak bardzo jesteś do niej podobny?
Ares i Afrodyta jednocześnie wciągnęli powietrze przez zaciśnięte zęby. Revan spochmurniał bardziej.
- Nie obrażaj się chłopcze – bard roześmiał się szczerze. – Po prostu stwierdzam fakty. Widocznie mieliście wspólnego przodka. Ale skoro tak bliska jest twemu sercu, to ci to chyba nie wadzi.
- Nie – burknął Revan. – Ale dalej wierzyć mi się nie chce, że Kronos był kimś więcej niż zbuntowanym wasalem.
- Mi też – mruknął Ares, zanim Afrodyta kopnęła go w goleń, aż skrzywił się wyraźnie. Chłopiec ignorował jednak ich obecność zapamiętany w dyskusji ze śpiewakiem. Wychowany w Asgrinne, cenił sobie odwagę i siłę Lwicy, i chociaż wiele razy podczas swej wędrówki wątpił, czy aby na pewno robi słusznie, wiedział, że jest ona jego wybawieniem. Nikt wcześniej tak nonszalancko nie poddawał w wątpliwość jej umiejętności, jak ów starzec przed nim. Władczyni była symbolem, ideałem, ideą. Jak można było sugerować, że swoje panowanie zawdzięczała choćby w części łajdakowi, który napadał teraz jej ziemie?

***

Po dłuższym czasie znów musiały zwolnić. Wierzchowce parskały ze zmęczenia, robiły bokami, piana ściekała im z pysków. Gabriela osadziła wierzchowca w miejscu, zeskoczyła, sprawdziła popręgi. Xena poszła w jej ślady. Nie miały czasu i możliwości zmienić koni, lecz mimo to pokonały już większą część trasy. Mogły pozwolić sobie ponownie na chwilę wytchnienia.
- Jak to się stało, że nagle stał się twoim wrogiem? – Zapytała nagle wojowniczka. Gabriela odwróciła się zdumiona, pochłonięta własnymi myślami. Gdy stanęły od siebie krok w krok, uświadomiła sobie, o kogo pyta Xena. Odchrząknęła i podjęła opowieść. Z coraz większym trudem dobierając słowa.
- Cóż, jego duma nie mogła znieść faktu, że nie dawałam się ujarzmić. Że zawsze była jakaś bitwa, jakaś wojna do wygrania. Walczyliśmy z imperium rzymskim, jednoczyliśmy kraj. Ja wstąpiłam na tron. Chcąc nie chcąc, było to rozsądne rozwiązanie. Byłam jedynym kandydatem, który nie powodował niesnasek wśród wielmoży. Kronos nie bardzo sobie z tym radził. Miał obsesję na twoim punkcie. Wiedział o wydarzeniach w Japonii, ale ciebie oskarżał o moje zachowanie.
- Mężczyźni – westchnęła Xena kręcąc głową.
- Może i miał trochę racji – przyznała cicho Gabriela nagle czując się dziwnie niekomfortowo, chociaż bardzo znajomo stojąc o krok od wojowniczki. Nabrała powietrza i kontynuowała:
- Pewnego dnia na moim dworze pojawiła się Eve. Neron urządził sobie nagonkę na wyznawców Eliego, więc rozsądnie przyjęła, że Atlantis będzie odpowiednim miejscem na rozwijanie kultu. Kiedy Kronos ją zobaczył i zdał sobie sprawę z tego, kim jest, dostał szału. To był uroczy wieczór – Lwica uśmiechnęła się bez wesołości. – Ja w trzecim miesiącu ciąży, rzygająca dalej niż widzę. Eve, która wyzywała mnie od morderców i krwiożerczych imperatorów i Kronos, który wrzeszczał, że krew z krwi wojowniczej księżniczki przyniesie zgubę całej wyspie. Straciłam trochę panowanie nad sobą.
- Nic dziwnego – westchnęła Xena. – Eve nie wspierała cię w twoich dążeniach?
- Cóż, wtedy już widziałam różnicę, miedzy walką o lepsze dobro a polityką – przyznała władczyni przeszukując swoje juki. W końcu znalazła bukłak, zaczerpnęła długi łyk i podała wojowniczce. – Nie wszystko da się załatwić pokojowo i czasem trzeba było wybrać mniejsze zło. Eve chciała zbawiać świat, więc powiedziałam jej, że może to robić z daleka ode mnie.
- A Kronos?
- Wyrzuciłam go za drzwi. Cóż, powiedziałam parę… hm… niemiłych słów. Zdenerwował się. Na moje nieszczęście dowiedział się o Revanie, chociaż bardzo się starałam, by nie dotarły do niego żadne wieści. Na parę miesięcy zaszyłam się na Zielonych Wyspach, dziecko oddałam na wychowanie druidom…. Może mogliśmy się dogadać, ale on dostał jakiejś obsesji. Bredził o przepowiedniach, o tobie i o mnie. Zaczął uczestniczyć w jakichś obrzędach… W każdym razie zwariował – zastanowiła się chwilę. – Nie, jednak nie doszlibyśmy do porozumienia. Ja po prostu już nie chciałam go znać. Nie chciałam, żeby Revan go znał. Myślę, że za to mnie znienawidził. I za przepowiednie oczywiście – dodała ironicznie.
- Jednak, mimo politycznych względów… - Xena posłała jej długie spojrzenie. – Nie zdecydowałaś się go zabić. Nie pozbyłaś się go, chociaż…
- Chociaż każdy rozsądny władca zrobiłby to – pokiwała głową Gabriela. – Wiem. Być może jestem sentymentalna – spojrzała w rozgwieżdżone niebo. – Lub do zbyt dużej ilości śmierci się przyczyniłam. Poza tym przez długi czas był tylko mało liczącym się i pozbawionym godności buntownikiem, skrytym gdzieś w górach i tańczącym dookoła ogniska razem ze swoimi kapłanami. Nie miałam powodu. Teraz… - skłoniła głowę. – Teraz…. to co innego. Posunął się za daleko.
Zapadła cisza, przerywana cykaniem świerszczy, nawoływaniem sów, szumem wiatru w gałęziach drzew. Xena chwilę wpatrywała się w Gabrielę, która nie miała sił, by podnieść wzrok. Dotknęła delikatnie policzka władczyni, uśmiechnęła się z żalem, goryczą, zrozumieniem.
- Kochałaś go? – Zapytała cicho.
- Chciałam go kochać – odparła tamta po dłuższej chwili. Niemal szeptem. Po czym podniosła głowę, potrząsnęła, odgoniła dreszcze. – Jesteśmy blisko – spojrzała wojowniczce w oczy. – Czas ucieka.

***

Revan zamknął mocno oczy, lecz sen nie nadchodził. Łóżko było wygodne, szerokie i miękkie. A dodatkowe skóry i kapy sprawiały, że po raz pierwszy od długiego czasu nie leżał zziębnięty. Chłopiec przewracał się z boku na bok już od godziny, nie mogąc znaleźć ukojenia. Wszystkie rzeczy, o których mówił mu bard, stawały mu przed oczami. Lwica, jako kochanica Kronosa? Słynna Xena w tej całej historii? Miał dziwne wrażenie, że musi dowiedzieć się, jak było naprawdę. Nie wiedział, czemu, ale czuł, że było to dla niego bardzo bardzo ważne.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Aiglon
Czeladnik Hefajstosa



Dołączył: 20 Wrz 2006
Posty: 114
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Warszawa

PostWysłany: Nie 4:33, 18 Gru 2011    Temat postu:

ROZDZIAŁ7

Do przeora klasztoru i szkoły w Asgrinne

Witaj Panie, mam nadzieję, że wszelkie sprawy idą po twojej myśli, zdrowie dopisuje, a szkoła rozwija się zacnie, a tyś dumny ze swych wychowanków. W asyście swych strażników oddaję ci na wychowanie nowego ucznia. Zwie się Revan i jest synem jednej z amazońskich władczyń, przeto dbaj o niego zacnie, jako, że jego matka bliska była mi bardzo i uważać na jej syna obiecałam. Młodzieniec ledwo kilka księżyców temu przybył z Zielonej Wyspy, gdzie odbierał podstawową edukację u druidzkich wybranych, zna nasz język jednak doskonale, a i przekazano mi, że biegły jest zarówno w piśmie, jak i do ksiąg przykładał się znacznie. Jako, że ważnym jest dla mnie, jak i dla jego rodziców, by odebrał wychowanie właściwe, przeto proszę cię Panie, abyś swego ucznia nie faworyzował, lecz jedynie bacznie się przyglądał jego poczynaniom. Wszelkie sprawy związane z chłopcem, ślij przez umyślnego, który co dwa księżyce stanie u twych bram w oczekiwaniu na listy.

Pani na Tandet, protektor Zielonych Wysp, Obrońca Piramid, pogromca Grywa zwana Lwicą
Miłościwie panująca nad świętą ziemią Atlantis.


- To był Tercjusz. Nie osobiście, lecz jego straż rodowa – stary kapłan ogrzewał dłonie o kubek gorącej herbaty. Drżał z zimna, mimo, że otulony był w ciepłe skóry i futra. Eve widziała go tak niedawno, a wydawało się, że podczas tego czasu posunął się w latach, zmarniał, skurczył, postarzał. Twarz ciemna od bruzd i zmarszczek trzęsła się delikatnie. Oczy przymykał nader chętnie, jakby chciał już zasnąć nie tylko by doczekać słońca, ale by zakończyć żywot. Jego rany były poważne, a wielodniowa ucieczka, brak pomocy cyrulika, zdenerwowanie i lęk, zrobiły swoje. Eve wiedziała, że pomóc mogą już jedynie modlitwy.
- Tercjusz? – Zapytała otulając Tekariusa i wpatrując się w mądre, lecz zmęczone oczy. – Byliśmy pewni, że Kronos, że…
- Widać Lwica także nas nienawidzi – odszepnął starzec. – Widać i jej zaczęło przeszkadzać, że głosimy dobrą nowinę.
Wybrana potrząsnęła głową, wsparła brodę na dłoniach, zapatrzyła w ogień. Jedna z dwóch kobiet, które towarzyszyły Tekariusowi, podała jej kawałek na wpół czerstwego chleba, jednak odmówiła gestem tej rozpaczliwej gościnności. Im przyda się bardziej. Straciła apetyt.
Chata pachnęła brudem, zgnilizną i wilgocią, lecz stare belki nagrzewały się szybko. Eve widząc stan kapłana nakazała rozpalić niewielki ogień, by mógł chociaż przez chwilę ogrzać się w zbawiennym cieple. Wiedziała, że niezbyt to rozsądne, lecz liczyła na to, że w wojennej bitce nikt nie zauważy kopcącego się nieśmiało komina. Sama też mogła ich obronić. Chociaż przez tę jedną noc.
- Nie wierzę – mruknęła. – Lwica właśnie wydała wojnę Kronosowi, popędziła legiony na zachód, żeby zakończyć to szaleństwo. Znała sytuację, opowiadałam jej, co zaszło, przejęta była bardziej niż sądziłam. Tercjusz widać musi grać w swoją grę – dodała ciszej, zamyślając ponownie. Głównodowodzący nie zrobił na niej pozytywnego wrażenia, wręcz odpychał ją zarówno swym wyglądem, jak i zachowaniem. Na Tandet sądziła, że być może ocenia go źle, teraz jednak podejrzewała zdradę. Jak miało się to do tego, co wyznała jej Callisto?
- Uratowaliśmy się przypadkiem – stary kapłan odpowiedział na niezadane pytanie. – Oddział Tercujsza niemal wyrżnął wszystkich, nawet nie pytali, kto i skąd. Dzieci, kobiety, mężczyzn. Ja wraz z Sylvią i Marią schroniliśmy się w tylnych komnatach, licząc na cud. I on się wydarzył. – Odkaszlnął znowu, a na pięści, którą tłumił oddech widać było krew. Eve jęknęła w duchu, zmartwiona bardzo, lecz nic nie mogła poradzić. Nie miała jak pomóc staremu przyjacielowi, mężczyźnie, który z oddaniem wznosił podwaliny kościoła na ziemiach Atlantis. Przeklinała w duchu politykę, przepowiednie, anielskie konszachty. Zapragnęła spokoju, ciepła, dobrych rad kapłana i uśmiechu własnego dziecka. Zapragnęła ujrzeć znowu matkę. Zatęskniła nawet za Gabrielą.
- Gdy niemal nas dopadli – kontynuował. – Nagle przed nami pojawił się krzyżowiec w białym płaszczu i przeorał ich jak wieprzki. Bogowie, to była walka. Kobieta, bowiem nie mąż nas ocalił, pomogła nam uciec, lecz nie chciała towarzyszyć. Bez niej nie dalibyśmy rady – przymknął oczy na chwilę, jakby wspominając sytuację. – Jej oddział wdał się w bitkę z Tercjuszowskim, wielu zginęło. Gdy umykaliśmy, krzyżowcy zostali wzięci w kleszcze, gdyż od północy nadjechała konnica Kronosa. Więcej o bitwie nic mi nie wiadomo.
Eve zastanawiała się przez chwilę. Wśród poległych w świątyni nie widziała ani jednego człowieka z godłem Tercjusza lub, tym gorzej, Lwicy. Czyżby wrócili, by ukryć poległych? Czy była to aż tak przewrotna intryga?
- Tercjusz chciał, aby Lwica włączyła się do wojny – mruknęła. – Zapewne i on stoi za spaleniem Asgrinne. Jeden z tych dwóch incydentów Lwica mogła wybaczyć, ale na pewno nie oba. Pytanie tylko, czemu? Jaki miał w tym cel? Nudził mu się pokój, chwila odpoczynku? Z tego, co wiem, niedawno wrócili z rzymskiej batalii, ledwo opanowali chaos na miejscu. Czemu teraz, skoro legiony ledwo zdołały odetchnąć?
- Nie wiem dziecko – Tekarius westchnął cicho, aż zaświszczało mu w płucach. – Wielka polityka się tutaj dzieje. Nie wiem jednak, czemu akurat my w nią wplątani jesteśmy.
- Ja jestem w nią wplątana – Eve spojrzała na niego twardo. – Ja i moja córka. Tercjusz musiał wiedzieć. Musiał wiedzieć o Livii. I o Revanie.
- O Revanie? – Kapłan zmarszczył brwi. – Tym młodym chłopcu? Co on ma do tego?
Wybrana uśmiechnęła się pod nosem, zmieniła pozycję jakby unikając odpowiedzi na pytania.
- Cóż – rzekła w końcu, czując na sobie badawcze spojrzenie przyjaciela. – To bardzo specjalny młody człowiek. Z nielichym rodowodem.

***

Gdy Revan poczuł na ramieniu czyjąś dłoń, przebudził się od razu. Usiadł zdezorientowany, niepewny gdzie jest i jak się tutaj znalazł. Ciepłe łóżko, nakarmiona Livia. Słoneczne światło tańczące na kolorowych, grubych szkłach ciężkich okien. Potrząsnął głową, poszukał dłonią koszuli, by odziać się przed wzrokiem Afrodyty, która ze spokojnym i ciepłym uśmiechem siedziała na brzegu łoża.
- Spokojnie – dodała, widać jak bardzo stał się nerwowy. – Świt dawno już wstał, jesteś już bezpieczny. Śpieszyć się nie masz gdzie, a małą się już zajęłam – wskazała na posłanie ze skór, na którym dziewczynka drzemała rozkosznie.
Przetarł zaspane oczy, nieśmiało wygrzebał się spod pierzyny. Na stoliku obok okna czekało na niego śniadanie. Zatopił zęby w pysznych, miękkich pszennych plackach, obficie polał miodem, palcami wyjadł dżem truskawkowy przygotowany w niewielkiej misce obok. Afrodyta roześmiała się szczerze widząc tą pasję, z jaką wcinał posiłek. Gdy tylko przełknął ostatni kęs, spoważniała nieco.
- Revanie – zaczęła. – Wiem, ze nalegamy, lecz naprawdę musimy zastanowić się nad opuszczeniem wyspy. Złe rzeczy się dzieją, a nie chcemy by młoda Livia i ty… - przygryzła wargę. – Cóż, żeby wam się coś stało. Złożyliśmy obietnicę, że się wami zajmiemy. Musimy znaleźć transport i uciec.
Chłopak zamyślił się, wciąż niepewny.
- Nie wiem, czy wybrana by sobie tego życzyła – odparł w końcu najśmielej jak umiał, chociaż głos drżał mu lekko. Wiedział, że pozwalają mu podjąć decyzję, chociaż miał wrażenie, że jego zdanie niewiele się liczy.
- Zapewniam cię, że jesteśmy jej przyjaciółmi – odpowiedziała spokojnie Afrodyta i poprawiła pięknie haftowany kubraczek zdobiony puchowym, różowym kołnierzem. – Czy gdyby nie ona, wiedzielibyśmy, kim jesteś? Czy oferowalibyśmy ci swoją pomoc?
- Moglibyście być wrogami wybranej – Revan przekrzywił głowę, sam się dziwiąc, skąd u niego bierze się odwaga do takiej dyskusji. Kobieta jednak nie miała mu tego za złe, co więcej wydawała się przygotowana na podobną ewentualność.
- Gdybyśmy byli – westchnęła. – Zapewniam cię, że mój brat zarzuciłby sobie ciebie na plecy i zaokrętował się na pierwszą lepszą łajbę, nie bacząc na twoją opinię i dobrą wolę.
- Skąd wiem, że i tak tego nie zrobi? – Chłopak łamał się coraz bardziej. Nie czuł się zbyt pewnie, lecz z drugiej strony brakowało mu argumentów. Zupełnie jak przy wczorajszej rozmowie z siwowłosym bardem, gdy nie był w stanie dotrzymać słownego pola z elokwentnym śpiewakiem i nie potrafił wykrztusić swoich racji.
Myślał, że kobieta obrazi się, lub zruga go za śmiałość, lecz roześmiała się tylko swobodnie.
- Oczywiście, że może tak zrobić – odparła. – Ale Eve porachowałaby mu później wszystkie kości. I coś mi mówi – odchrząknęła. – Że nie tylko ona.
Wdzięcznie zeskoczyła z łoża, podeszła do chłopca, nachyliła się nad nim, wzięła jego lepkie od soku i miodu dłonie, otuliła w swoich. Zajrzała w oczy.
- Toczy się tutaj wielka wojna – powiedziała cicho. – Nie wiemy, jaki będzie jej wynik. Mamy nadzieję, ze wybrana, że Gab…. Lwica… Że wszyscy poradzą sobie z zagrożeniem. Ale nie jesteśmy tego pewni. Dlatego na pewien okres czasu musimy się schronić. Nikt nie mówił, że do końca życia będziesz żył pod Greckim słońcem.
Słuchał zawstydzony jej bliskością i zapachem. Miał wrażenie, że w jego postawie i spojrzeniu Afrodyta odszukuje kogoś innego. A co gorsza, z uśmiechem znajduje.
- Bądź spokojny – dodała. – Nie chcemy robić nic wbrew tobie. Chcemy cię tylko chronić. Ciebie i małą Livię. Wiele miałeś szczęścia podróżując tutaj, lecz nie nadwyrężaj cierpliwości losu.
Pokiwał głową, wspominając trzęsienia górskich rozpadlin i tajemniczego wybawiciela, który go osłonił. Westchnął cichutko, nabrał powietrza w płuca.
- Pojadę z wami – powiedział nieśmiało. – To chyba najlepsze wyjście – uzupełnił, dodając sobie animuszu.
- Dzielny chłopak! – Afrodyta potargała go po krzywo obciętych włosach. – A skoro tak, to może byś wziął długą i gorącą kąpiel? Droga dała ci się we znaki młodzieńcze – zmarszczyła nosek nie bez złośliwości i jakby nigdy nic podeszła do budzącej się właśnie Livii.
Gdy schodził na dół w poszukiwaniu łaźni miał dziwne wrażenie, ze przestał być panem swojego losu. Z jednej strony martwiło go to i irytowało, z drugiej czuł niewysłowioną ulgę. Bardzo przywiązał się do małej i wiedział, że nie jest w stanie jej ochronić. Zakładał jednak, że jego nowi towarzysze wspomogą go z tym z ochotą. A sprawiali wrażenie ludzi, którzy wiedzą, co robią.

***

Pentos przetarł zmęczone oczy i odstawił puste wiadro na ziemię. Pół nocy gasili pożary, wysyłali patrole, opatrywali rannych. Od dłuższego czasu panował jednak względny spokój, przerywany jedynie nawoływaniami wartowników. Ogniska żarzyły się leniwie, ludzie zapadali choćby i w nerwową drzemkę. Konie niespokojnie parskały w zagrodach.
Adiutant skończył właśnie ostatni obchód, spisując ostateczny raport ze strat i notując na marginesach swoje uwagi. Cześć pomysłów wprowadził w życie, części by się nie ośmielił bez wiedzy Valerii. Nie chciał jednak budzić dziewczyny, nim nie zacznie świtać. Upewnił się, że wśród grupki Dagonów wszystko w porządku i żaden z nich nie został ranny. Najbardziej martwili go uciekinierzy. Gdy żołnierz zginie na posterunku, lub nawet we własnym obozie, jest to mniej bolesne, niż gdy ginie cywil. Szczególnie bezbronny, zdany na łaskę bogów i ostrzy mieczy legionu, który go ochraniał.
Odwrócił się gwałtownie. Nagle spoza namiotów w szybkim kłusie zbliżali się dwaj jeźdźcy. Wyraźnie kierowali się ku namiotowi Valerii, nie wiedząc, że dla własnego bezpieczeństwa dziewczyna leżała w innym, o wiele skromniejszym. Dziś Pentos dziękował sobie za tą przezorność podwójnie.
Ruszył w ich kierunku, gdy tylko osadzili konie z miejsca i zeskoczyli z siodeł.
- Kim jesteście? – Krzyknął nie widząc wyraźnych oznaczeń legionów. – Jak przejechaliście przez straże! Meldować się, ale już!
Wyższy z nieznajomych prychnął pod nosem i odwrócił się do siodła poprawiając przekrzywione juki. Drugi odwrócił się w jego kierunku z gracją przyczajonego tygrysa, poprawił miecz przy złotym pasie i odrzucił kaptur na plecy. Pentos zająknął się, zgubił wzrokiem, zatrzymał. W końcu opadł na jedno kolano przerażony własnym grubiaństwem.
- Pani – jęknął. – Wybacz.. Nie wiedziałem.
- Nikt miał nie wiedzieć – odparła Lwica pewnym tonem. – Nic się nie stało żołnierzu. Wstań.
Zareagował na jej rozkaz odruchowo, zasalutował dumnie i skłonił się drugiej kobiecie, która stanęła przy władczyni wpatrując się pilnie w jego oblicze. Nie mógł się oprzeć wrażeniu, że razem z Lwicą wyglądały jak ogień i woda, dwa przeciwieństwa, jednak tak podobne w jakiś nieuchwytny, zaskakujący sposób.
- Podobno zostaliście napadnięci – Gabriela zzuła rękawice przyglądając się mężczyźnie. Ich wierzchowcami niemal od razu zajęli się wartownicy, także rozpoznając niespodziewanego gościa. Milczeli, jedynie w respekcie salutując i skłaniając głowy. Obydwie kobiety oddawały ten gest. – Doszły mnie wieści, że sam Tercjusz brał udział w ataku. Czy to prawda?
- Tak, pani. Tak jak pisałem w raporcie…
- Jesteś Pentos, prawda? – Zapytała druga z nich upewniając się jakby. Zauważył, że przy boku czarnowłosej wisiał czakram. Poderwał zaskoczone spojrzenie, zerknął jej w twarz. Czyżby to była legendarna Xena? Oczywiście, imponująca, piękna, silna, ale jakaś taka zwyczajna. Spodziewał się… cóż, niczego się nie spodziewał oprócz kolejnej dworskiej intrygi, lecz żywa legenda nieco go zawiodła.
Wojowniczka jakby czytała mu w myślach. Syknęła z niezadowoleniem i odwróciła profilem, a władczyni roześmiała się cicho.
- Tak, zgadza się – potwierdził, nawet nie mając czasu się dziwić.
- Dobrze napisane raporty – pochwaliła go Lwica nie kryjąc rozbawienia i wymieniając zagadkowe spojrzenia ze swoją towarzyszką. – Pentosie, jak zapewne zdołałeś się zorientować, przed tobą stoi dowódca wojsk Atlantis. Xena. Wojowniczka Księżniczka. Jesteś jej winien hołd – dodała ze złośliwym błyskiem w oku.
Xena nabrała powietrza powstrzymując się od wybuchu irytacji, gdy adiutant ponownie padł na jedno kolano. Gabriela spojrzała na nią z trudem kryjąc wybuch śmiechu. Nie wiedząc czemu sytuacja ta zdawała jej się przeogromnie zabawna.
- Dość – ucięła wojowniczka i gestem nakazała mu powstać. Zauważyła, że całe spodnie adiutanta są teraz w lepkim, mokrym błocie. Pokręciła głową. – Nie jesteśmy tu oficjalnie – zaczęła, lecz zdała sobie sprawę, że zapewne pół obozu otrzymało już wieści o ich przybyciu. – Gdzie twój dowódca? Jak wygląda sytuacja?
Pentos gestem wskazał im drogę, lecz puściły go przodem. Szedł bez wahania opowiadając o niedawnych zdarzeniach. Metodycznie, bezbarwnym tonem opisywał walkę, ludzi, krew i śmierci. Słuchały pilnie, niemal nie przerywając. Lwica spoważniała, gdy opisywał atak. Xena zadała kilka szybkich i trafnych pytań.
- Odjechali na południe – rzuciła do władczyni. – Czy nie tam znajdują się te górskie wąwozy?
- O ile moja mapa w głowie nie zawodzi, masz rację – zgodziła się Gabriela, a Pentos zdziwiony zauważył, że zwracają się do siebie jak równy z równym. Jak partnerzy, nie jak żołnierz z przełożonym. Widocznie Xena kryła wiele tajemnic i miała sporo talentów. Nigdy wcześniej nie słyszał, by ktoś mówił do Lwicy w ten sposób. Ani nie wiedział o takim przypadku.
- Doskonałe miejsce na obóz – wojowniczka zamyśliła się. – Albo na pułapkę.
Zatrzymali się przed namiotem Valerii. Przez poły twardego i ciężkiego materiału przebijało światło świecy. Dziewczyna spała, lecz zawsze ktoś przy niej był i czuwał. Szczególnie w tej sytuacji dodatkowa ochrona była konieczna.
Adiutant zawahał się. Z jednej strony winien był bez słowa wykonywać rozkazy, z drugiej zdawał sobie sprawę, że Valerii potrzebny jest sen. Stanął niezdecydowany, nie mogąc znaleźć słów. Tak bliska obecność legendarnej Lwicy onieśmielała go bardziej, niż skłonny był przyznać.
- Ja.. – Zaczął niepewnie.
Władczyni uniosła dłoń, jakby rozumiejąc jego obawy.
- Musimy porozmawiać z Valerią, chociaż przez chwilę – powiedziała spokojnie. – Wiem, że pora nie sprzyja, lecz nie mam czasu czekać, aż się obudzi.
Xena wyprzedzając słowa ruszyła w kierunku namiotu, odchyliła poły, weszła do środka. Lwica rzuciła uspokajające spojrzenie adiutantowi i poszła w jej ślady.
Gdy tylko znalazły się w ciasnym wnętrzu, władczyni gestem wyprosiła siedzącą u wezgłowia pryczy kobietę, a także kilku strażników, którzy na wpół drzemiąc siedzieli niedaleko ognia. Gdy zostały same, Gabriela usiadła przy śpiącej dziewczynie, chwyciła jej dłoń i potrząsnęła lekko. Valeria wymamrotała coś przez sen i odwróciła głowę, lecz Lwica nie dawała za wygraną. Xena westchnęła i przewróciła oczami.
- Jak będziesz robić to tak delikatnie, to zostaniemy w obozie do południa – jęknęła.
- Jest ranna – Gabriela zmierzyła ją spojrzeniem. – Wykończona i zapewne nie spała pół nocy. Daj jej chwilę, za moment dojdzie do siebie.
- Zawsze jesteś taka czuła w stosunku do swoich żołnierzy? – Warknęła wojowniczka czekając na reakcję Valerii. Nie ukrywała, że jej się śpieszy i miała wrażenie, że Lwica celowo przeciąga sprawę. Założyła rękę na rękę i rozparła się na zydlu poprawiając przemoczony płaszcz.
- Tylko do tych wyjątkowo urodziwych – Gabriela zmrużyła oczy grając wojowniczce na nerwach. Humor wyjątkowo jej się poprawił, chociaż nie miała pojęcia, czemu. Być może to przez nocną przejażdżkę, być może przez szczerą rozmowę, której nie doświadczyła od lat. A być może znowu zaczynała ulegać czarowi stalowych błękitnych oczu. Tak czy siak, nie potrafiła powstrzymać droczenia się.
Xena już otwierała usta, by skomentować docinek, lecz w tym momencie Valeria uchyliła powieki. Zaskoczona zaczerpnęła powietrza, lecz Lwica uspokajająco położyła jej dłoń na ramieniu.
- Witaj Valerio – powiedziała spokojnie, aż nazbyt chłodno biorąc pod uwagę jej wcześniejsze słowa.
- Witaj Pani – wyszeptała tamta z trudem przełykając ślinę. Nie była pewna czy ta niespodziewana wizyta to dobry znak, czy zły. Rozglądnęła się w poszukiwaniu Pentosa, lecz adiutanta nie było w pomieszczeniu. Serce zabiło jej mocniej, niespokojnie.
- Mam nadzieję, że czujesz się lepiej – uspokoiła ją Gabriela, słysząc jęk rezygnacji za swoimi plecami. – Gratuluję zimnej krwi i oceny sytuacji – uniosła dłoń, powstrzymując wypowiedź dziewczyny. – Przybyłam tu osobiście w asyście Xeny – wskazała na wojowniczkę, która unosząc brew zerkała na nie dwie bez entuzjazmu. – Wybadać sytuację i przekazać rozkazy. Jutro wyruszycie do Tandet. Wszyscy. Zabierzcie ze sobą Dagonów. Przekażę osobiście rozkazy, gdzie ich ugościć w stolicy. Nie mów nikomu, jak daleko się wycofujecie. Niech sądzą, że to przegrupowanie wojsk. Czy to jasne?
Valeria skinęła głową oszołomiona. Wyraźnie paliła się, żeby coś powiedzieć, lecz Lwica nie pozwoliła jej trwonić słow.
- Gdzieś niedaleko jest obóz Tercjusza i Kronosa – podjęła władczyni. – Robiliście rozeznanie terenu? Gdzie mogą się ukrywać?
- Południe – wszeptała Valeria. – Tylko tam nie byliśmy w stanie… sprawdzić. Za trudny teren – dodała wykończona.
Gabriela skinęła głową i wstały razem z Xeną. Valeria z zaskoczeniem zauważyła, że jej nowy dowódca przewyższa władczynię o głowę. Legendarna wojowniczka budziła też respekt, chociaż w porównaniu z Tercjuszem wydawała się łagodną wróżką. Dziewczyna uśmiechnęła się słabo na tą myśl.
- Zdrowiej – usłyszała, gdy zapadała w sen. Tym razem pełen spokojnych myśli, nie płomieni i ognia.
Gdy wyszły, władczyni przekazała rozkazy adiutantowi, podpisała odpowiedni dokument i nakazała przyprowadzenie świeżych koni. Obie przy świetle kaganka spojrzały uważnie na mapę, wytyczając drogę. Pilnowały się jednak, by nikt postronny nie słyszał, dokąd się udają.
- Mogłaś przekazać wieści Pentosowi – wojowniczka zgrzytnęła zębami, gdy podprowadzono wierzchowce. – Zapewne on także doskonale znał sytuację i położenie wojsk.
- Mogłam – Lwica wskoczyła na siodło, spięła konia i uśmiechnęła się z lubością. – Ale po pierwsze dziewczynie należały się gratulacje. Nie zdziwiłabym się, gdyby oczekiwała nagany lub stryczka za złamanie rozkazu. Po drugie zrobiłabym źle, rozmawiając tylko z jej podwładnym, a nie z nią samą. To jest wojsko. A po trzecie… - zawiesiła głos, ale potrząsnęła głową i ruszyła w noc.
- Po trzecie zachciało ci się teraz ze mną droczyć – Xena dogoniła ją szybko.
- Wolisz chyba, kiedy się droczę, niż kiedy cię nienawidzę – odparła Gabriela poważniejąc całkowicie.
Wojowniczka zręcznie dostosowała tępo swojego wierzchowca do gniadosza władczyni, ale własnych słów nie potrafiła zastopować.
- Czy ciebie z nią coś… - zagryzła wargi zdając sobie sprawę, że w całym tym wojennym szaleństwie znowu wychodzi na idiotkę nie tamując własnych emocji. Zawyła w środku ze złości. Kiedyś nie była tak uczuciowa, kiedyś potrafiła skupić się tylko na walce. Co się z nią stało? Cóż, jej odpowiedz jechała z nią koń w koń.
- Nie – odparła miękko Lwica. – Chociaż zapewne połowa mojego dworu sądzi inaczej. Widzę jednak, że wypytywanie o moje prywatne sprawy wychodzi ci coraz lepiej – spojrzała na wojowniczkę z ukosa.
- Ja… - Xena zacisnęła szczęki, po czym zamruczała coś pod nosem niewyraźnie. Gabriela zdawała się raz tak szalenie daleka, raz zupełnie obok. Domyślała się w skrytości ducha, co musiał przechodzić Kronos próbując ją zdobyć. Czuła na własnej skórze, że przekonanie do siebie tej doświadczonej, zranionej i dojrzałej dziewczyny nie będzie takie proste. Nie, jak za pierwszym razem.
Potrząsnęła głową. Prawda była taka, że wojowniczka nigdy nie musiała Gabrieli zdobywać. Raczej poddawała się coraz bardziej panowaniu blondwłosej bardki. Niemal bez słów z wpatrzonej w niej młodziutkiej dziewczynki, stała się jej przyjaciółką, partnerką, a później kochanką. Wszystkie kroki w ich znajomości, chociaż następowały powoli, działy się niejako same z siebie. Rzecz jasna przechodziły ciężkie chwile, kłóciły się, walczyły między sobą, ale zawsze uczucie, jakie między nimi było, pozostawało niezmienne. Xena z przerażeniem uświadomiła sobie, że musi walczyć nie tylko o zaufanie, ale też o miłość. A nigdy w tym dobra nie była.
Warknęła do siebie, zastanawiając się, co może zrobić. W strategii wojennej potrafiła być nieustępliwa, bezlitosna i cierpliwa. W przypadku ich wzajemnych relacji gorączkowo szukała rozwiązań, cały czas potykając się o źle sformułowane myśli czy też nieodpowiednie komentarze.
Wyjechały na otwartą przestrzeń. W tle czernią na tle nieba piętrzyły się góry. Kronos. Tercjusz. Tym powinna się zająć. Xena uniosła głowę, widząc, ze Gabriela spina konia do ostrzejszej jazdy. Wyraźnie chciała wykorzystać prostą drogę do chwilowego szaleństwa.
- Dalej lubię, jak jesteś zazdrosna – dobiegł ją jej głos, gdy Lwica minęła ją w galopie.
Rzuciła się za nią, a serce zabiło radośnie nadzieją.

***

Najara drzemała niespokojnie, szarpiąc i przewracając po niewygodnym legowisku. Cały poprzedni dzień i część nocy nadzorowała wymarsze wojsk, przekazywała rozkazy, wdrażała plan Kronosa w życie sama nie będąc pewną, czy postępuje słusznie. Czuła, że być może działa wbrew swojej misji i swoim przekonaniom, lecz bez druzgoczącej pewności nie łamała słowa danego białemu krukowi. Tak czy inaczej wiedziała, co planują najwięksi przeciwnicy Lwicy. Były to informacje, które prędzej czy później będzie mogła wykorzystać.
Gdy w końcu przymknęła oczy i zapadła w migotliwą ciemność urywanego snu, poczuła mrowienie własnych powiek i zawrót głowy. Blask był bolesny, tym bardziej, że nie mogła odwrócić oczu. Spała.
Jak zwykle unosiła się pomiędzy niebem i ziemią, gdzieś w obłokach jawy i snu, pomiędzy rzeczywistością a szaleństwem. Wiatr, który rozwiewał jej włosy, zdawał się prawdziwy, lecz wszystko tu było ułudą prócz wieści i rozkazów, jakie były jej przekazywane.
Archanioł stał przed nią dumnie, niemal w niezmienionej pozycji od ich ostatniego spotkania. Pamiętała, jak rozprawiał się na jej oczach z jej odwiecznymi demonami, jak przejął nad nią kontrolę, jak obdarzył ją siłą i mocą. Jak w końcu dał jej prawo osądu, umożliwił trzeźwe spojrzenie. Kochała go za to i nienawidziła jednocześnie. W sercu drgała boleśnie zadra zdrady, jaką nosiła. Lecz bała się nawet o tym myśleć w jego obecności.
- Witaj Michale – skłoniła głowę.
- Witaj – odparł, jakby z naganą, a Najara przestraszona spojrzała na niego szukając potwierdzenia. Niewielu rzeczy się bała, lecz powrót do jej szaleństwa, którym jej groził, gdyby zawiodła, przerażał ją całkowicie.
- Nie obawiaj się – rzucił szorstko. – Dobrze wybierasz drogi. Kronos popełnia błędy, jednak jest szansa, że da radę opanować zagrożenie. Skoro nie udało nam się dojść swego z twoimi oddziałami, to najlepsze wyjście. Cieszę się, że jesteś naszymi oczami i uszami w jego oddziałach.
- A Xena? Gabriela? Eve? – Wyliczała. – Miałam ich pilnować, miałam przekonać…
- Przepowiednia – przerwał jej Michał brutalnie. – Mówi jasno. Atlantis albo zapieczętuje swoje tajemnice przed każdym z bogów dzięki krwi z krwi wojowniczej księżniczki i Lwicy, albo też zatonie w falach mórz i oceanów. Ponieważ nadzieja na to pierwsze wymyka się nam z rąk, zdajemy sobie sprawę, że możemy zapobiec tylko temu drugiemu.
- To znaczy, że nie ma już szansy na ocalenie Gabrieli? – Zapytała Najara niepewnie.
- Szanse są zawsze – odparł beznamiętnie archanioł. – Niestety sytuacja skomplikowała się, gdyż cóż… Nieprzyjazna nam frakcja do gry włączyła samą Xenę.
- Widziałam – Najara skłoniła głowę. – Ale nie byłam w stanie jej przeszkodzić.
- Niewielu nie jest w stanie – Michał westchnął lekko, aż zafurkotały ciemne lotki skrzydeł. – Za bardzo związana jest z tą historią. Liczyliśmy, że jej córka, lub wnuczka i syn Gabrieli poddadzą się naszej woli i dokonają oczyszczenia. Eve jednak nie słuchała, Revan wymykał nam się nie raz i nie dwa. I nie tylko nam.
- Być może uda się ich jeszcze przekonać – wojowniczka spojrzała na archanioła niepewnie.
- Przekonać? – Michał spojrzał na nią z wyższością. – Czy nie słuchałaś, gdy ci tłumaczyłem? Revan i Eve mieli umrzeć. Mieli zapieczętować swoją krwią święte pieczęcie.
- Dlatego Kronos polował na Eve – zgodziła się wojowniczka. – Ale Revan… Im bardziej poznaję białego kruka, tym mniej mi się chce wierzyć… Chciał poświęcić własnego syna?
- Cóż, chwilę w to wierzyliśmy – odparł archanioł. – Ale tak naprawdę Kronos nigdy nie chciał zabić Revana. Wychodził ze słusznego założenia, że wystarczy mu tylko jego matka. Cóż, miała wyraźnie w jego oczach mniejszy potencjał na przyszłość. Syna chciał uchronić. Biedny głupiec – pokręcił głową.
- Jak pojawienie się Xeny zmienia sytuację? – Zapytała Najara zastanawiając się nad sytuacją.
- Teoretycznie na lepsze – Michał wzruszył ramionami. – Jest jeszcze jedna szansa złożenia krwawej ofiary. Praktycznie jednak to bardzo złe wieści. Xena nie da sobie odebrać życia, które dopiero, co odzyskała, a ofiarą nazwać jej na pewno nie można. Wątpię, żeby dopuściła, by jej córka dała się poświęcić. Z tego, co jest mi wiadomo, Xena bardzo nie lubi tego słowa – roześmiał się nieprzyjemnie.
- Co więc mamy robić? – Wyprostowała się dumnie, bardzo się bojąc, że przeczyta jej myśli. Że odkryje zdradę i skaże ją na wieczne potępienie.
- Poszczuć je przeciwko sobie – wzruszył ramionami Michał. – Zabić. Xenę. Gabrielę. Eve. Revana i Livię, jeżeli będzie to możliwe. Zabić ich wszystkich. Zgładzić. Skoro nie można dopełnić rytuału, niech przynajmniej nie przyczynią się do zniszczenia Atlantis.
- Nie wiem, gdzie jest Revan i Livia – przyznała wojowniczka niepewnie.
- Nimi zajmiemy się my – mruknął archanioł. – Tobie zostawiam trudniejsze zadanie.
Pstryknął palcami i obrócił się napięcie.
Najara poczuła, że spada, rozpływa się, znika. Jak zwykle Michał nawet nie próbował jej ostrzec. Chwyciła się urywka swojej świadomości, mentalnie wdrapywała po stopniach snów i marzeń, żeby nie utonąć. Gdy niemal zapadła się w przerażającą ciemność, poczuła dobrze znane sobie dłonie wciągające ją powoli na szczebel zdrowego rozsądku.
- Irytujący jest, prawda? – Szepnęła jej na ucho Callisto. – Myślałam, że nigdy nie skończy gadać.
Silne ręce anielicy utrzymywały ja na granicy snu i jawy. Zbyt daleko, by się obudzić, zbyt blisko, by Michał mógł słyszeć ich rozmowę.
- Jeżeli się dowie, że ja.. – Jęknęła Najara.
- Nie dowie się – anielica uśmiechnęła się szeroko. – Gdyby był tym, kim był kiedyś, zapewne nawet nie musiałby pytać. Myślisz, że potężny archanioł dałby się oszukać śmiertelniczce, i to jeszcze będącej na jego łasce? To tylko udowadnia, że działasz w dobrej sprawie – wyszczerzyła ząbki. – O Xenie też dowiedział się za późno. Starzeje się facet – westchnęła uroczo.
- Jeżeli znów ześle na mnie dżinny… - Wojowniczka zadrżała, zatuliła się w swoim spazmie, wzdrygnęła.
- Nie ześle – Callisto przewróciła oczyma. – Przestań bać się tej bandy patałachów. Wiem, wiem, zniszczyli ci życie, ale weź się w garść. Długo dawał się nabierać, więc czemu ma przestać. Jest tak zadufany w sobie, że nie przyzna się do żadnego błędu. Nie zauważył wcześniej, że parokrotnie przeszkodziłaś ludziom Kronosa dobrać się do Eve, zamiast sama ją pojmać. Ona zresztą też wie, co ma robić. Xena i Gabriela też mam nadzieję w końcu się opamiętają. Dać im wojnę do zabawy i zapominają o bożym świecie – jęknęła głucho.
- A ja? – Najara spojrzała na nią uważnie. Miała przedziwne wrażenie, że anielica jest w znacznie większych tarapatach, niż by się zdawało.
- A ty grzecznie pilnuj Kronosa – uśmiechnęła się Callisto. – Tutaj z Michałem wyjątkowo się zgadzamy.
Twardy wojskowy barłóg stał się rzeczywistością, gdy wojowniczka otworzyła oczy. Jęknęła rozdzierająco, czując, że jest jeszcze bardziej zmęczona, niż przed odpoczynkiem. Chwilę leżała wpatrując się w ciemność, aż w końcu poderwała się i siadła do stołu. Postanowiła zabić czas do rana nad księgami i manuskryptami. Najlepiej takimi, które nie traktowały o żadnych świętych wojnach.

***

Znalezienie obozowiska zajęło im więcej czasu niż sądziły. Kronos ukrył się sprytnie i zręcznie rozstawił straże. Mimo, że starały się przemykać ukradkiem, zmuszone były do bezpośredniej konfrontacji. Cichej, ale śmiertelnej.
Zostawiły konie w gęstym zagajniku u stóp jednej z wysokich skał. Ominęły pierwszy posterunek wspinając się na stromy szczyt. Płasze pomagały skryć się przed wzrokiem obserwatorów, ale były niezwykle uciążliwe podczas wędrówki.
Xena rozejrzała się uważnie i w ostatniej chwili czakram strącił jednego z kuszników, ukrytego w igliwiach wysokiej sosny. Mężczyzna zacharczał, zamachał rękami i zleciał w dół, niemal do ich stóp. Gabriela potknęła się, ledwo ominęła ciało, posypały się kamienie. W ostatniej chwili złapała wyciągniętą rękę wojowniczki i utrzymała równowagę. Wyrwała dłoń szybciej niż należało. Xena uniosła brew, lecz zaraz odwróciła się widząc jak sztylet Lwicy przebija gardło kolejnemu ze strażników. Spojrzała na władczynię, ta tylko wzruszyła ramionami.
- Mam nadzieję, że szybko nie zauważą ich nieobecności – mruknęła tylko, przekraczając trupa.
Mglisty poranek szklił liście drzew, zmrażał powietrze. Szły ostrożnie, czasem wspomagając się nawzajem, wypatrując wartowników w każdej chwili gotowe do walki. Gdy dotarły na skraj urwiska, słońce wyraźnie wyłaniało się zza horyzontu. Nieprzyjemna szarość nocy ustępowała coraz szybciej. Xena zaklęła nieprzyjemnie. Niełatwo będzie umknąć niezauważonym.
Obóz dawno obudził się do życia. Widziały szybko gaszone ogniska, wyjeżdżające patrole, oddziały przygotowane do wymarszu. Xena usadowiła się wygodnie, zmrużyła oczy. Gabriela także wysiliła wzrok.
- Wyruszają – szepnęła zaskoczona. – Wszyscy wyruszają. Likwidują obóz.
Wojowniczka przyglądała się sytuacji z niekłamanym zainteresowaniem i coraz większą pewnością. Niewielkie grupki wojowników raz po raz niknęły w obrzeżnych lasach, kierując się w różne strony. Nie mieli ze sobą wiele sprzętu, tyle co potrzeba do szybkiego marszu. Xena zagryzła wargi. Coś tutaj nie grało. Ktoś ją próbował przechytrzyć.
Nagle pośrodku obozowiska dojrzała potężnego mężczyznę przechadzającego się nonszalancko między namiotami. Zdawał się nie przejmować przygotowaniami, raz po raz pociągając z antałka i rozmawiając z kilkoma towarzyszącymi mu żołdakami. Gabriela zacisnęła zęby i skinęła głową odpowiadając na pytające spojrzenie wojowniczki. To był Tercjusz.
Bękart Rzymu w pewnym momencie odwrócił się i powitał na wpół uprzejmie, na wpół ironicznie ubranego na czarno wojownika siedzącego na imponującym karoszu. Ten oddał powitanie, schylił się z końskiego grzbietu, rozmawiali chwilę.
- Kronos – mruknęła Lwica niechętnie. Xena przyjrzała się uważnie.
Mężczyźni rozstali się, Kronos pokłusował do jednego z oddziałów. Wojowniczce wydało się, że mignął jej biały płaszcz Najary, lecz na plac wkroczyło kilka uzbrojonych grupek, powodując spore zamieszanie, efektem czego straciła postać z oczu. Westchnęła, podrapała się po policzku zastanawiając się nad sytuacją. Zatopiła się w myślach o sekundę za długo.
- Uważaj – usłyszała syk Gabrieli, a zaraz później świst stali.
Przeturlała się na bok, wyciągnęła miecz, stanęła na nogi, cięła niemal na oślep. Jeden z napastników runął twarzą w dół. W ostatniej chwili złapała go za kaftan, by nie spadł z urwiska. Nie chciała, by wszyscy wiedzieli o starciu nad ich głowami. Sięgnęła po czakram, nie zdążyła rzucić. Odskoczyła do tyłu, zanurkowała pod ostrzem i wbiła broń w brzuch mężczyzny. Zakwilił z bólu, jęknął. Poprawiła mieczem, uderzając z lewej ręki. Zamłynkowała ostrzem, rozejrzała się w poszukiwaniu kolejnego przeciwnika. Niepotrzebnie.
Gabriela ostatniego zwaliła właśnie kopniakiem w brzuch i cięła przez kręgosłup, aż wygiął się w agonii. Spojrzała krytycznie na swoje dzieło, przesunęła niemal delikatnie ostrzem po gardle krztuszącego się mężczyzny. Wytarła miecz z krwi i spojrzała na Xenę. Ta stała nieporuszona, jakby zaszokowana tą sceną walki.
- Mówiłam ci już dawno temu – na ustach Gabrieli zatańczył smutny uśmieszek. – Droga pokoju i miłości nie jest dla mnie stworzona.
Nie wiedząc czemu Xena odebrała to bardzo personalnie. Bez słów przyglądała się, jak Lwica przez chwilę szuka w trawie sprzączki od płaszcza, który powiewał teraz histerycznie szarpany coraz silniejszym wiatrem. Materiał rozerwał się podczas pojedynku i ozdoba spadła gdzieś na ziemię. Władczyni machnęła w końcu ręką. Nie przywiązywała do zdobień aż takiej wagi. Wojowniczka westchnęła, schowała miecz, powiesiła czakram.
- Jedźmy – mruknęła patrząc po ciałach zabitych. – Nie wiem, czy nie wezwali posiłków.
Jakby na te słowa jęknęła niedaleko cięciwa, zagwizdał bełt. Wojowniczka syknęła, rzuciła się w stronę Gabrieli, ta jednak odbiła pocisk w locie, jakby od niechcenia. Strzała, jak zdechły ptak wylądowała u stóp Xeny, która spojrzała na swoją ukochaną z niedowierzaniem. Tamta wzruszyła ramionami.
- Jedźmy – zgodziła się z wojowniczką i ruszyła w dół zbocza. Wydawać by się mogło, że cała sytuacja jest dla niej rutynowa, lecz w głębi duszy Gabriela czuła się z siebie obłędnie dumna. Właściwie całkowicie nie wiedziała, dlaczego.
Nie napotkały oporu podczas drogi powrotnej, chociaż kryły się już mniej bardziej zważając na czas, niż na skrycie swej obecności. Dobrnęły do zagajnika, wzajemnie pilnując swoich pleców, wskoczyły na siodła, pogoniły zwierzęta do ostrego galopu.
Zwolniły dopiero po dłuższej chwili, gdy obydwie miały pewność, że nie rzucono się za nimi w pogoń. Ich obecność zapewne została już odkryta, jednak Kronos nie chciał ryzykować. Ani jemu ani Tercjuszowi do głowy by nie przyszło, że zwiadowcami były tak znakomite postaci. Przyjęli zapewne, że to jedynie zwykła straż przednia.
- Nie podoba mi się to – rzekła Xena, gdy tylko wjechały na znajomą sobie drogę prowadzącą do obozowiska Valerii. – Wyraźnie zmieniają taktykę.
- Nie sądzę by planowali ataki partyzanckie – Gabriela spojrzała na nią, także głęboko zamyślona. – To wyglądało bardziej jak przygotowanie do dłuższej drogi.
- Do dłuższej… - Xena podniosła wzrok jakby w olśnieniu. – No tak, to oczywiste – wycedziła przez zęby. – Tego na pewno się nie spodziewasz – popatrzyła na władczynię. – Chcą nas wyminąć – warknęła. – Chcą nas wyminąć i ruszyć na stolicę.
Lwica zaniemówiła, zamrugała oczami.
- To byłoby szaleństwo – przyznała spokojnie. – Byliby wzięci w dwa ognie. Z przodu obrona zamku, z tyłu legiony. To nie miałoby sensu.
- Jak dobrze Tercjusz zna umocnienia Tandet? – Xena spojrzała na nią wymownie.
Władczyni zbladła.
- Zbyt dobrze – jęknęła. – O bogowie! Ale przecież nie wszyscy się przedostaną! – Wykrzyknęła w złości, że tak dała się podejść.
- Część pewnie popłynie morzem – skinęła głową wojowniczka. – Część nie przebije się przez nasze straże. Ale duża grupa dotrze do stolicy. Jak duży garnizon stacjonuje w zamku?
- W tym momencie niecały legion – warknęła Gabriela zirytowana rozpaczliwie szukając rozwiązania. – Za mało – zagryzła wargi. – Nawet ja nie znam wszystkich tajnych dróg i lochów. Tercjusz, jeżeli planował to dłużej, zapewne wie więcej ode mnie. Kurwa mać! – Uderzyła pięścią w udo. – Jeżeli ich zaskoczy wewnątrz, to dokona rzezi!
- Rozdzielmy się – Xena obróciła wierzchowca. – Ja opanuję sytuację tutaj. Ty jedź na Tandet. Jak najszybciej. Valeria już wyruszyła – spojrzała na słońce powoli górujące nad horyzontem. - Z nimi będziesz bezpieczna.
- Będą mnie spowalniać – władczyni zerknęła na wojowniczkę spode łba. Dotknęła w roztargnieniu skroni.
- Niekoniecznie- Xena potrząsnęła głową. – Oddziały Kronosa nie będą biec, tylko się skradać. Legion Valerii zapewni ci ochronę. To wierni ludzie. Bardzo ci oddani – dodała.
Wymieniły spojrzenia na wpół żartobliwe, na wpół zazdrosne. Wojowniczka odchrząknęła wiedząc, że jej ukochana drwi z niej w duszy z tego napadu zazdrości, jaki przed paroma godzinami zaprezentowała. Nic jednak nie było ważniejsze niż bezpieczeństwo władczyni. Poza tym dziewczyna była ranna. Co mogło się stać?
- Potrafię ochronić się sama – Gabriela spojrzała na nią znacząco. Bez słów nawiązała do sytuacji na urwisku.
- Wiem – Xena przytaknęła twardo. – Widziałam. Co nie zmienia faktu, że i tak się o ciebie boję.
Lwica zamarła w pół ruchu, właśnie zdejmując swój sygnet, by przekazać go wojowniczce. Dokończyła gest powoli, nie śpiesząc się, jakby z namysłem. Rzuciła jej pierścień, tamta złapała go sprawnie w locie.
- Puścisz kurierów – Gabriela nie pytała. Rozkazywała. Chociaż ton głosu miała dziwnie miękki.- To na wszelki wypadek, gdyby ktokolwiek miał wątpliwości, co do twojej pozycji. Roześlij wieści. Niech stolica się przygotuje.
- Natychmiast – wojowniczka skinęła głową, chwilę szukała spojrzenia zielonych oczu, a gdy je otrzymała, rzuciła się do galopu.
- Poczekaj! – Krzyk osadził ją w miejscu, usłyszała głuchy tętent kopyt. Nagle czyjaś dłoń dotknęła jej ramienia, policzka, czoła. – Uważaj na siebie – usłyszała. – Nie daj się zabić – zapadłą chwila ciszy, po czym Gabriela dodała cicho. – Proszę.
Xena niczego bardziej nie pragnęła, jak zeskoczyć z konia, ściągnąć dziewczynę z siodła, przytulić, nie wypuścić z ramion. Wiedziała jednak, że nie ma na to czasu. Poza tym cholernie się bała, że gest ten może zostać źle odebrany. Zamiast tego uścisnęła drobną dłoń władczyni, przycisnęła palce do ust, puściła gwałtownie i pognała na wschód.

***

Valeria czuła się idiotycznie. Naprędce sklecona lektyka była raczej parodią, niż odwzorowaniem rzymskich oryginałów. Pentos postarał się jednak, jak mógł, by było jej wygodnie, a także by miała maksimum prywatności. Biorąc pod uwagę, jak niewiele mieli czasu, konstrukcja była zaiste imponująca. Dziewczyna miała większe szanse ucieczki, niż gdyby złożono ją na wozie, a też i zdecydowanie mniej bolesna była to przejażdżka. Każdy koński krok odpowiadał w jej ciele głuchym, dudniącym bólem.
Uformowali prosty szyk, puścili przednie straże i zwiadowców. Na obładowanych ekwipunkiem wozach umieszczono rannych i kilkoro dzieci z dagońskiej sekty. Śmiały się radośnie, a co jakiś czas żołnierze podchodzili do nich, czy to przekazując smakołyk, czy też pokazując sztuczki. Radosne szczebiotanie najmłodszych topiło serca twardych żołdaków jak wosk. Szczególnie po ciężkich atakach na posterunek Kronosa i nocnej niespodziance Tercjusza.
Dziewczyna zamyśliła się, poprawiła na poduszkach. Legiony przyjęły zdradę swego dowódcy nadzwyczaj dobrze. Nie obyło się bez szemrania i plotek, jak zwykle doszukiwano się powodów w łożnicy władczyni, lecz jednak ludzie dumnie stali za Lwicą. Pentos sprawdzał wielokrotnie, czy oddziały nie uszczupliły się zanadto po odejściu rzymskiego bękarta. Zanotowano jedynie kilkanaście dezercji, głównie osób należących do jego przybocznej, rodowej straży. Byli to ludzie związani z ziemiami, jakie nadała mu swego czasu Lwica, wierni mu i oddani bardziej niż całemu państwu. Władczyni pozwalała mu na utrzymanie własnego oddziału, gdyż, jak twierdził, byli to jego wywiadowcy i szpiedzy, wojownicy od specjalnych zadań. Teraz jednak widać było w pełnej krasie, do jakich akcji sposobił ich Tercjusz.
Valeria zagryzła wargi. Była wdzięczna losowi, że przeżyła, choć teoretycznie śmierć na polu walki winna być bardziej w cenie. Zaprzysięgała sobie jednak z każdym ukłuciem bólu, że odpłaci temu psu z nawiązką. Pytanie tylko jak? Gdyby miała więcej sił, wyruszyłaby w pole, to pewne. Wiedziała jednak, że nie sprosta bękartowi ani w mieczu ani tym bardziej w toporze. Był silniejszy, sprawniejszy i bardziej bezlitosny niż większość wojowników, jakich znała. Być może był jednak inny sposób, by pomieszać mu szyki.
Zastanowiła się chwilę, licząc nazwiska, przypominając sobie tytuły. Wiedziała, że będzie jednym z pierwszych dowódców na dworze, o ile podróż przebiegnie bez zakłóceń. Tercjusz nie mógł działać sam. Zdrada musiała wypuścić swoje pędy i w sercu imperium. Trzeba było się dowiedzieć, któż jeszcze stoi za bękartem Rzymu. Valeria nie była zbyt wprawna w intrygach, jednak niewiele więcej mogła zrobić. A chciała zrobić cokolwiek. W jej głowie zaczął powstawać plan.
Nagle ktoś jakby nieśmiało zastukał w drewnianą ramę konstrukcji. Ten grzeczny gest niemal ją rozbawił. Uchyliła płócienne zasłony i zobaczyła przystojną, lecz chłodną w wyrazie twarz Oriana, przywódcy Dagonów. Skłonił się przed nią delikatnie, jakby czyniąc to z trudem. Widać nie był przyzwyczajony do uznawania innej władzy niż boska. Dziewczyna skinęła głową nie mając mu tego za złe. Lata sporów religijnych zarówno wojennych, jak i na polu prywatnym nauczyły ją, że nie ma sensu tracić czasu na tego typu dysputy.
- Pani – powiedział ciepłym, miękkim głosem, będącym całkowitym przeciwieństwem jego wyglądu. – Zapytać chciałem…
- Mów – skinęła dłonią i jednocześnie sycząc z bólu, gdyż jeden z niosących ją wierzchowców potknął się na kamieniu, zgubił rytm i zakolebał nieprzyjemnie.
- Chciałem zapytać, czy dane będzie nam się spotkać z Lwicą. Bardzo cieszymy się, że udzieliła nam swojego wsparcia i ochrony. Chcielibyśmy jej podziękować..
- Na pewno chętnie wysłucha was, gdy tylko będzie ku temu pora – Valeria skinęła głową zastanawiając się, kiedy bardzo zajęta władczyni znajdzie czas by posłuchać śpiewów i przyjąć bukiety kwiatów. Nie sądziła, by było to jeszcze w tym roku. Liczyła się jednak intencja.
- Mamy też prośbę – powiedział nieśmiało, jednak o dziwo bez proszącego tonu, co w tym wypadku było nagminne. Dziewczyna zmarszczyła brwi.
- Cóż takiego? – Zapytała.
- Na Tandet znajduje się wielka biblioteka – odparł szybko, jakby korzystając z okazji. – Przechowywane są tam pisma o naszym wybranym. Więc gdyby władczyni w swej łaskawości umożliwiłaby nam dojście do tych manuskryptów…
- Jeżeli pytasz panie o publiczne archiwa, zapewne nie będzie z tym problemu – wyjaśniła Valeria, którą rozmowa powoli zaczynała męczyć. – Jeżeli zaś chodzi o prywatne kolekcje Lwicy, to w takim wypadku z nią trzeba rozmawiać osobiście.
Orian strapił się wyraźnie, a dziewczyna nie mogła oprzeć się wrażeniu, że liczył na więcej. Cóż, dać im palec, a będą chcieli całą rękę, pomyślała z odrobiną irytacji. Zapewnili im schronienie, ochronę, nakarmili i napoili, a ten człowiek krzywił się wyraźnie, ponieważ nie mogła obiecać mu kilku starych ksiąg.
- A wiesz coś może pani – zagadnął, nie bacząc, że wyraźnie dała do zrozumienia, że chciałaby zostać sama – o Sali w zamku Tandet zwanej wodną?
Valeria uniosła brew i roześmiała się cicho, choć pierś zabolała ją od tego mocno.
- Nie jesteś stąd panie, prawda? – Spojrzała na niego z politowaniem i rozbawieniem jednocześnie.
Spochmurniał widząc jej spojrzenie, poprawił szary płaszcz pielgrzyma, odwrócił wzrok. Wyraźnie nie bywał wśród ludzi wyższego stanu i cierpiał teraz, musząc się dostosowywać. Dziewczyna, mimo iż naprawdę była już zmęczona, zawsze chętnie ucierała nosa takim jak on. Teraz zaś podwójnie miała na to ochotę, jako, że była protektorem całej jego gromadki.
- Przybywam z Macedonii – odpowiedział w końcu, jakby unikając tematu. Valeria wiedziała, że religijni przywódcy zwykle nie mają ani domu, ani ojczyzny, za to w dumę i pychę byli bogaci. Przeto jego narodowość przyjęła cokolwiek swobodnie.
- Zatem nie wiesz pewnie, że wodna sala, to nic innego jak miejsce spotkań i audiencji władczyni. – Mruknęła ocierając pot z czoła i chcąc nie chcąc kończąc konwersację. – To sala tronowa.

***

Ares spod na wpół opuszczonych powiek przyglądał się Revanowi, gdy ten pełen młodzieńczego wigory i radości pluskał się w falach oceanu. Uciekał przed wodą, gonił, szalał po plaży ciemnej od gęstego piasku. Widać odwykł już bardzo od dziecięcych zabaw, jednak wykorzystywał chwilę wytchnienia tak samo jak wszyscy inni chłopcy w jego wieku.
- Widzę, że przypadł ci do gustu nasz młodzian – bóg wojny usłyszał za sobą słodki głos siostry, lecz udał, że nie zwraca uwagi. Chwilę w milczeniu oboje wpatrywali się w Revana.
- Zastanawia mnie – zaczął powoli, jakby nie do końca wiedząc jak skonstruować zdanie. – Czemu właśnie o tą krew chodzi. Xena, to rozumiem. Pogromca bogów. Mściciel. Matka wybranej. Dobrze. Potrafię to przyjąć. Ale syn Gabrieli? Czemu nagle ona stała się tak ważna?
- Ona zawsze była ważna braciszku – Afrodyta zerknęła na małą Livię, która baraszkowała na swoim posłaniu ciesząc się czystym słonecznym blaskiem. Karczmarka znalazła jej jakąś szmacianą zabawkę, która pochłonęła małą bez reszty. Nawet płakała jakby mniej, a przecież była dość cichutkim dzieckiem. Kiedy chciała, rzecz jasna.
- Kiedy? – Prychnął Ares spoglądając w końcu na boginię miłości. – Pamiętam jeszcze jak potykała się o własne przydługie spódnice i ledwo potrafiła wiązać sobie warkocze.
- Na pewno wyglądało to uroczo – Afrodyta zgromiła go wzrokiem. – Jeżeli chociaż raz popatrzysz nie przez pryzmat własnych żali i złości, może dostrzeżesz w niej coś więcej.
- Zawsze ją przeceniałaś – żachnął się wściekły. Cała ta misja, chociaż dał swoje słowo, zdawała mu się coraz bardziej absurdalna. Nie wątpił w zagrożenie, wiedział, że jest aż nazbyt realne. Nie podobało mu się jednak, że Callisto sprowadziła ich do roli opiekunów dzieci. Jego siostra jeszcze nadawała się na to stanowisko. Ale on? On sam?
- Ty zaś jej nie doceniałeś – Afrodyta wzruszyła ramionami. – Z drugiej strony przynajmniej mamy coś do roboty. Olimp ostatnio strasznie mnie nudził, a na ziemi przez te ciągłe religijne starcia także przestało być zabawnie. Poza tym, mamy dług wdzięczności.
Ares splunął zamaszyście i skrzyżował ręce na piersi, łypiąc spod oka na tańczące fale.
- Więc czemu ona? Gabriela? – Zapytał, bo mimo złości, wciąż był jednak ciekawy. – Kto wpadł na pomysł, żeby i ją włączyć do zabawy?
- A ja myślałam, że to ja jestem blondynką – jego siostra mruknęła wesoło. – Ile osób zostało przywróconych do życia przez siły boskie i ludzkie tuż po krzyżowaniu? Policz, a zapewniam, że liczba ta nie większa jest niż dwa.
- Trzy – mruknął. – O ile dać wiarę tym pustynnym plotkom z wybrzeży Egiptu. Ale masz rację, faktycznie obie tego dokonały.
Zamyślił się głęboko.
- Z tego, co ja liczę braciszku – dodała Afrodyta. – Gabriela znacznie częściej przekraczała granice między światem żywych i umarłych. To nie tylko wola Xeny i twoja słodka pomoc w kilku przypadkach sprawiły, że do dzisiaj cieszy się dobrym zdrowiem. To krew, rodowód. To coś więcej. Zapewne.
- Rodowód – roześmiał się Ares szczerze. – Ta dziewczyna została wyrwana z wiejskiej zagrody. Tyle, co umiała, to paść kozy i czyścić obornik.
- Taaak – Afrodyta przeciągnęła się, jakby od niechcenia. – Zgadza się. Tylko czemu ta prosta wieśniaczka teraz panuje nad jednym z najbardziej zagadkowych miejsc świata?
Śmiech boga wojny zamilkł jak ucięty nożem.
- W dodatku – jego siostra posłała mu rozbrajający uśmiech. – Czy to nie ty sam chciałeś ją mianować swoim czempionem wojny?
- To było dawno – warknął niepewny, ledwo pamiętając tamte wydarzenia.
- A popatrz – Afrodyta położyła mu rękę na ramieniu wracając wzrokiem do pluskającego się Revana. Chłopiec potargał włosy, zmoczył całe ubranie, lecz nie ustępował w zabawie. Obserwujący go rybacy, pozdrawiali go ciepło, dopingując do dalszych harców. Czynił to chętnie. – Popatrz. Gabriela osiągnęła więcej, niż Xena w swoim czasie.
- Xena nie miała pomocy – dodał usprawiedliwiając swoją ukochaną.
- Oj miała – bogini miłości spojrzała mu prosto w oczy. – Oj miała. Twoją, słoneczko.
Zauważyła jednak, że stąpa po cienkim lodzie, więc chętnie i sprawnie zmieniła temat rozmowy. Ares zbyt długo rozmyślający nad poczynaniami Xeny i Gabrieli stawał się mrukliwy, nieznośny i zły. Zadziwiająco także chętnie podjął się zadania, szczególnie na wieść, że dawna ukochana powróciła do życia. Wbrew pozorom większe miał teraz szanse zdobyć jej względy, niż kiedykolwiek wcześniej. W każdym razie Lwica nie wydawała się wybitnie chętna do stawania mu na drodze. Na razie.
- Rozejrzałeś się za jakimś statkiem? – Zapytała poprawiając okrycie Livii, która niemal natychmiast rozkopała się z powrotem. – Wiem, że nie musimy wypływać od razu, ale mimo wszystko czas nagli.
- Pytałem – odparł, wyrwany ze swych mrocznych myśli, gdzie fantazje przeplatały się ze wspomnieniami. – Podobno jedna niewielka krypa cumuje tutaj w okolicy. To niewielki statek, ale szybki i sprawny. Ponoć przywieźli tutaj jakąś osobistość, a teraz zamierzają wracać na Kretę, czy może i do Aleksandrii. Wypytam. Ale myślę, że chętnie złoto obciąży im pasy, skoro i tak mają pokonać tą drogę. Dzisiaj po zachodzie słońca mam z nimi rozmawiać – zgrzytnął zębami ze złości. Na Atlantis nie miał prawie żadnej mocy i musiał egzystować niemal jak śmiertelnik. Chwile, gdy niedane mu było mieszkać na Olimpie, wspominał niezbyt przyjemnie, nie licząc paru incydentów. Nie lubił do tego wracać, nic dziwnego, że był rozkojarzony i zły. Afrodyta znacznie lepiej się odnajdywała, lecz ona także nie mogła doczekać się powrotu do Grecji.
- Po nocy? – Uniosła brew. – Z piratami się targujesz?
- To uczciwi ludzie – żachnął się znowu.- Nie ich wina, że sytuacja zmusza ich do podłych rzeczy.
- Obyś miał rację – westchnęła patrząc jak Revan z rozognionym z radości wzrokiem idzie w ich kierunku wybawiony za wszystkie czasu. – Obyś miał rację braciszku.

***

Kronos splunął i podparł się pod boki. Wiatr szarpał jego czarne, niedbale podstrzyżone włosy, zawiewał na twarz, do oczu. Odgarniał je, przeklinając natręctwo. Większe miał jednak zmartwienia niż fryzura. Tercjusz tego problemu nie miał, zwykle golił czaszkę brzytwą do gołej skóry. W zimowych miesiącach zapewne mocno tego żałował.
Obaj stali nad ciałami pokonanych, rozszarpanych w dzikiej walce. W plątaninie śladów, krwi i wgniecionej trawy. Znad urwiska roztaczał się przepiękny widok na miejsce, które do niedawna służyło im za główny obóz. Widok, szczerze mówiąc, aż nazbyt dobry.
- Była tutaj – dowódca białych kruków spojrzał raz jeszcze na ciała skręcone w bolesnej agonii. – Była tutaj, jestem tego pewien.
- Pierwszy lepszy zwiad mógł tego dokonać – Tercjusz spojrzał na niego. – Sprytny, wyćwiczony w podchodach, ale nie wymagało to wielkiej finezji. Czasem wartownicy zawodzą – wzruszył ramionami i przygryzł korzeń lukrecji, który zwykł rzuć od czasu do czasu dla zabawy i smaku.
Biały kruk ukląkł, dotknął poharatanego ciała, wyłażących spod skóry kości, zaschniętej w obfitych plamach krwi. Zabójcy, kimkolwiek byli, znakomicie znali swój fach. Nie zawahali się ani chwili.
- To Lwica – mruknął raz jeszcze. – Czuje to przez skórę.
- Masz obsesję panie – bękart Rzymu spojrzał na niego z ukosa. – Od kiedy władczyni sama wyprawia się na przeszpiegi? Ludzi nie ma od tego? Pewnie leży jeszcze pijana w swoim łożu i leczy kaca po nocnych igraszkach.
Kronos nic nie powiedział, chociaż z doświadczenia i wieści, jakie mu przekazywano, wiedział, że jego towarzysz mógł mieć rację. Gabriela zdecydowanie za bardzo gustowała w podobnym stylu życia. Jej zgorzknienie, ból i żal tylko go irytował. W jego oczach zapadała się coraz niżej, zamiast złości budząc czasem współczucie. Nienawidził takich chwil.
Nagle błysk złota zwrócił jego uwagę. Zmarszczył brwi, odchylił źdźbła trawy i w jego dłoni znalazła się niewielka przypinka w kształcie gryfa. Drobiazg zdobiony był z wielka precyzją, złotnik nawet postarał się, by lotki skrzydeł były wyraźne. Oczy bestii zaś wykonane były z oszlifowanych, niewielkich rubinów.
- Była tu – zawarczał przyglądając się ozdobie i zerknął na Tercjusza. – Była tu suka! Żaden zwiadowca ani strażnik nie nosi na sobie złota. A już na pewno nie w momencie, gdy się zakrada tak blisko.
- Cóż z tego? – Bękart wzruszył ramionami, jak zwykle obojętny. – Zwariowała do szczętu, by się tu wyprawiać. Szkoda, żeśmy nie wiedzieli. Czasu się nie cofnie. Coś to zmienia?
- Jeżeli rozszyfrowała nasz plan… - Kronos podniósł się na nogi bawiąc zapinką płaszcza. Zacisnął na niej palce, aż zbielały mu kłykcie.
- Obserwując obóz? – Tercjusz spojrzał na niego, jak na szaleńca. – Co mogła zobaczyć? Że się przenosimy. Wyprawiamy w drogę. To wszystko. Lecz z drugiej strony lepiej może się upewnić… - zawiesił głos i oblizał wargi. – Kilka prostych ataków na ich obozowiska lub straże przednie może utwierdzić ją w przekonaniu, że zamierzamy zostać i bronić się w górach.
Biały kruk skinął głową obserwując Najarę, która powoli, lecz metodycznie wspinała się w górę zbocza. Widać, że była zmęczona, a zbroja ciążyła jej bardzo. Wojowniczka okazała się doskonałą pomocą w kampanii wojennej. Zdyscyplinowana, trzeźwo myśląca i doskonale zorientowana w sprawach wojskowych. Dowódca raz jeszcze przyłapał się na zaskakującej myśli, że ich trójka zaprawdę niebywałą jest kompanią. Nie sądził, że ostateczne natarcie poprowadzi w takim towarzystwie.
- Dobry pomysł – otrzepał spodnie z porannej rosy zwracając się do Tercjusza. – Poprowadzisz natarcie na północy. Niewielki oddział, pokąsaj ich, byle nie za mocno.
- Cóż, trochę poszarpię im grzbiety – mężczyzna wyszczerzył zęby w uśmiechu, skłonił się niedbale odchodząc i ruszył w kierunku jednej z grup zbrojnych. Minął Najarę, jakby była powietrzem, nie poświęcając jej nawet spojrzenia. Wyraźnie nie lubili się wzajemnie.
- Wzywałeś mnie panie – kobieta dźwięcznym głosem zwróciła się do Kronosa. Marszcząc brwi spojrzała na trupy. – Xena – warknęła cicho.
- Co mówiłaś? – Biały kruk wyrwany z ponurych myśli dopiero teraz zwrócił na nią uwagę.
Pokręciła głową, chociaż wiedziała, że ma rację. Nie chciała jednak, by Kronos wiedział o obecności wojowniczej księżniczki. Ta informacja mogła jedynie skomplikować i tak już pogmatwaną sytuację.
- Nic panie. Widzę, że podkradli się blisko. Za blisko nawet – rzuciła zamiast tego. Kronos bez słowa pokazał jej zapinkę. Oboje zdawali sobie sprawę, do kogo mogła należeć.
- Gabriela musiałaby oszaleć, by przyjeżdżać tutaj osobiście – Najara pokręciła głową, jakby wchodząc w dysputę z dowódcą, chociaż ten nie powiedział ani słowa. Nie musiał. – Być może to jedynie wyższy rangą dowódca – zasugerowała, zdając sobie sprawę, że nie wierzy we własne słowa. Czuła nie tylko obecność Lwicy, ale przede wszystkim Xeny. Sama nie wiedziała, czy martwić się tym, czy cieszyć.
- Nie nazywaj jej Gabrielą – warknął nagle rozzłoszczony. – Mów na nią, jak ci się podoba, ale nigdy więcej w mojej obecności nie wymieniaj jej imienia. Nigdy.
Powinna być zaskoczona tym wybuchem gniewu, lecz jedynie pokiwała głową. Czuła, że Kronos do tej chwili, po tylu latach, toczy ze sobą wewnętrzna walkę. Gdzieś głęboko przechowywał wspomnienia wspólnych uśmiechów, nocy przy ognisku, wyznań i żartów, dotyków i westchnień. Nie chciał do tego wracać, nienawidził się, że czasem to robi.
- Jadę na zwiad – rzucił nagle. – Chce się przekonać…
- Panie – przerwała mu ostrzegawczo. – Czy to aby na pewno dobry pomysł?
- Skoro ona sama może podróżować po tych lasach bez lęku – splunął na pokrytą krwią trawę. – Ja mogę także. Wezmę kilku ludzi i przetrzepię im skóry – wyraźnie rwał się to bitki. Mężczyźni, westchnęła Najara w duchu.
- Jadę z tobą – spojrzała na niego pewnie. – Pozwól mi panie, proszę.
Skinął głową rozkojarzony, zły na siebie i na cały świat. Przywołał gestem wartowników.
- Spalić ciała! – Zarządził. – Zebrać oddział. Wyruszamy, ale już, szybko!
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Aiglon
Czeladnik Hefajstosa



Dołączył: 20 Wrz 2006
Posty: 114
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Warszawa

PostWysłany: Nie 4:33, 18 Gru 2011    Temat postu:

***

Gabriela wpadła między przednie straże, zwolniła do kłusu, po czym osadziła konia w miejscu. Żołnierze odstąpili od niej, chociaż nadal trzymali broń w pogotowiu. Lwica przetarła zmęczone oczy, odrzuciła płaszcz, który zaczepił się o koński zad i spadł w błoto nierównej drogi. Widząc, z kim mają do czynienia legioniści skłonili głowy w respekcie. Oddała pozdrowienie zbyt zmęczona by zwracać uwagę na konwenanse.
Przez dobre dwie godziny niemal drzemała w siodle, niedawno postanowiła nadrobić stracony czas. Była przyzwyczajona do intensywnych wojskowych kampanii, jednak od lat nie musiała się w nie włączać tak osobiście. Boleśnie przypomniała sobie, że nie jest już tak młoda, jak niegdyś, chociaż nadal nie brakowało jej wigoru i sił. Potrzebowała jednak więcej odpoczynku.
- Sprowadzić mi Pentosa! – Rozkazała ostro, nim ktokolwiek zapytał, po co przyjechała. Nie mieli jednak w zwyczaju pytać jej o cokolwiek. Miała niezależnej i nieprzewidywalnej, chociaż przyznać trzeba, że nieczęsto się tak zachowywała. Raczej nie ze względu na szaleństwo taką miała opinię, co na brak tłumaczenia własnych posunięć. Nigdy nie chciała się przed nikim tłumaczyć. Oprócz jednej osoby. Osoby, która znowu powróciła i znowu łapała ją w swoje sidła. Nieudolnie, ale bardzo skutecznie.
Gabriela zaklęła, gniadosz targnął łbem, piana pociekła mu z pyska. Zadudniły kopyta, Pentos podjechał, skłonił się zaskoczony. Widać nikt nie przekazał mu, jaki gość na niego czeka. Władczyni gestem nakazała ruszać dalej by nie wstrzymywać pochodu. Wydał szybkie rozkazy. Żołnierze ruszyli, koła wozów skrzypnęły z wysiłkiem. Lwica wraz z adiutantem Lwicy stępa dołączyli do marszu.
- Jakie wieści? – Zapytała Pentosa, gdy podał jej bukłak z winem. Mocnym. Zakręciło jej się w głowie po pierwszym łyku.
- Posłańców puściłem przed wymarszem – zameldował szybko. – Niestety mieliśmy małe opóźnienie – przyznał nie bez wstydu. – Valeria…
Machnęła ręką lekceważąco, pociągając następny łyk. Włosy oblepiały spocone czoło, pierś unosiła się w rwanym oddechu. Adiutant przyglądał się jej zaskoczony. Takiej władczyni jeszcze nie widział.
- Jak jej zdrowie? – Zapytała ocierając usta i oddając bukłak. – Kiedy stanie na nogi?
- Niezbyt szybko – adiutant poczuł się lekko urażony jej pytaniem, lecz zaraz zmobilizował się i dodał rzeczowo. – Rany goją się już dobrze. Gorączka spadła, rano nawet zniknęła. Silniejsza jest z każdą godziną.
- Dobrze – Lwica – pokiwała głową. – Ile zajmie wam droga do stolicy?
- Dwa, może trzy dni – zamyślił się. – W zależności, ile odpoczynków będziemy robić.
Zaklęła lekko przypominając się, że w grupie faktycznie są także cywile, kobiety i dzieci. Nie mogli narzucić im tempa wojskowej marszruty. Jakby na jej myśl, dojrzeli postać w szarym płaszczu, która przedzierała się przez żołnierski szyk najwidoczniej w ich kierunku.
- Kto to? – Lwica uniosła wzrok obrzucając wędrowca nieprzyjaznym spojrzeniem.
- Orian, przywódca sekty – odparł Pentos od razu. Nie ukrywał nawet, że nie darzy tego człowieka sympatią. Dagon sprawiał nieprzyjazne wrażenie, czuł się panem i władcą, nie mogąc ścierpieć najprostszych rozkazów, jakie mu się wydawało. Działał adiutantowi na nerwy z każdym pogardliwym spojrzeniem, jakimi komentował zalecenia.
Lwica stłumiła uśmiech.
- Witaj Pani – Orian dopadł do boku jej konia nieco zdyszany. – Wybacz, że przeszkadzam..
- Więc tego nie rób – spojrzała na niego z wysoka, ucinając zapewne drobiazgowo przygotowaną przemowę. Zmieszał się i zezłościł niemal od razu. Władczyni wymieniła porozumiewawcze spojrzenia z Pentosem. Westchnęła głęboko.
- Czego chcesz? – Zapytała ostrzej, niż chciała. Była dłużnikiem tych ludzi, pomogli jej synowi. Lecz mimo wszystko była czuła na punkcie okazywania jej szacunku.
- Chciałem zapytać – przełknął ślinę przyśpieszając kroku by iść tuż obok niej. Gabriela przypomniała sobie jak bardzo dawno temu, w innym życiu, też musiała podobnie odnaleźć odpowiednie tempo marszu, by nadążyć za pewnym płowym rumakiem. Odruchowo zwolniła nieco. – Chciałem zapytać – powtórzył. – Czy moglibyśmy, kiedy już dotrzemy na miejsce, otrzymać dostęp do świętych księgozbiorów.
- Jakich konkretnie? – Lwica zmarszczyła brwi. Ostatnie, czego się spodziewała, to wypytywanie o słowo pisane.
- W twoim posiadaniu pani są święte księgi ważne niezmiernie dla naszej religii – wytłumaczył, jakby pokorniejąc. – Doniesiono mi także, że w podziemiach zamku znaleźć można mozaiki z wizerunkiem świętego Dagona. Chciałbym prosić o możliwość..
- Zgoda – przerwała mu. – Jak dotrzecie na Tandet, będziecie mogli obejrzeć sobie wszystkie stare manuskrypty, jakie chcecie. Teraz jednak Orianie, zmobilizuj proszę swoich ludzi do szybkiego marszu. Mamy daleką drogę do przebycia – nachyliła się kuniemu z łęku siodła.
- Idziemy na Tandet? – Zapytał nagle zaskoczony, a Gabriela ugryzła się w język. Zdecydowanie była zbyt zmęczona. Już otwierała usta, by udzielić wymijającej odpowiedzi, gdy usłyszała krzyki zaskoczenia, wrzaski bólu i kwik zaskoczonych z koni.
- Chronić Lwicę! – Zawołał ktoś, gdy obracała konia i wyciągała miecz momentalnie zwiększając czujność.
Wśród drzew, w pyle drogi widoczna była grupa żołnierzy Kronosa, którzy ścierali się zażarcie z tylną strażą. Szły skry, wyło żelazo. Gabriela ściągnęła cugle zastanawiając się czy włączyć się do walki, czy nie, gdy dojrzała znajomą sobie sylwetkę w czarnym płaszczu. Zacisnęła zęby, wrzasnęła wściekle i popędziła konia nie dbając na nawoływania Pentosa. Zapłazowała zwierzę po zadzie, przeskakując jeden z mniejszych wozów i wpadła w grupę walczących tnąc na lewo i prawo.
Wiedziała, że on także ją zauważył. Spiął karosza, ominął szybko kilka zwartych ze sobą żołnierzy, pochylił głowę. Gdzieś za nim postać w białej zbroi krzyczała coś ostrzegawczo. Nie dbał o to wpatrzony tylko w Lwicę. Obrócił miecz w dłoni, a na klindze zatańczyły promienie słońca.
Spojrzeli na siebie, Kronos odrzucił włosy w tył. Gabriela pochyliła się w siodle. Zaatakowali w tym samym momencie, silnie, ostro. Ona cięła z góry, on z dołu. Szczęknęła stal, zakwiliła na zwarciu. Wymieniali szybkie i ostre ciosy, nie zwracając uwagi, na toczącą się potyczkę. Konie tańczyły w koło wyuczone do zachowań w takich sytuacjach.
- Kronosie, nie! – Wrzasnęła Najara z trudem przebijając się przez walczących.
On jednak nie słuchał pochłonięty pojedynkiem. Oczy gorzały mu gniewem, latami poniżeń, nienawiścią i żalem. Lwica odpowiadała dumnym spojrzeniem, pogardliwym, ale pełnym gniewu. Najara krzyknęła w irytacji nie wiedząc, co zrobić. Nagle rzuciła się w ich kierunku i nim ktokolwiek zauważył, cięła karosza po brzuchu. Kronos zachwiał się, przecięte popręgi puściły momentalnie. Mężczyzna spadł z łomotem na ziemię, jego koń kwicząc z bólu wyrwał się do przodu tratując przerażonych ludzi.
- Ty! – Wrzasnęła Gabriela patrząc Najarze prosto w oczy. – Znowu ty!
Natarła na nią zmuszając piersią konia do cofnięcia. Wojowniczka odbiła pierwszy cios, drugi, po czym poczuła, że jej plecy napotkały pień drzewa. Gabriela cięła mocno z góry, lecz Najara w ostatniej chwili sparowała cios. Zachwiała się jednak na nogach, jakby tracąc całą swoją moc i wytrzymałość.
Lwica zeskoczyła z konia, uderzyła ją w twarz, kopnęła w brzuch. Oczy błyszczały jej wściekłością. Wojowniczka uniosła dłonie chcąc zaprzestać walki.
- Z tobą policzę się później – władczyni wskazała nią ostrzem miecza, po czym szybkim ruchem wytrąciła broń z jej rozluźnionej ręki i zupełnie niehonorowo uderzyła najmocniej jak potrafiła w głowę. Najara zachwiała się, poczuła, że zaraz zemdleje. Utrzymała się resztką się resztką sił na nogach. Cios był potwornie silny, lecz potrafiła opanować słabość.
Gabriela nie zwracała na nią uwagi. Odwróciła się w stronę wstającego z trudem Kronosa, zamłynkowała mieczem, natarła z góry, wzbijając się w skoku. Umknął przed ciosem, chociaż nadal zamroczony po upadku. Cięła z całych sił przez pierś, lecz i tym razem wydarł się śmierci, odturlał na bok. Kopnęła go w żebra, poprawiła miecz w ręku i wzięła ostateczny zamach.
Spojrzała mu w oczy i o sekundę za późno opuściła ostrze. Westchnęła. Wymknął się jej, wstał, odwrócił, otrząsnął. Zawył w bezsilności. Jego żołnierze umykali w coraz większym popłochu. Lwica wygrywała potyczkę. Jakżeby inaczej.
- Skończmy to! – Wrzasnął do niej czując pył drogi w ustach, w oczach, na języku. – Skończmy to w końcu. Tu i teraz!
- Jak sobie życzysz! – Gabriela zacisnęła zęby.
Wyminął ją gładko, niemal tanecznie odbijając ostrze, sparował, zaatakował. Uchyliła się zgrabnie, cięła z dołu, z boku, przerzuciła miecz do lewej ręki. Lecz nie dał się zaskoczyć. Odgarnęła włosy z czoła, splunęła, wykrzywiła w złości.
- Zabiję jak psa – syknęła. – Za daleko się posunąłeś. Żadnych sentymentów.
- Żadnych – przytaknął krążąc koło niej, jak drapieżny ptak. – Od kiedy stałaś się taka zajadła?
- Od zawsze byłam – spojrzała na niego z pogardą, po czym zmrużyła oczy postanawiając go rozsierdzić jeszcze bardziej. – Tym bardziej, że teraz mam powód, by żyć.
Zawył z wściekłości, rzucił się na nią, lecz była przygotowana. Sprawnie odbijała ciosy, sama atakując, Nie potrafiła jednak przebić się przez jego zasłonę. W niemal ostatniej chwili cięła po żebrach, aż skulił się z bólu. Opadł na kolana, lecz nie wypuścił miecza.
A więc tak to się kończy, pomyślała zbierając się do ostatniego ciosu. Przypominając sobie jego uśmiech, jego żarty i tęskne spojrzenie. Przypominając sobie wszystko, kim chciał dla niej być. I czego ona także chciała. Chciała by widział nadchodzącą śmierć, chciała, żeby cierpiał, lecz jednak sama nie potrafiła zmusić się do ostatecznego ciosu.
Przymierzała się za długo. Nagle jeden z koni przebił się przez zbrojnych. Najara z krwią, która zalewała jej oczy dopadła do dowódcy białych kroków i niemal cudem wrzuciła go na łęk siodła. Szarpnął się jakby w sprzeciwie, lecz przytrzymała go sprawnie. Gabriela spojrzała na nią zaskoczona. Jak tak drobna kobieta potrafiła wciągnąć na konia potężnego mężczyznę? Nim oszołomienie minęło, Najara rzucając jej uważne spojrzenie, odwróciła wierzchowca i pognała w przeciwną stronę. Za nią pobiegły niedobitki oddziału Kronosa, kryjąc się w przydrożnej gęstwinie leśnej.
Lwica stała przez chwilę, jakby nie wiedząc, co się stało. W końcu oparła się o miecz i gestem nakazała przyprowadzenie własnego wierzchowca
- Jestem jednak, kurwa mać, sentymentalna – jęknęła.

***

Xena zaklęła wściekle próbując opanować chaos. Wozy płonęły, konie rżały dziko. Legiony wyćwiczone w potyczkach równały szyk, lecz ludzie Tercjusza atakowali nieustannie niemal z każdej strony. Wojowniczka niemal bezwiednie pokonała dwóch napastników, przeskoczyła, cięła trzeciego. Rzuciła czakramem, przecinając cięciwę wymierzonego w nią łuku.
Jeszcze chwilę temu wszystko szło sprawnie. Wydała rozkazu, podzieliła oddziały i sama zamierzała wyruszyć z ostatnim, najbardziej narażonym na atak. Jak widać jej przewidywania sprawdziły się aż za szybko. Ledwo wkroczyli na trakt, a obległy ich białe kruki, szyjąc z łuków i rzucając się do rozpaczliwego ataku.
Gdyby nie była tak wściekła, byłaby pod wrażeniem sprawnie przygotowanego podjazdu. Przyznać też musiała, że legiony Lwicy były zaskakująco wręcz dobrze wyszkolone. Zastanawiała się, czy Gabriela samodzielnie przekazała im taką wiedzę, czy miała pomocników. Jeżeli to pierwsze, to wojowniczka byłaby aż przytłoczona wiedzą, jaką zdobyła jej ukochana.
Wydała rozkazy i dała znak. Miała nadzieję, że jej plan obrony się powiedzie. Nie miała ochoty na długą walkę. Nie miały na to czasu. Nikt nie miał.
Odwróciła się w ostatniej chwili by skrzyżować miecz z ciężkim ostrzem potężnego wojownika. Ten uśmiechnął się do niej wyraźnie zadowolony. Odepchnął jej osłonę, lecz nie dała się zaskoczyć. Zawirowała w tańcu, uskoczyła, cięła z boku w cios wkładając całą się i z ręczność. Umknął, ale nie do końca. Czerwona pręga na jego nagim ramieniu spowodowała tylko powrót irytującego uśmieszku.
Xena odskoczyła mrużąc oczy.
- A więc to ty jesteś suką Lwicy – skrzywił się i natarł na nią jakby od niechcenia. Przyjęła postawę i bez problemu odbiła cios.
- Witaj Tercjuszu – uśmiechnęła się bez wesołości atakując z góry. Zwarli ostrza na chwilę na poziomie twarzy. Patrzyli sobie przez chwilę w oczy, z ciekawością badając własne spojrzenia. Odskoczyli, odeszli, zakrążyli.
- Myślałem – Tercjusz nie przerywał rozmowy mimo szybko wyprowadzanych uderzeń. Xena nie ustępowała mu pola i w jego oczach pojawiło się coś na kształt uznania. Nie pamiętał, kiedy ostatnio ktoś dotrzymał mu pola tak sprawnie. – Że jesteś wyższa.
- A ja myślałam – uśmiechnęła się wesoło. – Że ty jesteś mądrzejszy.
W tym samym momencie podpalone przez białe kruki wozy wybuchły białym ogniem, rozerwały swoje wnętrzności, obsypując walczących połamanymi deskami, kamieniami, piachem. Tercjusz zawył widząc, że ogień powoli odcina mu drogę ucieczki. Xena zaśmiała się wyzywająco. Oddział był niemal w pułapce.
Wojownik przeskoczył nad jedną z belek, stanął z boku wrzasnął na swoich ludzi. Ci jednak nie potrzebowali żadnego polecenia. Umykali jak mogli z pola walki. Tercjusz spojrzał n Xenę, mierząc ją wzrokiem. Widziała, że to obietnica. Obiecała mu to samo.
- Ciesz się póki możesz – wskazał ją ostrzem krótkiego, rzymskiego miecza. – Mam nadzieję, że Kronos miał więcej szczęścia i że twoja władczyni gryzie już piach traktu.
Wrzasnęła w gniewie, czując narastający lęk. Rzuciła się za nim, lecz on przeskoczył nad palącym się wozem i zniknął w lesie wraz ze swoimi towarzyszami. Xena ostatkiem sił powstrzymała się, by nie pobiec za nim i nie dobić. Wiedziała, że może to zrobić. Wiedziała, że to nierozsądne. Miała inne zmartwienia.
- Gabrielo! – Krzyknęła z całych sił.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Xena Warrior Princess: Polskie Forum XWP Strona Główna -> Fan Fiction Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin