Forum Xena Warrior Princess: Polskie Forum XWP Strona Główna Xena Warrior Princess: Polskie Forum XWP
Xena Warrior Princess
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

Chcesz schudnąć przed Sylwestrem?
Kup Teraz a 30 dniową dietę otrzymasz za darmo!
Tylko 137 zł TRIZER + indywidualna dieta
Glupawka PBMowa wlasnej produkcji brygady RR
Idź do strony 1, 2  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Xena Warrior Princess: Polskie Forum XWP Strona Główna -> Fan Fiction
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
red
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 19 Cze 2007
Posty: 4676
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Moderacja
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pon 21:12, 08 Cze 2009    Temat postu: Glupawka PBMowa wlasnej produkcji brygady RR

Autorki: R i red
Historia powstala na bazie PBMa, oddzielnie prowadzona od gry. Jest czesci pelnych 11, w produkcji czesc 12. My zamieszczamy te ostatnia cala. Jesli ktos chce pelen tekst - wiecej czesci - dac znac prosze, moze poslemy privem albo zamiescimy wedle uznania najlepsze kawalki.
Postaci:
Sing Lung - R
Arechion - red
Bregen - red
Uta - red, R
Diana (wilk, szutao) - red, R
NPCe - red, R

Nasza fabula opiera sie na PBMie, jest jego kontynuacja, ale i totalna odskocznia. Zmieniaja sie priorytety postaci, zmienia sie ich myslenie, zadanie wykonuja po swojemu, cel zadania zostal zmieniony, wszystko zostalo zmienione i wymyslone przez nas. To co bylo w PBMie to przeszlosc postaci, ktora pojawia sie tylko we wspomnieniach, czasem rozmowach i to tez bardzo rzadko.

----

Obudziła się pierwsza. Ziewnęła. Pod palcami poczuła coś puchatego i ciepłego... A to ten wstrętny szutao... Ręka jej zdrętwiała. Ma tak spać co noc?! Uniosła rękę na próbę. Hao, to małe cholerstwo rano miało twarszy sen. Albo wreszcie się zmęczyło jęczeniem pół nocy, albo uwierzyło, że przy niej może się poczuć bezpieczne i zrezygnowało z czujności. Jakikolwiek był powód przynajmniej obie ręce miała dla siebie... Teraz byle dalej od tego paskudztwa... Wydłubała się spod okrycia. Przełożyła ostrożnie jedną nogę nad Arechionem... Potem drugą. Teraz ręka lewa... ręka prawa.... Zaczęła ostrożnie przesuwać się nad nim z zamiarem zlądowania pod jego drugiej stronie, bez budzenia jego i bestii. Podłoga też była mała, ciasno tutaj. Tkwiła tak przez chwilę nad nim z rozczapierzonymi rękami i nogami, podbierając się czubkami palców i dłońmi, starając się nie dotknąć go włosami ani biustem i już miała przenieść ciężar na lewą nogę i rękę kiedy prawa ręka odmówiła jej posłuszeństwa, zgięła w łokciu, mrowiąc okropnie, a ona ze stęknięciem wylądowała całą sobą na Arechionie. Wstrętny wilk, przez niego ręka jej zdrętwiała, jeszcze jeden powód, żeby go nienawidzić.

Obudził się raptownie z cichym stęknięciem kiedy poczuł jakiś ciężar na sobie. Momentalnie ręka powędrowała mu do miecza, ale jak tylko otworzył oczy zatrzymał się, nie chwycił nawet rękojeści. Hmm... Swoją drogą milusia pobudka. Jej usta i oczy tuż przed jego twarzą. Wyraźny zapach jej włosów... Miękkie piersi na jego twardej i umięśnionej...
- Sing? - zagadnął, obejmując ją przez plecy. Wciąż był nieco ospały, nie rozumiał zaistniałej sytuacji... Albo tak mu się wydawało. Jedną dłoń położył jej na pośladkach... - C... Co jest?
- Rano. Dzień dobry. - powiedziała i pospiesznie cmoknęła go w usta, próbując jednocześnie jakoś niezauważalnie jednak zwiększyć ten dystans między sobą a szutao zanim sie obudzi i znów zacznie wyć.
Rano? Hmm... Szybko minęło. Chciała mu uciec z ramion, no żesz, dopiero co w nich wylądowała. Przyciągnął ją do siebie mocniej, pocałował porządnie, a nie jakieś szybkie cmoku cmoku... Ścisnął jej przy tym lekko pośladek.
- Tian! Arechionie, jeżeli masz na coś ochotę, to po prostu mi to powiedz - podskoczyła od jego ręki na pośladku i roześmiała się cichutko.
- A muszę mówić? - zagadnął z uśmiechem i znów ją pocałował, wędrując jedną dłonią pod jej koszulę, drugą w spodnie.
- Twój yenhao jest wystarczająco wymowny z rana - mruknęła i już nie próbowała z niego uciec, za to zatopiła mu dłoń we włosach. Drugą ręką wciąż trochę się podpierała.
- Mrrr... No widzisz...
Całował ją, dłońmi błądził po jej nagiej skórze pod ubraniem... Rozpięła mu koszulę, usiadła na nim, więc teraz on mógł zająć się jej górą. Nie spieszył się zbytnio...
Odwzajemniała mu pocałunki, w usta, w pierś, w szyję. Podparła się dłońmi na nim i lekko go masowała zginając i prostując palce. Trochę siedziała, trochę klęczała, nie chciała go niepotrzebnie urazić.
Zdjął z niej koszulę... Nachylił ją do siebie, znowu całował, objął przez plecy, od tyłu zaczął zsuwać z niej spodnie...
Wyprężyła się lekko, dotykała go całą sobą. Zaczęła schodzić niżej, zdjęła mu spodnie pobudzając go przy tym... Wróciła do jego ust, jego dłonie powędrowały do jej pośladków. Ścisnął je... I w górę, po linii kręgosłupa. Poruszała się na nim, sama siebie pobudzała. Czuł jak robi się wilgotna. W końcu wzięła go w siebie całego i zaczęła się poruszać. Ręce oparła o jego pierś... Nie zwracali nawet uwagi na to, że Diana się obudziła, zaczęła na nich spoglądać i piszczeć jakby Sing działa się jakaś krzywda. Nim doszli, białowłosy poczuł jej małe łapki na swoim boku, próbowała się na niego wdrapać... Ale nie udało jej się, była jeszcze za mała.
- Arechionie...
A takiej chwili zebrało się jej na pogaduchy? Spojrzał na nią z iskierką w oku... Dłońmi sięgnął do bioder, później pośladków. Pogłębił jej ruchy, był już tak blisko... Ona też... Nie może z tym zaczekać? Minę miała taką jakby tak właśnie było... Czyżby chciała się podroczyć?
- Taaak? - zagadnął.
- Odpowiednio cię zaspokajam? D... dobrze ci teraaz... taaak? - zapytała.
- Jeszcze... Się... Pytasz?
- Chciałabym...
- Czegóż to sobie... Życzy moje słońce... W tej cudownej... Chwili? Hmm? - zagadnął uśmiechając się szeroko.
- Utop to nieboskie stworzenie na Tiaaaan! - wyrzuciła z siebie, wyprężając się i przyjmując jego ogień.
Doszedł... Ona też... Podparł ją dłońmi, gdy na niego opadała. Poczuł jeszcze jej drobny pocałunek tuż pod brodą. Objął ją jak zwykle... Wilczek jeszcze chwilę piszczał. Uspokoił się dopiero jak znalazł jej przedramię i się do niego przytulił.
- Dla... Dlaczego... - spytał, starając się uspokoić oddech.
Sing Lung westchnęła. Z jednej strony dobry moment, żeby wymóc na nim to co uważa, z drugiej chyba jeszcze ma za mało krwi nie w tej głowie co trzeba i pewnie nawet nie zrozumiał o co jej chodzi...
- Bo to wilk. Nie ren. I może nawet demon, który coś ci zadał. Nawet w takiej chwili jak ta... Wilk, nie ja. Zwierzę, nie ren. I jeszcze pozwalasz by przeszkadzało nam w sprowadzaniu deszczu i chmur!
- Mi zadał? Nie Sing Lung, nie zabiję jej. Kogoś mi przypomina, nie umiem tego wyjaśnić, ale... Nie. Chcę ją odchować. Ona nie przeszkadza. Wydaje mi się, że ona myśli, że robiłem ci krzywdę...
Demon... Też mi coś, żaden demon. Gdy ją ujrzał, w jego umyśle zamajaczył obraz jego rodziców...
- Raczej, że to nią powinieneś się interesować, a nie mną - sarknęła niezadwolona. - Czemu tak cię obchodzi to zwierzę? Bardziej niż ren? Każesz nazywać je dzieckiem... Kochasz je? - z trudem przeszło jej to przez gardło. - Czujesz... Ai... tak jak Wo... A mówiłeś, że... Może to i lepiej... - machnęła ręką. - Może właśnie tak powinno być. Spełniło się to czego sobie życzyłam, chociaż nie sądziłam... że będzie to... tak... nieprzystojne.
Objął ją szczelnie ramionami, odetchnął głęboko.
- Widzę w niej matkę i ojca. Nie wiem dlaczego. Tak, kocham ją... Ale nie tak jak ciebie. Inna jest miłość do zwierzęcia i inna do człowieka. Zwierze to zwierze, jest jak dziecko, ale można je zastąpić innym jak zdechnie. Mimo to, jak odejdzie, jakaś pustka w sercu pozostaje, która wypełni się dopiero jak weźmiesz drugie albo jak minie trochę czasu. Nie sprowadzam deszczu i chmur ze zwierzętami... A ty... Przecież wiesz, że jesteś dla mnie najważniejsza, prawda? Że cię kocham. Tak bardzo, bardzo... I mógłbym ci to mówić codziennie, bez końca... Prawić komplementy... Przytulać, całować, pieścić... Bez przerwy. Nawet śpiewać... Może i wiersze tworzyć... Najchętniej nie wypuszczałbym cię z ramion. Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie... Już nie. Tej pustki w moim sercu nic i nikt by nie zapełniło. Nigdy.
Przytuliła się do niego. Chciała spytać czy nie kłamie, czy naprawdę jest ważniejsza... ale bała się. Może rzeczywisćie byłoby lepiej gdyby to nie ją... A niech sobie uwielbia to zwierzę, przynajmniej Tian nie skieruje swojego gniewu na niego za uczucia do niej... A ona będzie wystarczająco nieszczęśliwa...
- Dlaczego rodziców? - spytała tylko. Przecież on nie wierzył w krąg czi... - Obrazili za życia czymś tak bardzo twoje boginie, że stali się bestią?
- Nie, oni teraz siedzą sobie szczęśliwie na wyspie umarłych, gdzie niczego im nie brak. Nie rozumiem tego, ale wydaje mi się, że po prostu widok szczenięcia kojarzy mi się z domem. Miałem kilka psów... I to od dziecka. A ty naprawdę nie masz powodu do smutku i niepokoju, zawsze będziesz w centrum mojego serca i umysłu. I Nornil świadkiem, oddałbym za ciebie życie jeśli zaszłaby taka potrzeba.
- Ja też... - powiedziałą cicho. - Dobrze, hoduj sobie tego potworka, będzie więceje futra już nie tylko na rękawiczki, ale na kubrak. Tylko potem nie płacz jak mnie zje - zgodziła się zrezygnowana. Niech nie liczy jednak, że nie daj Tian pokocha to stworzenie! Będzie je tolerować... mimo że jest wilkiem i powinna je zatłuc. Paskudna, żółtooka bestia... która śmie spać obok nich i tulić się do jej ręki, Tian....
Zaśmiał się cicho, ujął jej dłoń, przysunął ją sobie do ust i pocałował.
- Nie zje cię, to mogę ci zagwarantować. Szczerze powiedziawszy, powinienem być zazdrosny, bo ona chyba ma ochotę ze mną konkurować o twoje względy. A jest na tyle mała, że może spać na twoich słodkich piersiach. Moja głowa jest zdecydowanie za ciężka...
- Wolałabym twoją głowę - westchnęła, patrząc na szczenię. - Muszę... wyjść... i potrenować. Naucz go... trochę dyscypliny - powiedziała, podnosząc się z niego.
- Za mała jest jeszcze... Nie idź... - spojrzał na nią prosząco, złapał delikatnie za rękę. - Zostań. Daj sobie dzisiaj spokój, co? Tam jest zimno, tu nie... - pociągnął ją lekko, usiadła na posłaniu, a on przewrócił się na bok i położył jej głowę na kolanach. - Poćwiczymy u Bregena. A ja i tak jeszcze drzewo muszę znaleźć na szakrę... Zawsze trenujesz, codziennie praktycznie... Nic się chyba nie stanie jak czasem sobie odpuścisz. Poza tym... Mięśnie już dzisiaj nawysilałaś, zoooostaaaań...
Westchnęła i pocałowała go w skroń. - Ale nie te mięśnie co potrzeba... Nie będę przecież sprowadzać z bandytami deszczu i chmur... Ale dobrze, zostanę... jeszcze trochę. I tak pewnie szutao będzie chciało sikać... I końmi trzeba się zająć...
- To ja pokonam. - Przytulił się do niej, naprawdę nie chciał by mu teraz uciekała. Chciałby jeszcze chwilę sobie podrzemać... Mało spał dzisiejszej nocy i jeszcze ten poranek... Cudowny poranek, ale bardzo wczesny. - Mhm... Dziękuję. - Pocałował ją w brzuch. - A Diana niech leje tu jak musi. I tak opuszczamy tę ruderę.
Pacnęła go dłonią w ucho. - Miałeś go wychowywać. A ty już go rozpuszczasz. A jak naleje na posłania? Nie ma jak tego wyprać, zababrze sie, zgnije i jeszcze przyciagnie inne wilki albo drapieżniki. Poza tym... ja nie będę tutaj lać. Mówiłam, że muszę wyjść - zakończyła.
- Hmm... Do wiaderka? Nie no, żartuje... Idź... Tylko uważaj na siebię - zdjął głowę z jej kolan, położył się na brzuchu. - A Diana jest za mała. Ona jeszcze nie reaguje nawet na swoje imię, niedowidzi i pewnie nie słyszy jak trzeba. Węch jeszcze niewypracowany. Szkolenie psa można zacząć dopiero jak jest na tyle sprawny żeby pojmować co się do niego mówi. Możesz ją wyprowadzić przy okazji? Ja... - ziewnął. - Bym się jeszcze zdrzemnął chwilę.
Sing Lung pstryknęła palcami przy uszach zwierzęcia. Momentalnie podniosło głowę i zaczęło piszczeć.
- Słyszy. Nie jest głuche. No dobrze... - sięgnęła po kubrak i heiku. Ubrała się w to. Nie potrzebowała więcej, zaraz wróci. W jedną rękę wzięła cebrzyk w drugą szczeniaka za kark. - Przenieś się na łóżko Arechionie, jak wrócę zajmę się ogniem i jedzeniem. - I wyszła na dwór. Podeszła do najbliższego drzewa, odgarnęła śnieg dłonią i posadziła wilczka, dotknęła palcami mu grzbietu i brzucha, dając znać, że może tu robić. Wytarła go garścią śniegu i schowała do kieszeni kubraka. Sama też załątwiła swoją potrzebe i szczękając zębami powtórzyła na sobie zabieg ze śniegiem. Cała nim się natarła. Nauczyła się tego od karaniawiarzy. Rozgrzewało i czyściło. Poszła sprawdzić co z końmu. Odchyliła zaśnieżone płótno i gałęzie. Buchnęło na nią ciepło końskich ciał i stajenny zapach. Oba zwierzęta leżały, opierając się wzajemnie łbami o siebie, para unosiła im się z pysków. Odgarnęła resztę zasłony i zagwizdała lekko.
- Wyłazić Rozprostujcie nogi, poskubcie gałęzie. Zaraz dam wam ziarna i siana - powiedziała poklepując gramolące się z jamy konie. Otrząsnęły się i rozbiegły przed chatką, skubiąc śnieg i zmarźniętę gałązki.
Wróciła do chatki. Powiesiła kubrak na haku. Przebrałą się w czyste rzeczy. Zaczęła rozpalać ogień.
Białowłosy zrobił jak prosiła... Choć baaardzo mu się nie chciało ruszać. Najpierw jednak rozdmuchał ogień, żeby w chatce się ociepliło. Ubrał się w bokserki, wsunął pod kołdrę i drzemał jeszcze nasłuchując co ona tam robi. Słyszał jak mówi do koni... Jak wraca. Heh, wilczek słyszy, owszem, ale jeszcze nie aż tak dobrze i jest malutki, głupiutki i nie ma co go uczyć. Musi mieć przynajmniej pięć lub sześć tygodni by rozpocząć naukę. W tej chwili niczego nie rozumie. Jedynie nawyków mogą ją uczyć, nic więcej.
Z chęcią by się nie ruszał dziś nigdzie, pospał jeszcze. Mróz i śnieg zawsze tak na niego działały... Jak Bregen może tu wytrzymywać? Ehh...
Usiadł na łóżku, przetarł twarz dłońmi i przeczesał włosy palcami.
- Koniec lenistwa...
Wstał, ubrał się już do końca i zaczął pakować ich rzeczy, które nie były im już potrzebne. Nim śniadanie było gotowe, wyszedł za potrzebą. Brr... Zimno. Czerwone niebo na wschodzie, niedobrze... Idzie zimno.
- Niedługo trzeba wyruszyć... Gdzie Diana? - spytał po powrocie. Uświadomił sobie, że nie widział wilczka od czasu jak Sing Lung wzięła go na dwór... Chyba nic mu nie zrobiła?!
Sing Lung poderwała się spłoszona znad paleniska, mało nie oblewając się nalewanym włąśnie do czarek wrzątkiem. Rozejrzała się niepewnie. No własnie, gdzie ten potwór? Był z nią na dworzu...
- Nie wiem... - odparła przestraszona. Tian, zgubiła Arechionowi szutao, te małą wstrętną bestię, Tian, Tian... Przecież jej nie uwierzy, że nie zrobiła tego specjalne albo, że nie skręciła wilkowi karku - myślała spanikowana, zastanawiając się czy paść przed nim na kolana, czy wybiec na dwór szukać potworka.
- Eeee... No przecież brałaś ją na dwór... Diaanaaa! - zagwizdał. Cisza. - Diana, gdzie jesteś... - pocmokał na nią, też cisza. Gdyby była na dworzu to by ją zobaczył albo usłyszał... Gdyby była... Żywa. No chyba jej nie zabiła?! Przecież zgodziła się by ją odchował... Zaczął szukać jej w pokoju. Pod łóżkiem, stołem, krzesłami... W pościeli, w torbach... Za rozlatującymi się szafkami... No żesz, gdzie ona jest?!
- Na pewno gdzieś tu jest... Tylko siedzi cicho jak mysz pod miotłą. Może spróbujesz ją zawołać?
- Szutao? - powiedziała niechętnie i niepewnie. - Mao? Aaa! Szuang - zawołała, przypominając sobie co zrobiła z wilkiem. Podeszła do kubraka, poklepała jedną kieszeń, potem drugą, sięgnęła do środka i wyciągnęła zaspanego szczeniaka, triumfalnie pokazując go Arechionowi. - Tutaj jest. Nic mu nie zrobiłam, widzisz?
Ulga. Uszło z niego powietrze. Uff...
- No wiedziałem, że nic mu nie zrobiłaś, w końcu zgodziłaś się żebym go odchował... - podszedł do niej, wziął Dianę na rękę, odwrócił pyszczkiem w swoją stronę i uniósł trochę do góry. - Ale jeśtem ziaśpane, ojejku, ojojoj... A ładnie to tak się nie odzywać? Następnym razem piszcz, szczekaj i gadaj gdzie jesteś, a nie, że pan i pani chate przekopują w twoim poszukiwaniu...
Wilczek ziewnął tylko, spojrzał w bok na Sing, potem znów na niego... Białowłosy roześmiał się głośno i spojrzał na Azjatkę.
- Spojrzała na mnie jak na idiotę, hahaha! No dobra... hehe... śniadanie i w drogę.
Postawił Dianę na podłodze, zabrał się za pakowanie tego czego nie potrzebują już. Następnie usiadł przy palenisku, wziął szczeniaka na kolana i zaczął go karmić ciepłymi kawałeczkami kurczaka. Wprost do pyszczka. Maluch popijał je od czasu do czasu wodą z jego palca, z miseczki nie chciał bądź nie umiał jeszcze pić... No cóż. Dzieciak w końcu, przyzwyczai się kiedyś, nauczy.
Zjedli śniadanie, spakowali się. Sing Lung poprosiła go o rozpoczęcie treningu z szakrą. Nie wiedziała ile mogą mieć jeszcze czasu na to i nie chciała ustapić.

Białowłosy westchnął... Wyciągnął jeden z okręgów i nim się obejrzała przeleciał jej on nad głową i pomimo tego, że był tępy... Wbił się w drzewo.
- Nie zaczniemy treningu tym dopóki nie zrobię drewnianych, bo jak widzisz to nie takie proste, a krzywdy nie mam zamiaru ci zrobić. A poza tym, nie masz rękawic.
- To mi je załóż Arechionie.- Wyciągnęła w jego stronę obie ręce, wyczekująco. Nie próbowała nawet łapać obręczy kiedy ją rzucił. Nie rozumiała czemu tak to zrobił. Miał ją uczyć, a nie straszyć. Zresztą potrzeba było czegoś więcej niż kwałka metalu lecącego w jej stronę, żeby ją przestraszyć. Dawno przestałą się obawiać takich rzeczy, tylko pozwalała działać wyuczonym odruchom. Zrobiłaby unik. W najgorszym wypadku nawet by nie zauważyła co ją trafiło, więc nie widziała problemu. Spróbowałby złapać szurikena albo jelenie półksiężyce, prychneła w myślach.
Uparta... Jak osioł!
- Będą bolały cię dłonie, zobaczysz...
Wyciągnął rękawice, nałożył je jej na ręce, zrobił dwie dziurki w skórzanej wyściółce, przeciągnął przez nie szerokie rzemienie i przywiązał je do jej przedramion tak, by nie spadły i trzymały się porządnie. Wiedział, że są na nią zdecydowanie za duże... Wyciągnął szakrę z drzewa, stanął przed nią i zaczął pokazywać jak się to łapie.
- Szakra zazwyczaj leci tak - ustawił ją w poziomie, palcem przejechał po zewnętrznej części. - To jest krawędź piekielnie ostra. Musisz więc złapać najpierw od strony wewnętrznej. Tylko nie wkładaj tam ręki jakbyś chciała to zaczepić jak na kołek. Cztery palce do środka, kciuk na zewnątrz, spowalniasz po łuku i trzymasz - zademonstrował bardzo powli dokładny proces łapania obręczy. - Gotowa?

Ku jej zaskoczeniu rękawice nie były aż tak bardzo ciężkie. Obawiała się, że przyciągną ją do ziemi, a zamiast tego mogła dość swobodnie poruszać rękoma i unosić dłonie. Poruszyła parę razy palcami, starając się przyzywczaić i dostosować ruchy. Trochę ciężko jej szło... Była nauczona łapać broń gołymi rekami, kiedy dokładnie czuła jej fakturę pod palcami... Tutaj tego nie miała... Może jej się wyślizgnąć.

Kiwnęła mu głową...
- Będę rzucać tak, żeby nie trafiło cię nigdzie jak nie złapiesz, więc łap bokiem. Zasada taka sama.
Rzucił szakrą.
Sing Lung starała się śledzić lot okręgu. Nóż albo szuriken złapałaby między kciuk a resztę palców. Ale tamta broń leciała obracając się w pionie, szuriken w poziomie, ale byl kilkanaście razy mniejszy i można było go odbic albo narazić jedynie dłoń na zranienie... Tutaj szakra leciała poziomo i mogla jej obciąć rękę... Jeleni półksiężyc był ostry tylko na końcach i miał uchwyt... W końcu odruchowo uniosła obie dłonie i chwyciła obręcz przed sobą w garście, tak jak okregi wiatru i ognia, zatrzymując ją przed sobą. Nie, niedobrze, prawdziwa szakra wbiłaby jej się w pierś... Musi jakoś bokiem... Jednocześnie jak nóż i szuriken, tak.
- Jeszcze raz - zawołała.

- Sing, pokazywałem ci jak to się łapie. Stań bokiem, przeleci obok jak nie trafisz w to ręką...
Zamachnął się i rzucił ponownie...

Bokiem, bokiem... Xena nie będzie czekać aż stanie bokiem, będzie rzucała na korpus albo głowę... Zrobiła krok w bok i wyciągnęła rękę. Jednak poruszała się odrobinę wolniej niż bez rękawicy i palce minęły o milimetry miejsce, w którym powinna schwycić. Okrąg odbił się jej od ręki. Poszły iskry. Przymknęła oczy. Słyszała jak wizgnęło jej koło ucha i wbiło się w drzewo z boku.

Nie złapała. Uderzyło w rękawicę, odbiło się i poszło w drzewo.
-Mówiłem, że to nie takie łatwe. Naprawdę wolałbym żebyś zaczęła od drewna, tak jak ja i cała reszta kamaeli... Zdecydowanie bezpieczniej i zdecydowanie szybciej. W ten sposób zrobisz sobie krzywdę. Wiem, bo już to przerabiałem.
Podszedł do drzewa, wyciągnął z niego szakrę... Drugą podniósł z ziemi. Spojrzał na Sing, pogładził jej policzek i spojrzał na nią poważnie.
- Nie bronię ci tych ćwiczeń... Ale pamiętaj, że zawsze zaczyna się od podstaw. Nie nauczysz się pisać i czytać dopóki nie poznasz alfabetu.
Rozesmiała się. - W ludzkiej mowie nie ma alfabetu. I znam parę tysięcy znaków... To nie są dla mnie podstawy, nauczono mnie już łapać różne ostre przedmioty. Rzuć we mnie kunai. - Wyciągnęła zza paska jedno i skierowała w jego stronę rękojeścią.
- Najpierw ty rzuć we mnie - zaczął rozwiązywać jej rękawice. - Wierzę ci, Sing. Wiem, że możesz łapać różne przedmioty, ale to nie jest kunai. Ani żadna inna ze znanych ci broni... Ja złapię strzałę, sztylet, miecz, szakrę, kunai też. Złapię bełt wystrzelony z kuszy... Nie zawsze, ale przeważnie jestem w stanie to zrobić. Ale każde ćwiczenie, każdą nową umiejętność... Zdobywanie tego zawsze zaczyna się od podstaw. I kto jak kto, ale ty wiesz o tym doskonale.
- Ja pierwsza to zaproponowałam - pokręciła głową. - To ty uważasz, że może stać mi się krzywda, że nie wiem co robię. Podstawy mam już opanowane, po prostu muszę odnzleźć sposób i rytm. Oswoić się z ciężarem i zachowaniem się tej broni. To jest szansa dla mnie... i dla ciebie. Kiedy przyjdzie mi łapać prawdziwą szakrę będzie za późno na naukę... będę musiała zrobić to odruchowo. Pokaże ci coś. Rzuć we mnie kunai - powtórzyła. - Tak, żeby zabić. Mówię poważnie.
Oj Sing, nie chciałabyś żebym rzucił w ciebie tak żeby zabić, bo tego byś nie złapała... Wziął od niej kunai, oddalił się i rzucił nie za mocno, nie za lekko, nie potrafił określić z jaką siłą rzucają ludzie, więc starał się nie przesadzić.
Patrzyła jak wirujący kawałek metalu zbliża się do niej. Nagle wiedziała co robić. Przestała myśleć, pozwoliła ciału działać. Zamknęła oczy na moment przed tym nim kunai osiągnęło swój cel.
Wykonała unik, obracając się i wyginając w nienaturalnej pozie całe ciało. Wydawało się, że i tym razem jej się uda. Jak zawsze. Nagle płynny ruch stracił swą grację. Jakby przerwany w połowie. W jego miejsce pojawił się niekontrolowany skurcz. Sng Lung obróciła wokół swej osi i uderzyła o ziemię bezwładnie, nieruchomiejąc....
Podbiegł do niej, położył jej dłonie na ramionach żeby nie próbowała wstawać. Pięknie... Po co dał się na to namówić?! Ugh, głupi... Głupi!
- Sing? Sing, co się stało? Nic ci nie jest? Boli?
Poczuł zimne ostrze na gardle. Nawet nie zauważył kiedy ręka Sing Lung pomknęła w jegio stronę. Miał przytknięte do szyi kunai. To kunai, którym rzucił?
- Nie Arechionie. Nic mi nie jest. Nie tylko potrafię coś złapać. Potrafię także sprawić by uwierzono, że nie złapałam. Wybacz. - Zabrała rękę. - Tego nauczyła mnie Lao Ma. To jedyny sposób by uniknąć paru śmiertelnych technik, gdzie samo złapanie ostrza nie wystarczy lub są one zatrute. Nie chciałam ci zrobić krzywdy ani przestraszyć, przepraszam, ale to było konieczne byś zobaczył to co ja. Proszę, pamiętaj, że kobieta też może cię zabić, że jest równie niebezpieczna jak mężczyzna, także nieuzbrojona. Nie daj się ponieść swojej chęci pomagania im w każdej sytuacji, bo zginiesz. Taka jest Xena i pewnie inne kobiety pod jej rozkazami. Rzuć jeszcze ostatni raz szakrą i starczy na dziś...
Pomógł jej wstać. To go zaskoczyła...
- Ale ty nie jesteś Xena. Nią bym się nie przejmował. A tobą tak. Nie, koniec na dziś. Wystarczy. Jedziemy dalej. Wschód był czerwony, im dłużej będziemy zwlekać tym większą mamy szansę znaleźć się w burzy śnieżnej, czego wolałbym uniknąć...

Zanim odjechali Sing Lung poprosiła Arechiona, żeby naniósł do chatki zapas drewna i wody. Sama wysprzątała ją jak mogła najlepiej, pozatykała szczeliny mchem i śniegiem. Naniosła gałęzi i wytrzepała siennik. To był niepisany zwyczaj na stepie i w dziczy - zostawić takie schronienie w jak najlepszej używalności dla innych przygodnych wędrowców. Mogło uratgować komuś życie. Miała tylko nadzieje, że nie żadnemu Hungnu...

i ruszyli dalej. Sing, jak już wcześniej Arechion jej zapowiedział, jechała z nim konno. Uparta jak osioł, usiadła z tyłu. Ściskała go w pasie jakby był kłodą z drewna. Ale przynajmniej jej ręce były blisko Diany, więc pies nie wiercił się i nie piszczał. Choć wczoraj jechało mu się spokojnie... Przed wieczorem złapała ich burza śnieżna, musieli wcześniej rozbić obóz, ale rano było już ładnie. Gdy spali, Diana spała w ich głowach, bliżej Sing. Często wtykała jej pyszczek we włosy. Azjatka raz się przebudziła i zakryła ręką żeby uniemożliwić „bestii” dostęp do swojej głowy. Znów świeciło słońce. Późnym wieczorem dojechali do miasta. Karczmarki nawet nie zdziwił widok podróżnych z wilkowatym. Uśmiechnęła się jedynie i wynajęła im ciepły pokój. Poinformowała ich o godzinach serwowania posiłków, mogli albo zamówić do pokoju albo zejść i zjeść w sali głównej. Arechion nie omieszkał spytać co to za chata dwa dni drogi od miasta. Kobieta odpowiedziała bez chwili zastanowienia, że to stara chata myśliwego, który przeniósł się na drugą stronę miasta, obok bagien. Wytłumaczyła, że dochodziło tu do różnych ataków bandziorów. Przenocowali u niej i pojechali dalej. Trzy dni od miasta, na bagnach znaleźli trupa mężczyzny. Zamarzł, więc nie dało się określić jak dawno umarł... To zapewne ten ich myśliwy. Został zadźgany, więc bandyci przenieśli się na tę stronę... Nie nocowali tu, postanowili poświęcić noc na to by oddalić się od tego miejsca.

- Arechionie... moglibyśmy pochować tego nieszczęsnego ren? To niegodne, żeby stał się pożywieniem padlinożerców. Umarł raptowaną śmiercią, zapewnijmy mu chociaż spokój po śmierci. Niech nie błąka się jako żądny krwi śmiertelnych upiór po okolicy - zakończyła przestraszona. Ją czekał zapewne podoby los... Nawet mimo zgodnego z tradycją pogrzebu. Za to co zrobiła... Daleko od domu i Komnaty Przodków.

Objął ją ramieniem, przytulając do siebie bokiem i pocałował w schowaną w czapce głowę. Nie miała powodu do strachu...
- Spalić to go nie spalimy, bo jeśli bandziory są gdzieś w pobliżu, to dostrzegą... Możemy go jedynie wrzucić do bagna.
- Do bagna? - nie zrozumiała w czym to miałoby pomóc zmarłemu.
- Tak, do bagna. W tej zmarzniętej ziemi nie da się kopać, a bagno go pochłonie.
Nachylił się, złapał trupa za nogi... Był całkiem sztywny... Zaczął go ciągnąć w stronę najbliższej kępy zawilgotnionej trawy, gdzie wiedział, że jest bagno.
- Zaczekaj. Co za różnica czy zjedzą go... - popatrzyła na wybrzuszenie za kubrakiem Arechiona - wilki, czy ryby? Nie znajdzie odpoczynku w Żółtych Źródłach czy gdziekolwiek wędrują jego dusze...
Zatrzymał się i zerknął na nią pytająco.
- Sing... W bagnie nie ma ryb. Tu będzie robić za lodowy posążek, nie wiem czy wilk lub niedźwiedź tknąłby tak twarde mięso. Nic nie poradzimy innego. A w bagnie się nie rozłoży... Ciało zostanie przechowane na bardzo długie lata.
- Teraz nie, ale przyjdzie odwilż i coś go zje, chciażby ptaki i robactwo... - zamilkła. - Jak to się nie rozłoży? Jesteś pewien?
- Tak, jestem pewien.
- To dobrze. Pomóc ci?
- Nie, zostań tu, nie podchodź do bagna.
Zaczął ciągnąć zwłoki dalej, w końcu podniósł je i rzucił w kępę trawy kilka kroków od niego. Ciało zaczęło powoli znikać...
Sing Lung zamknęła oczy, złożyła dłonie i uniosła je trzykrotnie nad głową i pomodliła się za spokój trzech dusz zmarłego i poprosiła by bogowie byli łaskawi i pozwolili odrodzić mu się jako ren.
Białowłosy wrócił do Sing Lung, obmył dłonie, napił się wody... Wsiedli na konia i ruszyli w dalszą drogę. Nie mieli w końcu na co czekać... Z każdym kolejnym dniem temperatura była coraz niższa.
Wilczek zaczął chodzić pewniej. Wciąż spał przy Sing Lung, musiał jej dotykać. Zatrzymali się na postoju żeby zjeść coś porządniejszego. Białowłosy podśmiewał się pod nosem, widząc jak Sing podkarmia Dianę kęskami mięsa, starając się jej nie dotykać, rzucając je najdalej jak mogła i odsuwając niezdarnie szczeniaka nogą od siebie. Stwierdziła, że przynajmniej będzie więcej futra na rękawiczki, choć on i tak wiedział swoje.
Byli już niedaleko Surgut, pogoda piękna, ale śniegu po uda, miejscami po pas i siarczysty mróz. Było piekielnie zimno... Na każdym postoju, Sing ćwiczyła łapanie szakr. Szło jej coraz lepiej, zwłaszcza, że w końcu mieli je z drewna. Udało im się namówić jednego stolarza w ostatnim mieście żeby wykonał kilka według wzoru. Na jednym z takich postojów, białowłosy postanowił trochę potrenować po swojemu. Ale tym razem bez miecza. Ćwiczył walkę wręcz. Dawno tego nie robił, przyda mu się. Sing w tym czasie rozpaliła ogień i zabrała się za szykowanie posiłku.

Sing Lung zajmowała się skromnym posiłkiem. Skroiła do kociołka mięso, trochę suszonych warzyw, kość z chrząstkami i parę garści kuskusu. Ot taka prosta gulaszo-zupa. Przynajmniej ich rozgrzeje od środka. Popatrywała odruchowo na szutao, który kopał w śmoegu i wyglądał na jego tle jak czarna pchła na białym futrze. Przyciągał jej wzrok bo był jedynym ruchomym elementem na połaci iskrzącego się, białego puchu. I nagle zdała sobie sprawę, że nie tylko jej wzrok przyciągnął... Kilkanaście metrów od psiaka pojawił się czarny kształt... Śmignął po śniegu w jego kierunku i z każdą chwilą był coraz większy i coraz bliżej. W oka mgnieniu zdała sobie sprawę co widzi. Cień atakującego ptaka! Nieważne czy orzeł czy coś mniejszego. Jak tylko go dotknie miao będzie martwy. Nie raz widziała jak jastrząb spadał z góry na kurczaki albo koty. Gdyby wilk był większy pewnie by go nie zaatakował, a tak niewiele różnił się od królika... Skoczyła w stronę szczeniaka. Na szczęście śnieg sięgał jej tylko trochę powyżej kostek. Poruszała się więc szybko. Cień był tuż przy wilczku kiedy rzuciła się na śnieg i zakryła zwierzaka sobą i rękami. Szutao zaskowyczał przestraszony. Miała nadzieję, że go nie zgniotła i że kubrak wytrzyma szpony albo dziób... Czapka też... Usłyszała skrzek, podmuch powietrza, coś jej szurnęło po plecach i głowie, zsuwając czapkę na oczy kompletnie i cisza.

Pisk... Dziwny pisk... Arechion odwrócił się i zobaczył Sing Lung skuloną przy ziemi. Atakował ją jastrząb... Przejechał jej chyba szponami po plecach, skrzydłami uderzył po głowie, wrzasnął, zamachał skrzydłami, po czym odbił się ciężko i poleciał między drzewa. Ruszył biegiem w jej stronę, może coś się jej stało? Tylko dlaczego odeszła od ogniska... I gdzie wilk? Kucnął przy Sing i chciał ją objąć za ramiona by sprawdzić co się dzieje...
Sing Lung usłyszała skrzypienie kroków na śniegu i poczuła słaby zapach cynamonu. Zimno tłumiło wonie. - Poleciał sobie? - spytała, nie odwracając twarzy od ziemi. Nie chciala stracić oka albo mieć poranionej twarzy. Czapa jej zasłaniała wszystko.
- Tak, poleciał, chodź... - Objął jej ramiona i uniósł do klęku. Pod nią... Była Diana. Więc to dlatego odeszła od ogniska, dlatego przypadła do ziemi w takiej pozycji... Osłoniła własnym ciałem wilczka! - Uratowałaś ją... - szepnął z uśmiechem, poprawił jej czapkę, sprawdził, czy nic jej nie jest i pocałował ją. Szczeniak położył jej przednie łapki na kolanach i zaczął się na nie wdrapywać.
- A ty gdzie? - sarknęła na szczeniaka. - Trzymaj go gdzieś przy sobie, nie mogę mieć oczu dookoła głowy. Żaden gawron nie będzie mi dziurawił futra z wilka na kubrak. Gulasz się przypali, Tian. - Wstała i zaczęła otrzepywać się ze śniegu. Próbowała zerknąć przez ramie na plecy. - Rozorał mi kubrak? Jak tak to mao musi szybciej rosnąć, żebym mogła to załatać przed następną zimą - rzuciła.
Ocho, udaje... Udaaaje... Gdyby go nie lubiła, to by go nie ratowała. A on nie zdążyłby dobiec w te parę sekund do wilczka by go uratować. Futro z wilka na kubrak, ha! Tak to ona może wmawiać sama sobie. Wcześniej kąski, przez sen przytulanki, a teraz ratowanie niby futra na kubrak.
- Nie, nic ci nie rozciął. Dianka chciałaby ci chyba podziękować. Spójrz jak się jej świecą te niebieskie oczka, hehe.
Białowłosy uniósł wilczka do góry. Maluch wyciągnął głowę w stronę policzka Sing najbardziej jak tylko mógł i próbował go polizać. Arechion pozwolił sobie wymanewrować nim tak, żeby mu to umożliwić.
- Fuj! Zabieraj to zwierzę od mojej głowy! Bo rozmyślę się co do kubraka i pozostanę przy szutao, na nie juz starczy tej upasionej kluchy! - oburzyła się i mamrocząc coś pod nosem i wycierając policzek, poszła w stronę ogniska, gdzie usiadła i zaczeła energicznie mieszać łyżką w kociołku.
- Oj, Sing Lung się zdenerwowała, widzisz maluszku... Psyzwycaaai się, zobacys. Hehe. - Cmoknął Dianę w łepek, pogładził ją po całej długości ciała. Wrócił z nią do ogniska i postawił na ziemi. Nachylił się nad Sing i pocałował ją w ten sam policzek, w który przed chwilą pocałowała ją Diana. Nie brzydził się ani trochę, nie raz w życiu "pies mu mordę lizał". - Co tam szykujesz na kolację?
- Gulasz. Z wilka jak mnie jeszcze raz dotknie pyskiem - pogroziła im łyżką.
- No nie jej wina, że nie ma ust... One w taki sposób całują... Cy muse cie udobruchać? - znów ją cmoknął.
- Lepiej pilnuj tego potworka. Ten jastrząb tutaj może wrócić. Szutao jest wielkości królika. - A kiedy znów ją pocałował, spojrzała na niego spod oka i spytała - Mam rozbić namiot do sprowadzania deszczu i chmur, Dai Goh?
- Namiot i tak trzeba rozbić, nocujemy tu przecież... Zaraz się za to wezmę. A ten potworek trzyma się dość blisko ciebie, czyli i mnie, więc nic mu nie będzie, a jak to ptaszysko ośmieli się wrócić, to będziemy mieli śniadanie. Tak mu przydzwonię, że walnie w tamto drzewo - wskazał ręką na pobliską sosnę.


Zjedli, przespali się i rano ruszyli dalej. W Surgut byli po południu. Po krótkiej naradzie postanowili udać się dalej, gdyż w mieście nikt o takim kamaelu nie słyszał. Za to chodziły słuchy o zaginających w lasach nieopodal ludziach... Ktokolwiek tam poszedł, zazwyczaj nie wracał. Białowłosy stwierdził, że to może być Bregen, że powinni udać się właśnie tam. Mieli ogromne szanse znaleźć go nim zapadnie zmrok. Zrobili tylko najpotrzebniejsze zakupy, uzupełniając zapasy. Niestety nie udało im się... Nastał zmrok, było przeraźliwie zimno, więc rozbili obóz i położyli się spać...

Sing Lung obudziły pazury szczeniaka. Jeździł jej nimi po ręce, popiskiwał. Westchnęła. Na co jej przyszło, żeby była niańką wilka...
- Dobrze już dobrze, wyjdę na dwór. Czekaj moment – mruknęła. Ostrożnie wygramoliła się z posłania. Zerknęła przez szparę w wejściu. Słońce właśnie wschodziło, zalewając różową poświatą śnieg. Akurat czas na trening. Ubrała spodnie, kubrak, buty, czapkę. Pomna przygody z jastrzębiem, opasała się shengbiao. Miecz weźmie jak wsadzi szczeniaka z powrotem do namiotu. Trzymała szutao na ręce chronionej rękawiczką. Ruszyła w stronę linii drzew kilkadziesiąt metrów od obozowiska. Tam będą niewidoczni, a i warstwa śniegu powinna być mniejsza. Szurała nogami z mozołem, przedzierając się przez zaspę sięgającą jej do kolan. Para unosiła jej się z ust nawet mimo zasłoniętej prawie całej twarzy szalikiem i czapką.
Wreszcie doszła do drzew. Znalazła jedno w miarę mało zlodowaciałe i z mchem i posadziła obok niego wilczka. Sama też na moment weszła w krzaki i obmyła się śniegiem. Chciała wziąć szczeniaka na ręce i wracać już do obozu, ale maluchu piszczał i wyrywał się niezgrabnie.
- O co ci chodzi? Jeszcze coś chcesz? Pospiesz się. – Znów go postawiła na ziemi i przyglądała się jak wącha liście i ściółki. Zaczęła kręcić od niechcenia kunai na lince.
Nagle coś zaszeleściło w krzakach tuż za linią drzew. Szczeniak warknął, ciamknął i ruszył w tamta stronę.
- Gdzie leziesz potworze, naprawdę ma cię coś zeżreć? – zirytowała się Sing Lung i z kunai w ręku poszła po szczenię. Kucnęła i już miała je wziąć, kiedy coś jej zamigotało między gałązkami... Złote? Czerwone? - Kto tu jest? Pokaż się! – schowała kunai w dłoni, drugą ręką odplątała nieco linki...
Krzak znów zaszeleścił... i zza niego, na polanę wyszła... mała dziewczynka. Może dwuletnia. Zakutana w futro tak, że sama przypominała małego niedźwiadka, z którego skóry miała ubranie. Spod czapki opadały jej na plecy i ramiona długie, wściekle miedziane loki. Rzeczywiście mogła ją wziąć za misia albo lisa... Dziecko popatrzyło na nią niesamowicie błękitnymi oczami. Takimi jak Arechiona, a może jeszcze bardziej... Sing Lung wsunęła kunai w rękaw.
- Skąd tu się wzięłaś, zgubiłaś się? Nie bój się mnie... – odezwała się spokojnie do małej w ludzkiej mowie. Ta przekrzywiła tylko głowę, a potem roześmiała się, bęcnęła na kolana przy szczeniaku i zaczęła z nim się bawić... Azjatka pokręciła głową. Głuchoniema chyba nie była... Może nie umiała jeszcze mówić? A może nie rozumiała ludzkiej mowy! Spróbowała w grece:
- Dziewczynko, gdzie twoi rodzice? Ktoś dorosły? Jesteś tu sama? Mieszkasz niedaleko?

Mała zaczęła ciągnąć wilczka za uszy i ogonek, ten nawet nie warknął, nie uniósł na nią wargi. Zaczął ją lizać po nieosłoniętej części twarzy, a ona śmiała się, nie zwracając najmniejszej uwagi na to, że zaczepia ją jakaś kobieta. Przynajmniej przez chwilę... Gdy kobieta odezwała się do niej w języku, który znała spojrzała na nią, a potem podeszła do niej na czworakach i rączką złapała za kolano. Wilczek skakał wokół niej.

Wracał z polowania, przez ramię miał przewieszoną zwierzynę. Ludzki głos... Daleko... Jakiś dziwny język... Mongolski? Kogo znów tu przywiało? Kolejny szpieg? Rzucił mięso i ruszył biegiem po śniegu, jednak jego stopy nie zapadały się tak głęboko i robił to niemal bezgłośnie. Zatrzymał się kilkanaście metrów przed polaną, w lesie, ostrożnie wyjrzał zza pnia. Niech to szlag! Znalazł małą! Niski, drobnej postury, nie będzie miał z nim kłopotu, tylko był za blisko dzieciaka... Traper? Polował tutaj, znalazł wilcze szczenię? Jego pech... Powinien iść stąd, a nie zwiedzać okolicę. Została tylko jedna strzała. Na tego człowieczka wystarczy... Przyglądał się chwilę. To może być pułapka. Zasadzka. Jeszcze raz zlustrował okolicę, wsłuchał się w las... Nie wyczuł nic. Nie widział w pobliżu nikogo więcej. Kolejny, który nie wróci do domu.... Nawet nie będzie pytać kim jest, po prostu zabije... Jak za każdym razem, gdy na JEGO ziemi pojawiał się obcy. Nie da nikomu przetrwać i wrócić z tego miejsca... Nikomu!
Uniósł łuk. Czekał aż nieznajomy wstanie i będzie wyraźnie nad dziewczynką. Płynnym ruchem naciągnął cięciwę, wymierzył i zwolnił strzałę.

Sing Lung nie doczekała się żadnej odpowiedzi i sensownej reakcji. Dziecko nie wyglądało na nieszczęśliwe, zagłodzone, ranne, nawet brudne czy zmarznięte. Pewnie gdzieś tu niedaleko była jakaś osada... Może kolejna chata myśliwego, a to jego dziecko? Wnuczka? W każdym razie nie może pozwolić dziecku samemu szwędać się po lesie i na mrozie. Może wpaść w jakąś jamę, nogę skręcić o korzeń albo jakiś nierozgarnięty myśliwy naprawdę weźmie ją za niedźwiadka czy inna zwierzynę.
- Hao maleńka, poszukamy twojego dziadka albo mamy - szepnęła do dziewczynki z uśmiechem, którego i tak nie było widać. Zaczęła się podnosić z kucków, przytrzymując łapkę dziecka na swoim kolanie. Weźmie ją na ręce. Szutao - trudno - wpakuje za pazuchę. Gdy sięgała po wilczka usłyszała świst... Zareagowała instynktownie. Odepchnęła dziecko od siebie w biały puch, mając nadzieję, że nie skrywa niczego ostrego, sama odbiła się nogami w przeciwną stronę także lądując na ziemi. W miejscu, gdzie przed chwilą były jej plecy, w ziemi drgała wbita strzała o długim i ciemnym drzewcu... Długi łuk? Nie wschodni... Taki... jak elfa? Przynajmniej nie Hungnu... Ale jeżeli strzelał przy dziecku, to znaczy, że nie obchodzi go jego bezpieczeństwo. Chciał zabić... Dziewczynka zaczęła pochlipywać. Suczka dreptała wokół dziecka, niepewnie popiskując i powarkując.
Sing Lung z kunai w ręku podczołgała się do nich na czworakach, najszybciej jak mogła. Wcisnęła wilczka małej za kubrak, a ją samą złapała w pasie i skryła za drzewem.
- Cicho, nie płacz. Nie pozwolę zrobić ci krzywdy. Zaopiekuj się pieskiem, dobrze? Poczekaj tu na mnie i nie ruszajcie się oboje. Obronię was.
Wyjrzała zza pnia, z kunai na wysokości twarzy, żeby móc odbić lub zablokować pocisk lub uderzenie.
Ale dalsze strzały nie nadlatywały.
- Kim jesteś? Czemu do mnie strzeliłeś? Zostaw mnie albo cię zabiję! - krzyknęła po mongolsku. Kubrak i szalik tłumiły jej głos... Żadnej reakcji. Spróbowała w huńskim.

Białowłosy obudził się, gdy Sing Lung wychodziła z namiotu. Wzięła Dianę na dwór... Hmm... Naprawdę się do niej przyzwyczaja. Uśmiechnął się i schował twarz w poduszce, na której jeszcze przed chwilą leżała jej głowa. Leżał tak jakiś czas i... Naszło go dziwne uczucie... A raczej przeczucie. Długo nie wracała... Może trenuje? Ale skąd to przeczucie jakby coś było nie tak? Jakby coś się miało stać? Nagle coś uderzyło w niego tak silną falą, że w biegu praktycznie założył buty, porwał miecz i wybiegł z namiotu ruszając śladami Sing Lung... Był pewien, że zaraz stanie się coś złego... I nie mylił się, usłyszał płacz... Dziecka. I krzyk.

Odrzuciła dziecko, nie trafił! Cholera, a mogło pójść tak łatwo. A tak... Będzie musiał się pobawić mieczem. Musi wziąć tego człowieczka z zaskoczenia. Nie chciał się z nim bawić bogowie wiedzą ile czasu... Co? Chowa się za drzewo? Ma ochotę na zabawę w chowanego? Nic mu to nie da, nie ma żadnych szans. Trzeba załatwić sprawę szybko i tak by dziecko nie musiało oglądać zbytniej przemocy. Huński... Człowiek... Xeny?! Znaleźli go?! O nie... Nie da im tak łatwo odebrać sobie małej i zabić się! Nie ma mowy! Musi zabić i zabrać stąd małą, wyjechać jeszcze dalej, może na zachód... I nie będzie z tym kimś rozmawiać! Bez słowa ruszył w stronę intruza powolnym, spokojnym krokiem nie zdradzającym jego zamiarów. Po kilku krokach przyspieszył do biegu aż w końcu pomknął tak szybko jak tylko nogi mu na to pozwoliły. Wyciągnął broń z pochwy przewieszonej przez plecy. Ciemna klinga błysnęła w świetle słońca... Zaatakował obcego z pełnym impetem...
- Wwwwwrrrrhhhaaaaaaa!

Z pomiędzy drzew wyskoczył jakiś człowiek. Wysoki... Chyba wyższy od Arechiona. Nic nie powiedział tylko ruszył na nią z okrzykiem i mieczem gotowym do ciosu.
Tian, przez ten mróz ludzie nie przypominali ludzi... Ubranie skrywało twarz, włosy... Widziała tylko błysk oczu... W dodatku ona miała wolniejsze ruchy z powodu grubego ubrania, to nie strój Feniksa. Mroźne powietrze kłuło ją w płuca nawet przez szalik. Tamten był szybki... Bardzo szybki jak na ten śnieg, warunki i ilość skór i futer...
Miecz został w namiocie... Może pochwą by sparowała jakoś cios... Samo ostrze do tego się nie nadawało. Ześlizgnęłoby się. Miała tylko shengbiao... Musi zwiększyć dystans... Wytrącić mu broń, przewrócić... Dźgnąć w pachwinę albo pod pachę... Do szyi nie sięgnie, jest za wysoki.
Przyjęła klingę na kunai, wiedząc, że sztylet do tego się nie nadaje. Zabolało ją całe ramię. Ale zdołała zjechać ostrzem po ostrzu, aż do jego ręki. Jeżeli uda jej się poharatać mu nadgarstek, nie będzie w stanie trzymać miecza...
Zanim jednak zdołała skręcić dłoń i przejechać kunai po ręce tamtego, napastnik wywinął się i odepchnął jej ramię tak mocno, że niemal sama nim się uderzyła w czoło. Znów się na nią rzucił. Nie miała czasu odwinąć linki. Wiedziała, że powinna unikać trafień, unikać walki w zwarciu... Był silniejszy od niej... Połamie jej ręce jak tak dalej pójdzie. Musi go jakoś dźgnąć... Zablokowała mu przedramię ręką, tą z kunai wyrzuciła rozpaczliwie przed siebie, celując w pachę, którą miał teraz odsłoniętą. Dosięgnie go... uda się... Jego miecz był długi, ale w zwarciu tracił wobec kunai... Koniec ostrza przebiło kubrak i nagle poczuła silne uderzenie w pierś. Nie! Nie wypuściła kunai, ale poleciała do tyłu. Plecami uderzyła o coś twardego aż jej powietrza zabrakło. Drzewo. Zakasłała i starała się odzyskać orientację. Kubrak i czapka złagodziły uderzenie, ale i tak zabolało... Przynajmniej nie rozbiła sobie o zamarznięty pień czaszki.
Uniosła głowę... i szarpnęła się w bok i do tyłu. Niedostatecznie... Czuła jak ostrze przejeżdża jej po barku i przez kubrak. Nagłe uderzenie bólu i gorąca, krzyknęła. Złapała się odruchowo tam gdzie czuła rozchodzącą się wilgoć pod ubraniem. Kubrak szybko przesiąkał. Bark... Nie, trochę niżej... Ale to było ciecie przez korpus, gdyby nie odskoczyła miałaby taką ranę jak Arechion... Ale i tak nie było dobrze... Trochę w bok i dostałaby w tętnicę... Niewielka pociecha... Wykrwawi się tylko nieco wolniej w tej sytuacji... Jeżeli w ogóle jeszcze będzie miała na to czas. Widziała jak tamten unosi miecz do ciosu. Z góry. Chciał ją przyszpilić do ziemi. Brzuch czy pierś? Skupiła się resztką świadomości. Przetoczy się pod mieczem... Wbije go w ziemię, wbije mu kunai między nogi... To go powinno powalić...
Nagle coś śmignęło z boku i napastnik zniknął jej z pola widzenia. Biała plama... Dai Goh... Widziała jak Arechion walczy z mężczyzną... Zgubili broń... Tarzali się po śniegu, okłądając pięściami... W końcu zamarli z rękami zaciśniętymi nawzajem na szyjach...
Chciała wstać, pomóc mu... Rzucić kunai... Ale było jej coraz bardziej zimno i sennie... Słabo... Z trudem otwierała oczy po każdym mrugnięciu. Przekręciła głowę. Ręka cała we krwi... Jej... krwi... Śnieg... czerwony... Niedobrze... Nie powinno tak być... Wydłubała palcami szalik i spróbowała docisnąć na ranie. Mocno krwawi, musi to zatamować, jak straci przytomność, to... nie będzie mogła... nie będzie... Położyła głowę na ziemi... Przy kolejnym mrugnięciu nie otworzyła już oczu... Próbowała walczyć... być przytomną, ale czuła jak zapada się w ciszę... Głupia rana... Głupia... śmierć...

Intruz odparował atak tym małym czymś co miał przed oczyma, ale nie do końca. Odbił mu rękę aż uderzyła w czoło. Zaatakował ponownie, intruz wyprowadził blok na jego przedramię... Hmm... On się umie bić... Ale nie jest silny. I nie jest tak szybki. Nim wrócił rękoma z jego przedramienia do odpowiedniej pozycji, użył drugiej ręki, uderzył otwartą dłonią w pierś odrzucając go do tyłu. Wpadł na drzewo... Dobrze, bardzo dobrze, teraz pójdzie czyste cięcie. Wymierzył mu ponownie w pierś, tym razem ostrzem i... Uskok... Ale i tak trafił... Napastnik krzyknął cicho i upadł na ziemię, ściskając ranę przez grube odzienie. Mężczyzna już miał go dobić, gdy... Poczuł silne uderzenie z boku. Miecz wypadł mu z dłoni i wylądował kawałek dalej...
Białowłosy dobiegł na skraj jakiejś polany. Nornil, błagam, nie... To co zobaczył... Odebrało mu dech w piersi. Ale tylko na moment. W jednej chwili ruszył biegiem na zamaskowanego napastnika stojącego nad Sing Lung. Uderzył go barkiem i powalił na ziemię... Wypadł mu miecz, tak samo i jemu... Zaczęli się szarpać. Poczuł uderzenie w twarz, będzie siniak... Zaczął okładać przeciwnika pięściami. Cios za ciosem. Po twarzy, torsie... Wszędzie, gdzie tylko trafiał. W końcu obaj zacisnęli sobie dłonie na gardłach...
- Ka... Ma... El... - jęknął napastnik w języku kamaeli. - Ja... Ka... Ma... El...
Arechion poczuł jak mężczyzna zwalnia ucisk. Zaskoczyło go to co zrobił i to co powiedział... A raczej w jakim języku powiedział! Puścił jego gardło... Dyszał ciężko.
- Co.. Powiedziałeś? - zapytał, niedowierzając.
- Jestem taki jak ty... - Zdjął czapę i to co miał na twarzy. - Arechionie, to ja... Bregen.
Białowłosy nie wierzył własnym oczom. W pierwszej chwili ucieszył się, uśmiechnął szeroko i już miał się na niego rzucać z radości, ale zaraz się opamiętał i uderzył go pięścią w twarz. Mocno...
- Zaatakowałeś kobietę idioto! - wrzasnął, podniósł się i zbliżył do Sing Lung, która trzymała się za bark... Chustą, którą miała zapewne wcześniej na twarzy tamowała krew. Była ledwo przytomna, blada... - Sing Lung? Słońce? Staraj się trzymać, proszę, staraj się nie tracić przytomności, słyszysz?
- Takk... - wyszczękała z trudem. Spać. Zimno...
Rozpiął jej kubrak i to co miała pod spodem, zebrał garść śniegu i przyłożył jej do rany... Z barku przechodziła niżej, prawie do piersi. Mocno krwawiło...
- Wytrzymaj, proszę...
Bregen przyglądał się bratu z niemym zaskoczeniem. Spotykają się po... Nornil wie ilu latach, a ten wita go... sierpowym?! I to z powodu jakiejś... O Nornil... Kobiety... Arechion był... Zakochany?
Zbliżył się do nich, zza drzewa wyciągnął dziewczynkę i wziął ją na kolano.
- Wybacz, że cię raniłem... - zwrócił się do półleżącej na śniegu kobiety. - Myślałem, że chcesz zabić mi dziecko, że Xena mnie znalazła i nasłała na mnie swoich ludzi.
- Potem pogadamy, rwij koszulę - rozkazał Arechion bratu. - I odsuń się.
- A na co ci moja koszula?
- Raniłeś ją, to teraz rwij koszulę. Z pewnością jest bardziej czysta niż moja, a muszę zatamować ten krwotok.
Bregen spojrzał na niego dziwnie, ale już nic więcej nie powiedział. Rozpiął kubrak, zdjął jedną z koszul i porwał ją na paski. Arechion w tym czasie tamował krew jak tylko mógł śniegiem starając się go spowolnić... Jego słońce gasło mu w oczach. Musi się pospieszyć. Trzeba to szybko zatrzymać, oczyścić i zeszyć. Namiot... Musi ją wziąć do namiotu... W ciepłe miejsce.
Dziewuszka podeszła do Sing Lung i pogładziła ją po czole jakby nigdy na oczy kobiety nie widziała. Przyglądała jej się z zaciekawieniem. Bregen próbował ją odsunąć, ale Arechion powiedział mu, żeby ją zostawił. Nie robiła przecież żadnej krzywdy. Diana wysmyknęła się zza jej kubraczka i polizała Sing po policzku. Popiskiwała cicho... Normalnie przedstawienie teatralne...
Sing Lung poczuła cos wilgotnego na twarzy. Znów to szutao. Odemknęła lekko powieki. Nad nią stała rudowłosa dziewczynka. Głaskała ją ręką po czole... Wilczek lizał po policzku, ale nie zwracała już na to uwagi. Uśmiechnęła się słabo do dziecka, nie chciała jej przestraszyć. Chciała uspokoić... Zapewnić, że nic jej nie jest... I wszystko znikło.
Arechion widział, że Sing Lung straciła przytomność. Chwilę wcześniej próbowała się uśmiechnąć, spojrzała spod na wpół przymkniętych oczu na dziecko i nagle głowa poleciała jej na bok, oczy miała zamknięte, usta blade... Jak tylko krew przestała lecieć ciurkiem, założył jej uciskowy opatrunek, wziął na ręce i ruszył w stronę namiotu.
- Weź naszą broń, Dianę i to swoje dziecko i chodź za mną - rzucił do brata, nie odwracając się nawet.
Bregen pokręcił głową... Dawno nikt mu nie rozkazywał... A co dopiero jego MŁODSZY brat!
- Arechionie, nie jestem twoim paziem! Trzeba ją zabrać do mnie, to w tamtą stronę. - Wskazał ręką kierunek.
- Ale jesteś moim bratem. I niedoszłym oprawcą Sing Lung. Ile do twojego domu?
- Ze dwie godziny marszem.
Arechion zamilkł na dłuższą chwilę. Dwie godziny... Nie, musi ją najpierw zeszyć. A przynajmniej ocucić. Dwie godziny to zbyt niebezpieczne.
- Masz konia? - spytał w końcu.
- Nie. Zdechł pół roku temu. A czemu pytasz?
Byli już parę kroków od obozowiska.
- My mamy dwa. Ile konno?
- Godzina.
- Dobra... Ocucę ją, spakujemy się i ruszymy w drogę. Ale chyba trzeba będzie szyć na miejscu. Jak chcesz, idź do domu. Niech mała nie marznie.
- Jest przyzwyczajona, macie namiot, może tam się zdrzemnąć. Poczekam na was na zewnątrz. Wrócę się po mięso. Arechionie... - położył mu rękę na ramieniu. - Nic jej nie będzie.
- Mam nadzieję...
Białowłosy obniżył się i praktycznie na klęczkach wszedł do namiotu. Ułożył delikatnie Sing na posłaniu. Wziął od Bregena jego córkę i położył ją kawałeczek dalej od Azjatki. Przyłożył sobie palec do ust szepcząc:
- Ciii, śpij.
Mała wyciągnęła do niego rączki machając nimi... Co ona chce? A tak... Rękawiczki. Zdjął je i odłożył na bok. Dzieciak odwrócił się do nich pleckami, wsadził sobie kciuk do biuzi i zaczął powolutku usypiać. Białowłosy nakrył ją kocem. Rozebrał Sing Lung do pasa, zdjął opatrunek, sięgnął krwawnik, nasączył nim kawałek czystej szmatki i przetarł ranę w koło. Przelał też samą ranę. Jęknęła nieprzytomnie...
- Ciii, wiem, że boli, wiem, zaraz nie będzie. Spokojnie. - Pogładził jej czoło. Gorączki nie miała, była raczej... Chłodna. Obmył jej dokładnie tę ranę, znów założył jej opatrunek, okrył ją porządnie skórami i czekał aż się obudzi trzymając ją za rękę. Diana wcisnęła się między nią a bratanicę, skuliła i czekała popatrując niepewnie to na niego, to na Azjatkę.
Bregen wrócił po mięso, które zostawił, następnie znów pod namiot. Zajrzał do środka kilka razy, Arechion wydawał się być bardzo przejęty stanem tej... Sing Lung. Swoją drogą, gdzie on ją spotkał? I co tu robi? Dlaczego.. Jak go znalazł... Skoro on dał radę, to Xena tym bardziej może zwęszyć gdzie się ukrywa. Czeka go poważna rozmowa z młodszym bratem... Musi się dowiedzieć co go tu sprowadza, jak trafił na jego ślad, kto o nim wie, co w domu, jak on się miewa, gdzie nabył takich umiejętności... Akademia akademią, ale jego ręce i ciało były doświadczone. Nawet w tym grubym odzieniu widać było, że jest dobrze zbudowany, pewnie stąpa po ziemi, a i walczyć potrafi dużo lepiej niż kiedyś.

Ból przywrócił jej przytomność. Jęknęła. Dotyk na czole... Coś przy jej barku... Bolało... Odpływała i wracała. W końcu spokój i powoli wracające ciepło. Było jej ciężko. Trudno jej się oddychało. Coś ją przygniatało. Ale ręce miała jak z drewna. W końcu ciepło wróciło na tyle, że zaczęła czuć mrowienie i ból w barku i całym ramieniu... I plecach...
- Ou... - jęknęła i spróbowała otworzyć oczy. Jedną rękę, tę ranną miała jakoś unieruchomioną... Coś jej ściskało dłoń... Jak w imadle... Ruszyła drugą ręką. Futro. Bestia... Przesunęła palce dalej... Znów coś ciepłego... Włosy? Kręcone? Popatrzyła w tamtą stronę... Obok niej leżała ta dziewczynka z lasu? Też jest ranna? Nie udało jej się jej obronić?
Przekręciła głowę w drugą stronę, chcąc krzyknąć, wezwać pomoc i jej wzrok spoczął na zatroskanej i zmartwionej twarzy Arechiona. To imadło... to chyba jego dłoń...
- Dai Goh... - uśmiechnęła się. - Udało mi się... Nie zabił mnie... Możesz... już nie ściskać tak mojej dłoni? - poprosiła. - Dziecko... Dziewczynka. Co z nią? Coś... jej się stało?
- Przepraszam - szepnął Arechion, uśmiechając się do niej. Puścił jej dłoń, nachylił nad głową i pocałował w czoło, które następnie pogładził opuszkami palców. Drugą dłoń położył jej na zdrowym ramieniu, żeby się nie wierciła. - Obudziłaś się. To dobrze, muszę cię zszyć. Mała śpi, nie martw się. Jak tylko cię poskładam, ruszymy do Bregena. To jego córka. Zaraz cię posadzę, tylko wezmę igłę i nici...
Wilczek słysząc głos Sing Lung poderwał do góry łepek i machnął kilka razy ogonkiem.
- Jedwabne... i złota igła. W mojej sakwie. Ja sama... - spróbowała się podnieść i syknęła. Bregen? Córka? Nie poddusił go aby za bardzo tamten człowiek? Co on mówi? Zaraz... Nieważne. Później. Teraz rana. - Szutao, nie wierć się... Nie mam siły teraz się z tobą bawić ani zajmować - mruknęła do wilczka, który coś tam robił przy jej boku. - Idź do małej... ogrzej ją... Lepiej się dogadujecie...
Wilczek położył jej łapkę na ręku i mruknął cicho wykazując swoje niezadowolenie.
- Tak, wiem, jedwabne i złota igła... Żeby blizny nie było. Nie ruszaj się, nawet Diana stara się ciebie powstrzymywać. Wystraszyła się, wiesz? - odwrócił się do niej z gotowymi przyborami, miseczką z krwawnikiem i czystą szmatką. Wsunął jej rękę pod plecy, uniósł kawałek w górę. Jęknęła... Zacisnęła zęby i spięła mięśnie. Chyba trochę jej się zakołowało w głowie, bo opadła mu na ramię. Odczekał chwilkę i uniósł ją wyżej. - Jesteś pewna, że dasz radę sama to zeszyć? Ja bym to chociaż widział...
Wilczek zdjął łapkę z jej dłoni, wdrapał się jej na nogi i położył łebkiem w stronę jej twarzy.
- Nie przeganiaj jej, niech leży. Zaśnie. - Poprosił białowłosy gładząc szczeniaczka po główce.
- Spróbuję... Pomożesz mi... Mam miedziane lusterko. Masz duże ręce, za duże szwy. Znam się na hafcie... Już to robiłam... Kiedyś... Jak zemdleję to mnie ocuć.
Kiedyś to robiła... Kiedy? Pewnie dawno temu... Cierpiała w samotności, szyła się sama, auć... Hmm... Zapyta później, może mu odpowie? Podał jej igłę z nałożoną już nicią. Sięgnął ręką w bok i wyciągnął z jej torby to lusterko. Już raz je widział, wiedział więc gdzie je nosiła. Wsunął się za nią kawałek, wsparł na swoim barku. Drugą ręką zdjął opatrunek, który wcześniej przyłożył. Krew już nie leciała... Na szczęście. Ale z pewnością będzie ją to boleć. Wyciągnął lusterko przed nią i ustawił tak by widziała ranę. I nagle opuścił.
- Chcesz coś przeciwbólowego? Mogę zablokować ci nerwy na czas szycia.
- Nie wiem czy powinnam... Najpierw trzeba zerwać ziarninę i jeszcze raz ściąć oczyszczoną ranę alkoholem albo tym twoim krwawnikiem... I wtedy szyć. Podwójnie. Można spróbować zablokować... Używałam inhoa jak musiałam... Ale trzeba dobrze wcelować, żeby nie zaszkodzić.
- Nie znam inhoa. Ja zablokuję tylko nerwy, zachowasz czucie w skórze, ale nie będziesz czuć bólu. Tylko później... Jak odblokuję... Wtedy zaboli bardzo. Można zemdleć albo zwymiotować. FLee to na mnie stosowała, nie zna inhoa takiego jak ty...
- Dobrze... Spróbuj. Ale najpierw przygotuj ranę bez blokowanie. Nie może zostać martwa skóra... Musi boleć. Jak boli to znaczy, że żywa.
- Boli, boli, wiem, że boli. Pojękiwałaś jak dotykałem i czyściłem.
Pocałował ją w policzek, zdjął opatrunek do końca i obmył ranę krwawnikiem. Widział jak się krzywi, czuł jak spina. Bolało ją... I to bardzo. Rana była głęboka i długa...
- No dobrze, blokuję. Poczujesz kilka ucisków.
Ucisnął jej dwa miejsca pod łopatką. Z prawej i lewej strony. Następnie przy szyi, tuż obok rany, nad obojczykiem, w zgięciu pod pachą, obok mostka i pod piersią. Powinna nie czuć bólu na całej połowie klatki piersiowej, plecach i kawałku brzucha.
- I jak?
Wcześniej bolało tak, że zaciskała zęby z całej siły. Nie krzyknęła tylko dlatego, że obok niej spało dziecko. Pamiętała jak bolało ją kiedy polała sobie rękę tym czymś... Wtedy... po Hungnu. Kwas. A tamto to było tylko rozcięcie skóry! Na szczęście jakoś wytrzymała i było to krótkie. Jeszcze trochę, a chyba by zemdlała. Pouciskał ją przy ranie, na plecach, pod piersiami. Bół zniknął, zostało tylko kłujące mrowienie. Poruszyła ostrożnie ręką. Nic nie czuła.
- Nie wiem. Chyba dobrze. Spróbuj, wkłuć, zobacze czy boli.
- Nie ruszaj no tą ręką, bo znów poleci krew... - ukuł ją przy ranie, nawet nie drgnęła. - Już ukułem, o tu - poprowadził jej dłoń do igły, która tkwiła koniuszkiem wbita w jej ciało. Znów wyciągnął rękę z lusterkiem tak by widziała w nim jak szyć i czekał aż skończy pomagając jej jak tylko dawał radę. Dziewuszka nawet się nie obudziła... Spała spokojnie. Diana również usnęła, a Bregen nie zaglądał już do namiotu. Ale z pewnością wszystko doskonale słyszał.
- Ten, który ci to zrobił... To Bregen. Wziął cię za Huna od Xeny. Głupia pomyłka... - nachylił się i szepnął bardzo cicho na jej ucho - Ale miałem mu ochotę zęby powybijać...
Skończyła szyć drugi, zewnętrzny szew tym razem tylko po skórze i zawiązała drobne supełki. Umiała posługiwać się lewą ręką równie sprawnie jak prawa, trudność stanowiło odwrócenie kierunków w lustrze i niewyraźny obraz, ale była zadowolona z rezultatów. Za tydzień zdejmie szwy... Jeszcze opatrunek i opadła na posłanie. Nie bolało, ale straciła chyba dużo krwi i brakowało jej powietrza, czuła się też słaba i śpiąca. Znów się mało nie poderwała, słysząc co mówi Arechion.
- Co? To był twój brat? Strzelił do mnie z łuku! Bez ostrzeżenia, tak, żeby zabić! Mógł zabić albo zranić to dziecko. Broniłam je... Nie odpowiadał na pytania... Po prostu mnie zaatakował. To na pewno twoja rodzina? Wybacz... ale mówiłeś, że Kamaele są inni... a on się zachowywał gorzej niż... niż... Hungnu! Zwierzę! Stracił rozum? Mógł skrzywdzić własną.. córkę, tak? - przymknęła oczy. Zakręciło jej się w głowie od tych emocji i jeszcze ta krew. - Arechionie... potrzebuję krwi... Wątróbka... Tatar... Mięso. Chyba sporo mi jej wyciekło. Nie czuję się dobrze. I chyba powinieneś odblokować już te nerwy.
- Nie celował w córkę, ale w ciebie. Tak, chciał cię zabić. Chciał chronić siebie i dziecko przed ludźmi Xeny. Mam nadzieję, że mi to wytłumaczy... A w jakim języku do niego mówiłaś? Nie sądzę by znał qiński. Pamiętam co mówiłem, ale wspominałem ci również, że mój brat jest... Trochę taki jak drow, mroczny i skryty. Raczej małomówny. Przepraszał już cię, ale ty byłaś półprzytomna, więc pewnie nie pamiętasz... Nic już się podobnego nie wydarzy, on tam czeka na nas. Przed namiotem. Dostaniesz wątróbkę albo mięso, obiecuję. Ale najpierw musimy dotrzeć do jego domu... Już odblokowuję...
Uniósł ją znowu kawałeczek, z boku położył miskę i nachylił ją nad nią na zaś, po czym zabrał się za odblokowywanie nerwów przytrzymując jej ciało tak by nie ruszyła się nagle i nie naderwała dopiero co założonych szwów.

- Po mongolsku i huńskuuuuuu... CAO CAO - zaklęła i zgięła się do przodu. Teraz to dopiero bolało. Aż się spociła i zabrakło jej tchu. Ale nie zwymiotowała... Nie miała czym... Odetchnęła parę razy. - Już... już przechodzi... Pewnie obudziłam dziecko...


Ostatnio zmieniony przez red dnia Pon 16:17, 07 Wrz 2009, w całości zmieniany 4 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
red
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 19 Cze 2007
Posty: 4676
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Moderacja
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pon 21:13, 08 Cze 2009    Temat postu:

Białowłosy spojrzał w bok na dziewczynkę, ale ona się nawet nie ruszyła.
- Huński... On był z Xeną, pewnie zna i pomyślał... Pogadamy z nim później. Dzieciak chyba się nie obudził. Odsapnij chwilkę, niedługo ruszymy w drogę, konno to tylko godzina... – Położył ją ostrożnie na posłaniu, nakrył skórami pod brodę, po czym sięgnął z torby woreczek ziół, kubek i wystawił głowę z namiotu. Mówił po kamaelsku. – Bregenie, zaparz to. Dwie szczypty. I daj mi mięsa... Masz może wątróbkę?
Bregen siedział dalej na pieńku, słyszał rozmowę brata z tą kobietą. Gdy brat wychylił się z namiotu i podał mu jakieś zioła z kubkiem, wstał i kucnął przy wejściu.
- Mam, upiec?
- Daj surową, straciła dużo krwi.
Białowłosy wrócił do namiotu, pokroił wątróbkę na kawałki i zaczął karmić tym... Czymś Sing Lung. Ohyda, no ale jakoś to przeżyje... A fe. Zrobił jej śliniak z chusteczki żeby nie ochlapała się niczym.
Po chwili do namiotu wsunął głowę Bregen.
- Zioła – powiedział doskonale w grece, z pełnym akcentem. Arechion omal nie upuścił kawałak galerotowatego mięsa... Jego brat znał ten język bardzo dobrze... Greka, huński, kamaelski... Jaki jeszcze zna? Wilczek uniósł łeb, odwrócił się na kolanach Sing i warknął na niego.
- Diana spokój. To swój. – Zareagował natychmiast Arechion, przyjmując kubek parującego naparu od brata. – Nie wiedziałem, że znasz grekę.
- A ja, że ty ją znasz... – spojrzał na Azjatkę, na jego twarzy nie było żadnych emocji. Był kompletnie spokojny, choć poobijany. Widać, że dostał mocno w nos, spuchł i miał pod nim zaschnięte ślady krwi. – Wziąłem cię za huna, atakowałem broniąc Uty... - Arechionowi zadrżała lekko ręka. Czy on powiedział... Uty? Ta mała ma imię po matce... Ich matce... – Xena nie może się dowiedzieć, że mam córkę.
- Wybacz Dai Goh Arechiona... że wprowadziłam cię w błąd... że walczyłam i chciałam zabić. Broniłam dziewczynki... - Sing Lung spróbowała się pokłonić, choć trochę przypaść do ziemi, zakręciło jej się w głowie, chciała się podeprzeć ręką, odruchowo tą zranioną, zabolało i mało nie poleciała na ziemię. Na szczęście po drodze było ramię Arechiona... Oparła się głową o podparcie i przymknęła oczy.
Arechion złapał ją objął przez plecy i oparł o siebie bardziej żeby się nie przewróciła. Pomimo takiej rany próbuje się kłaniać? Nornil, czy nie nauczyła się jeszcze, że przy nim nie musi? To samo przecież dotyczyło jego brata... Już miał coś powiedzieć, gdy znów głos zabrał Bregen.
- Daj spokój. Nie forsuj się, bo znów ci krew pójdzie i Arechion będzie mi kazał rwać kolejną koszulę.
- Dłejpuci... - powiedziała cicho.
Bregen nie zrozumiał co ona powiedziała, co miało to znaczyć. Co to w ogóle za dziwny język?
- Ona cię przeprasza. - Usłyszał nagle Arechiona, który najwidoczniej znał ten język. Albo raczej słowo, bo przecież rozmawia z nią w grece.
- Nie masz za co - powiedział twardo. - To cię trochę poboli. Głowa pewnie też, ale nic ci nie...
Białowłosy posłał mu rugające spojrzenie, podciągnął skóry, którymi była nakryta wyżej, bo lekko się zsunęły i pogładził ją po głowie.
- Bregenie – przerwał mu. – Ona musi odpocząć. Powiedziałem, że porozmawiamy później, tak? Byłbym wdzięczny jakbyś wziął te torby i przytroczył je do siodeł.
Bregen spojrzał na niego również bez emocji. Chwilę tak na niego patrzył, po czym bez słowa wziął wskazane przez brata torby i oddalił się do koni. Rozkazywać... Jemu... Eh... Naprawdę czeka ich długa i poważna rozmowa. Może nie całą trójkę, ale jego i Arechiona owszem.
Białowłosy patrzył przez chwilę na wyjście z namiotu, po czym wrócił do zajęcia jakim było karmienie Sing. Jego brat się zmienił... Był mroczniejszy niż kiedyś i skuteczniej hamował w sobie emocje. Z jego twarzy i spojrzenia nie dało się niczego wyczytać.
- Zjesz, wypijesz i ruszymy. Niedługo znajdziesz się w ciepłym i wygodnym łóżku.


- Dobrze - Przełknęła ostatni kęs. Nawet nie było takie złe. Chociaż wolała wątróbkę smażoną. - Tylko jak ja wsiądę na konia... Nie chcę wam sprawić kolejnego kłppotu i spaść. Może mnie przywiążesz? Skłamałbym, mówiąc, że nic mi nie jest i że nie zasnę z zimna i od krwawienia.
Pocałował ją w skroń, pomasował chwilę plecy tuląc ją do siebie. Znowu jest poobijana. Czemu miałaby ją boleć głowa?
- Będę cię trzymać. Bregen weźmie twojego konia i pojedzie na nim wraz z... - westchnął - Utą... I Dianą. Jeszcze ziółka, wypij - podsunął jej kubek do ust. - Złagodzą ból, będziesz też spokojniej spać. Wymyję cię dopiero na miejscu, tu nie ma warunków, a śniegiem nie mam już zamiaru cię nacierać. Jesteś mi w stanie powiedzieć co dokładnie cię boli? Czemu Bregen mówił o głowie?
- Yhym... Tak... Głowa. Nie wiem. Rzucił mnie o drzewo... Gdybym nie miała czapki pewnie by mi pękła czaszka, a tak tylko zabrakło mi powietrza... - odparła starając się zachować świadomość na tyle by mówić w twardej grece, a nie ludzkiej mowie. Kiedy źle się czuła albo bya zdenerwowana lub niezbyt przytomna przechodziła na ojczysty język.
- Ech... - westchnął. - Naprawdę mam ochotę mu jeszcze nakopać. No, zbieramy się, słońce.
Wypiła zioła, zabrał się za ubieranie jej w ciepłe, ale luźne odzienie. Założył jej najpierw jedną z jej koszul, następnie dwie swoje, kubrak i owinął ją jeszcze swoim płaszczem. Teraz będzie jej z pewnością ciepło.
Obudził Utę, wsadził jej Dianę za kubraczek, podał ją Bregenowi, który powiedział jej by stanęła przy pniu i nigdzie się nie ruszała. Wziął z namiotu resztę toreb i przytroczył je do siodła kałmuka. Ustalił z Bregenem by złożył zaraz namiot i posłanie, on nie chciał latać z Sing w te i we w te. Wrócił do namiotu, nachylił się nad Azjatką i szepnął:
- Podniosę cię teraz do góry, nie bój się... Może zaboleć, ale zioła zaraz zaczną działać i minie.
Założył jej czapkę i kaptur. Wsunął rękę pod jej kolana, drugą pod plecy i podniósł ją. Na klęczkach wyszedł z namiotu. Ruszył prosto do Dendiego. Wsiadł na niego tak, że Sing prawie leżała w tym siodle. Siedziała bokiem, plecy stabilnie oparte o jego przedramię, nogi trzymał drugą ręką. Gdy tylko Bregen spakował całą resztę rzeczy, ruszyli w kierunku wcześniej przez niego wskazywanym.
Sing Lung przekrzywiła głowę i przytuliła się policzkiem do jego przedramienia. Przysypiała... A on pilnował żeby było jej ciepło, by nie spadła i nie musiała się spinać. Bregen jechał tuż obok nich. Uta ciągle ich obserwowała, głównie kobietę. Trzymała ojca za jedną rękę, ale w siodle czuła się znakomicie. Jakby się w nim urodziła...
- Dałeś jej imię po matce - zagadnął Arechion. - To naprawdę twoja córka?
Bregen starał się nie spoglądać na brata i jego kobietę. To niegrzeczne, a poza tym, co go obchodzi czyjś związek. Należy im się ta doza prywatności w takiej sytuacji. Nie czuł się też źle z tym, że popełnił gafę. Choć przeprosić wypadało. Zabiłby ją... Gdyby nie Arechion, dokończyłby dzieło i też nie miałby wyrzutów sumienia. Intruz to intruz, a on i tak niejednego niewinnego zabił w swoim życiu. Nagle usłyszał ciche pytanie Arechiona...
- Tak - odparł spokojnie. - To moja córka.
- A gdzie jej matka?
Bregen milczał dłuższą chwilę. Sam nie wiedział czy powinien z nim o tym rozmawiać... Ale w końcu to jego brat. Nie zdradzi go i nie zna kobiety, z którą jest związany.
- Wyjechała w odwiedziny do rodziny rok temu.
- Rok? I jeszcze nie wróciła? To daleko mieszka...
- Nie tak daleko, coś musiało ją zatrzymać.
- Ile Uta ma lat?
- Półtora roku.
- Dlaczego imię po naszej matce?
- A nazwałbyś dziecko per Kunegunda albo Genowefa?
Białowłosy spojrzał na niego jakby ten sobie żartował, ale Bregen miał poważną minę... Nornil, co to za imiona?
- Kto daje dzieciom takie imiona?
- Amazonki.
- Jej matką jest amazonka?!
- Ta...
- No to się nie dziwię, że nie wróciła. Pewnie chleje z tymi swoimi siostrami...
- Obiecała, że wróci.
- A jak miała na imię?
- Ma. Alissa.
Arechion zaniemówił. Alissa... Amazonka... Zapewne rudowłosa, Uta takie miała... Czyżby to była TA Alissa? Wrócił wzrokiem do drogi i nie mówił już nic więcej...
Sing próbowała się odginać jakby w tył, przekręcać głowę i spoglądać na dziecko. Białowłosy nachylił się nad nią, poprawił ją sobie na ręku i szepnął jej przy uchu:
- Nie wierć się, nie spadniesz... Spokojnie, jesteś bezpieczna... Niedługo będziemy na miejscu... Nie śpij, jeszcze nie. Wsłuchaj się w mój głos, staraj zrozumieć co mówię i o czym mówię...
Zmarszczyła czoło jakby go nie zrozumiała, ale uspokoiła się trochę, otworzyła lekko oczy i skupiła na nim wzrok. Po godzinie z kawałkiem dojechali do chaty Bregena. Spora... Ogrodzona płotami... Dobrze ogrodzona, nie dało się dostrzec nic za nimi.
- Teraz jedź za mną - usłyszał głos brata.
Bregen wysunął się na prowadzenie i niewidoczną ścieżką doprowadził ich do niewielkiej stajenki za domem. Arechion zsiadł z Sing w ramionach i poczekał chwilę na brata. Ten wziął ich torby i zaprowadził ich do średniej wielkości pokoju z kominkiem. W domu było ciepło... Białowłosy położył Sing Lung na łóżku, zdjął jej buty i rozebrał z całego tego grubego odzienia. Bregen w tym czasie napalił im w kominku i zawiesił nad ogniem kocioł z wodą. Uta nie była chętna by opuścić to pomieszczenie, ale w końcu udało się ją namówić, gdy dali jej Dianę.
- Przyniosę wam coś ciepłego do jedzenia - rzekł na odchodne Bregen, po czym wyszedł z pokoju zamykając za sobą drzwi.
- Jesteśmy sami, jak się czujesz? - zagadnął Arechion Azjatkę przykrywając ją kołdrą. Czekał aż woda się zagotuje żeby zrobić jej jaką taką kąpiel. Szwów nie można zamoczyć... Ale resztę ciała wymyć jakoś musi, a była mocno uświniona tą krwią. Teraz już zaschniętą... Trzeba odmoczyć.
- Chce mi sięs pać... Zmęczona jestem. Ledwo... otwieram oczy. Daj mi pospać - mruknęła. Nie była głodna. Było jej chłodno, ale czuła, że w pokoju i na łóżku nie jest tak zimno. - Pośniej... wsyszko pznieej... - wymamrotała wtulając się policzkiem w poduszkę. Było jej wszystko jedno. Chciała tylko spać.
- Hmm... No dobrze... Wykąpiemy cię jak się obudzisz.
Nakrył ją kołdrą i dwoma kocami, posiedział przy niej póki nie usnęła, po czym pocałował w policzek i wyszedł z pokoju. Z kuchni dobiegały smaczne zapachy i odglosy krzataniny, Bregen zajął się obiadem.
- Nieźle pachnie.
Bregen spojrzał na Brata, uśmiechnął się lekko. Nie jest z tą swoją kobietą, tylko przyszedł do niego? A to ciekawe...
- Nie zajmujesz się nią już?
- Usnęła, nie będę jej przeszkadzać. Bregenie... Powinieneś wiedzieć, że poznałem tę twoją Alissę.
Brat spojrzał na niego tym razem szczerze zaskoczony co go zdziwiło. Jego brat mało kiedy nie ukrywał zaskoczenia...
- Bregenie... - kontynuował. - Ona nie żyje. Została napadnięta przez Hunów, rozcięli jej głowę, zmarła w drodze do Nukus i tam została pochowana.
Bregen odwrócił się od niego plecami, odchrząknął, zacisnął pięści i... Uderzył z całej siły w ścianę.
- Nukus... Była tak cholernie blisko...
- Blisko czego, Bregenie?
- A czy to ważne? Nikt do tego nie trafi. Ani posłaniec, ani ona, jak widać miejsce przeklęte. Tylko ja mogę tam iść, ale jestem uziemiony przez to dziecko! A tak w ogóle, jak tu trafiłeś? I kim jest ta cała Sing Lung? Na japonkę to ona mi nie wygląda... Ufasz jej? Jesteś pewien, że to nie jeden ze szpiegów Xeny i Bor...
- Uspokój się! - przerwał mu Arechion donośnie. - Nie jest żadnym szpiegiem, szuka Xeny dla własnej prywaty. Tak, ufam jej. Kocham ją i nie dam jej zginąć, więc trzymaj łapy z daleka. Nawet nie waż się jej grozić.
- Nie miałem zamiaru, wystarczą zioła...
- Tylko spróbuj.
- Przecież nic by się jej nie stało, naćpałaby się, powiedziała co wie, a potem zasnęła i nie pamiętała co robiła czy mówiła.
Arechion usiadł przy stole, apetyt mu minął...
- Nie waż się tego robić. Chyba, że chcesz poznać moje umiejętności, które nie należą do bezbolesnych.
Bregen zaśmiał się pod nosem.
- Twoje umiejętności? Czyli jakie, Arechionie? Ty muchy nie skrzywdzisz, nie podniosłeś na mnie miecza nawet tylko zacząłeś walkę wręcz! Gdybym to nie był ja, a ktoś inny...
- To bym zabił. Ciebie też mogłem i wiesz o tym! Nic o mnie nie wiesz od czasu kiedy wyjechałeś, nie wiesz co się stało, co się działo i przez co przeszedłem. Nawet nie wiesz, że nie było mnie w domu ponad dziesięć lat! Tak, Bregenie, ponad dziesięć lat... Służyłem w wojsku, pod emblematem smoka. Jestem jednym z nielicznych wybrańców, osiągnąłem coś o czym ty zawsze marzyłeś, ale nie miałeś serca by trenować i dotrzeć do tego w normalny sposób. Wolałeś obrać inną drogę i gdzie wylądowałeś? Na jakiejś zakichanej zimnej ziemi! Ukrywasz się, zdziczałeś i masz dziecko, którym się tak naprawdę nie zajmujesz! I jeszcze obcych atakujesz nie wiedząc, że to ludzie, którzy nie stwarzają dla ciebie zagrożenia!
Bregen zamilkł. Nie wiedział co powiedzieć, Arechion go zaskoczył. Niech więc kontynuuje, bo jeszcze straci wątek...
- Byłem na wojnie, ciężkiej wojnie. Torturowałem, omal nie zginąłem, gdy przyjaciel, który był mi bliski jak ty zrobił mi to - rozpiął koszulę ukazując wielką bliznę na piersi... Bregen prawie wytrzeszczył oczy. Prawie, bo nie chciał dać poznać po sobie kolejnego zaskoczenia. - Matka nie żyje, Hali nie żyje, zostaliśmy sami. SAMI. Znaleźć cię nie było łatwo, ale obiecałem matce, że to zrobię i oto jestem.
- J... Jak mnie znalazłeś?
- Dzięki mapie przy trupie kamaela znalezionego w wieży śmierci.
Hmm... Arechionie, dobry jesteś. Nie spodziewałem się, że ktokolwiek dowie się, że żyję... A tu proszę...Matka nie żyje? To, że umrze było wiadome. Od dawna zżerało ją od środka. Ale Hali?
- Co się stało z Hali?
Arechion zapiął koszulę, napił się wody i pokręcił głową. Nie chciał teraz o tym rozmawiać... Wrócił do pokoju, usiadł na krześle i patrzył na Sing Lung. I tak cały wieczór... I całą noc... Aż usnął. Nie wiedział nawet kiedy do pokoju zakradła się Uta. Wdrapała się po cichutku z Dianą na łóżko i położyła obok Sing Lung. Obserwowała ją miętosząc uszy wilczkowi, który miał ogromną ochotę wyrwać się z jej objęć do swojej pani...

Sing Lung coś wytrąciło z ciemnego, pozbawionego marzeń snu. Czuła się raczej jak w jakimś letargu. Domyślała się, że to jej organizm zmusza ją do takiego odrętwienia, żeby nie traciła energii i odzyskała krew. A może strata krwi dawała taki efekt... Nie wiedziała, nigdy nie była do tego stopnia ranna, a przynajmniej nie pozwalano jej na aż takie wykrwawienie... Gdyby doprowadziła się do takiego stanu jako Feniks, na którejś misji, po prostu by umarła... Rozleniwia się... Traci koncentrację... Starzeje... – sarknęła na samą siebie. Powinna siedzieć w domu z Airen i rodzić mu kolejne dzieci. Leżała na lewym boku. W pokoju była lekka poświata... Ogarek, kominek? Nie miała siły odwracać się i sprawdzać. Coś jej się ruszało w okolicy brzucha. Spojrzała tam. Rude loki, błękitne oczy i niezbyt zadowolone wilcze ciągnięte za uszy. Otworzyła szerzej oczy i uśmiechnęła się do dziewczynki, która przyglądała jej się uważnie.
- Co maleńka, tęsknisz za mamą – spytała cichutko, chociaż nie spodziewała się żadnej odpowiedzi.
Dziewczynka była mniej więcej w wieku jej córeczek. Zakręciły jej się łzy w oczach. Starała się rzadko o nich myśleć. Żeby nie sprowadzić na nie nieszczęścia i żeby unikać właśnie takich sytuacji jak ta, kiedy traciła opanowanie i wzrok. Co teraz robią? Śpią przytulone do siebie czy do niańki, mamki, a może nowej żony ich ojca? Pociągnęła nosem, zamrugała powiekami i uśmiechnęła się uspakajająco.
– Chcesz ze mną spać? To chodź po kołdrę, tak zmarzniesz. – odchyliła połę kołdry i poklepała łóżko. - Daj mi na chwilę tego potworka, położymy się tak, żeby wam obu było wygodnie – wzięła od małej wilczka, poczekała aż dziewczynka wsunie się pod kołdrę i przytuli do niej plecami, a potem objęła ją zdrowym ramieniem, na którym mała położyła jej głowę. Umieściła jej szczeniaka pod brodą, pozwalając, żeby miał dostęp i do jej dłoni. Wtuliła nos w loczki dziecka i znów zaczęła zapadać w letarg.
Ale obudziła się jeszcze raz. Zdała sobie sprawę, że mała odwróciła się do niej przodem i wtuliła w piersi. Błądziła rączką przez sen. Sing Lung uśmiechnęła się smutno. Dziewczynka była jeszcze na tyle mała, że mogła ssać mleko matki. Przypomniała to sobie, czy tylko szukała znajomego dotyku? Wychowywał ją mężczyzna... Nawet jeżeli pozwalał dziecku spać ze sobą i tulił w nocy, to nie to samo co kobiece, matczyne piersi. Usłyszała popiskiwanie. Szutao marudził i próbował się wdrapać na dziewczynkę. Albo ją obudzi, albo spadnie zaraz na podłogę! Sing Lung westchnęła. - Czekaj, cicho, chodź tu. - Wyjęła ramię spod dziecka, starając się jej nie wybudzić. Mała jedynie mocniej wtuliła się jej w pierś. Azjatka sięgnęła po szczenię i umieścila je sobie na boku, trochę tak, że wilczek był na niej i jednocześnie pomiędzy dzieckiem a nią. - Tylko leż tutaj i niegdzie nie wędruj. - ostrzegła. Zwierzak poudeptywał ją chwilę, a potem położył się. Dziewczynka przez sen nakryła go rączką. Sing Lung pogłaskała ją po główce. Nie mogła jej nawet spróbować pokarmić. Dawno straciła pokarm. Miesiąc po porodzie... Nie karmiła własnych dzieci, od tego była mamka, którą sama wybrała i sprawdziła czy jej mleko jest dostatecznie słodkie i zdrowe. Ona jako arystokratka i pani domu miała inne obowiązki niż karmienie własną piersią i zniekształcanie biustu jak chłopka, która u niej służyła, a której dziecko umarło na wiosenną gorączkę... Pocałowała lekko małą w łapkę która ta trzymała jej pierś, otoczuła jej plecy pod kołdrą ramieniem i odetchnęła. Osłabienie znów brało nad nią górę, zanim się obejrzała spała twardo i bez snów.

Białowłosy obudził się... Jakoś po południu. Zauważył, że jakimś cudem dostała się tu Uta z Dianą. Sing zaprosiła je obie do łóżka. Uta spała wtulona w jej pierś, a Diana na kołdrze po części na niej, po części między nią a dzieckiem. Wyglądały tak słodko... Arechion mógł sobie wyobrazić jak Sing Lung wyglądałaby z ich dzieckiem... Albo dziećmi. Prześlicznie. Uśmiechnął się od ucha do ucha. Cóż za wspaniała, pełna ciepła kobieta. Nie ma co się dziwić, że i ludzkie dzieci i zwierzęce do niej ciągną. Zapewne brakuje jej córek. Nie mogła z nimi długo przebywać, nie mogła ich wychowywać... A Uta wyraźnie się do niej kleiła. No tak... Matki nie pamięta. A Sing nie ma nawet pojęcia czyje to dziecko... Białowłosy wstał z krzesła, pogładził po głowie dziecko i Sing, ucałował je i wyszedł z pokoju. Musiał się odświeżyć... I zjeść coś. Bregena nie było nigdzie w pobliżu, pewnie znów wyszedł polować. Albo uciekł? Nie... Tego by nie zrobił, przecież chciał się dowiedzieć jak umarła Hali... W kuchni było przygotowane jedzenie, ale żadnej wiadomości. Westchnął, udał się do wychodka. Obmył ręce i twarz w zimnej wodzie, wziął z kuchni jedzenie, zaparzył cza i wrócił do pokoju...
Sing i Uta wciąż spały, wilczek podniósł łepek i popatrzył na niego ciekawsko.
- Co, głodna jesteś, hm? No chodź... – Wziął ją na podłogę, dał jej kawałek mięsa, po czym zajął się swoim posiłkiem. Później wyprowadził ją na dwór.
Uta w tym czasie zdążyła się obudzić i wyswobodzić z objęć Azjatki, usiadła na łóżku, cmoknęła Sing w policzek i zeszła z łóżka, więc gdy Arechion wrócił, zastał ją już na nogach. Dreptała do kuchni... Kolejny głodomorek. Nakarmił ją. Choć nic nie mówiła, jej ruchy były na tyle wymowne, że białowłosy wiedział na co miała ochotę.
- Umiesz mówić? – zagadnął, wycierając jej buzię.
Dziewuszka spojrzała tylko na niego, odwróciła się i powędrowała z powrotem do pokoju, w którym spała Sing Lung.
Arechion posprzątał cały ten bałagan, robiło się już ciemno, a brat wciąż nie wracał. Sprawdził wcześniej konie, oba były w stajni, więc musiał pójść pieszo... Narąbał drewna, wrócił do pokoju i dołożył kilka obałków do kominka...

Sing Lung obudził śmiech dziecka. Dziewczynka siedziała w nogach łóżka i bawiła się ze szczeniakiem. Kobieta rozejrzała się po pokoju. Nikogo więcej nie było. Gdzie Arechion, gdzie ten mężczyzna... Brat Arechiona, poprawiła się... Podciągnęła się na łóżku ostrożnie, żeby nie urazić barku. Pewnie lada moment zacznie ją łupać niemiło... Jak tylko się rozbudzi, a krążenie zacznie działać porządniej.
- A... Ar... Arech... - wychrypiała. Miała kompletnie sucho w gardle, ile spała? W pokoju było ciemno... ogień się palił... Przyjechali... po południu... Cały dzień przespała? Od dziewczynki pewnie nic się nie dowie... Ale jej się chciało pić... i siusiu... Ech... W nogi jej nie poranił... Trzeba się zwlec z tego łóżka. Ochyliła kołdrę i przekręciła się, zaciskając zęby. To co czuła w ręcę nie było miłe... Usiadła na krawędzi łóżka i próbowałą złapać oddech. Tian. Zupełnie jakby leżała tutaj tydzień, a nie parę godzin! No tak, to tak krew... Pewnie jej się jeszcze pokręci tak w głowie przez parę dni i trochę będzie brakować powietrza...
Dziewczynka i szczeniak podpełzłi po łóżku do niej. Dziecko nagle przytuliło się do niej całą sobą, próbując otoczyć ją obiema rączkami... Miłe... O ile nie zrobiłaby tego od zranionej strony. Sing Lung jęknęła i ciemno zrobiło jej się przed oczami. Dziecko nie ważyło duzo, ale w obecnej sytiacji nawet niewielki w sumie nacisk jej drobnego ciałka na bark dał jej się we znaki...

Odwrócił się do łóżka, był pewien, że Sing Lung jeszcze śpi, więc to co zobaczył zdziwiło go. Azjatka siedziała na krawędzi łóżka, do niej tuliła się Uta i nie wyglądało to dobrze... Zabrała się za to nie z tej strony co trzeba i Sing chyba zaczynała tracić świadomość... A przynajmniej bardzo ją to zabolało. Szybko do niej podszedł, zabrał dziecko i postawił je na ziemi.
- Uta... Nie z tej strony, dobrze? I nie teraz, hm? - Dziewczynka objęła rączkami jej nogi. Co za uparte dziecko... Słodkie, śliczne, ale i uparte.
Białowłosy podparł plecy Sing ręką i odgarnął jej z czoła grzywkę. Z nocnej szafeczki sięgnął kubek z wodą.
- No nareszcie się obudziłaś... Pij, pij - podsunął jej kubek do ust. Wiedział, że z pewnością chce jej się pić... I jeść. W końcu spała prawie dwie doby i organizm nie przyjmował żadnych płynów i pożywienia. Nadrobi... Teraz, jak już sięobudziła powinno być lepiej. A przynajmniej minęło zagrożenie. Gdy sprawdzał jej ranę, nie zauważył żadnego zapalenia czy zakażenia, powinno więc goić się ładnie. I tak będzie jeszcze osłabiona przez kilka dni, skołowana i ospała, ale z każdym dniem będzie też silniejsza. Ciekawe tylko co ten Bregen knuje... I gdzie się podziewa... - Już myślałem, że z nudów zacznę tu skarpetki dziergać - zażartował cicho.

Z wdzięcznością przyjęła naczynie i opróżniła je kilkoma łykami. Co prawda stało to w jawnej sprzeczności z inną potrzebą, ale teraz przynajmniej mogła w miarę normalnie mówić.
- Dziękuję. Już mi lepiej... Dzeiwczynka... Uta... tak? Nic się nie stało, zaskoczyła mnie, nie wiedziała, że mnie... Nie szkodzi. - Uśmiechnęła się do małej obejmującej jej kolana. - Uta, gdzie twój tata? Zaprowadzisz wujka do niego?

Uta uniosła głowę i spojrzała na nią. Pokręciła przecząco głową i znów przytuliła się do jej kolan. Białowłosy pogładził ją po głowie.
- Tak, wiem... Gdy spałyście nie robiła tego, choć muszę przyznać, że niezła z niej przylepa. Może spokojnie konkurować z Dianą, choć wygląda na to, że obie się dogadują co do ciebie. Bregena nie ma w domu ani w okolicy. Nie wiem gdzie jest. Musiał wyjść jak spaliśmy i jeszcze nie wrócił... Chcesz jeszcze pić? Jeść zaraz ci uszykuję... A może musisz... No wiesz... Siusiu?
Nie był wcale pod wrażeniem, że w takim tempie opróżniła cały kubek wody. Powinna coś zjeść i napić się ciepłego. Ziół jej zaparzy... W nocy powinna pospać jeszcze.
- Czytasz mi w głowie... albo w innej cześci ciała - roześmiała się. - Tylko jak sobie poradzimy z tym małym dodatkiem, co? - spytała Utę, drapiąc ją w nosek. - Uta pokaż pieskowi gdzie może się napić wody, dobrze? Pewnie też mu się chce pić po spaniu jak mi. Wiesz, że trzeba zwierzęta karmić i dawać im pić?

Mała spojrzała najpierw na Dianę, później na Sing i na końcu na Arechiona. Białowłosy kiwnął głową przyznając rację Sing Lung.
- Inaczej zniknie - dodał spokojnym głosem. - Idź, idź, cioci nic nie będzie.
Uta jeszcze przez chwilę patrzyła to na jedno to na drugie, po czym wzięła Dianę na ręce i praktycznie wybiegła z pokoju.
- Masz podejście do dzieci, nie ma co - uśmiechnął się Arechion. - Ona ma półtora roku, sporo rozumie jak na ten wiek.
- Możliwe... Nie wiem... - Popatrzyłą zamyśłona w stronę wyjścia z pokoju. - Nie miałam... Nie zajmowałam się dziećmi... I były za małe... Mają dwa lata według rachuby Han... Uta ma prawie trzy... Chyba chciała possać pierś... Przytulała się i przyciskała mnie rączką przez sen. A ja nawet nie wiem... jak... nie wiedziałabym... To zadanie mamki... Gdyby nie to, pewnie jeszcze teraz miałabym mleko... - potrząsnęła głową i roześmiała się trochę wymuszenie - O czym ja mówię. Wybrażasz sobie mnie taką walczącą z Hungnu? Albo twoim bratem? Wybacz Dai Goh tylko odciągnę nieco mleka z piersi zaraz podejmiemy zmagania. I mogłabym choć trochę konkurować z wdziękami wajgurenek, takiej Ariry. Może rodszeństwo nie krzywiłoby się tak na mój widok za każdym razem - zażartowała.
Pocałował ją w skroń, wiedział, że zrobiło jej się smutno.
- Uta ma półtora roku, mówiłem już. No wiesz... A po co odciągać. Zastosować jako broń oślepiającą. Rozpinasz kubrak, im gały na wierzch, a ty siiiik w twarz przeciwnika, hehe. Ty nie musisz z nikim konkurowac, żadna ci do pięt nie dorasta. A o ma już skrzywioną twarz od tego ciągłego krzywienia się, więc jemu już nic nie pomoże. Chcesz wyjść do wychodka, czy tu...
- Tian! Arechionie, co ty mówisz! Nie dla Hungnu moje mleko! I.... to niestosowne... wobec dorsołego mężczyzny... który nie jest... jest wajguren... jest twoim Dai Goh.... Nie powinnam, co by sobie pomyślał... albo ty. To tylko dla dziecka... albo Ni... - zakończyła cichutko. - Wyjdę. Podprowadź mnie tylko. Dam sobie radę. Nogi mam w porządku, rękę drugą też... I tę pierwszą w miarę. Muszę tylko uzupełnić czi. A właśnie... głodna jestem potwornie... Jak bym tydzień nie jadła. I powinnam dużo pić... Na kolejną porcję świeżej wątróbki pewnie nie mam co liczyć?

- Ale ja nie mówię o karmieniu dorosłych mlekiem tylko o oślepieniu ich. Wiesz, zasłona... Mleczna... - roześmiał się, gdy wspomniała o czi. Zbereźne myśli przyszły mu wtedy do głowy. Nie wyobrażał sobie w końcu kochać się z nią taką pokiereszowaną. Pozostaje jej jeść, pić i spać. Ubrał jej buty, kubrak na taki kawałek nie będzie jej potrzebny... Poza tym, wciąż ma na sobie trzy koszule. Pomógł jej wstać i ruszyli wolnym krokiem do wyjścia. Cały czas ją podtrzymywał.
- Spałaś prawie dwie doby, dziwisz się? Wątróbka była tylko jedna. Ale jest zapeklowane mięso... Coś się uszykuje, z głodu tu nie umrzemy.
Podprowadził ją do wychodka, pomógł jej tam wejść i czekał kawałek za drzwiami aż skończy. Wrócili do domu, do pokoju, Uta biegała po domu bawiąc się z wilczkiem i kompletnie nie zwracała na nich uwagi. Białowłosy posadził Sing na łóżku, podał jej pełen kubek wody.
- No to pora na jedzenie. Chcesz to peklowane mięso siekane po tatarsku? Czy może jakiś stek z ryżem?
- Najlepsze byłoby jak najbardziej surowe. Ale jak nie ma... Spróbuje tego steku i kleiku z ryżu. Mała jadła? Nie trzeba jej przewinąć? Twój brat zostawia ją tak samą tutaj całymi dniami? Może utracić ren... Nie próbuje mówić... Może zostawimy jej szutao gdy będziemy odjeżdżać?

- Nakarmiłem ją. Hmm... Nie za bardzo wiem jak się przewija dzieci... Nie wiem co robi Bregen, szczerze mówiąc praktycznie nie rozmawialiśmy... Zdążyłem się jednak dowiedzieć, że matką Uty jest Alissa i że prawdopodobnie czegoś szukała w okolicach Nukus. Nie powiedział mi czego. Potem się pokłóciliśmy... Jeśli uciekł i zostawił ją tutaj samą, weźmiemy ją ze sobą. Nie jest dobrym ojcem. Uta chyba nie do końca za nim przepada, a teraz jeszcze zdziczał i nawet dla mnie stanowi zagadkę. Tak czy siak, jeśli wróci, staraj się nie rozmawiać z nim sam na sam, dobrze? A teraz... Połóż się i odpoczywaj, zaraz przyniosę jedzenie. A później zrobię ci kąpiel.
- Ale to twój brat... - powiedziała tylko zaskoczona tym co jej powiedział i informacją kto jest matką Uty. Chociaż powinna się tego spodziewać po tym co do tej pory usłyszała o Bregenie i byłej komendantce Xeny. Czyżby znów ich czekała droga do Nukus? Do drużyny? - A to jej ojciec. Powinna być mu posłuszna. Nie wiem czy jest złym ojcem. Jest mężczyzną. Może nie wiedzieć wszystkiego, być szorstki. Taka wasza natura, ale wychowuje ją, opiekuje się... dziecko wciąż żyje, wygląda na zadbane, nie jest chore ani zagłodzone. Tylko wychowywanie dzieci to nie sprawa mężczyzn. I dziecko jest jeszcze za małe, żeby być samemu w domu... - położyła się. Kąpiel. Dobry pomysł. Mówił, że spała... dwie doby?! No to faktycznie... najwyższy czas się umyć. Sama była ciekawa co się stało z Bregenem. Sądziła, że nie ma nic ważniejszego dla Arechiona niż odnalezienie brata, dlatego też zrezygnowała z poszukiwania Xeny w pierwszej kolejności. A teraz kiedy się odnaleźli... to Arechion wyglądał na tego kto jest niezadowolony z tego faktu?
- Nie rozumiesz... Bregen nie okazuje emocji takich jak miłość i ciepło. Nie umie się bawić, droczyć, żartować - przykrył ją kołdrą i kocami - A dziecko tego potrzebuje, widziałaś jak zwraca na siebie uwagę, przytula się... I nie mówi. Do nas lgnie bardziej niż do niego. Ciągle cię obserwowała w drodze, była naprawdę przejęta jak Bregen cię ranił... Później, już tutaj, on jakby nie zwracał na nią uwagi. Omijał wzrokiem, rękoma... On wszędzie węszy spisek, zagrożenie i Nornil wie co jeszcze. Owszem, dba o nią, ale z tego co zdążyłem zauważyć to tylko na zasadzie nakarm, napój, ubierz i miej z głowy. Spała tu z tobą, przytulona i nie chciała za bardzo puścić. Jak ją nakarmiłem to wróciła biegiem do ciebie.. - westchnął. - Nie wiem co się z nim stało, nie był kiedyś aż taki obojętny. Bawił się ze mną, wygłupiał, uczył... Był dla mnie nie tylko jak starszy brat ale i jak ojciec.
- Ty też się zmieniłeś... Ale jesteście braćmi. Chyba... nie powinieneś tak mówić... - powiedziała ostrożnie.
- Niedługo wrócę.
Pocałował ją w czoło i opuścił pokój, zostawiając otwarte drzwi. Widziała więc po części jego krzątaninę w kuchni i biegającą w te i we w te Utę z Dianą. Wilk był już zmęczony, więc mała zaczęła próbować na nim usiąść... W końcu szczeniak uciekł do Sing w popłochu, a Uta się przewróciła... Arechion wyszedł z kuchni...
- Było bam? Ojeej, nie płacz, chodź do wujka - wziął ją na ręce, wtuliła mu się w szyję i chlipała cichutko. - Wiesz co? Mam pomysł. Pomożesz mi zrobić kolację dla cioci, co? Na pewno się ucieszy... - znów zniknął w kuchni, uspokoił płaczące dziecko, posadził je przy stole i postawił przed nią miseczkę mówiąc by jej pilnowała i nie dała nikomu porwać. Dzieciak podchwycił tę "zabawę", złapał miseczkę i trzymał ją w rączkach póki białowłosy nie skończył gotować. Położył wszystkie potrawy na tacy... Wziął Utę na rękę, w drugą złapał tacę i wrócił do pokoju. Mała przytuliła się do jego piersi, wciąż trzymała miseczkę w ręku. Upuściła ją, gdy byli już przy łóżku i przetarła oczka. Miseczka upadła na nogi Azjatki...
- Oho, komuś chce się spaaać... Sing... Jak zjesz to powiesz mi jak ją przewinąć? Znaczy, pokierujesz?
Sing Lung wzięła jedną z poduszek, położyła ją na komódce przy łóżku i posadziłam tam szczeniaka, Uta nie mogła tam dosięgnąć. Jeżeli ma jej starczyć na dłużej, trzeba dać mu trochę pospać. - Szutao poleż tutaj, jak mnie nie posłuchasz, to Uta cię złapie, a ja nie mam siły za nią biegać. - poklepała zwierzaka po głowie i grzbiecie. Na szczęście klapnął zaraz, ziewnął i zwinął się w kłębek bez jednego pisku.

Położył małą obok Sing, skuliła się na boczku, włożyła palec do buzi i zamknęła oczy. Nad ogniem powiesił kocioł pełen wody, następnie usiadł na brzegu łóżka i zaczął karmić Azjatkę.
- Co do naszej rozmowy, tak, zmieniłem się, ale nie jestem nieczuły i nie chcę torturować ludzi bo tak i już. Poza tym... Powiedział coś czego nie powinien był mówić, o czym nie powinien nawet myśleć. I wyśmiał mnie, ale to akurat małe piwo...
Zjadła, uszykował jej kąpiel, pomógł rozebrać i wejść do balii. Poprosiła by podał jej dziecko... Kąpiel z dzieckiem? No to będzie ciekawe. Rozebrał małą, była zaspana i markotna, ale nie wyrywała się. Obmył ją wilgotną szmatką... Jak tylko wylądowała w wodzie, w ramionach Sing, przytuliła się do niej i znów ssała palec. Białowłosy uśmiechnął się na ten widok. Słooodki...
- Będziesz świetną mamą - szepnął Arechion na ucho Azjatce i pocałował ją w policzek. Poprosiła go by polał jej głowę wodą, co oczywiście zrobił. Nalał jej mydlnicy na rękę i zaczęła myć sobie włosy. Dziecko jej w tym pomagało chlapiąc i wygłupiając się. Wyszedł posprzątać po kolacji...
Sing Lung pokręciła głową... Przecież już jest matką... i to bardzo złą.
Pozwoliła dziecku siedzieć przy sobie w wodzie. Obmywała ją delikatnie zdrową ręką.
Białowłosy namoczył brudne ubrania w wodzie z mydlnicą, przeszukał kilka szaf i wyciągnął inne ciuszki dla Uty oraz pieluchę... A przynajmniej wyglądało to na pieluchę.
- Sing, słońce, tu są czyste ciuszki dla małej, ale mam nadzieję wrócić nim wyjdziecie z wody – powiedział kładąc złożone w kostkę rzeczy na łóżku.
Chlapały się w tej balii jak małe dzieci. Dwie małe dziewczynki, hehe, naprawdę słodki widok. Znów opuścił pokój...
- Zaraz będziesz spać. Jeszcze chwilka. Nie możesz być przecież brudna, prawda? Teraz buzia... ząbki. O widzisz i już. Chodź, wytrę cię. - Ściągnęła ręcznik z taboretu. Wytarła jako tako Utę jedną ręką, kiedy dziewczynka wstała. I opatuliła ją niezgrabnie ręcznikiem. - Wychodzimy, tak? Pomożesz mi? - Przytrzymała się krawędzi balii i ostrożnie powoli przeszła przez krawędź. Po drugiej stronie uklękła i pomogła wyjść z balii dziewczynce. Na szczęście łóżko było tuż obok, więc te trzy kroki, które miała do przejścia nie okazały się takie męczące.
Najpierw ubrała małą w koszulkę nocną i nałożyła na to jeszcze coś w rodzaju serdaczka z miękkiej wełny, żeby dziecko nie zmarzło. Na nóżki nałożyła jej skarpetki.
- No to teraz jeszcze pieluszka, tak? - zagadnęła. Wzięła czysty kawał płótna, który Arechion znalazł w szafie złożyła go na pół i położyła na łóżku. Poczekała aż mała usiądzie na nim. Wzięła trochę oliwy z oliwek i nasmarowała małej pupę i z przodu, żeby sobie nie zaparzyła skóry. A potem zawinęła jej wokół bioderek dwa boczne końce płótna, dolny szpic przeciągnęła przodem i też podwiązała, ale na wszelki wypadek spięła jeszcze drewnianym patyczkiem.
- Gotowe. - Uśmiechnęła się do Uty. - Nie uwiera cię nigdzie, nie boli?

Posprzątał po kolacji i uprał brudy. Obszedł posesję sprawdzając czy wszystko jest w porządku i czy Bregen nie kręci się gdzieś w pobliżu. Niestety... Nie było go ani widać ani słychać. Nakarmił więc i napoił konie... Zastanawiał się gdzie podział się jego brat. Czyżby faktycznie uciekł? A może już tak ma w zwyczaju, że zostawia dziecko na ileś dni... I kiedy w ogóle opuścił dom? Nie słyszał go... Nieźle się musiał skradać. A może coś knuje? Nie... No, chyba nie... Po wczorajszym? Byłby aż tak głupi? Aż tak... Dziki? Nie zaufałby własnemu bratu?
„Wróć do domu idioto... Cały i zdrowy, na Nornil i wszystkie jej córki...”
Pogładził konie po łbach i wrócił do pokoju. Sing Lung ubrała właśnie małą i założyła jej pieluszkę...
- Jednak nie zdążyłem... No dobra... – wziął Utę na rękę i podniósł wysoko nad głowę, mała zachichotała wyciągając rączki jakby latała. – Ziuuuu, leciiiimy do łóżeczka... Motylek rozkłada skrzydełka, leci, leci, daje buzi cioooci – cmok Sing w policzek – I leci dalej, siada na łóżeczku i idzie spaaaać, taaaak? – położył ją do łóżka i pocałował w czółko. Uta złapała go za szyję i pocałowała w policzek tak jak wcześniej Sing Lung, po czym przewróciła się na bok, plecami do nich. Nakrył ją i wrócił do Sing, która zdążyła wziąć już do ręki ręcznik i wycierać się niezgrabnie.
- No to teraz trzeba się zająć drugim chlapaczkiem – uśmiechnął się od ucha do ucha, podszedł do niej, zabrał jej ręcznik i wytarł ją delikatnie. Następnie pomógł się jej ubrać i posadził na krześle. - Rozczesać ci włosy? – zagadnął zakładając jej skarpetki.

- Yhym... Trochę... Tylko ostrożnie, nie szarp. Rozczesz trochę na początku, jak już będą rozplatane to ja sama... Umiem dobrze i lewą ręką. - czuła okropny wstyd i opór przed pozwoleniem mu na to, ale wytłumaczyła sobie, że w obecnej sytuacji to bardziej ren niż łamanie li. Do czesania potrzebowała obu rąk, ale po pierwszym rozplątaniu da sobie już radę jedną.
- Zrobisz mi jeszcze coś do jedzenia i picia? Znów jestem okropnie głodna...

- Jasne, zaraz coś uszykuję.
Założył jej obie skarpetki, wziął do ręki grzebień do włosów i rozczesał jej delikatnie włosy przytrzymując wyżej, a rozczesując niżej splątania. W ten sposób nie ciągnął jej i nie rwał. Włosy nie były wcale mocno splątane, więc nie zajęło mu to dużo czasu. – A jak już zjesz, to posmaruję ci tę ranę jedną z maści Flee. Szybciej będzie się goić, mniej boleć i swędzieć.
Podał jej grzebień, zajęła się dalszym czesaniem, a on zniknął w kuchni. Usmażył kawałki mięsa z dymką i wrócił do pokoju. Nad ogniem powiesił imbryk z wodą, do kubka wsypał szczyptę ziół przeciwbólowych i przeciwzapalnych oraz sprzątnął balię. Usiadł na krześle naprzeciwko Sing... Diana dalej spała na komodzie... Uta nieźle dała się jej we znaki, skoro nie obchodziła jej kolacja. Azjatka chyba robiła się senna, a już na pewno była zmęczona. Wziął od niej łyżkę i zaczął ją karmić własną ręką. Później podał jej zioła, nasmarował ranę i zawinął ją porządnie oraz pomógł położyć się jej spać obok dziecka. Sam usiadł na krześle przy łóżku... Nie chciał urazić jej barku, a mogłoby do tego dojść jakby się położył obok. Łóżko co prawda było na tyle duże, że spokojnie zmieściliby się całą trójką z wilkiem włącznie i jeszcze jednym dzieckiem, ale po co ryzykować.

Popatrzyła na niego zdziwiona.
- Arechionie co robisz? Nie kładziesz się? Chcesz poczekać na brata czy jeszcze coś masz do roboty w domu?

- Nie, będę spać na krześle. Nie chcę cię przypadkowo urazić w ten bark...

Uśmiechnęła się.
- Bakka. Tak nie można. Nic mi nie będzie, przecież z Utą daję sobie radę. I możesz przecież spać z drugiej strony jak się tak obawiasz... No chodź tu do nas. Poklepała łóżko. - Umyj się, przebierz i chodź spać, też potrzeba ci odpoczynku... Chyba, że uważasz, że coś nam tutaj grozi i trzeba czuwać... Albo twoja kultura... zabrania ci spać z dzieckiem albo z dzieckiem i kobietą? Albo... dlatego... że to dziewczynka... - zawahała się.

Odwzajemnił uśmiech.
- Nie, nie przeszkadza mi nic... No dobrze. Może faktycznie powinienem odpocząć trochę w dogodniejszej pozycji, zaraz przyjdę...
Wyszedł, przegryzł korzeń imbiru, przepłukał usta, obmył się z grubsza chłodną wodą, wrócił do pokoju, przebrał się w spodnie do spania i wsunął pod kołdrę obok niej.
- Jeśli urażę, to... Wal z łokcia czy czegoś.

- Ależ co ty Arechionie - oburzyła się na takie propozycje. Potem przytuliła się do niego plecami, które trochę ją bolały i głową, z przodu przytuliła się do Uty, która już dawno spała i szybko zasnęła.

Objął ją ręką w biodrach, nos wtulił w jej kark i zamknął oczy. Długo nie mógł usnąć... Sam nie wiedział o czym myślał. Trochę o bracie, trochę o Sing... I o Ucie. O tym wszystkim co się tu działo... W końcu, tuż przed świtem ogarnął go sen...

Bregen wrócił do domu bladym świtem taszcząc więcej mięsa i wątróbek. Zajrzał do pokoju, w którym pomieszkiwali Arechion z tą swoją kobietą i wilkowatym. Cała... Czwórka, bo i Uta u nich była, spała w jednym łóżku. Zajęli się nią? Miło. Jednak dobrze zrobił zostawiając ją z nimi. Zamknął drzwi, poszedł do kuchni. Położył zdo0bycz na stole, następnie wymył się porządnie z krwi i potu, po czym zabrał się za peklowanie mięsa i smażenie wątróbki... Tej Azjatce przyda się teraz sporo mięsiwa w różnej postaci. A musi ją jeszcze wypytać o tę całą Xenę i Arechiona. Może chce go zabić? A może przyjechała tu po to by zabrać jego i Utę do Xeny i przekupić dla własnych celów? Żeby coś osiągnąć? Kto wie... Nie znał tej nacji na tyle by móc ich osądzać, ale z tego co opowiadała czasem Xena nie da się im raczej ufać, bo oni tego nie odwzajemniają. Aż dziwne, że Arechion to zrobił... Gorzej, zakochał się! Z drugiej strony... Przecież Arechion też ma mózg, potrafi myśleć, a skoro walczył u Japończyków to poznał świat Azjatów lepiej niż on z opowieści... Mimo to zaryzykuje. Chociażby po to by się przekonać który z nich ma rację.
Część mięsa wyniósł do spiżarki. Zamarznięte da się długo przechować. Część zostawił surową, część usmażył z cebulą. Nałożył sobie sporą porcję wątróbki, do tego stek i zaczął jeść.

Sing Lung obudziło niemiłe uczucie pustki w żołądku. Zaburczało jej w brzuchu. Za oknem zbliżał się świt. Normalnie byłaby na nogach i poszła trenować. Teraz nie mogła. Zasnęłaby znowu, ale niemiłe ssanie w brzuchu nabierało na sile i nie pozwalało odpłynąć. Postanowiła jakoś po cichutku się wymknąć do kuchni i coś sobie przyrządzić. Tylko łatwiej pomyśleć niż zrobić. Za plecami spał jej Arechion... Z przodu Uta... i jeszcze do tego szutao! Jak on się tutaj dostał z komódki?! Ostrożnie i z wielkim wysiłkiem wydostała się spod kołdry. Szczeniak uniósł na chwilę głowę. Pogroziła mu palcem, pokazała, że ma być cicho i żeby spał dalej. Szutao ziewnął, oblizał się i położył z powrotem na łóżku, przyglądając się jej co robi. Otarła pot z czoła zdrową ręką. Bark nie ułatwiał tych wszystkich ewolucji. Na czworakach, podpierając się zdrową ręką, zranioną trzymając przy piersi, dotarła w nogi łóżka i tak już mogła usiąść na krawędzi. I zaraz prawie krzyknęła i podkuliła nogi. W pokoju było strasznie zimno! No tak, ogień zagasł, a tutaj temperatury jak na samym dnie piekieł. Opanowała szczękanie zębami i zsunęła się z łóżka. Arechion spał dalej jak kamień. Uśmiechnęła się, to dobrze, niech odpoczywa. Wreszcie ma tego brata... Pewnie czeka ich kilka poważnych rozmów o tych ich wszystkich uczuciach... i – westchnęła - o Hali... Uta przekręciła się, poszukała ją rączką, trafiła na wilczka i przyciągnęła go sobie do policzka. Psiak sapnął zrezygnowany, ale został tam gdzie był.
Sing Lung podreptała na palcach do kącika, gdzie stały buty, pospiesznie na stojąco wsunęła jakoś w nie stopy, trochę je sobie przydeptując. Złapała włochaty koc z fotela, narzuciła go sobie jedną ręką na plecy i przytrzymując się ściany dotarła do drzwi, a potem wymknęła się z pokoju, cichutko je za sobą zamykając. Na szczęśćcie zawiasy były dobrze nasmarowane i skrzypiały, a same drzwi porządne i szczelne, więc po zamknięciu mogła być pewna, że będą mieli ciszę i spokój i się nie pobudzą. Ruszyła w stronę kuchni i pomimo ogólnego zimna od razu poczuła smakowity zapach.
Wsunęła głowę do kuchni i zawahała się... Przy stole siedział brat Arechiona i zajadał się jakimś mięsiwem. Poczuła jak ślina napływa jej do ust. Powinna wrócić do pokoju czy się odezwać? W dodatku była nieubrana, spróbowała się ciaśniej opatulić kocem. Miała nadzieję, że w kuchni nie będzie nikogo i bez problemu sama coś sobie przygotuje... a tak... Zrobiła krok do tyłu i nagle zaburczało jej przeraźliwie w brzuchu.

Bregen usłyszał jak ktoś idzie w stronę kuchni. To nie były kroki ani jego brata ani Uty... Sing Lung. Szybko wstała... No tak, Arechion z pewnością doskonale się nią opiekował. Zawsze był miał do tego rękę. Hmm... Nagle burczenie... Chciała się wycofać? Obawiała się go? A może wiedziała, że on może dostrzec w niej szpiega?
- Wejdź, siadaj i jedz – odezwał się w miarę głośno, wstał od stołu i naładował jej wątróbki surowej ze smażoną. Postawił talerz naprzeciwko swojego, do uszykowanego kubka włożył kilka liści i szczyptę ziół, zalał to wrzątkiem i położył obok talerza.

Zauważył ją... Nie wypadało już się wycofać. Skłoniła się na tyle ile mogła i przywitała:
- Cao szang hao... Nie chcę przeszkadzać... Jeżeli życzysz sobie Dai Goh Arechiona zostać i pożywiać się samemu, wrócę do pokoju... – powiedziała, zerkając na porcję jedzenia.

- Mów w grece albo po huńsku. Chyba, że znasz język kamaelski albo tutejszy, w co wątpię. Innych języków nie znam i nie mam najmniejszego zamiaru domyślać się co do mnie mówisz. Siadaj i jedz, słychać przecież, że jesteś głodna.

- Dłepu... Przepraszam... - coś źle... Nie podobało mu się... No tak, a ona kiedy chciała okazać szacunek odruchowo przechodziła na słowa w ludzkiej mowie. - Wspólny posiłek z tobą Dai Goh będzie dla mnie przyjemnością - podeszła do stołu i usadowiła się na przeciwko niego. Już zaczął jeść więc nie miała oporów, żeby zająć się swoją porcją. Wzięła nóż i pokroiła wątróbkę na mniejsze kawałki, a potem z braku pałeczek nadziewała je na koniec noża i wkładała do ust. Normalnie zabawiłaby rozmową towarzyszącego jej mężczyznę... który był w końcu bratem białowłosego, więc nie obcym tak do końca... jego rodzina... Coś... jak wuj... Ale nie wiedziała czy powinna się pierwsza odzywać. Jadła więc w milczeniu wątróbkę, starając się nie patrzeć mu w twarz niegrzecznie. Miał okropnie pokiereszowane ręce...

Usiadła i zabrała się za jedzenie. No, w końcu... Arechion jeszcze nie wstał, więc trzeba skorzystać z okazji. Teraz trzeba tylko poczekać aż wypije zioła i zaczną działać... A stanie się to szybko. W końcu jest osłabiona. Ale żeby nie była zbyt podejrzliwa...
- Długo znasz Arechiona?
Skończył jeść, napił się ze swojego kubka i odchylił na krześle obserwując ją.

Czuła jak jej się przygląda. Tak jakby przewiercał ją wzrokiem. Peszyło ją to... Jedzenie mimo głodu nie smakowało już tak dobrze... Jeszcze bardziej spuściła wzrok.
- Niedługo... Parę miesięcy... Dwa może trzy - odpowiedziała.

Skrzyżował ręce na piersi.
- Uhm... Alissę też znałaś?

Arechion zabronił jej z nim rozmawiać... Ale przecież nie może siedzieć i niegrzecznie ignorować jego pytania. Postara się odpowiadać jak najoszczędniej i bez szczegółów... Może to tylko tak dla podtrzymania rozmowy... A może Arechion tu zajrzy albo Uta... To o wiele bezpieczniejsze tematy rozmowy... On znał Xenę... Wiedziała, że dla wykonania własnego zadania powinna z nim właśnie porozmawiać. Ale nie chciała łamać li wobec Arechiona, poza tym on tez powinien być przy tej rozmowie i słyszeć te informacje...
Gdy spytał o Alissę, zupełnie odechciało jej się jeść... Odłożyła nóż i przełknęła.
- Tak. Krótko... Trochę... - sięgnęła po kubek. Picie cza zawsze było dobrą okazją do zyskania czasu do namysłu lub skrycia się przed niewygodnym pytaniem. I mogła trochę schować twarz. Umoczyła wargi. Dziwny smak... Taki cierpki...

Ściągnął wargi, lekko zmrużył oczy na chwilę. Odpowiada jakoś... Dziwnie. Była głodna, zjadła bardzo niewiele. Utrata apetytu to pierwsza oznaka zdenerwowania, sięgnięcie po kubek... Druga.
- Zabiłaś ją? – brzmiało kolejne pytanie. Jego głos był bardzo spokojny i chłodny. Mówił wolno, nie głośno ale i nie cicho. Doskonale opanował techniki przesłuchiwania i nie ukrywał tego. Zapewne teraz czuła się jak pod ostrzałem. Był piekielnie ciekaw jej reakcji.

Zasmuciła się:
- Nie ochroniłam jej... Tak chciało Tian. Nie, nie zabiłam jej... Widziałam jak ją zraniono, ale nie byłam przy jej śmierci. - pociągnęła większy łyk. Niedobra ta cza. Wolałaby żeby Arechion ją zrobił. Ale nie będzie przecież gospodarzowi wypominać ani okazywać jak nieumiejętny jest w tej materii.

- Nie znam żadnego tian. I nie obchodzi mnie kto to, ale skoro jej nie obroniłaś... To znaczy chyba, że przyłożyłaś rękę do jej śmierci, prawda? Z Hali było tak samo, czy umarła nim poznałaś Arechiona? A może osobiście poderżnęłaś jej gardło żeby Arechion nie wrócił na wyspę i pomógł ci znaleźć Xenę, stając się dla ciebie kartą przetargową dla własnej prywaty? Skoro znałaś Alissę, zapewne wiesz, że ja i ona ukradliśmy Xenie coś bardzo, BARDZO cennego... Coś za co jest skłonna zabić wszystkich na tej ziemi byle tylko odzyskać. Arechion, jako mój brat, potencjalnie może wiedzieć o co chodzi. Xena zapewne nieźle by cię za niego opłaciła...

Zaskoczyło ją to co powiedział. Sarkissa coś wspominała... że Alissa mówiła dziwne rzeczy przed śmiercią, ale wzięła to za majaki... Na Tian, co oni takiego ukradli Xenie? To czego szukał Vismir? Jeżeli tak, to oni też w jakiś sposób stali się winni śmierci Hali. Nie... Ta rozmowa nie zmierza w dobrym kierunku... Czemu jej to mówi, czemu tak to mówi... Zakręciło jej się w głowie... wzrok trochę rozmył... Nie czuła się za dobrze... Chyba za wcześnie wstała... i te emocje teraz. Przetarła dłonią czoło. Ledwo uniosła rękę... Zrobiło jej się trochę duszno...
- Nie... nie rozumiem o czym mówisz Dai Goh. Chyba nie powinnam rozmawiać o waszej czcigodnej Dzied... s.. sioo siostrze... bez Arechiona... Ja... jej... za... - tak, to jej wina... Ciągle czuła się winna... Odebrała jej dzień życia... sprowadziła gniew Niebios.... Jak mogła mu to powiedzieć... nie zrozumiałby tak samo jak Arechion... Nie miała siły na klękanie przed nim i proszenie o wybaczenie. - Chyba lepiej będzie jak wrócę do pokoju... - odstawiła kubek. Za mocno... wymsknął jej się z ręki i poturlał po blacie.... - Och... Wybacz... Zar... zaraz sprzątnę... - Próbowała wstać, ale mięśnie miała dziwnie zwiotczałe. Nic nie rozumiała... Przecież czuła się już zupełnie znośnie. Wcześniej z nogami było wszystko w porządku. Popatrzyła na niego, zastanawiając się czy powinna poprosić go o pomoc...

Jego usta wykrzywiły się w zbójeckim uśmieszku... Może nawet przerażającym...
- Nie sądzę... Zaraz będziesz śpiewać...
Złapał ją nim osunęła się z krzesła na podłogę, przerzucił sobie przez ramię i ruszył na dwór. Po kilku krokach znalazł się w niewielkiej komórce. Najpierw przywiązał jej jedną rękę nad głową, potem drugą. Na końcu unieruchomił nogi. Była w pozycji stojącej, a dzięki takiemu rozłożeniu ciężaru... Będzie ją boleć, ale rana się nie otworzy, więc nie wykrwawi mu się tu na śmierć. Ma czas... Uderzył ją kilka razy z otwartej ręki w policzek. Ocucił.
- Dlaczego szukasz Xeny?

Śpiewać? Dlaczego miałaby śpiewać... Nie mogła się ruszyć... Podszedł do niej i złapał ją... Ale nie podparł, nie pomógł wrócić do pokoju... Przerzucił ją sobie przez ramię jak upolowane zwierzę... Bardzo źle się czuła... A od tego zrobiło jej się niedobrze i bark zaczął boleć... Ale ciało nie reagowało na jej polecenia. Widziała to wszystko i jednocześnie była jakaś otępiała... Dlaczego to robił... Co robił... Zimno, przeraźliwie zimno... Była w samej koszuli spodniach.... Sutki stwardniały jej na kamień zaczęła się trząść... Przymknęła oczy... Przeraźliwy ból w barku.... Chciała się skulić... dotknąć bolącego miejsca... Nie mogła... Coś jej trzymało ręce... Wysoko, boleśnie. Uderzenie w twarz. Otworzyła oczy. Jakieś ciemne i małe pomieszczenie. Stała... Stał przed nią... ktoś... ktoś... znała... Dai Goh.... Uklęknąć... Nie mogła, zawisła na rękach i prawie zawyła z bólu. Na powrót stanęła na stopach.
- Dlaczego... ja... czemu... boli... to moja wina.... Muszę... dla Lao Ma... Ona ją... Powiedzie wojska Qin...

Lao Ma? To ta idiotka... Hmm...
- Nie marudź! – warknął – Jak będziesz ładnie odpowiadać, to nic ci nie będzie. Więc jesteś od tej kretynki Lao, tak? Powinnaś widzieć, że Xena ma ją w nosie. Jaki udział ma w tym mój brat? Chcesz się dzięki niemu wkupić w łaski wojowniczej księżniczki?

- Tak... taki plan... kamael... więzień... żeby dotrzeć do niej.... ta cza.... to nie dzasmin... Nie... nie... obrażaj mojego Sifu, bo... będę musiała... zabić... - uniosła głowę i popatrzyła przez chwilę na niego twardo. Zabije go... zabije... jak tylko.... Nie wie...

Ha! Więc jednak... Stanowi zagrożenie...
- A więc jesteś szpiegiem od Lao, który żeby dotrzeć do Xeny zabije Arechiona... Mnie i moją córkę. Żeby przekonać ją do siebie i Lao. I zapewne myślałaś, że znajdziesz i oddasz Xenie ten cenny artefakt, dzięki któremu sprowadzi zagładę na świat... Poprowadzi wojska Qin, przejmie pełną kontrolę nad światem żywych i umarłych, tak? Głupia jesteś... Tak samo jak twoja pożal się wszyscy bogowie świata Lao... I nie kochasz mojego brata, gardzisz nim... A sprzedając Xenie chyba nie masz pojęcia co ona mu zrobi. Nie pozwolę ci na to, wiesz o tym?

Pokręciła głową bezradnie.
- Jestem biren Lao Ma... służę i będę służyć jej zawsze... jestem Feniksem... nie zabiję Airen... nie chcę... Wo Ai Airen... Arechion... Kawaii... Jeśli mi rozkaże, zrobię to... ale zabiję siebie... powinien mnie zostawić... mówiłam... że go skrzywdzę... Uciekłam... Znalazł... Moja wina... Dziedzie Hali... moja... wina... Dai Goh jesteś w prawie krwi... zabił Hali... przeze mnie... ukarz mnie... ja nie mogę... zakazał... wciąż mówi, że kocha... proszę, żeby nie mówił... bo skrzywdzę... Tian to zrobi, przeze mnie... Jestem zła... Zabiłam MengMei... zostawiłam Airen... dzieci... moje dzieci... jak twoja córka... Alissa mi groziła... nie uratowałam jej... próbowałam tam... Ten Hungnu... Niedobrze mi... Gdzie Arechion? Mówił, że nie zostawi... Muszę zabić... Hungnu.... gdy będzie mnie brał... a potem znaleźć Arechiona.... Muszę go znaleźć! - krzyknęła i szarpnęła się, ale nic to nie dało.

Bełkot... Ale parę rzeczy przestało mu się zgadzać z tym co rozumiał wcześniej. Z japońskiego znał kilka słówek, kawaii... Arechion kawaii? Czyli jednak czuła coś do niego? Ukarać jej nie może, mógłby jedynie zabić, ale tego Arechion by sobie zapewne nie życzył... I on sam w tej chwili również nie. Poza tym... Jaki hungnu? Brał ją? O czym ona dokładnie mówi, wszystko się jej plącze, a nie powinno, źle reaguje na ten narkotyk. Czyżby przeżyła coś strasznego? Czemu musi znaleźć Arechiona? Zaczęła krzyczeć, niedobrze... Nie może jej na to pozwolić. Założył jej knebel... Musi sobie poukładać te informacje w głowie. Może źle coś zrozumiał, może wcale nie jest szpiegiem czy zagrożeniem... Może chce coś naprawić i boi się, że skrzywdzi przy tym kogoś? W końcu mówiła, że prosiła by jego brat ją zostawił...
- Nie powinnaś pamiętać tej rozmowy... Ale i tak ci powiem, że jeśli zostawiłabyś Arechiona, skazałabyś go na śmierć. Posiedzisz tu trochę, dokończymy tę rozmowę niedługo, jak się uspokoisz.
Posiedział z nią dłuższą chwilę... Chyba jakiś kwadrans. Nie liczył czasu. Szarpała się, próbowała krzyczeć, w końcu zaczęła płakać. Łzy spływały jej po policzkach i nosie, kapały na podłogę komórki... Narkotyk przestawał działać... Wyszedł, musi zrobić innych ziół, lżejszych, te chyba za bardzo mieszały jej w głowie...

Arechion obudził się z uśmiechem i przeciągnął. Obrócił na bok, poszukał ręką Sing Lung, ale... Łóżko było puste. No, prawie... Kawałek dalej spała Uta w objęciach z Dianą… Smakowity zapach... Białowłosy wstał, założył buty, rozdmuchał ogień w kominku i udał się do kuchni ziewając szeroko. Przetarł oczy, przeczesał palcami włosy i wszedł do kuchni, która była... Pusta. Przewrócony kubek na stole i wylana zawartość... Jeden z butów Sing leżał na podłodze... Dwa talerze, jeden niedojedzony, drugi kubek już pusty... Dwa posiłki i bałagan? Bregen wrócił! Tylko gdzie on jest... I gdzie Sing? Kubek... Przewrócony kubek, but... Białowłosy dotknął cieczy, powąchał ją... Oczy mu się rozszerzyły w niemym przerażeniu... To te zioła... TEN narkotyk! O nie, Bregen dopiął swego... Przegiął! Trzask zamykanych drzwi... Biała głowa w wejściu do kuchni... Bez słowa rzucił się na niego...

Nagle miotnęło nim o framugę, potem upadł na podłogę w salonie i poczuł na sobie ciężar innego ciała oraz pięści. Aż w końcu ręce na gardle.
- Gdzie... Ona... Jest?! – usłyszał rozwścieczony głos Arechiona.
- Na... Przesłuchaniu... – wychrypiał, próbując oderwać jego stalowy ucisk od swojego gardła. Powędrował dłońmi do twarzy brata i drapnął go przy oczach, ten ryknął tylko z bólu i wzmocnił uścisk.
- GDZIE?! Zakazałem ci robić jej krzywdę!!! MASZ MI POWIEDZIEĆ W TEJ CHWILI GDZIE ONA DO JASNEJ CHOLERY JEST!!!
Białowłosy był wściekły nie na żarty. Doskonale wiedział jak działa ten narkotyk, a ona miała słabą głowę... Na pewno się bała, a to nie wróżyło dobrze, może coś się jej stać... Sama nic sobie nie zrobi, tego mógł być pewien, ale nie chciał żeby wpadła w szok! O Nornil... Poddusił brata na tyle, że stracił przytomność. Obrócił go na brzuch, zaciągnął do pala stropowego i przywiązał go krępując mu ręce z tyłu za nim. Nie będzie w stanie ani się podnieść ani uwolnić. Zaczął gorączkowo szukać Sing Lung. Nie było jej w żadnym z pomieszczeń w domu, w spiżarce również... Komórka! Wybiegł na dwór i popędził do komórki...
- Sing, kochanie... Sing... – była tam, zapłakana i roztrzęsiona, ale była... Poczuł ulgę, ogromną... Ale i tak był wściekły na Bregena i nie daruje mu tego. – Już jestem, już dobrze...
Zdjął jej knebel, rozwiązał nogi, po czym objął pod ramionami, pocałował w czoło i zabrał się za rozwiązywanie rąk. Bardzo delikatnie opuścił jej ranne ramię...

- Zostaw mnie... zabij... zostaw... zimno... boli... nie chcę już... moja wina... moja... - powtarzała na przemian mieszając grekę i ludzką mowę kiedy wyjął jej knebel. Chciała żeby zrozumiał. Rozpaczliwie chciała... żeby wiedział co mówi... Zamknęła oczy, które ją bolały. Musi mu powiedzieć... musi wiedzieć... wszystko... powiedzieć... Tego chciał. Znowu jakaś jaskinia... Nie chce jaskiń... w jaskiniach jest zimno... i zawsze jest burza... - Nie chcę do jaskini... Zimno... Nie dotykaj szyi... proszę... nie duś... nie budź... nie każ wracać... Idą tu... idą... uciekaj... pożrą cię... zerwą więź z Przodkami... Muszę go znaleźć... muszę... pochować... nie może być upiorem... Dla mnie za późno... Idą tu... po mnie... słyszę...
Krzyknęła z bólu kiedy coś co trzymało jej rękę znikło, a potem zabrała dłonie do głowy i mimo bólu w barku ścisnęła ją i próbowała się schować. Głowa też bolała i oczy. Ma mokrą twarz... Krew? Łzy? Zimno. Skuliła się ignorując raz rwący, raz mdlący ból w ramionach, w głowie, trzęsła się i bezwiednie bujała do przodu i do tyłu.

Przełknął ślinę... Nornil, wzbudził w niej tamte przerażające wspomnienia z jaskini... I różne inne też... Bełkotała, czuł jej łzy na swojej piersi, gdy ją rozwiązywał... Później skuliła się przy ziemi. Kolana podciągnęła pod brzuch. Kucnął przy niej, pogładził delikatnie po głowie...
- Słońce... To ja, Arechion... Cynamon, czujesz? Już dobrze, już jestem...
- Uciekaj... idą... demony... pazury... zęby... rozerwą mnie... rozerwą... za karę... uciekaj... proszę. Tak mi zimno... To one... Cynamon... tak... cynamon... kawaii... - złapała go gorączkowo za rękę - Uciekaj... proszę... zostaw mnie... Ten drugi... gdzie on jest? Dlaczego mnie niósł? Dlaczego tu jestem? Pytał... o coś... nie wiem... nie pamiętam... coś złego... mówił... niedobrze mi... bolało... w środku... bolało... dlaczego tak mi zimno?
Ręce jej się trzęsły, były zimne jak lód. I była mocno podenerwowana, niespokojna... Ugh, Bregenie... Gdybyś nie był moim bratem...
- Wiem, że ci niedobrze i zimno, to minie... Nikt tu nie idzie, żadne demony, to tylko twoja wyobraźnia, słońce... Efekt narkotyku, rozumiesz? Ten drugi... Jest unieruchomiony. Nie masz się czego bać, przysięgam. Chodź do mnie, przytul się, zabiorę cię stąd w ciepłe miejsce... No, chodź... - Ułożył jej chorą rękę na piersi, drugą położył sobie na karku i uniósł ją w swoich ramionach. Skryła w nim twarz, wiedział, że teraz słońce razi ją wręcz boleśnie... Uta zapewne jeszcze śpi, z pokoju nie dobiegały żadne dźwięki, a on nie chciał jej budzić. Wszedł więc do pokoju obok, z dużo mniejszym łóżkiem. A w zasadzie pryczą... Usiadł z nią na kolanach, objął szczelniej ramionami i trochę roztarł jej plecy i bok żeby zrobiło się jej cieplej.
- Przyniosę ci koc, poczekasz chwilkę?
Wymacała na oślep jego rękę, twarz - Nie idź... boję się... Nic nie widzę... Źle widzę... Oczy mnie bolą. Co mi się stało... Nie będę już widzieć? Dlaczego tutaj jest tak jasno... Ty jesteś ciepły... trochę ciepły... A... Arechionie czy ja... umieram? Tak się umiera... Jest zimno... Traci się wzrok... Zostań ze mną... Nie chcę sama umierać... Bardzo mnie boli ramię... i głowa... uderzyłam się w nią? Nie pamiętam...
Mógł się tego spodziewać... Jest przerażona... Pocałował ją w skroń i objął ją szczelniej ramionami. Gdyby miał koszulę, okryłby ją jeszcze, ale nie miał, a prycza była niezaścielona. Nawet prześcieradła na niej nie było.
- Nie, nie umierasz... To przez narkotyk... Masz rozszerzone źrenice, wzrok polepszy ci się za kilka godzin. Nie masz się czego bać, naprawdę.
Miał ogromną ochotę spakować się w tej chwili, zabrać Sing, Utę i Dianę i opuścić to miejsce, ale z drugiej strony... Nie zabrałby się. I nie dałby rady dobę jechać z całą trójką w jednym siodle.
- Można przyspieszyć ten proces... Ale musiałabyś trochę... Wymiotować... Albo pospać. Zrobię ci ziółek, nie bój się, dobrze? Zaraz wrócę, hm?
Położył ją na pryczy na zdrowym boku żeby mogła się skulić, pogładził ją chwilę po głowie, pocałował i wyszedł, zostawiając otwarte drzwi. Spieszył się jak tylko mógł... Szybko zrobił jej mocnych ziół rozluźniających z nasennymi, przeciwbólowymi i przeciwzapalnymi. W smaku okropne, więc doprawił miodem. W drodze powrotnej zgarnął jeszcze koc z salonu i sprawdził co u Uty i Diany. Obie wciąż spały...
Wszedł do pokoju Sing, ale nie było jej nad pryczy... Słyszał ciche szczękanie zębami i dostrzegł ją pod "łóżkiem". Westchnął, położył koc i kubek z boku i kucnął.
- Sing, co ty tam robisz? Chodź... Nie masz się czego obawiać...
Wyciągnąć jej nie mógł... Zrobiłby jej pewnie większą krzywdę w to ramię...
- Tu... nie przyjdą... Tam za jasno. Schowałam się... Ty też się schowaj. Gdzie dziecko? Zabrali je? Znowu je zabrali... - wygramoliła się spod pryczy. - Znajdź je Kawaii... Muszę pomóc ci szukać. Złoty łańcuszek. Ona musi mieć złoty łańcuszek, wtedy jej nie porwą... - usiadła na podłodze i zapatrzyła się w ścianę coś mamrocząc do siebie w ludzkiej mowie.
- Mam kocyk, schowam cię w nim i odgonię wszystkie demony, chodź - znów wziął ją na ręce i usiadł z nią na pryczy. Opatulił ją kocem robiąc jej na głowie coś w rodzaju kaptura. - Uta jest bezpieczna, Diana jej pilnuje. Śpią sobie spokojnie w drugim pokoju. Nic im nie będzie, Sing, naprawdę. Tu nie ma żadnych nieczystych sił, to wszystko dzieje się tylko w twojej głowie, rozumiesz? Masz zwidy od narkotyku. Wypij to, tylko ostrożnie, bo gorące... Poczujesz się lepiej. - Podsunął jej kubek z ziołami do ust. Najpierw się uspokoi, później rozluźni i poczuje senna. A jak już będzie usypiać, zabierze ją do ich pokoju żeby mieć oko na wszystkich.
Chciała wypić... ale zatrzymała się... - Ty też? To nie jaśminowa cza... czuję... To jest gorzkie, prawda? Dlaczego? Czemu... Znów będzie bolało... Moja głowa... Dlaczego... Dlaczego tu jestem... dlaczego tu jestem... Dlaczego Czcigodnej Matki tu nie ma... Dlaczego nie posłała po mnie... Zimno mi... - skuliła się pod kocem. - To mi nie pozwoli umrzeć? Albo niech zabije szybko... Znowu będziesz pytać... A ja nie wiem... o co... Powiem... powiem wszystko... co będziesz chciał... Mogę się już schować?
- Osłodzone miodem, pomoże, spójrz... - upił troszkę, by pokazać jej, że nic się jej nie stanie. - Uspokoisz się i zaśniesz. Nie umrzesz... Ale jeśli tego nie wypijesz, to będziesz się źle czuć dużo dłużej. Schowaj się tu, we mnie jak musisz, ale nigdzie na zimnej podłodze, nie dam ci krzywdy zrobić i porwać. To ja, Arechion, nie tamten...
Zaczął masować jej tył głowy, to uspokajało ją chyba najbardziej i po tym powinna poznać, że to on a nie ktoś obcy, kto chciałby ją skrzywdzić...
- On też pił... on też... - wymamrotała, ale w końcu rozluźniła się nieco i zaczęła jakby bez udziału woli łykać po trochu wywaru.
- Ale on pił z innego kubka i z pewnością nie to co ty. Zaraz poczujesz się lepiej, zobaczysz... - Odchylił się lekko do tyłu, położył jej głowę sobie na piersi i nie przerywając masażu poił ją tymi ziołami. Łyczek po łyczku, wypiła całe... Już się tak nie trzęsła, ale to tylko zasługa gorącego napoju... Rozgrzała się trochę po prostu. Chwila minie nim poczuje działanie leków i nie będzie ono gwałtowne, więc nie spotęguje jej lęku... Zacznie się powolutku uspokajać i wyciszać aż w końcu zaśnie.
Wtuliła się w niego. Zdrową ręką objęła go mocno za szyję, drugą błądziła mu po brzuchu... Tak bardziej z boku. Jakby chciała się go złapać, ale nie miał na sobie koszuli, więc nie mogła. Podał jej rękę, zacisnęła na niej swoje drobne palce. Wzdrygała się co jakiś czas i mówiła do siebie szeptem w swoim języku... Chyba się modliła... Miała zamknięte oczy. Otwierała je tylko co jakiś czas, jakby chciała się upewnić, że on tu jest. Zaczynała się uspokajać.
Cisza piszczała mu wręcz w uszach w tej chwili. Z pewnością jej nie pomagała... Przytulił się policzkiem do jej czoła i zaczął cicho śpiewać...
W końcu usnęła. Zaniósł ją do ich pokoju, Uta już nie spała i patrzyła na niego z zaciekawieniem. Diana tak samo. Położył Azjatkę do łóżka, mruknęła coś i obróciła się na zdrowy bok kuląc się. Nakrył ją kołdrą, pocałował i opuścił pokój z dzieckiem i wilkiem. Szczeniaka wypuścił na dwór żeby się przebiegł i załatwił, dziecko nakarmił. Sam zjadł praktycznie w biegu. Zgarnął Dianę z powrotem do domu, kucnął przy Bregenie i ocucił go kilkoma płaskimi w twarz.
Bregen nie wiedział dokładnie co się dzieje. W pierwszej


Ostatnio zmieniony przez red dnia Pon 22:03, 08 Cze 2009, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
red
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 19 Cze 2007
Posty: 4676
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Moderacja
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Pon 21:14, 08 Cze 2009    Temat postu:

Bregen nie wiedział dokładnie co się dzieje. W pierwszej chwili mocno zabolały go oczy... I potwornie bolała głowa. Czuł suchość w ustach... A tak, Arechion go dusił...
- Czego... – burknął.
- Co ty sobie wyobrażasz? – zapytał poważnie brat.
- A co mam sobie wyobrażać?
- Nie ufasz mi? Mówiłem ci, że masz jej nic nie robić, wystarczająco już wycierpiała, a ty dokładasz swoje.
Bregen próbował wstać, poruszyć się, ale nie mógł. Miał ręce skrępowane w tył na palu...
- Czemu mnie związałeś?
- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Nie ufasz mi?
Bregen zaniemówił na dłuższą chwilę.
- Ufam, ale jej... Sam nie wiem. Czemu mnie związałeś?
- Żebyś nie miał do niej dostępu. Trzeba było pytać mnie jak chciałeś się czegoś dowiedzieć, a nie robić jej...
- Zabiłeś Hali dla niej? – przerwał mu nagle i spojrzał chłodno w oczy. Arechiona prawie zmroziło. Co? O czym on mówi? Czemu miałby...
- Zdjąłem jej tylko naszyjnik. Była zaklęta w kamień, nie było szans na jej odczarowanie. Vismir chciał ją na świecznik do salonu. – wytłumaczył.
- Vismir? A więc ten stary cap jeszcze żyje... A to gnida...
- Znasz go?
- Oczywiście, zadawał się przez jakiś czas z Xeną i Boriaszem, co żeś myślał. Rozwiąż mnie.
- Nie.
- Dlaczego?
- Bo nie wiem czy mogę ci ufać. A nie chcę żebyś się kręcił w pobliżu Sing. Przeraziłeś ją.
Bregen skrzywił się, zaśmiał pod nosem i pokręcił przecząco głową.
- Słaba jest...
- Mylisz się.
- No nie wiem... Wszystkiego się boi. Że zrobi ci krzywdę, że ją zostawisz, choć uważa, że lepiej by było, gdyby tak się stało... Boi się mnie... Ale zaprowadzić cię do Xeny to się nie boi. Sprzedałaby cię, nie rozumiesz tego? Ślepy jesteś? Sam powinieneś ją złamać i wypytać dokładnie o wszystko to czego nie wiesz, a zapewne nie wiesz bardzo...
- Zamknij się! To ty nic nie wiesz. Ten narkotyk wywołał w niej wspomnienia i lęki. Niespójne myślenie znasz? Do Xeny sam chciałem i wciąż chcę z nią iść, obiecałem jej, że pomogę choćbym miał to przypłacić życiem i zrobię to, a jeśli ty tego nie rozumiesz i nie akceptujesz, to zaraz pakuję manatki i zabieram ją, Utę i wilka i opuszczam te tereny. A ty żyj sobie w tej zakichanej samotni i dziczej dalej! Albo OBIECASZ mi... Przysięgniesz na honor matki i ojca oraz swoją głowę, że nigdy więcej nie zrobisz jej ŻADNEJ krzywdy, nie naćpasz, nie skrzyczysz, nie uderzysz i nie ukarzesz w żaden sposób albo nigdy więcej nie zobaczysz ani mnie, ani jej, ani córki... Wybór należy do ciebie.
Wstał, odszedł do kuchni dając mu czas do namysłu. Sprzątnął po śniadaniu, uprał wczoraj namoczone ciuchy i rozwiesił do wyschnięcia. Przewinął Utę starając się zawiązać pieluszkę tak jak to zrobiła wcześniej Sing, choć trudno mu to szło. Zwłaszcza, że dziewczynka ciągle się śmiała i przebierała nóżkami. Dmuchnął jej kilka razy w brzuszek, łaskotał...
- Aj ty ty... Aj tyyy... Gili gili? Mamy łaskotki, cooo? Hehe...
Ubrał ją porządnie, dał jej lalkę, która leżała na jednej z szafek i poprosił by zaczekała na niego chwilę.
- Dowiem się jaka jest twoja decyzja?
Bregen był szczerze zaskoczony zachowaniem brata. Gdzie się podział tamten Arechion, który nie przejmował się niczym zbytnio, nie myślał o miłostkach i dzieciach... Który bawił się i śmiał... Ile lat minęło? Z jednej strony chciałby się go stąd pozbyć... Ich wszystkich, z Utą włącznie, bo matki to ona już nie ma, a on za niańkę nie ma zamiaru robić... Ale z drugiej strony, miał ochotę trochę zaszaleć. Powspominać dawne dzieje, dowiedzieć się wszystkiego co go ominęło... Wrócił Arechion...
- Przystaję na twoją propozycję zawarcia rozejmu z twoją kobietą – odpowiedział.
- Przysięgnij...
Pokiwał głową, przygryzł wargę...
- Przysięgam na honor matki i ojca oraz na moją głowę, że nic jej już nie zrobię. Czy teraz możesz mnie rozwiązać? Ręce mi cierpną...
Białowłosy sięgnął po sztylet. Chwilę się nim pobawił, po czym rozciął więzy z tyłu pala.
- I trzymaj się od niej z daleka.


Bregen wzruszył ramionami, poszedł do kuchni i nalał sobie mocnego trunku. Arechion w tym czasie wrócił do pokoju, uszykował ciepłą wodę w misce, maść i świeże bandaże. Sing Lung spała mocno. Mruknęła jedynie przez sen i jakby przytuliła się do jego ręki, gdy zdejmował jej koszulę z ramienia żeby sprawdzić ranę. Leżąc na boku ułatwiała mu nieco sprawę. Położył ją twarzą w stronę drzwi, więc mógł kucnąć przy brzegu i skupić się na sprawdzaniu szwów. Tak jak podejrzewał... Trochę się ponaciągały, ale nie przerwały skóry i nie popękały. Tyle tylko, że rana się zaogniła. Obmył ją ostrożnie wilgotną szmatką, później przelał krwawnikiem i nasmarował maścią od Flee. Założył jej świeży opatrunek, cmoknął w czoło i wyszedł zamykając za sobą drzwi.
- I jak ona się czuje? – usłyszał głos Bregena. Jak zwykle nie zdradzał emocji... Udawał przejętego...
- Śpi – odpowiedział.
Bregen kiwnął głową, wskazał mu krzesło naprzeciwko i podał kubek pełen alkoholu.
- Nie, dziękuję.
- Nie chcesz, nie możesz, czy nie umiesz?
- Nie chcę. O co dokładnie chodziło ci z tym, że niby zabiłem Hali dla Sing Lung?
Brat Arechiona uśmiechnął się krzywo. Więc jednak coś go to obchodzi...
- Bo ona tak powiedziała, że to przez nią, że dla niej zabiłeś.
No tak... Sing Lung jak zwykle się o wszystko obwiniała...
- Nie, to nie przez nią i nie dla niej. Gdybym tego nie zrobił, Vismir miałby świecznik. Mam ze sobą garść tego co po niej zostało, czyli... Piasku.
- A co ona tak w ogóle tu robiła? Nie ma męża i dzieci? Wolała zostać starą panną?
- Nie... Z tego co wiem ma dwójkę dzieci, ja znam jedno. Ma na imię tak samo jak ty. Nathaniel to przykładny mąż i ojciec, ale znasz Hali... Chciała się ze mną spotkać, przeszło dziesięć lat mnie nie widziała no i uparła się by przyjechać na kontynent. Nie dało się jej tego wyperswadować. Los chciał, że trafiła na Vismira, zaklął ją w posąg i... – zamilkł na chwilę, nie wspominał do tej pory tego wszystkiego...
- I skończyła jako kupa piachu – dokończył za niego Bregen.
Arechion kiwnął głową, nalał sobie wody i wypił pół kubka na raz.
- Dlaczego uważasz, że Sing chciałaby mnie sprzedać Xenie?
- Bo ma do niej prywatę związaną z Lao Ma. Poza tym, powiedziała mi, że miała plan cię tam zaprowadzić, a dla Xeny jesteś cennym nabytkiem do tortury i przesłuchania. Urządziłaby ci piekło na ziemi.
- Bo?
- Bo jesteś moim bratem i potencjalnie możesz wiedzieć gdzie ukryłem coś co jej z Alissą ukradliśmy... A właśnie, a propo Alissy... Sing ją znała. Powiedziała, że jej nie obroniła. Ty też ją znałeś, powiedz mi, czy ta twoja Azjatka przyłożyła rękę do śmierci mojej ukochanej?
- Nie. Nie mogła nic zrobić, walczyła z innej strony. Mówiłem ci już, że Alissa zginęła z ręki Huna. Co ukradliście Xenie? – Arechiona coraz bardziej interesowało jakie tajemnice skrywa w sobie jego brat i dlaczego jest jaki jest.
Bregen zmrużył oczy, spojrzał na niego jakby podejrzliwie. A co go to obchodzi? Nie chce wiedzieć... Ta wiedza mogłaby go zabić... Zresztą i tak jak trafi w ręce Xeny to ona go pewnie zabije. Alissa zginęła z ręki Huna? Hmm... Hali zabił Vismir, Alissę Hun... Trzeba dotrzeć do Xeny i zakończyć to raz na zawsze... I zabić tego przeklętego nekromantę.
- Tego wiedzieć nie musisz.
- Jesteś skomplikowany.
- Taka moja natura – prychnął i pociągnął alkoholu. – Swoją drogą... Ta twoja Sing też.
- Wcale nie, ty jej po prostu nie rozumiesz. Sam czasem się gubię, ale potem wszystko analizuję i staram się spojrzeć na to przez pryzmat własnych doświadczeń.
Doświadczeń... Dziesięć lat wojny i on uważa się za doświadczonego... Co prawda bliznę miał potężną, powinien nie żyć.
- Jak nabawiłeś się tej szramy na piersi?
- Nagle zacząłeś się o mnie martwić?
- Jesteś moim młodszym bratem, mów, chcę wiedzieć.
- Ranił mnie... Chciał mnie zabić przyjaciel.
- Przyjaciel?
- Japończyk.
- Japończyk! Ha, Arechionie, zaufałeś Japończykowi?!
- Owszem. Nie wiem co mu do łba strzeliło, zapewne uznał moją wiedzę za zbyt niebezpieczną dla ich kraju... Rozpracowałem ich od wewnątrz, wiem rzeczy, o których wiedzieć nie powinienem i jestem przez to bardzo, ale to bardzo niebezpieczny. Skopiowałem i ukradłem sporo dokumentów... Znam ich plany działań zbrojnych, budowę obozów... I masę innych rzeczy, może kiedyś ci je pokażę.
- Kto cię uratował? Po takim cięciu powinieneś paść trupem.
- Owszem... Ale pojawiła się Flee, qinka.
- Dlaczego w ogóle opuściłeś gardę, dałeś się zaskoczyć?
- I tak i nie. Dzień wcześniej dowiedziałem się o śmierci matki...
Arechion zaczął opowiadać bratu całą historię o wojnie, o chorobie ich matki, o tym jak traktowano kamaeli w Nippon... W tym samym czasie zaczął przygotowywać mocny bulion z warzywami. Przesmażył wątróbkę i pokroił ją bardzo drobno. Będzie jak znalazł dla Sing Lung na wieczór.
- ... I wtedy trafiłem na Sing i całą resztę drużyny, która miała dopaść Xenę, a która się rozpadła.
Bregen słuchał brata w zamyśleniu. Ani razu mu nie przerwał. Czerpał informacje garściami. Wygląda na to, że na wyspie i w samym sojuszu między kamaelami a japończykami wiele się zmieniło i jeszcze zmieni. Arechion mógł być w nie lada tarapatach... Ciekawe czy Xena poznałaby się na jego wartości i oszczędziła mu życie.
- Sing powiedziała coś czego nie zrozumiałem. Znasz ten język, powinieneś wiedzieć... Wo ai airen, Arechion. Potem dodała kawaii. Chyba myślała, że rozmawia z tobą, nie wiem czy to ci coś mówi.
Młodszy mężczyzna uśmiechnął się szeroko. Przyznała się... Przyznała głośno do tego, że go kocha... Och Sing...
- Co się tak szczerzysz? – na ziemię sprowadził go brat.
- Nieważne.
- Kim są Hungnu?
- Hungnu? Hunowie, a co?
- Mówiła, że musi ich zabić jak będą ją brać, a potem poszukać cię.
- Ach... To... – spuścił wzrok i sposępniał trochę. – Nieprzyjemne wspomnienie, nie pytaj jakie.
- Twoje, czy jej?
- Obojga.
- Ciężko jest mi ją rozgryźć. Zna Xenę, jest od Lao, którą Xena gardzi. Znała Alissę... Ponoć ta jej groziła, w co nie mogę nie wątpić, bo potrafiła być groźna i działać na zasadzie szantażu. Możliwe, że Sing wie co ukradliśmy Xenie... Przynajmniej tak sądziłem na początku, ale teraz... Sam już nie wiem... Z jej zachowania i rozmowy wynika, że nie ma o tym zielonego pojęcia. Bardziej przejmowała się tobą, demonami, jakimś Tianem... Nie sądzę by grała. Możliwe, że się co do niej pomyliłem...
- Aha! Więc jednak przyznajesz się do błędu!
- Nie mów hop... Minie trochę czasu nim określę czy mogę jej ufać czy nie.
Bregen wstał od stołu. Na dworze było już ciemno...
- Idę spać. Branoc.
- Pa.
Arechion nakarmił i wykąpał Utę, następnie zajął się wilkiem. Sam też się wykąpał porządnie, ogolił, zjadł stek na kolację... Następnie dokończył gotowanie bulionu i wrócił do pokoju z dużym kubkiem ciepłej zupy z wkrojoną do niego wątróbką i warzywami. Był już późny wieczór, Uta spała spokojnie za plecami Sing, a w ich głowach, na poduszce spała sobie spokojnie wymęczona przez dziecko Diana. Białowłosy kucnął przy łóżku, odgarnął z czoła Azjatki kosmyk włosów i założył jej go za ucho. Mruknęła cicho i przeciągnęła lekko nogi...
- Sing, obudź się proszę, musisz coś zjeść... – szepnął. - Otwórz no te swoje cudowne oczka...

Ktoś ją wołał... Nie chciała się budzić. Nie wiedziała czemu, ale przepełniało ją uczucie, że tak jest lepiej, że tak jest... bezpiecznie. Organizm znów ją zmuszał do letargu? Niechętnie otworzyła oczy... Zamrugała powiekami, starając się odegnać sen i poprawić zaspany wzrok... Ale wrok nie poprawiał się... Widziała rozmazane kształty... Było ciemno... wiedziała o tym, ale jednocześnie jej się zdawało nieprzyjemnie jasno... Może nie boleśnie, ale czym prędzej odwróciła oczy gdy jej wzrok padł na ogień w kominku. Bolała ją głowa... I było jej jakoś dziwnie w ustach... nieprzyjemnie... właściwie niedobrze... Co jej się stało...
- Coś z moimi oczami... dziwnie widzę... Arechionie, to ty? Miałam dziwny sen... że wstałam już... ale przecież jestem w łóżku... - czuła się jakoś zdezorientowana. Głowa łupała ją niemiłosiernie... Trudno jej siębyło przez to skupić.
Pogładził ją po policzku. Nie miała gorączki, ale była ciepła.
- Tak, to ja. Pokaż mi te oczy... Spójrz idealnie przed siebie i wytrzymaj tak chwilkę. - Spojrzał na jej źrenice, wciąż były powiększone, ale już nie tak wielkie jak rano. Zakrył światło ogniska swoim ciałem i położył dłoń przez kołdrę na jej biodrze. - Skutki uboczne narkotyku... Przez kilka dni będziesz otumaniona. Ale lęki nie powinny cię już nękać. Musisz coś zjeść, spałaś cały dzień, organizm potrzebuje energii. Jeśli czujesz się na siłach, możemy się kawałeczek przejść. Świeże powietrze dobrze by ci zrobiło. Jest ciemno, więc nie bolałyby cię oczy.
Co? Narkotyku? Nie rozumiała o czym mówi. Spojrzała na niego, spróbowała się przekręcić i wtedy mdły i zarazem szarpiący ból w barku sprawił, że jęknęła. Miała uniesione ręcę... To one... związane... bolało... od tego... Biała plama... białe włosy... Arechiona... Nie! Jego brata... jego... To nie był sen! Wspomnienia... niejasne, niepewne, ale nieprzyjemne uderzyły w nią. - Arechionie... Twój brat... On... Poszłam do kuchni, byłam głodna... Nie chciałam przeszkadzać... Kazał usiąść i jeść... Pytał o ciebie, o Hali... Był dziwny... Chciałam wrócić do łóżka... Źle się poczułam. Nie mogłam ustać... ruszać się... Dziwnie się uśmiechał... Chyba mnie niósł, na dwór... A potem coś... niedobrego... nie wiem... Boli mnie głowa... Ty też tam byłeś... A teraz jestem tu... Jaki narkotyk? Zjadłam coś czego nie powinnam? Alkohol? Nie piłam makowego mleka... Naprawdę... Tylko to czym mnie poczęstował Dai Goh Bregen. Sam też jadł i pił, niegrzecznie by było gdybym odmówiła... Nawet gdyby było niesmaczne. Nie wypadałoby. Doceniam jego gościnność i kuchnię... - plątała się. - Arechionie strasznie boli mnie bark, to chyba niedobrze? - pożaliła się. Dziwnie się czuła. Coś bardzo jej się nie podobało, ale starała się to uczucie zepchnąć gdzieś głęboko. Coś ją przerażało... Świadomość, że brat Arechiona coś jej zrobił... Że zrobił to specjalnie... Jakąś krzywdę... Okropną i bolesną krzywdę... Ktoś z jego krwi... Ktoś kogo szukał i kocha... Ktoś kto jest jedynym ocalałym z jego rodu... Nie może... nie powinna tego mówić Arechionowi. Nie może oskarżać jego brata pod jego dachem. Przyjął ich w gościnę... To ona musiała znowu coś źle zrozumieć, coś źle zrobić... Przecież była winna... Może coś powiedziała... niewłaściwego i Bregen się na nią zezłościł... Rozpaczliwie próbowała nie dopuścić do siebie innych myśli. Wszystko ją bolało, prawie nic nie pamiętała między sceną w kuchni a obudzeniem się tutaj... Tylko ból... Jakiś... W środku... Tylko teraz bolało ją właściwie wszystko. Całe ciało. Jak w ciężkim przeziębieniu... Kości... nogi... głowa... plecy... oczy i ten bark... Chciał ją zabić? Czy może... samotny mężczyzna... Czuła się paskudnie.
- Tak, wiem. Podał ci pewne zioła... I przesłuchiwał. Oberwał już za to. Nie musisz się tłumaczyć, o niczym nie wiedziałaś, ale następnym razem... Błagam, zbudź mnie. Wymusiłem na nim obietnicę, że nic ci już nie zrobi, ale nie sądzę byś chciała się teraz kręcić sama koło niego, co? Chodź, usiądź, tylko powolutku - pomógł się jej podnieść, opuścił nogi z brzegu łóżka i podtrzymywał jedną ręką za plecami. - Nadwyrężyłaś sobie ten bark, chyba się tam szarpałaś. Szwy się trochę ponaciągały, ale to nic... Zagoi się, tylko potrwa to troszkę dłużej. Czy jesteś w stanie powiedzieć mi wszystko co się działo tam w tej szopie? Proszę, nie ukrywaj przede mną niczego... Chcę wiedzieć. Byłaś naprawdę przerażona jak cię stamtąd zabrałem.
- Ja... ja... nie wiem... Nie pamiętam. Jaka szopa? Przesłuchiwał? Przecież ja nic nie wiem o nim... Prawie... Powiedział ci, że mnie przesłuchiwał? Pamiętam... tylko... że... mnie niósł... na ramieniu... Chyba chciał mi pomóc, tak? Nie wiem... Nie, nie będę nic mówić. Tylko sprowadzę kłopoty. Odnalazłeś brata. Wszystko jest w porządku. To pewnie nieporozumienie, jak tam na polanie... Nic mi nie zrobił. Wszystko dobrze... To nic... To ren... Taki jak ty... Nie Hungnu... - potarła nadgarstki. Bolały ją... Nie widziała, ale chyba miała jakieś ślady na nadgarstkach, skóra ją piekła.
- Ale spokojnie, nie denerwuj się... Bo znów wpadniesz w lęk, oddychaj miarowo... - uspokajał ją, nie chciał żeby wpadła w jakąś histerię. Wciąż kucał, był więc niżej od niej. - Ten narkotyk sprawia, że mówisz wszystko, jesteś jak... Lalka. Można zrobić z człowiekiem wszystko co się żywnie podoba i właśnie albo będzie pamiętać jak przez mgłę albo wcale. Nie chciał ci pomóc, chciał przesłuchać. Wypytać o Xenę, mnie, Hali, Alissę... Powiedz mi co pamiętasz, co możesz podejrzewać, że się wydarzyło. Znasz siebie, nie ukrywaj nic przede mną. To mój brat, moja krew, ale i ktoś, kto cię skrzywdził, czego mu nie daruję. Jest dziki, trochę nienormalny i dużo mroczniejszy niż przed opuszczeniem wyspy. Nie znam go, Sing, nie poznaję....
Nie Hungnu? Ren jak on? Była wyraźnie przybita i unikała odpowiedzi... Czyżby... Nie... Ale... Nie no... Jeśli ją tknął... Obije mu mordę a potem spakuje manatki i wyjedzie. Tak nie może być, nie ma prawa krzywdzić bliskich jego sercu osób!
- Słońce... - objął ręką jej policzek, spojrzał jej w oczy - Powiedz mi, proszę.
Powiedział, że wszystko... A ona naprawdę nie wiedziała...
- Nie mogę Arechionie... to twój brat... Nie mam prawa... Mówisz, że jest dziki... nienormalny... to nie jego wina... to ja... on tutaj sam... A ja pewnie... Tylko koc miałam... Wiem, że nie powinnam... Nie gniewaj się na niego, proszę. Ja naprawdę nie pamiętam wiele. Nie chcę... powiedzieć czegoś co odbierze tobie lub jemu twarz. Nawet jeśli... to prawda. - powiedziała cicho. Nawet jeśli sprowadzał z nią deszcz i chmury to nie pamięta tego i potrafi zrozumieć mężczyznę, który mieszkał w takiej dziczy tyle czasu bez kobiety... Ale jak ma to powiedzieć Arechionowi nie obrażając go? Ich obu?
- Nie... Byłaś ubrana... Myślisz, że ci to zrobił? Powiedz mi... Co czujesz? Czy tak jakby faktycznie... Da się to sprawdzić? To nie odbierze nikomu twarzy, Sing, a już na pewno nie mi. Ale jeśli to zrobił, to nie mogę tego tak zostawić. Nie ma dla niego usprawiedliwienia, rozumiesz? Jeśli to zrobił, to złamał masę zasad... Matka by mu tego nie wybaczyła, a ojciec... Chyba by się go wyrzekł.
Sklęsła w sobie - Nie wiem Arechionie... Tak, to trochę wyglądało... Nie pamiętam co się później działo. Powiedziałeś, że mówi się wszystko, że jak lalka, że można zrobić wszystko... Nie wiem co mówiłam, co robiłam, co ona robił... Chyba byłam związana... Po co? Nie mogłam się ruszać. Nie mogłam stać... On mnie niósł... Może... musiał... może nie mógł się powstrzymać, a ja mu pozwoliłam... Nie wiem... Nie chcę go oskarżać o coś czego nie wiem...
- Prędzej czy później dowiem się... I jeśli twoje przypuszczenia się potwierdzą... Bregen zostanie oficjalnie uznany za martwego. Zabierzemy Utę i wyjedziemy stąd, obiecuję. A teraz zjedz... - podał jej kubek z bulionem, usiadł obok niej wciąż obejmując ją ramieniem. Jeśli Bregen ją zgwałcił, pożałuje... Bardzo pożałuje. Nic go nie wytłumaczy. Między nimi dwoma obowiązuje prawo kamaeli i jeśli Bregen go nie przestrzegał... Jeśli złamał jakieś ważne zasady, nie jest już kamaelem. - Będziesz chciała się przespacerować? Przewietrzyć chwilkę głowę... Pomogę ci iść, mogę nawet nieść jeśli jesteś zbyt osłabiona.


Ostatnio zmieniony przez red dnia Sob 14:14, 13 Cze 2009, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
red
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 19 Cze 2007
Posty: 4676
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Moderacja
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 18:39, 25 Cze 2009    Temat postu:

CZESC 15

-----

Obudziły go jakieś hałasy. Dopiero po dłuższej chwili zrozumiał, że to ta foka wróciła... Wyła i wyła. I tańczyła na skałach.
- Siiing? - wychrypiał cicho.
Nic, cisza. Powtórzył głośniej... Również bez odzewu. Gdzie ona jest? Uniósł się na przedramionach, rozejrzał. Nie dostrzegł jej... Ile spał? Woda nisko... Odpływ... Więc jest noc. Wyszła? Chyba dość dawno, ognisko bardziej się tliło niż paliło.
- Dendi, chodź tu, pomóż mi wstać.
Koń prychnął i odwrócił się do niego zadem.
- O żesz tyyy! - oburzył się białowłosy. - Chodź tu, migiem! Potrzebuję pomocy uparty ośle!
Głośniejsze prychnięcie. No co on sobie myśli? Tak znieważać swojego właściciela?! Czyżby Sing nakazała mu nie ruszać się z miejsca i pilnować groty?
- Pożałujesz tego, zobaczysz... Od dziś koniec z jabłkami. Do odwołania... Taka obojętność... Ugh... Sam sobie poradzę! Bez łaski! Głupi... Osioł... A jak coś się jej stało, to odpowiesz za to! Ugghhh....
Zaczął przewracać się na brzuch. W połowie ruchu, kiedy prawie mu się udało, poczuł mocne pchnięcie w bok od góry i znów wylądował na posłaniu na plecach. Nad nim stał Dendi. To on go przewrócił?!
- Co, teraz nagle się zainteresowałeś? Spadaj albo mi pomóż.
Nic z tego, Dendi pochylił się i przycisnął mu pierś pyskiem. Nie mógł się ruszyć! Arechion uderzył kilka razy w jego łeb.
- Ty zakuty łbie... Ośle! Nie dostaniesz jabłek, zobaczysz, ja nie żartuję!
Prych, maźnięcie wargami po twarzy.
- A fuuuj, odejdź, śmierdzi ci z pyska, zostaw mnie jak nie chcesz mi pomóc! Sam dam sobie radę, powiedziałem ci, bez łaski!
Znów prych, stanął nad nim, kopyta po obu stronach białowłosego, pysk na jego piersi i patrzył się na niego tymi swoimi wielkimi ślepiami.
- Nie masz mnie co przepraszać i urabiać, powiedziałem coś. Nie chcesz pomóc, to daj mi spokój, odejdź. Nie, nie dostaniesz jabłek, wkurzyłeś mnie. Jak coś się stało, to będzie twoja wina, przerobię cię na salami, zobaczysz! Albo nie... Salami to z osła, a ty koń jesteś tylko uparty jak osioł... Suszona konina, o to brzmi nieźle! Na nic innego się nie nadajesz! Nawet pomóc nie chcesz, kiedy potrzeba! Idź, odejdź, zjeżdżaj! I nie śliń mnie! Wyświnisz mnie całego! Ty tez się zamknij, głupia foko! Obudziłaś mnie!

Sing Lung prawie dotarła do jaskini, dźwigając chrust na plecach i worek ze skorupiakami. Przez szum morza i wody w grocie usłyszała jakieś krzyki. Arechion? Coś się stało? Śniło mu się coś złego czy może zleciał z tarasu?! Rzuciła worek i chrust i wbiegła do jaskini z pochodnią. Jej oczom ukazał się niecodzienny widok... Arechion leżał... Nad nim rozkraczony stał Dendi i przytrzymywał go łbem, najwyraźniej nie pozwalając mu się podnieść. Mężczyzna wrzeszczał na niego, wyzywał i okładał pięściami. Koń prychał i przebierał nogami. Całości chaosu dopełniała foka pełzając po tarasie, hałasując, klaszcząc płetwami. Za chwilę dotarło do niej co Arechion wyprawia. Ręce!
- Arechionie uspokój się! Nadgarstki! Zostaw go, robi co mu mówiłam.
Znieruchomiał. Próbował jakoś ją dostrzec, ale kopyta i łeb Dendiego mu to skutecznie uniemożliwiały.
- No posuń się, ośle! - odepchnął go, a raczej próbował. Koń prychnął głośno, odwrócił się i poszedł na swoje miejsce. - I nie prychaj na mnie, tak nie zachowują się grzeczne zwierzęta!
Spojrzał na Sing. wyglądała cało. Uniósł się na przedramionach.
- Moim nadgarstkom nic by nie dolegało, gdyby ten cymbał mi pomógł zamiast mnie trzymać przy ziemi. Powinien się słuchać i mnie, a nie odwracać się zadkiem, a potem trzymać i mazać pyskiem po twarzy. A ta głupia foka mnie obudziła.
- Arechionie przestań w tej chwili! - zdenerwowała się. - Robi dokładnie co mu powiedziałam, bo ty robisz dokładnie to czego nie powinieneś i o co cię nie raz już prosiłam! Wiesz ile mnie kosztowało uleczenie ci palców?! A tutaj może być gorzej. Same szwy niewiele pomogą! Możesz już nigdy więcej nie móc sprawnie poruszać rękami, zrobią się zrosty, są pouszkadzane naczynia, drobne nerwy. Nie jestem Lao Ma! Nie wiem jak ona to robiła! Jaka jeszcze potrzebna jest wiedza. Może inne żywioły, których ja nie mam, może większa obojętność, a nie uczucie jakie mam w sercu! Nie wiem tego! Nie wiem czy się uda, próbuję, a ty to lekceważysz! Sam jesteś cymbał! I to ja mam prawo krzyczeć na nie ren i nazywać je głupie, a nie ty! Foka przynosi nam ryby, nie wiem czemu. Pewnie denerwowała się czemu ich nie zabierasz i czekała na nagrodę... Wyszłam tylko po drewno, bo już całe się wypaliło... Tian! Zwiążę cię następnym razem, jeżeli inaczej nie można!
Wyszła z groty po porzucony chrust i worek... Połowa skorupiaków uciekła... Drewno mokre... Musi iść jeszcze raz... Uklękła i rozpłakała się na mieliźnie. Bała się, że jej się nie uda z tymi rękoma. To było dla niej za trudne...
Opadł na posłanie, wzdychając ciężko. Zmęczył się tak prostą czynnością jaką była próba podniesienia się! Gotowało się w nim i jednocześnie chciało mu się płakać. Ból był potworny... Całe ciało miał spięte, ciężko mu się oddychało...
- Jestem słaby! Nic nie mogę, nic! Nawet kubka nie utrzymam, a co dopiero miecz!!! - Zakrztusił się, zaczął kasłać... Musiał się obrócić na bok... Chciał przodem do wyjścia z groty, ale żebra po tej stronie bolały bardziej niż te po drugiej. Skulił się lekko... Nie mógł przygiąć kolan bardzo, więc tylko je ugiął żeby móc leżeć na boku. Zamknął oczy, zaciskając mocno powieki i starał się zahamować atak kaszlu i łzy, które cisnęły mu się do oczu. Sam nie wiedział dlaczego. Obudził się obolały, z chrypą... I miał lekki katar... Drżącą ręką sięgnął po kubek obok posłania, ale tak jak podejrzewał, nie mógł go podnieść. Zamiast tego przewrócił go, rozlewając wodę...
Usłyszała co krzyczy. Zaniósł się kaszlem. Tak, był słaby i jeszcze długo będzie, a ona musi być silna. Podniosła się. Wytarła dokładnie twarz. Nie powinien widzieć, że płakała, a ona nie powinna była mu mówić, że może nie móc ruszać rękami... Wróciła do groty. Zapaliła jeden z suchszych patyków i wspięła się na górę. Arechion kasłał, trząsł się, rozlał wodę... Rozwiązała chrust i wyszukała kilka mniej mokrych kawałków. Wrzuciła je do ogniska... Niestety, tak jak się obawiała dały więcej białego, duszącego dymu niż światła. Niedobrze, zagasi. Wyciągnęła je... Podniosła kubek i nalała do niego wody.
- Arechionie pomogę ci... Proszę, woda... - Podparła go, obróciła i podstawiła naczynie do samych ust. - Pij, kaszel zaraz przejdzie. - Czuła, że jest gorący. Gorączka? Przecież dała mu zioła... To dobrze czy źle? Zakażenie, coś w środku się źle dzieje, czy to jego organizm zaczął walczyć o zdrowie i trochę go rozpaliło? Nie wiedziała... Nigdy nie ratowała nikogo na granicy śmierci... skazańca... ukrzyżowanego... W Qin nie było kogo ratować. Zabijano mieczem... A torturowani byli męczeni bardzo umiejętnie. Jeżeli miało nie być śladów, nie było. Jeżeli mieli przeżyć, przeżyli. Jeżeli nie... to nie. Czekała w milczeniu aż mu minie napad kaszlu. Da mu kolejną porcję ziół... Chyba potrzebuje więcej reiki... Myślała, że najpóźniej za dwa dni stąd odjadą. Pomyliła się. To niemożliwe w takim stanie. Może za tydzień... Musi coś upolować większego. Musi mu dać krwi i sobie. Ryby to z mało. Za słabe czi. Gdyby trafił się jakiś statek... Ale okolica była bezludna... Tylko te ślady... Ktoś tu był, zobaczył że go zdjęła... że przeszukała obóz... Zabrał kunai, które zostawiła pod krzyżem... Jeżeli tu wrócą po raz kolejny w końcu ją znajdą. Ale musi wychodzić na zewnątrz. Chociażby po trawę dla Dendiego... Ziarno się kończy.
Wypił, z gardłem od razu lepiej, kaszel mijał powoli. Oddech się normował. W końcu wszystko minęło i mógł się rozluźnić. Przymknął oczy. Był zmęczony... Ale ona też! I jeszcze się nim zajmowała, a on nie mógł w niczym pomóc... Dłonie nie chciały współpracować, nogi też nie bardzo. I nie chciała go zeszyć...
- Przepraszam... Bardzo przepraszam... - szepnął. - Usztywnisz... Mi te nadgarstki?

- Nie mogę Arechionie. Przepraszam. Proszę wytrzymaj jeszcze trzy, cztery dni. Do tego czasu zaleczę mięśnie. Tylko mi daj i nie pogarszaj sprawy. Kiedy je usztywnię zrosną się takie, nie będziesz mógł prawie nimi ruszać. Xena... Xena miała połamane nogi przy ukrzyżowaniu. Tak właśnie się zrosły... Nie mogła prawie chodzić... Tylko o lasce albo na koniu... Lao Ma ją uleczyła. Naprawiła wszystko. Ja nie mam takiej mocy. Już teraz... teraz boję, że to co robię to za mało... Ona miała przebite tylko dłonie... Tutaj nie wiem... Chyba tak jak te nogi... Nerwy. Wolę nie uszkodzić jakiegoś dodatkowo, zeszyć nie to co potrzeba. Tak jest lepiej. Wciąż jest ruchome. Mam nadzieję, że to wystarczy, że reszta przyjdzie sama tylko, naprawię mięśnie, kości i skórę.
- Dłonie? To czemu mi przebiła nadgarstki?
Przesunął głowę w jej stronę, skronią dotknął jej nogi i już tak został.
- Nie wiem, nie znam się na tym... Może dlatego, że jesteś cięższy i same dłonie by nie utrzymały? Arechionie, znów muszę wyjść... Będziesz grzecznie leżał? Muszę przynieść drewna. To jest mokre, bo rzuciłam bezmyślnie przed grotą i tu przybiegłam... Muszę iść do lasu. Niedługo świt, zacznie się przypływ, muszę się pospieszyć. Nie możemy siedzieć tutaj tylu godzin po ciemku i w zimnie i wilgoci.
- Hmm... Bolało... Nie mogłem... Oddychać... Spaaać... Weź Dendiego... I tę fokę...
Ziewnął, oczu nie otwierał. Bardzo delikatnie pchnął głową jej nogę. Można było to odebrać zarówno za znak wyganiający jak i to, ze chciał się bardziej przytulić.
Pogłaskała go po głowie i wstała. Popatrzyła na konia, na Arechiona.
- Jak wezmę Dendiego, to nie będziesz się ruszał tylko czekał na mnie aż wrócę? Nie czołgał się, nie chodził, nie denerwował, że coś mi jest? Inaczej go zostawię, bo tylko on jak widzę albo więzy mogą cię unieruchomić i powstrzymać od takich rzeczy, jeżeli moje słowa nie wystarczą...
Pokręcił przecząco głową, ułożył się wygodniej i pozwolił sobie na półsen.
Wzięła konia i wyszła z groty. Wsiadła na Dendiego i pogalopowała za linią wody wzdłuż wybrzeża, aż do terenu gdzie las zaczynał wdzierać się na plażę... Kazała koniowi zostać w wodzie. Sama weszła między drzewa i zaczęła zbierać chrust. Obróciła tak parę razy i przytraczała go do konia. W końcu weszła ostatni raz. Nazrywała liści, zielonych gałązek, jakiś cały krzak, trawy. Wpakowała to do worka i wróciła do konia. Znów galopem do groty... Prawie się spóźniła... Woda już wdzierała się do środka. Praktycznie przepłynęła na Dendim od brzegu do jaskini i do środka. Całe nogi mokre... Ale zdążyła. Trochę dłużej, nie dostałaby się już i byliby rozdzieleni... On tam sam, po ciemku i w zimnie, nie mogący się ruszać, ona tutaj z koniem, bez broni... I w świetle dnia, kiedy ktoś mógł ją zobaczyć...
Wspięła się właściwie po omacku, tylko dzięki niebieskiej poświacie ścian. Na szczęście nie poślizgnęła się i nie spadła do wody albo na niższy taras. Rozpaliła czym prędzej ognisko. Od razu lepiej. Rozwiesiła kubrak i spodnie przy ogniu na prowizorycznej podpórce, którą zrobiła z grubszego drewna, powiązanego sznurem.
Rozkulbaczyła Dendiego i dała mu nazbieranej zieleniny. Nie za dużo, żeby nie dostał kolki. Cebrzyk napełnił się już słodką wodą, która spływała tutaj niewielkim strumyczkiem w głębi groty, po jednej ze ścian. Codziennie ustawiała tam tyle naczyń ile mogła. Nie mogła wykorzystać skalnych niecek do przechowania wody - wszystkie były poniżej poziomu pływu... Zalewało je morze. Napełniła wszystkie trzy bukłaki jakie mieli i podstawiła na powrót pod strumyczek. Nastawiła imbryk z wodą. Zwyczajowe zabranie ryb... Oczyściła... Tym razem nie dała foce wnętrzności. Zamiast nich jednego kraba, który się jeszcze ostał w worku. Wzięła się za jego rozbijanie... Wrzucała wszystko do kociołka. Ryby na patyk... Jutro chyba zastawi jakieś sidła w lesie... Może złapie się sarna albo królik... Do kolejnego odpływu zdążą zdechnąć z wycieńczenia... Może żaden drapieżnik ich nie ukradnie... Ugotowała gęstą zupę. Porcję dla Arechiona trochę rozcieńczyła, żeby nie było za tłuste. Ale włożyło sporo miękkiego, rozgotowanego rybiego mięsa.
Słyszał jak wraca, otworzył jedno oko żeby sprawdzić, czy to na pewno ona i czy wszystko w porządku. Tak było... Rozpaliła ogień, od razu cieplej. Mimo to zakopał się nieco głębiej w posłaniu, poprawił swoją pozycję i tym razem pozwolił sobie usnąć mocniej. Był już chyba przypływ, więc nigdzie nie wyjdzie. Zaczęła się krzątać po cichu, foka nie wyła, Dendi był spokojny...
Zapadła ciemność. Bolały go ręce... I nogi. Plecy. Krztusił się, ale nie wiedział czemu. Słyszał coś, jakby był pod wodą... Ale nie mógł otworzyć oczu albo było tak ciemno, że nawet jego wzrok nie był w stanie niczego dostrzec. Śmiechy, głośne śmiechy odbijające się echem w jego głowie.
"Zginiesz, nikt cię nie uratuje, hahaha! Gdzie to jest, gdzie on jest..."
- Nieee... - jęknął. Nie chciał słyszeć tego głosu... Tak zniekształconego. Chciał się obudzić... Gdzie w ogóle był?
Zupa była gotowa. Usłyszała, że Arechion coś pojękuje przez sen... Żeby tylko nie zaczął się rzucać. To pewnie ta gorączka. Jak zje poda mu zioła. Wróciła do niego i zaczęła budzić, poklepując po policzku.
- Arechionie, obudź się. Jedzenie gotowe.
Jakiś inny głos. Ciepło na policzku. Ten ktoś mówił co do niego... A głos był miły, nie taki jak tamte. Skoncentrował się... Wołał go po imieniu... Jedzenie? Nagle ciemność zniknęła. Uchylił powieki i zobaczył nad sobą... Sing Lung. no tak, przecież zasnął w jaskini... Ale dla pewności rozejrzał się jeszcze półprzytomnie wkoło. Tak, jaskinia, wszystko wporządku...
- Jedzenie... - powtórzył cicho. - Muszę usiąść...
- Poczekaj, mam pomysł. - Odstawiła miseczkę z zupą. Przytargała do legowiska siodło. Ułożyła je za nim, podłożyła jeden koc. Potem pomogła mu się unieść i oprzeć.
- Lepiej?
- Uhm. - Odruchowo chciał wziąć do ręki łyżkę, ale ręka zabolała. Przyjrzał się jej uważniej... Bandaż na nadgarstku, na drugiej to samo. Spora kropka z krwi. Zmarszczył czoło zastanawiając się chwilę. Krzyż, no tak, już pamiętał. Ale przecież już się budził i było całkiem znośnie... Spojrzał na Azjatkę jakby nie był do końca pewny co się tu wyprawia. Sam nie wiedział czego chce bardziej... Jeść czy spać. W brzuchu mu burczało, ale oczy ledwo trzymał otwarte.
- Nakarmię cię, nawet nie próbuj. Zaraz pójdziesz spać. To najlepsze co można zrobić. - Zaczęła podawać mu zupę. - Jak chcesz zamknij oczy. Trafię ci do ust. - Uśmiechnęła się.
Pokręcił przecząco głową, ale oczy i tak mu się zamknęły. Dał się nakarmić, przeżuwał wolno...
- Dobre, mogę już - ziewnął - spać?
- Oczywiście. Jeszcze tylko opatrunek na plecach ci zmienię i dam leki. - Odstawiła miseczkę. Pochyliła go lekko do przodu. Odkleiła ostrożnie od pleców płótno. Nasmarowała maścią i przyłożyła czyste. Podała mu kubek z ziołami, a potem z samą cza z sokiem malinowym i lipą. Gdy wypił odsunęła siodło, żeby mógł wygodnie się położyć. Odkryła go i zmieniła mu okład na podbrzuszu i taki sam opatrunek na piersi jak i na plecach. W końcu opatuliła, pogłaskała po czole i pocałowała. - Śpij. Ja też zaraz się położę. Tylko zjem i się umyję. Położę ci okład na oczy i czoło z chłodnej wody i rumianku. W naparze i zupie była pietruszka. To moczopędne. Obudź mnie od razu kiedy będziesz musiał skorzystać z miski.
- Uhm... Chyba teraz...
Poszła po naczynie. Podłożyła mu je, usuwając okład. Poczekała. Zabrała, sprzątnęła, umyła i nałożyła okład. Okryła go.
- Mogę wziąć sobie jedzenie czy jeszcze czegoś potrzebujesz Kawaii?
- Jedz... Ja... Spać, dobrze?
- Śpij, śpij... - Nałożyła sobie miskę zupy. Potem drugą... i trzecią. Zagryzła suszonym mięsem. Wypiła dwa kubki cza z sokiem lipowym i malinowym. Odbiło jej się. Wstała. Wyszczotkowała Dendiego i okryła go derkami. Dała zagrzanej wody do picia z ziołami. Niech też się nie pochoruje. Gałęzi było tyle, że powybierała drobniejsze i narzucała mu. Jak będzie chciał to może się i położyć. Zagrzała sobie morskiej wody w kociołku. Rozebrała się i umyła. Opłukała szybko w zimnej przy tarasie. Wytarła dokładnie. Dorzuciła drew do ogniska aż rozpaliło się bardzo mocno. Na parę godzin starczy. Ubrała się w świeże rzeczy. Jak zwykle wsunęła się pod okrycia przy Arechionie. Objęła go. Zanim zasnęła, trochę przesłała mu czi do ran na nadgarstkach, a potem przytuliła się do jego boku, z uchem tuż przy nim i dała się ukołysać jego oddechowi i szumowi wody.
Obudził się czując, że musi... Siku. Oczy miał zakryte czymś. Zapach rumianku... Pewnie okład. Czuł Sing przy sobie, przytulała się do niego. Przekrzywił głowę w drugą stronę, mocno, aż spadł mu z czoła ten kawałek materiału. I tak był już ciepły i pawie suchy. Przekrzywił głowę w drugą stronę. Uśmiechnął się do siebie. Spała tak słodko... Nie chciał jej budzić, niewiele pamiętał z poprzedniej pobudki. Nakrzyczała na niego, on na nią... Potem przysnął, obudziła go na obiad... Ale nie pamiętał nawet czy zjadł do końca, był bardzo zmęczony. Teraz to ona potrzebowała odpoczynku, a on... Nie poradzi sobie sam... Nie z tymi rękoma... Ugh... Nie chciał jej budzić, bardzo nie chciał. Próbował poczekać, zasnąć jeszcze, ale uczucie narastało. W końcu poddał się...
- Sing... Słońce? - szepnął w jej włosy.
Chrapnięcie... Mocno śpi. Nornil, zaraz mu się oberwie... Albo ją wystraszy, a tego przecież nie chce.
- Kochanie! - szepnął głośniej. Poruszył też lekko barkiem, nogę odrobinę ugiął w kolanie. Nooorniiiil... No posikam się zaraz... Chrap... Wyzezował. - Miłości ty moje najpiękniejsze, posikam się za moment!
- Hmm... Co? - Uniosła głowę zaspana.
- Wybacz, że budzę, ale potrzebuję... No wiesz... Eee... Hehe... - Uśmiechnął się zakłopotaniem. - Bo zaleję posłanie, czego bym bardzo nie chciał...
- Uch... już, chwilkę... już... - Wygrzebała się spod przykrycia, zsunęła mu pospiesznie bieliznę i okład, złapała miskę i podsadziła.
Nie ukrywał nawet ulgi, gdy mógł wreszcie spokojnie się załatwić.
- Kiedy będę mógł wstać?
Sprzątnęła, umyła ręce. Wróciła na posłanie.
- Za trzy, cztery dni - ziewnęła i na powrót zaczęła się mościć przy jego boku.
Westchnął. Trzy... Cztery dni... Był jak dziecko we mgle. Bez rąk i nóg. Skazane na czyjąś łaskę i niełaskę....
- Poprzednim razem mogłem chociaż używać rąk... - mruknął sobie pod nosem, obejmując ją odrobinę ramieniem. Zatopił nos w jej włosach i zamknął oczy. Nie chciał jej rozbudzać, powinna spać... Gdyby miał sprawną choć jedną rękę, zrobiłby jej masaż, który lubiła... Przeklęta Xena, przeklęta! Niech ją zjedzą najgorsze z najgorszych demonów!

3 dni później

Trzy kolejne dni minęły mu pod znakiem zapytania. Czy będzie mieć sprawne ręce? Czy będzie mógł chodzić jak kiedyś? Sing pomagała mu jak mogła dzieląc się z nim swoją czi, pomimo jego sprzeciwów. On pilnował by jadła tyle ile potrzebuje, ile powinna. On sam też jadł już lepiej. Co jakiś czas odwijała mu ręce i prawdzała jak sierany goją. Nie chciał nawet na to patrzeć. Raz widział... Okropny widok. Aż mu się zrobiło przykro, przeraził się nie na żarty i miał ochotę uciec z własnego ciała. Starał się nie okazywać tego strachu, ale ona pewnie i tak go odczuwała... Wiedziała czego mógł się bać... Dobrze go znała.
W końcu przyszedł czas, kiedy pozwoliła mu stanąć na nogi. Z jej pomocą udało mu się wstać. Nogi prawie odmówiły posłuszeństwa, ale utrzymał się. Tylko nim lekko zarzuciło. I czuł jak bardzo osłabione ma mięśnie. Zrobił kilka kroków do końca tarasu i z powrotem... Usiadł na posłaniu lekko zasapany.
- To co, przy odpływie wjeżdżamy?
- Odjedziemy jak będziesz umiał sam wsiąść na konia - zadecydowała. Musiał nauczyć się chodzić od nowa. Wciąż był osłabiony. Musiał odzyskać choć trochę kondycję inaczej spadnie jej z konia za pierwszym zakrętem. Nie da rady go wsadzić na niego. Zresztą musi mieć siłę do wielu godzin w siodle.

Sposępniał. Pragnął już być w bardziej cywilizowanym miejscu... Gdzieś, gdzie posiłek podadzą pod nos, gdzie Sing nie będzie musiała biegać w te i we w te, narażając się na znalezienie przez wrogów i zabicie... I marzyła mu się kąpiel... Gorąca, przyjemna kąpiel. Z nią!
- Dendi może klęknąć, jakoś się drapię. Czas tracimy, a ja... Nie pamiętam już kiedy się kąpałem, goliłem, spałem w normalnym łóżku i suchej gospodzie, a nie jakiejś grocie. Chcę słońca, widoku nieba... Zapachu kwiatów... Zwariuję tutaj...
- Mogę cię wykapać tutaj. Jak woda opadnie zejdziemy ostrożne do którejś z niecek. Wody zagrzeje i już. I ogolę cię. Czeka nas długa droga. Na jednym koniu. Nocleg pod niebem. Nie narzekaj tak na to miejsce, będzie jeszcze trudniej, tam na zewnątrz. Mam ci nazbierać kwiatów jak wyjdę?
- Wolałbym nocleg pod niebem niż w tych skałach... Wychowałem się na wyspie, nad morzem, ale... To jest jak więzienie. Jak tamta klatka w ziemi... - Opuścił głowę, skupił wzrok na dłoniach. Tak, dokładnie tak się tu czuł, jak w tej ziemiance w obozie Xeny. - Tylko, że tu nie dochodzi światło. Brak mi otwartej przestrzeni po prostu. Daleko jesteśmy od... Krzyża?

Sing Lung popatrzyła na niego w milczeniu, w końcu powiedziała: - Nie myśl teraz o tym, nie przywołuj niemiłych wspomnień, to też część leczenia i odzyskania harmonii. Pamiętać, nie powtarzać błędów, ale nie rozpamiętywać.
- Nie rozpamiętuję, po prostu tak się tu czuję. Jak w więzieniu. Wyjdziemy chociaż kawałek przed grotę jak woda opadnie? Mógłbym posiedzieć na skałkach... Chętnie bym popływał, ale pewnie jeszcze mam jakieś rany, które w słonej wodzie by bardzo bolały. Ale tam mógłbym się lepiej poruszać. Ciało unosi się na wodzie, a musze zacząć trenować. Muszę wrócić do formy... I złapać za miecz. Nie mogę sobie pozwolić zbyt długo chorować. A co chwilę tracę czucie w dłoniach, najbardziej bolą w nocy. Czuję to nawet jak śpię.
- Wiem... - powiedziała cicho. Z rękami było niedobrze. Samo zaleczenie ran nie pomogło. To nie tylko skóra, kości i mięśnie i ścięgna. Coś jeszcze... Coś zakłócało przepływy energii w ciele... Między głową, ramieniem a dłonią... - Choruj tyle ile potrzeba byś był zdrowy. Jeżeli za bardzo się pospieszymy, coś zrobię źle... Nie odwrócę tego. Przydałaby się twoja FLee albo Lao Ma... Pływać ci nie dam. Jeszcze mi się utopisz jak złapie cię skurcz. Ja nie pływam i mam się dobrze. Nie jestem ta, tą rybo-kluską. - Wskazała na fokę pluskającą się radośnie w falach pływu. - Ty tym bardziej. Nie wiem czy wychodzenie na zewnątrz nie ściągnie na nas kłopotów... Ja jestem drobna, mogę udawać... Jak oni... Jak to... A... Inuitkę... Podobno zapędzają się na te tereny polując, z wielkiej, zimnej wyspy. Ale ty? Z białymi włosami? Chyba, że będziesz udawał staruszka, ręce będą ci drżeć i palce... i rzeczy lecieć z r... Tian! Trochę może cię wyprowadzę przed grotę, ale nie dalej. Aż nie będziesz silniejszy i sam chodził. Jeszcze parę dni, wtedy pojedziemy na południe.
- Nie muszę udawać... Włosy zdaje się mam obrzyndolone, że strach patrzeć, a i ich stan do najlepszych nie należy. Równie dobrze mógłbym je wysmarować błotem. FLee jest na wyspie. Kawał drogi stąd. Może Bregen kogoś zna, jakiegoś szamana albo uzdrowiciela... A to jest foka. I wygląda na przyjazną. Naprawdę byłoby miło zaczerpnąć normalnego powietrza i spojrzeć w niebo. Dlaczego obawiasz się kłopotów? Sing... Czy może powinienem wołać cię w twoim prawdziwym imieniu... Powiedz mi, jak daleko jesteśmy od krzyża. Uciekłaś, czy puściła cię wolno?
Zaczął się odpływ, woda powolutku opadała...
- Puściła mnie, ale to i tak było jak ucieczka. Powinnam była zrobić to wcześniej, wiele godzin wcześniej. Przepraszam... Choć to nic niewarte... Źle zrobiłam. Arechionie, będę mogła cię wykąpać i ogolić. Zaraz nastawię kociołek. Wyjdę i poszukam kamieni do rozgrzania w ognisku.
Kiwnął głową, nakrył jej dłoń swoją drżącą i uśmiechnął się starając się włożyć w ten uśmiech całe swoje serce. Żeby nie dostrzegła w nim strachu. A miał się o co bać... Spodziewają się dziecka, a on nie jest w stanie walczyć. Chodzenie sprawia mu kłopot, utrzymanie łyżki w palcach jest praktycznie nierealne, a co dopiero miecza! Powinien ich chronić, powinien móc skopać tyłki tym, którzy będą chcieli ich skrzywdzić, a być może nigdy nie będzie mógł walczyć.
- Nim wyjdziesz, mam jeszcze jedną prośbę. Usztywnij mi te nadgarstki. Są zaleczone, nic więcej zrobić nie można, a tak je chociaż jako odciążę. I powiedz mi jak powinienem się do ciebie zwracać. Kim chcesz być na nowej dao. Sing Lung, Wu, czy przyjmiesz nowe imię?
Popatrzyła na niego ze smutkiem, pokręciła głową. - Nie mogę być już Wu... Nie ma powrotu do tamtego imienia i miejsca. Nie wiem... Może obraziłam Niebo wybierając sobie takie pełen pychy miano... Ale czy kolejnego znów nie wybiorę źle? Wszyscy... wy... wajgureni... używacie połowy mojego imienia... Kim się więc stanę? Staję lub już stałam, jeżeli nie smokiem? Widocznie nie takie moje przeznaczenie, jeżeli nikt mnie tak nie chce nazywać... Może powinnam się zacząć nazywać Sing Yang. Albo od razu samą Yang - zakończyła markotnie. - Dobrze, usztywnię ci ręce, ale jeszcze nie wychodzę i nie mam czym...
Nachylił się i pocałował ją delikatnie.
- Ja zazwyczaj wołam pełnym, choć jest trochę długie. I nie można go zmiękczyć Smokiem może nie jesteś, ale słodką smoczycą na pewno - zażartował. - Jak tylko odzyskam sprawność w rękach... Zbuduję dla ciebie dom. Według twojego projektu, więc zastanów się jak ma on wyglądać. I wielkie, wygodne łóżko. Takie żeby dzieciaki mogły nas budzić rano bez problemu się w nim mieszcząc. Wysyp rzeczy z tej torby, w której pochowaliśmy moje rzeczy przed rozdzieleniem z Bregenem. Znajdziesz tam dwie, niezbyt grube deseczki. Są trochę dłuższe niż potrzeba, ale za krótkie by z jednej zrobić dwie... Więc trzeba je będzie odrobinę skrócić.
- Smoczyce nie istnieją... Smoki łączą się w pary z Feniksami... Nie, deseczek potrzeba cztery... ale lepszy będzie dobrze ostrugany kijek.... - zamilkła. - Co powiedziałeś?
- To kij jako dodatek, deseczka bezpieczniejsza. No... Powiedziałem, że zbuduję ci dom. Taki jaki sobie zażyczysz. I wielkie łóżko, żeby dzieciaki budzące nas rano się w nim spokojnie mieściły razem z nami.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
red
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 19 Cze 2007
Posty: 4676
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Moderacja
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 18:40, 25 Cze 2009    Temat postu:

Nie rozumiała... Zmarszczyła czoło.
- Tak, słyszałam, ale nie rozumiem... Dom? Dla mnie? Czemu? Jak... I dzieci...? W naszym łóżku? Co tak naprawdę chcesz mi powiedzieć Arechionie?
- Powiedziałem ci kiedyś, że u mnie w sercu zawsze będzie dla ciebie dom i że jeśli Xena nie przystanie na twoją propozycję to i tak cię nie zostawię. Proponuję ci więc żebyś wróciła ze mną na wyspę. Chcesz? Tam zbudowałbym ci dom, w którym zamieszkalibyśmy oboje z dziećmi. Zrobiłbym nam wieeeelkie łóżko, takie na cztery dorosłe osoby. Jak nasze łobuziaki przychodziłby nas budzić, nie miałyby problemu ze zmieszczeniem się i przytulankami. Dzieciaki lubią budzić rodziców, hehe.
Nie roześmiała się, była poważna.
- Dai Goh... to czego ja chcę nie ma znaczenia... Moje pragnienia dla Tian nie liczą się... Mogę jedynie próbować targować się z nimi sobą... Prosić by odebrały mi więcej, ale tak by nie ucierpieli inni z mojego powodu. Wszystko ma swoją cenę Arechionie, wszystko... - Pogładziła w zamyśleniu brzuch, patrząc na jego ręce... To była ta cena, którą on i ona zapłacą? Stracił ręce, ale pozwolą mu mieć syna? Pozwolą jej mu go urodzić? Czy odzyska władzę w dłoniach, ale ona... Gdyby mogła prosić, że tylko ona... Ale i on, i jego brat mówili, że to dla nich śmierć. Nie myślała o tym, że naprawdę pojedzie z nim na Wyspę... Że będzie mogła... Wcześniej postrzegała to w kategorii zapłaty. Spełnienia jego pragnienia w zamian za jego rezygnację z czegoś, czego nie powinien robić... Dla niej... To prawda, nie miała dokąd iść... Do czego wracać. Nie wiedziała co mogłaby tak naprawdę począć... Złota za Xenę też nie miała... Ale jeżeli on tego chce, jeżeli przed Tian powie, ze chce, że każe jej iść za sobą, usłucha. Odwdzięczy się za wszystko najlepiej jak będzie potrafiła, nawet jeżeli czeka ją kolejna pozłacana bambusowa klatka... Przecież nie ma to już znaczenia. Nie wróci, nie wypełni tamtego przeznaczenia. Może mu i być konkubiną, choć nigdy nie będzie mogła być prawowitą żoną. Chciała tego z jednej strony, z drugiej bała się o tym myśleć i nawet nieświadomie dawać wyraz jakiemuś zadowoleniu... Wypełnia tylko pragnienia mężczyzny, jego zachcianki, rozkazy, oczekiwania... Nic dla siebie, nic dla niej. I wtedy wszystko będzie dobrze. Nie zrobi mu krzywdy...
Uśmiechnęła się: - A na co ci takie duże łóżko Arechionie? Masz wiele służby, która będzie z nami w nim spała czy obok niego? Dzieci zmieszczą się w dużo mniejszym. Chyba, że nie masz na myśli tylko twojego syna i Uty. Albo marzą ci się jakieś wymyślne zabawy w łożu i stąd ta przestrzeń. Wiesz... Dla mojego ojca i matki... najwspanialszym łożem była trawa w herbacianym ogrodzie za domem... Chodź, spróbuję przymocować te deseczki...
Objął ją ramieniem i przytulił do siebie. Nakrył jej dłoń własną na jej brzuchu. Choć praktycznie nie mógł ruszać kciukiem i palcem wskazującym, to leciutko zacisnął na niej pozostałe palce.
- Mówiłem ci również, że... Dla mnie ma znaczenie to czego pragniesz. Jeśli chcesz mimo wszystko wracać do Qin, wrócę z tobą, jeśli nie, a znasz inne miejsce, w którym chciałabyś w tej chwili zamieszkać czy udać się na jakiś czas, zrobię to... Również moja wyspa stoi przed tobą otworem. Chcę byś czuła się szczęśliwa, byś wraz ze mną wychowywała nasze dzieci... Utę i to, które nosisz teraz pod sercem. - Dostrzegł, że patrzy na jego ręce. Wiedział, że się o niego martwi, a on nie powinien pokazywać przed nią słabości w tej chwili. Ona go potrzebuje... A on jej... - Posłuchaj, Bregen zna te tereny, może zna jakiegoś szamana, który by to wyleczył szybciej. Zapytam go jak tylko dotrzemy do Arendal. No wiesz... Duże łóżko jest wygodne. Innych dzieci nie posiadam... A zabawy... Hmm... Różne rzeczy nam do głowy przychodzą, nie sądzisz? Służby nie mam, a łąk i traw to ci u mnie dostatek. I piękne plaże... Klify... Lasy... Góry i doliny. Ogrody też mam, w środku jednego z nich stoi wspaniała, różana altana jaką zbudował mój ojciec dla mojej matki... Zaszywała się tam i popłakiwała... Chyba wspominała tam czas z nim spędzony. To pewnie tam umarła. Deseczki, a tak, już...
Szamani... Są mroczni, potężni... Qin znało taoistycznych szamanów... Jej Sifu był w pewien sposób kimś takim... Ale byli i inni... Tacy jak ta Alti...
- Dobrze Arechionie, poszukamy szamana. Ale proszę cię, nie za cenę twoich dusz. To tylko ciało... Ja... dla mnie... ja i tak... zawsze... jak tylko będę mogła. dla mnie to nie będzie miało znaczenia, ale wiem ile znaczy dla ciebie. Chcę byś był zdrowy. A poza tym to moja wina, naprawdę tym razem moja wina i nie zaprzeczaj. Potraktowałam cię jak narzędzie i mimo że do tej pory niczego w życiu nie żałowałam z tego co musiałam zrobić... Tego będę. - Skończyła mocować mu deseczki na jednej ręce. - No kawaii oderwij się od mojego brzucha, druga ręka. Zaraz skończy się odpływ. Wezmę Dendiego i przywiozę trochę wapiennych skałek i otoczaków.
Podał jej posłusznie drugą rękę.
- Wiem, że na tych terenach są moi kuzyni, elfy. Ich magia... Moc, pochodzi od Matki Natury. Ale nie wiem gdzie ich szukać, Bregen może będzie wiedział. Nie dam się zabić ani opętać. Elfy, o których mówię są dobre i niezwykle gościnne. Bije od nich pełna ciepła aura i taki... Taki dziwny spokój, który wpływa również na otoczenie. I to nie jest twoja wina, nie obwiniaj się, proszę. To ja powiedziałem, że tu przyjdę. Ja zdecydowałem, że się podłożę. Ty mi odradzałaś, nie chciałaś, a ja się uparłem. A poza tym... To wszystko wina Xeny. I Masaru... - uciął nagle, gdy wymienił imię swojego niedoszłego oprawcy. - Niejedno w życiu przeżyłem, z tym też dam sobie jakoś radę. Ale szpilki by się przydały. Flee... Nakłuwała mi pierś jak leżałem osłabiony. Zregenerowała mi w ten sposób mięśnie, nerwy i coś tam jeszcze. Znasz tę technikę? Nie chcę być dla ciebie ciężarem zbyt długo. Uta będzie mieć ze mnie niezły ubaw.
Nie spytała kim jest Masaru... W jej zwyczaju nie było dociekać spraw, które leżały gdzieś głęboko w czyimś sercu... Może nie chciał o tym wspominać i teraz tylko mu się wymknęło przez te ręce. Poklepała go lekko po policzku.
- Arechionie zaraz cię wymyję i ogolę. I głowę umyję, pozwolisz mi? - A potem przysunęła się do niego i pocałowała go. Lekko, ostrożnie, ale i długo. Niech zapomni. Niech poczuje się lepiej. Ona go nie zostawi, jeżeli będzie mogła mu pomóc a nie go skrzywdzić bardziej. Nie mogła... mu mówić wielu rzeczy, ale mogła mu wiele z siebie dać by zrozumiał.
- Mhmmm... Skoro chcesz... Ale do niecki wchodzisz ze mną? - uśmiechnął się.
- Jeśli sobie tego życzysz... - odpowiedziała także z uśmiechem, nie planowała tego, ale w sumie... czemu nie. Powoli wracał do zdrowia, ale wracał. W grocie byli bezpieczni. Była noc... Mogła sobie pozwolić na odrobinę braku czujności.
- Więc ja mam tu teraz czekać grzecznie aż wrócisz z tymi skałkami i całą resztą, tak? Hmm... To może chociaż podprowadzisz mnie z Dendim na plażę przed grotą? Mógłbym sobie chociaż w gwiazdy popatrzeć.
Zdrętwiała. Na plażę? Nie, tego nie mogła zrobić.
- Dobrze, wyjdziemy przed grotę. Między skały. Ale nie dalej. Jesteś jeszcze za słaby na takie wędrówki. Ja też nie będę przecież chodzić daleko. A na razie chodź, pokaż mi, którą nieckę wybierasz. Trzeba ją oczyścić z morskich stworzeń. I przynieść trochę rzeczy obok.
- Obojętnie, byle przed to więzienie... Niecka też obojętnie która, byleby dało się w niej usiąść i opierać.
Zaczął się podnosić. W końcu spojrzy w niebo, odetchnie rześkim, nocnym powietrzem! Tak niewiele, a działało na niego niczym opatrunek, cieszył się, że nie musi już tylko leżeć i jęczeć! Teraz każdego dnia będzie sobie stawiać większe wyzwania. Musi wrócić do formy, musi! Ma dla kogo, ma po co!
Wyszli przed grotę. Sing Lung pomogła Arechionowi usiąść na skałce gdzie miał ładny widok na niebo i księżyc, mimo że samo jego światło tu nie dochodziło. Wróciła do jaskini po konia i małą pochodnię. Wyprowadziła zwierzę i kazała mu stać przy Arechionie. Sama zaczęła po płyciźnie szukać kamieni i wapiennych kawałków. Zbierała je do worka i co jakiś czas zanosiła je do groty i wrzucała w ognisko, które rozpaliła przy jednej z niecek.
Jak tylko wyszedł, odetchnął głęboko. Cudowne powietrze... Wolność... Tu poczuł wolność! Od razu zrobiło mu się lepiej. Szum fal nie odbijających się echem o ściany groty, taki naturalny... Szum wiatru w koronach drzew na samej górze klifu... Gwiazdy, księżyc... Życie! Sing zbierała kamienie i nosiła je do groty.
- Kochanie, pomógłbym ci... Ale skoro nie mogę, to powieś worek na Dendim i niech on to dźwiga, ty się nie przemęczaj.
- Nie, niech on cię pilnuje. Przytrzymaj się go. Dendi, nie pozwól mu chodzić, rozumiesz? Nie przemęczam się, biorę tylko kilka, Zresztą już kończę. Zaraz wrzucę kamienie do wody i przyjdę po ciebie. - Znów zniknęła w grocie.
Pokręcił głową z uśmiechem.
- I to ja jestem uparty, co, Dendi?
Koń prychnął na niego.
- No co, dalej jesteś na mnie obrażony? Przepraaaszam... Dam ci dziś jabłko, zgoda? - Prych. - Dendi, no nie bądź taki, miałem gorączkę! - Prych. Arechionowi opadły ramiona. Wyciągnął erkę do jego pyska i delikatnie go po nim pogładził. - Naprawdę przepraszam. Ale następnym razem mi pomóż, teraz już mogę chodzić. Zgoda?
Koń w końcu przymilił się do niego i bardziej podetknął łeb pod rękę swojego pana. Białowłosy uśmiechnął się szeroko.
Po niedługiej chwili wróciła Sing. Wraz z Dendim podprowadziła go do niecki. Pomogła zdjąć mu ubranie, wszedł do środka i usiadł w ciepłej wodzie...
- O Nooornil... - uśmiechnął się, przymykając oczy. Co za uczucie... Ciepła woda! Miesiąc nie miał do niej dostępu. Sing Lung zdjęła mu usztywnienie z nadgarstków. Rozebrała się, ułożyła ubrania na ziemi przy niecce i rozplotła włosy, po czym też weszła do wody. Otworzył oczy i spojrzał na nią promiennie.
- Tego też mi brakowało.
Uśmiechnęła się tylko i nie spytała czego mu brakowało.
- Odchyl głowę do tyłu najbardziej jak możesz, żeby woda spływała na zewnątrz i brud. - Usiadła z boku, wzięła miskę i zaczęła mu polewać wodą twarz i włosy. Potem namydliła i spłukała i jeszcze raz i jeszcze raz. Masowała mu delikatnie głowę palcami. Mydliny ciężko się wymywały przez słoną wodę, mimo że ciepłą. Woda w niecce przyjemnie syczała i bulgotała gdy uwalniał się gaz z rozgrzanego wapienia pod powierzchnią.
Odchylił się tak jak prosiła. Oparł trochę o brzeg niecki. Zamknął oczy i pozwolił się sobie rozluźnić... Delikatny masaż jaki mu serwowała sprawił, że mu się przysnęło... Z błogim uśmiechem.
Sing Lung trochę się żachnęła gdy zdała sobie sprawę, że Arechion... śpi! Aż tak go to nudziło? Ach... wciąż nie miał siły, był zmęczony. Udawał przed nią jak zwykle, że już wszystko w porządku, a ten mały spacer tak go wyczerpał... Ale musi go obudzić na golenie, nie będzie mu przecież jeździć ostrzem po gardle jak będzie spał. To niebezpieczne. Na razie wzięła szmatkę, uklękła bardziej przed nim i zaczęła mu obmywać tors i ramiona.
Ocknął się, gdy oderwała mu się od głowy i zajęła przodem. Uchylił powieki. Nie patrzyła mu na twarz, nie wiedziała więc, że nie drzemie już. Mógł ją sobie podziwiać spokojnie. Jej nagie ciało... Jakże już zmienione... Podobał mu się ten jej mały brzuszek, dodawał jej uroku.
Skończyła go obmywać. Ciało dobrze się zagoiło. Nie widziała już śladów. Polikwidowała mu czi wszystkie blizny na plecach i większą cześć na piersi i ramionach, pozostałe upierał się z tymi swoimi maściami... Więc miał je wciąż... Teraz chyba jedynym zmartwieniem były nadgarstki... i to co przez to porobiło mu się z dłońmi. Palce były zdrowe i zrośnięte, nie widziała w nich żadnych nieprawidłowości, problem był za dłonią, jakieś nerwy nie wróciły do dawnego stanu, czuła zakłócenia przepływu energii w merydianach, ale nie potrafiła znaleźć dokładnie przyczym ani jej naprawić tego, choć już próbowała parę razy... Tylko ją to wyczerpywało. Z jego yonghue chyba też było w porządku... Już go nie bolało, okłady zrobiły swoje, ale jeszcze nie wszystko sprawdziła czy na pewno nie zrobili mu krzywdy... Sięgnęła ostrożnie mu do podbrzusza.
Drgnął czując jak przesuwa mu dłonie po podbrzuszu aż do... Nie zabolało, wręcz przeciwnie. Drgnął lekko całym sobą.
- Nic mi nie jest - szepnął.
- Obudziłam cię? Przepraszam... Jesteś pewien? Wiesz... Nie sprowadzaliśmy tak długo deszczu i chmur... Obawiałam się... Obawiam... że nie tylko ręce... Znaczy się, chyba jest w porządku, tak sądzę... Tylko są pewne rzeczy, których nie widać... Nie, nie, co ja mówię, po co mówię takie rzeczy, na pewno jest już dobrze, nic ci nie zrobiła, nie okaleczyła. Tego też się bałam... Tego tym bardziej nie wybaczyłabym sobie ani jej... Dai Goh Bregen powinien mnie zatłuc za to na śmierć rękami.
- Nie, nie obudziłaś mnie. - Dotknął delikatnie jej twarzy, pogładził po policzku, przysunął do siebie i pocałował. - Bregenowi nie dam cię tknąć. Już nigdy, nikt nie zrobi ci krzywdy. Moja matka powiedziała jasno, że da mu za to po głowie. I przestań się o wszystko obwiniać, dobrze? Ręce też wrócą do dawnej sprawności, zobaczysz. Jeszcze będziesz narzekać, że ich z ciebie nie zdejmuję - zażartował.
- Jeżeli tak się stanie, nie, nigdy już nie będę na to narzekać - powiedziała cicho i przytuliła się do niego. - Dorzucę parę kamieni, woda robi się chłodna i czas zrobić coś z tą brodą. Wyglądasz jak dziki człowiek z gór - roześmiała się.
- Roaaaaar, hehe. Wiesz, wyglądasz kwitnąco. Ciąża ci służy.
Klepnęła go lekko - Ach, tylko tak mówisz. Na pewno wyglądam okropnie. A z każdym dniem będę w dodatku coraz grubsza. - Wstała i poszła po nożyk do golenia.
Roześmiał się głośno.
- Nie, naprawdę... Uważam, że wyglądasz cudownie. I z każdym dniem będziesz się robić jeszcze piękniejsza.
- Zawstydzasz mnie - powiedziała, rumieniąc się. Kunai przystrzygła mu brodę prawie do skóry, a potem zmiękczyła zagotowaną wodą i namydliła. Zaczęła go golić najpierw policzki, przy ustach, pod nosem, na końcu broda i szyja. Uśmiechała się przy tym i go zagadywała, nie chciała by myślał o tym, że teraz ona będzie musiała zawsze go golić.

Minęło kilka dni. Arechion chodził już dużo lepiej, w końcu ćwiczył codziennie. Nie odpuszczał nawet jak go bolało. W końcu nadszedł czas wyjazdu. Pożegnali się z foką, która dotrzymywała im towarzystwa i dzieliła się z nimi swoimi rybami. Spakowali się, zapakowali wszystko na Dendiego... I Sing rzuciła się na ziemię przed stojącym koniem mówiąc, żeby wspiął się na zwierzę po niej. Chyba zwariowała?! Nawet, gdyby nie była ciężarna, nie zrobiłby tego! Jeszcze czego... Po niej na konia... A co on, książę z bajki? Cesarz? Nigdy tego nie robił i robić nie będzie... Nie może okazywać słabości, nie wolno mu!
- Sing, daj spokój... - Podniósł ją z ziemi, ręce zabolały ale i tak nie puścił jej, bo był wręcz pewien, że znów wylądowałaby na ziemi. - Dendi, klęknij, Wsiadaj i jedziemy. Ty z przodu, no już...
Usadowił się za nią, objął ją obiema rękoma w pasie i złożył je na jej brzuchu. Lejce dla niego za cienkie żeby je porządnie złapał... Ale i tak jedną ręką złapał za nie, choć kierować nimi koniem zbytnio nie musiał. Dendi doskonale rozumiał pracę nóg...
Okazało się, że byli... niedaleko obozowiska Xeny. Gdy przejeżdżali pod krzyżem, Arechion zatrzymał konia i patrzył przez długą chwilę na złowieszczy kształt na krawędzi klifu... Zacisnął z całej siły zęby. Obrazy tamtej chwili przeleciały mu przed oczyma. Przeklęta Xena, jeśli jeszcze raz będzie mu dane się z nią spotkać skręci tej suce kark... Za wszystko co w swoim życiu złego zrobiła. Zapłaci! Jest drugą osobą na tym świecie, której cholernie nienawidzi... Masaru Kira i Xena... Dwie osoby, które zasługują na śmierć. Tak różne kulturowo, a tak podobne charakterem. Ruszył w górę po ścieżce, a raczej próbował... Sing zatrzymała konia i jego. Pokręciła przecząco głową. Białowłosy musiał więc wytłumaczyć jej jakie zagrożenie czeka ich, jeśli zostaną tu i zdecydują się jechać pod klifem. Teraz był odpływ, bezpieczna pora, ale jak przyjdzie przypływ... Takich ścieżek jest w takich miejscach naprawdę mało. Znalezienie drugiej takiej w najbliższym czasie graniczy z cudem!
- Powinniśmy wrócić tam na górę. Jeśli pojedziemy dalej wzdłuż klifu i nie znajdziemy innej ścieżki w górę... Za niespełna dwanaście godzin fale rozsmarują nas o skały.
Nie wiedziała o tym... Jechała plażą podczas odpływów.... A nawet jak wracała do jaskini jak już się zaczął, po plaży wciąż dawało się swobodnie jechać... Ale jeżeli tak mówi, tylko, że...
- Arechionie jesteś pewien? Dwanaście godzin to dużo czasu. Może znajdziemy inną ścieżkę. Przecież muszą tu być jacyś ludzie, rybacy, jakaś mała wioska... Smolarze albo bartnicy. Musza dostawać się na brzeg i z powrotem. Nie mówiłam ci tego, gdzie jesteśmy, bo nie chciałam byś to rozpamiętywał. I miałam rację, zatrzymałeś się pod tym miejscem i widziałam jak zmieniła ci się twarz... Ale ta droga jest dla nas niedobra jeszcze z jednego powodu... Trzeciej nocy... odkryłam, że ktoś oprócz mnie przeszukiwał pozostałości obozu i miejsce gdzie ty... gdzie ciebie... - westchnęła. - Arechionie nie wiem kto to był czy przypadkiem, czy specjalnie, ale był... Najbezpieczniej byłoby znaleźć kogoś z łodzią i popłynąć do Arendal morzem. Na wodzie nie zostawimy śladu...
- Tak, jestem pewien. Ścieżki w górę na klif przy tego typu budowie skalnej to rzadkość i wierz mi... Dwanaście godzin to w tym przypadku bardzo mało. Wychowałem się na wyspie, nad morzem, znam się na takich wybrzeżach... Ta droga jest moim zdaniem bardziej niebezpieczna niż tamta na górze. Na mapach nie widziałem żadnych wsi w pobliżu. Ani przystani rybackich. Do Arendal dwa tygodnie drogi, to najbliższa miejscowość. A tamten ktoś... Był i nie wrócił. I nie szukał dalej. Tam ryzykujemy napadem, ale możemy uciec albo przeżyć, a nawet nikogo na swojej drodze nie spotkać, tu zaś... W chwili przypływu nasze szanse będą żadne. To pewna śmierć, Sing.
- Czy nie wrócił, nie wiem tego. To był ostatni raz kiedy byłam w obozie. Przestałam tam chodzić właśnie w obawie by mnie nie znaleziono, jeżeli to nie przypadek. Czy nie szukał dalej, też tego nie wiem... Przypływ zacierał ślady nie tylko moje, ale każdej inne też... Wiem, że... zabrał kunai, które zostawiłam na klifie... Jeżeli to jakiś człowiek Xeny, to bez trudu domyślił się, że zdjęłam cię z krzyża. Może jakiś przypadkowy wędrowiec albo rybak zabrał ostrze... a może było tak jak powiedziałam. Musimy uważać. W obozie nie było Yadgera... Mam od Xeny znak, który pozwoli nam bezpiecznie przejść gdy go spotkamy albo jego ludzi.
- Sądzę, że Xena kazała cię śledzić. Ale nie znaleźli cię, cofnęli się do obozu... Nie może wysłać za nami nikogo na dłużej, Boriasz by się dowiedział. Wybieraj. Dół czy góra.
- Mówiłam już, Yadgera nie było w obozie... Podobno chadza własnymi ścieżkami... Tak mówił Dai Goh Bregen. Xena nie ośmieli się mnie zabić. Nie wie, że dla Lao Ma jestem martwa. Wszystko co robiłam wskazywało, że działam w jej imieniu. Dałam jej nawet glejt... Próbowała go zniszczyć... Ale nie pozwoliłam na to. To jest też pułapka. Jeżeli spróbuje się nim posłużyć... prawdopodobnie ją zabiją... Nie zna pisanej ludzkiej mowy... Może kilka podstawowych znaków. Na tyle, że zrozumiała, że glejt jest prawdziwy, ale nie wszystko co było w nim zawarte. Nie będzie umiała potwierdzić, że otrzymała go legalnie, a za zabicie biren, Feniksa w służbie Wanga... kara jest tylko jedna. Dobrze, pojedźmy górą jak sobie życzysz. Ale naprawdę łódź to byłoby najlepsze wyjście...
- Nie mamy pewności, że łódź nam się trafi. To samo dotyczy ścieżki, nie ma co ryzykować zbytnio, pojedziemy skalnym brzegiem klifu na górze. W ten sposób również nie zostawimy śladów.
Wjechał na górę, tam miał lepszy widok na krzyż. Przyjrzał mu się dokładnie, po czym spiął konia i półgalopem ruszył dalej. Jechali całymi dniami właściwie bez wytchnienia. Zatrzymywali się tylko za potrzebą i po zapadnięciu zmroku, na nocleg. Mieli zapasy, więc gdy byli głodni jedli w drodze na koniu, a wieczorem Sing Lung przyrządzała gorący posiłek. Chciał się oddalić od tamtego miejsca. Sing Lung znosiła to bez jednego słowa sprzeciwu, wiedział jednak, że ją to męczy... Pytał tylko czy wszystko w porządku, czy ona i dziecko dobrze się czują... i bacznie ją obserwował gotowy przerwać to mordercze tempo podróży i skryć się gdzieś na szlaku... Siebie również nie oszczędzał, mimo że w tym stanie podróż nie była dla niego łatwa. Dłonie... Całe ręce mu drętwiały, kręgosłup ciągle dawał o sobie znać... I głowa mu pękała. Ale nie chciał ryzykować, że ktoś mimo wszystko ich znajdzie, dogoni. Gdy kładł się spać, było najgorzej. Z bólu blokowało mu nogi... Zaciskał zęby, a gdy Sing usypiała, często musiał wstać i pochodzić chwilę żeby choć trochę ból się zmniejszył. Czasem siadał na klifie... Znajdywał jakieś najbardziej okrągłe kamienie i próbował je obejmować całymi dłońmi, podrzucać i łapać. Ale mu nie wychodziło...

Sing Lung obudziła się w środku nocy. Pęcherz ją bolał... Musiała wstać. Zorientowała się, że nie ma obok niej Arechiona... Rozejrzała się. Siedział dalej na skałkach, prawie na samej krawędzi klifu. Co tam robił, czemu nie spał? Podniosła się i poszła za potrzebą. Gdy wróciła on dalej tam siedział... Podeszła do niego... Jej kroków nie było słychać na dużych kamieniach, po których stąpała... morze dodatkowo zagłuszało... Nie zauważył jej... Za to ona zobaczyła jak ręce mu się trzęsą, jak niezdarnie próbuje ćwiczyć dłonie na kamieniach, jak je podrzuca i jak kuli się i schyla obejmując nadgarstki... z bólu? Zdenerwowała się. Dlaczego nic jej nie mówił?! Podeszła do niego od tyłu, przyklękła i objęła zza pleców przytrzymując nadgarstki.
Czuła jaki jest cały spięty... i spocony aż tak go bolało?
- Arechionie dlaczego mi nie powiedziałeś... Chodź. Ponakłuwam cię. Przestanie boleć. Przecież wiesz, że ci to pomaga, a miałeś mi mówić kiedy będzie bolało... Trzeba było mnie obudzić. Możesz iść czy przynieść igły tutaj?
Poczuł ja za sobą, zatrzymała mu ręce swoimi. Nakryła go... Odetchnął głęboko i upuścił kamień, który dopiero co podniósł.
- Nie chciałem cię martwić... I męczyć. Droga jest dla ciebie dostatecznie wykańczająca. Mogę iść, to nie problem, ale jak się położę... - westchnął, nie chciał się żalić. Nie chciał też jej straszyć swoim stanem. Próbował chować przed nią swój ból i słabości. Ale i tak jak się położy, to Sing się zorientuje. - Jak się położę, to blokuje mi nogi.
Pokręciła głową. Tym bardziej powinien jej powiedzieć. Źle robił. Pogarszał wszystko. W końcu żaden szaman ani nawet Lao Ma nie będą w stanie naprawić szkód, które sobie poczynił. To niedorzeczne jak on się zachowuje. Próbuje jej udowodnić, że jest jak dawniej, ale przecież nie jest, ona o tym wie i tylko jej zabiegi mogą przynajmniej powstrzymać dalsze uszkodzenia. Mężczyźni! Baka, baka!
- Arechionie, tym niemniej powinieneś mi powiedzieć. Traktuj mnie jak... FLee, dobrze? Jej byś powiedział co ci dolega i oczekiwał, że jakoś pomoże, zmniejszy ból. Ja też tak mogę. Ale muszę wiedzieć o tym. I nie skrywaj się przede mną z takimi rzeczami oraz nie forsuj, To delikatne i niebezpieczne sprawy. Znajdziemy tego szamana, ale tym co robisz, możesz sprawić, że nawet on ci nie pomoże. Trzeba zatrzymać uszkodzenia przynajmniej na takim poziomie na jakim są, nie zwiększać ich. Chodź, pokażesz mi gdzie boli, a ja zrobię tak, że przestanie, dobrze?
Obrócił się trochę i przytulił do niej na chwilę. Nie może traktować jej dokładnie tak jak FLee... Nie powinien przed nią okazywać strachu... Był juz jednak tak obolały, że postanowił powiedzieć dokładnie co i gdzie boli. Pocałował ją, wstał i poszli razem na posłanie. Pomogła mu się położyć.
- Plecy, głównie w dole... W pasie i jakby niżej nieco. Kręgosłup, ale promieniuje na boki i nogi, blokuje mi biodra. I ręce... Nie mogę nic złapać kciukami i palcami wskakującymi, nie współgrają ze sobą. Boli jak nimi ruszam. Czuję to aż w głowie. I karku.
- Dobrze, połóż się na brzuchu. - Wyjęła igły. Wysypała mieszankę ziół na liść, zwinęła go i zapaliła w ognisku, potem przygasiła. Opalała dymem z ziół i żarem, każdą igłę przed wbiciem. Merydiany dolne u dołu pleców, na karku, biodro i uda, całe przedramiona i w końcu nadgarstki. Dwie igły wbiła ostrożnie po bokach głowy, przy skroniach, ale bliżej czoła. Czuła jak się odprężał, chyba pomagało.
- Lepiej? - spytała.
Z każdą chwilą tego co robiła mu Sing Lung czuł jak ból się zmniejszał, aż w końcu zniknął kompletnie. Mógł się rozluźnić...
- Tak, dziękuję. Już przeszło... Wybacz, ze cię tak męczę.
- Nie męczysz mnie. I tak muszę się budzić w nocy. Wiesz... syn jest trochę nieznośny - uśmiechnęła się. - Jak jego ojciec. Mnie też pomagasz jak mogę zabrać od ciebie ból i ci pomóc z tym - zapewniła go.
Zaśmiał się. Nie powinien się teraz ruszać, ale nie mógł się powstrzymać przed taką reakcją.
- No maluchu, masz być grzeczny dla mamusi i dać jej spać. A mówiłaś, że już dobrze sypiasz. Nie wiem w jaki sposób mogę ci pomagać, nie dając ci spac i jadąc praktycznie na złamanie karku do tego Arendal. Drzemka w siodle to nie to samo co porządny sen. Ale już niedługo... Niedaleko.
- To nie to... dobrze sypiam. Tylko teraz... siusiam za dwoje - roześmiała się. - Za pół godziny wyjmę igły. Powinno już być dobrze do samego rana i może nawet przez jakiś czas w drodze. Ale trzeba to powtarzać. Jak nie w drodze to na pewno na postojach i za każdym razem gdy cię boli.
- Boli to mnie praktycznie ciągle... - powiedział cicho, prawie szepnął. - Nie będziesz mi miała za złe jak się zdrzemnę?
Pochyliła się i pocałowała go w ucho. - Baka. Śpij. Nie poczujesz jak wyjmę igły i położę się dalej spać.
Zamknął oczy, uśmiechnął się i szepnął:
- Kocham cię... Dobranoc.


Ostatnio zmieniony przez red dnia Czw 19:25, 25 Cze 2009, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
red
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 19 Cze 2007
Posty: 4676
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Moderacja
Płeć: Kobieta

PostWysłany: Czw 18:41, 25 Cze 2009    Temat postu:

- Yadger, Xena ma dla ciebie robotę! - zameldowało się dwóch ludzi z obozu Xeny u przywódcy drugiej grupy Hunów. Rozłożyli mapę na stole w namiocie Yadgera i pokazali palcem na klif. - Zwołaj pięciu najlepszych zabójców jakich masz.
Chwilę później w jego namiocie stało pięciu ludzi. Niezbyt wysokich, ale dobrze zbudowanych. Z pewnością silnych. Dwóch z nich miało blizny na twarzy.
- Tu został ukrzyżowany kamael. Pamiętacie Bregena, prawda? To jego brat. Azjatka go do niej przyprowadziła, a później uwolniła. Próbowała do czegoś przekonać Xenę i to pewnie była podpucha. Przeżył, to znaleźliśmy przy tym krzyżu. - Przekazali oprychom kunai kobiety. - Xena każe ich zabić. Tylko dyskretnie. Nikomu ani słowa, a ciał trzeba się pozbyć tak by nikt ich nigdy nie odszukał.
Yadger spojrzał na mapę, zastanowił się przez chwilę.
- Zbierajcie manatki i wyruszcie jeszcze dziś. Później kierujcie się do Xeny, tam się spotkamy. Tylko bądźcie cholernie ostrożni! Kamaele to cholernie dobrzy wojownicy... Choć ten był ukrzyżowany, więc z pewnością jest mocno osłabiony... Mimo to, nie ryzykujcie, że wam się wymkną.
- Tak jest! - powiedzieli zgodnie, wzięli mapę z zaznaczonym miejscem, w którym stał krzyż i wyruszyli.
Kilka dni później stali pod krzyżem. Wciąż były na nim ślady krwi. Dokładnie obeszli to miejsce, sprawdzili je. Tak samo pozostałości obozu. Wśród wielu śladów znaleźli również małe, kobiece... Pasujące do Azjatki. Kilka razy gubili trop, ale znajdywali go ponownie. Dotarli na dół, na brzeg. Akurat był odpływ, noc, księżyc świecił, więc i widoczność była całkiem niezła. Rozdzielili się, dwóch poszło w jedną stronę przy klifie, dwóch w drugą, jeden został na plaży. Po niedługiej chwili gwizd. Jedna z grup znalazła grotę, a w niej widoczne ślady obozowania... Ale nie było tu nikogo już od kilku ładnych dni. Sprawdzili grotę, jakaś foka im się przyplątała i denerwowała, więc jeden z nich napiął łuk i strzelił jej prosto w łeb.
- Nie marnuj strzał, baranie, będą nam potrzebne! - warknął jeden z nich.
- Zaaamknij się, przynajmniej będzie co jeść.
Oprawił zwierzę wycinając co lepsze kawałki mięsa, resztę kopnął do najbliższej niecki.
Ruszyli dalej, w górę. Rozłożyli mapę. Według informacji jakie otrzymali, Xena planowała napaść na Stavanger, więc tam z pewnością nie mogli się udać. Pozostaje Arendal i miasta na wschód... Ale na wschód również zmierza Xena, chyba nie byliby na tyle głupi żeby ryzykować kolejne spotkanie z nią? Pochodzili wkoło. Po lesie, po dróżkach, po klifie. Jeden z nich odkrył pojedyncze ślady kopyt na klifie. W miejscu, w którym było trochę piachu...
- Arendal! Na koń! Pamiętajmy, że mają nad nami kilka dni przewagi!
Ruszyli. Nie zatrzymywali się, nawet na nocleg. Jedli i spali w siodłach, a to ostatnie i tak tylko po kilka godzin. Zatrzymywali się tylko co jakiś czas by dać odpocząć koniom. Nie mogli sobie pozwolić na żaden błąd i zwlekanie... Kamaele to cholernie dobrzy wojownicy, szybcy. A ten przeżył ukrzyżowanie... I choć była tam krew... I gwoździe, to nie wiadomo czy nie doszedł już do siebie. Miał trochę czasu na odzyskanie sprawności. Każdy dzień zwiększała jego szanse.
- Najpierw zabijemy kamaela, a potem zabawimy się z tą małą skośną suką, a co. Dawno nie miałem żadnej kobiety!
- Ta, ja też... I co? Pamiętaj co mówił Yadger. Mamy ich zabić. Jak chcesz, zabawisz się z trupem.
- Z trupem to żadna zabawa, sam sobie je chędoż - odpysknął mu tamten. - No przestań, to tylko kobieta! Mała, słaba... Czterech może ją trzymać jak tak się boisz - zaśmiał się. -Zabijemy ją zaraz jak tylko skończymy, ale pewnie sama zdechnie wcześniej.
- Ale Yadger ma rację co do kamaela. Jego trzeba zabić od razu, może nam tam sprawić problem - dołączył się do rozmowy trzeci z Hunów.
Tylko jeden twierdził, że trzeba uważać na Azjatkę, pozostali uznali, ze warto się zabawić przed jej śmiercią.
- Nie raz to robiliśmy, coś ty się nagle taki strachliwy zrobił? Starzejesz się chłopie!
Minęły prawie dwa tygodnie. W końcu trafili na bardzo wyraźne ślady i... Dostrzegli dwójkę ludzi na wielkim, czarnym koniu. Bez wątpienia kamael i Azjatka. Byli daleko, ale chowając się w za drzewami mogli wycelować z łuków i zaatakować z zaskoczenia. Tylko jedna strzała dosięgła celu... I nie był to żaden z jeźdźców. Zranili wierzchowca. O dziwo, nie zrzucił ludzi, nie przewrócił się. Uciekinierzy skręcili w las, próbując uniknąć dalszych strzał. Daleko nie ujechali... Hunowie z łatwością odnaleźli szeroki krwawy ślad. Zsiedli z koni. Naradzali się chwilę. Dobyli szabel i zaczęli ostrożnie skradać się między drzewami. Krwawa smuga urywała się przy wiatrołomie. Dwa zwalone pnie... Gdyby tamci mieli łuki już by ich użyli. Hunowie ruszyli w stronę drzew.

Strzały... Arechion nie usłyszał by ktoś się do nich zbliżał! Jedna ze strzał dosięgła Dendiego, białowłosy szybko skręcił w las. Musi ich zgubić!
Niestety, koń szybko się zmęczył, nie mieli wyboru, muszą się schować i mieć nadzieję, że tamci sobie pójdą... Że nie znajdą ich. Albo dadzą sobie spokój. Ilu ich było? Nie mógł dostrzec, nie słyszał...
Dojechali do dwóch powalonych pni... Lepsza taka kryjówka niż żadna. Skręcił koniem i kazał Dendiemu położyć się na ziemi. Zwierzę oddychało chrapliwie... Nie wiedział czy tak skwapliwie posłuchało jego rozkazu, czy po prostu nie miał siły już stać...

Schowali się za drzewami. Kroki, słyszał kroki. Było ich więcej niż trzech. Niedobrze... On nie może walczyć za bardzo... Szli w ich stronę, jeszcze gorzej. Sing kazała mu się schować, rozdzielić, żeby mieć większe szanse. I zabroniła mu się wychylać mówiąc, że sama sobie da z nimi radę. I szło jej całkiem nieźle. Hunowie się rozdzielili, na nią szło trzech, w jego stronę jeden. Powinien jej pomóc, trzech to wystarczająco dużo jak dla niej... Jednego co prawda zabiła, ale teraz ma na głowie dwóch, nie potrzebny jej jeszcze jeden. Jak tylko Hun doszedł do drzewa, białowłosy uderzył go otwartą dłonią w szyję, miażdżąc grdykę. Aż wbił mu palce w szyję... Nie ważne, że bolało... Ważne, że zabił go po cichu. I wtedy poczuł uderzenie w tył głowy... Kolejny? Więc było ich... Pięciu... Ciemno, zapadła ciemność...

Dwóch Hunów po cichu podchodziło do połamanych drzew. Słyszeli charczenie konia. Jeden przyspieszył i złapał się konaru z zamiarem przeskoczenia na drugą stronę, był już nogami na pniu i szykował się do rzucenia się na przeciwnika.... Którego za pniem nie było.

Sing Lung ściskała w dłoni kunai. W drugiej shengbiao. Gdy tylko dostrzegła odpowiednio blisko jednego z napastników cisnęła w niego ostrzem na lince. Ku jej zaskoczeniu zastawił się mieczem i broń oplątała się wokół niej!
- Znam tę twoją broń suko. Yadger mi opowiadał. Nie uda ci się.
Yadger? To ich szansa. Odezwała się po huńsku: - Mam znak od Xeny. Macie mnie zostawić w spokoju i pozwolić jechać!
- Kpisz sobie. Xena kazał cię zabić po tym jak ją oszukałaś...
Jeszcze nim skończył mówić szarpnęła shengbiao, próbując pozbawić go broni. Ale przewaga była po jego stronie, broń oplątana wokół szabli była praktycznie bezużyteczna, nie miała odpowiedniego pędu, a on był silniejszy. Nie wypuścił rękojeści, za to złapał błyskawicznie linkę i szarpnął w swoją stronę. Poleciała do przodu, prawie wpadając na zwalony pień. Okręciła się, próbując chronić brzuch.
Zaśmiał się i wyciągnął nóż. Złapał ją za rękę i wykręcił aż puściła kunai. Krzyknęła, ale kopnęła go w kolano. Coś chrupnęło. Stęknął. - Ty dziwko, obetnę ci cycki po kawałku za to! - Okręciła się w jego ręku, czuła jak coś potwornie boli ją w barku. Nie zrezygnowała. Jedyna broń... Miał obie ręce zajęte... Złapała za warkocz i wbiła mu igłę w oko. Zakrztusił się. Puścił ją. Próbował złapać za szpilkę, ale już był martwy... Musiała dosięgnąć mózgu. Upadł do tyłu. Ktoś ją szarpnął za włosy. Pewnie to ci co szli do zwalonych drzew. Shengbiao zaplątane... Nie uda jej się... Sięgnęła ręką do tyłu... Druga, zdrętwiała i boląca... Włosy... Twarz... Gorący oddech na jej dłoni. Czuła, że złapał za jej miecz, chciał wyciągnąć. Spróbowała wbić mu palce w oczy... Przejechała tylko paznokciami po skórze. Wystarczyło. Puścił miecz. Odskoczyła od niego, czując jak wyrywa jej włosy, dobywając jednocześnie miecza. Zamachnęła się nisko, celując w nogi, nie wiedziała czy nie ma zbroi na sobie. Przewrócił się przeklinając, złapał za udo. Marnie, tylko go zraniła... Za wysoko... Liczyła na kolana... Już się podnosił, uniósł szablę. Ruch po prawej. Kolejny. Próbowali ją otoczyć. Jeden z tyłu, drugi z przodu. Przestał zwracać uwagę na krwawiącą nogę. Machał szablą jej przed nosem. Ciężko oddychała, kręciło jej się w głowie... Ból w brzuchu... Nagły... Kłujący... Prawie się zgięła, stęknęła... Nie mogła nawet dotknąć drugą ręką... Co to było... Kopnięcie czy coś gorszego? Dziecko się bało... Jak ona... Dawało znać. Spokojnie. Wyjdzie z tego. Musi poranić i tego drugiego. Nóż... Ostatnie kunai zostało przy Dendim. Głupia. Nie zauważyła, o czym myślała? Sądziła, że shengbiao sprosta sprawie... Chciała ich zabić na odległość. Nie sądziła, że się tak obroni. Udusiłaby go w dwa uderzenia serca. Źle zrobiła, oddając Xenie kuszę... Wystrzelali by ich... A tak... Trzymała ich mieczem w szachu, nagle zanurkowała, przeturlała się łapiąc z ziemi sztylet zabitego, zamachnęła się celując zdrowemu między oczy...
- Stój, bo poderżnę mu gardło!
Zamarła z uniesioną ręką. Kto? Poszukała źródła głosu... tian! Mają Arechiona! Jest ich więcej! Stała niezdecydowana... Gdy spróbowali podejść wyciągnęła miecz przed siebie.
- Psiakrew, rzuć miecz! Natychmiast! - Widziała jak mocniej dociska ostrze do szyi białowłosego. Poleciała strużka krwi. - Xena kazała wziąć go żywego... Jak się da. Chcesz, żeby się nie dało?
- Ratuj siebie, zostaw mnie, zabij... - krzyknął Arechion i próbował uderzyć tamtego, wyrwać się, wywrócić go na ziemię. Co oni jej mówili? Dlaczego przestała walczyć? Niech ich zabije, nim się nie przejmuje. Nagle tamten ścisnął mocniej mu ręce. Aż go wygięło z bólu, wstrząsnęły nim drgawki, ciemno zrobiło mu się przed oczami, chyba upadł na kolana... Próbował się podnieść... Hun znowu zaklął, znowu coś wrzeszczał. Tępe uderzenie w głowę. Krew zalała mu oczy. Stracił przytomność i upadł na ziemię.
- To jak będzie? Nie bój się, żyje. Ogłuszyłem go tylko. Ale mogę zmienić zdanie. - Przyklęknął i szarpnął Arechiona za włosy, podciągnął go bliżej Azjatki. - No już! Tracę cierpliwość!
Z tej odległości widziała, że białowłosy oddycha. Nieprzytomny, ale oddychał... Skinęła głową i upuściła miecz i sztylet na ziemię. Dwaj, którzy ją otaczali, natychmiast doskoczyli do niej. Poczuła uderzenie w szczękę aż jej zęby zadzwoniły. Poleciała na ziemię, na kolana. Nie sięgnęła do twarzy. Brzuch... Zasłonić brzuch. Kolejne uderzenia. W plecy... W nogi, któryś trafił w bok. Stęknęła, skuliła się. Widziała jak zamierza się nogą... Kopnie ją, kopnie z całej siły... Na ręcę, musi przyjąć na ręcę, albo na plecy, odwrócić się jakoś...
- Przestańcie! - krótki rozkaz tamtego, który ogłuszył Arechiona. - Chcę, żeby była przytomna i czuła co będę robił. Jak ją skatujecie, to sobie nie podupczycie, nie? - Poczuła jakiś ciężar na plecach. Leżał na niej? Nie, coś mniejszego... Przydeptywał ją butem. Dociskał do ziemi.
- Proszę... nie... już nie bijcie... Proszę...
Wsadził jej stopę pod żebra i pchnął odwracając na plecy.
- Trzymacie ją łazęgi. Mocno! - Rozciągnęli ją na ziemi za ręce. Przyklękli na przedramionach. Krzyknęła z bólu, coś chrupnęło jej w ramieniu. - Rację miał Aszer, że nas przed tobą ostrzegał. Ten tam, dupa z niego nie wojownik. A ty mi zabiłaś jednego człowieka, drugiego raniłaś i gdybym tego nie przerwał, pewnie kolejnego dźgnęła.
- Rację, rację i co mu przyszło z tego? Zdechł jak pies. Ta suka wbiła mu patyk w oko! - wtrącił się ten z ranną nogą. - Kończmy z nią i z nim i jedźmy. Zaraz się wykrwawię.
- Nie patyk, tylko szpilkę. Jego błąd, nasz zysk. Zaraz, nie tak szybko. Przeżyjesz. A ty - zwrócił się do Sing Lung - najpierw zapłacisz nam za to co zrobiłaś. Należy nam się. Jak na morzu, morzu traw. Za zabitego i rannego, odszkodowanie. Nie chcesz? I tak wezmę... Zastanawiam się skąd w tobie taka siła, taki upór... Widziałem jak walczysz... Szybko, sprawnie, ale jakoś... dziwnie... Teraz też... Nie chroniłaś pleców, twarzy... Zasłaniałaś przód...
Patrzyła na niego w milczeniu. Czuła jak trzęsą jej się wargi, ręce. Starała się skryć w sobie głęboko przerażenie. Nic nie powiedzieć, nie zdradzić.
Szarpnięciem ściągnął jej spodnie. Zarechotali. Przytrzymali mocniej. Ale on nie położył się na niej, nie wepchnął się siłą. Obszedł ją z boku i nagle nożem rozpruł jej kubrak i koszule. Poczuła zimno. I pot spływający jej między piersiami i po bokach. Jeden z tych, który ją trzymał, nie mógł już się powstrzymać. Złapał ją za pierś i zaczął gnieść. Drugi poszedł w jego ślady, poczuła jak sięga jej między uda. Zamknęła oczy. Może się wyrwie...
- Powiedziałem, żeby ją trzymać hołoto! Wytrzymacie jeszcze trochę. Poza tym to ja wam uratowałem skórę, mam pierwszeństwo... Ale wpierw... Powiesz mi czyje to co masz w brzuchu? Jego? - Przytknął jej ostrze noża do brzucha. Docisnął lekko. Zadławiła się, chciała krzyknąć, pokręciła głową błagalnie... A więc wie... Domyślił się...
- To jego bękart? Tego białowłosego dziwoląga? Gziłaś się z nim? Nic dziwnego, brudna Han, pewnie i pies by ci wystarczył... Nie mogłaś strzymać... A tu ci dziwadło brzuch zrobił... Jak myślisz jak będzie wyglądał? Jak on? A może będzie miał pazury? Potwór jakiś... A może się przekonamy zaraz? - Przejechał jej nożem po skórze w górę i w dół i jeszcze raz. Zaśmiał się. Pozostali mu zawtórowali. - Mam pomysł, ocucę go, niech patrzy jak cię pruję. A jak się okaże, że nie jego, bo się jeszcze z innym barłożyłaś albo, że wygląda jak koń albo pies, albo...
- Foka! - powiedział ten, który zabił zwierzę w grocie.
- Albo i foka, może być.

Trening w nordyckich lasach. Tak, to było to co lubił. Doskonale pamiętał miesiące, które tu spędził. No, może nie dokładnie tutaj, bo w lasach Rinderike, ale to i tak podobny teren. Ciasno rosnące drzewa, teren trudny do walki dla większości wojowników i żołnierzy... Ale on czuł się tu prawie jak w domu. To był już jego trzeci dzień poza wioską. Utę zostawił pod okiem starej, samotnej już karczmarki. Kobieta bardzo kontaktowa i lubiła opowiadać ckliwe historyjki, od których jego aż mdliło. Ucie się podobały, więc niech jej opowiada dalej... Jemu potrzeba było walki, biegania, skakania po drzewach... Czegoś, co mógł robić w samotności, a nie pod okiem ciekawskich wieśniaków.
Nagle natura zamarła. Ptaki przestały świergotać... I jakby wiatr ustał. Tę ciszę rozdarł jakiś krzyk... Potem śmiechy. Walka? Poczuł przypływ adrenaliny, aż pulsowało mu w skroniach... Ruszył biegiem w tamtą stronę. Przystanął kawałek dalej by ocenić sytuację i wtedy dostrzegł... Arechion! I ta jego Azjatka! I paru Hunów, którzy niewątpliwie ich zaatakowali! Azjatka leżała na ziemi przygnieciona przez Hunów. Naga. Przystawili jej nóż do... Brzucha. Naśmiewali się, że wytną jej... Oczy rozszerzyły mu się w zdumieniu. Była w ciąży! Arechion będzie ojcem! Nie, nie może pozwolić jej teraz zginąć... Ale... Arechion leżał nieopodal. Zakrwawiony... Nie próbował jej ratować. Nie żył? Zginął? Przeklęta Sing Lung! W takim razie musi dopełnić tego co jej obiecał i... Zabić ją! Może to i lepiej nawet? Kolejny kłopot mniej. Szkoda tylko, ze jego brat poświęcił się na marne. Zapewne wiele wycierpiał u Xeny, przeżył to, a zginął jak idiota z ręki Hunów, a nie wojownik z honorem. Podbiegł do kobiety, uderzył jednego w głowę rękojeścią sztyletu. Jego cios był tak silny, że pękła czaszka, a sztylet wszedł do połowy rękojeści w mózg. Dwóch, którzy ją trzymali oderwali się od tego zajęcia zaskoczeni jego obecnością. Złapali za szable, ale nim zdążyli się zamachnąć, Bregen zdjął im głowy z karków jednym, szybkim szerokim cięciem. Bezgłowe korpusy uderzyły o ziemię obok Azjatki. Spojrzał na nią. A raczej w jej oczy... Po co ma spoglądać na ciało, które go nie interesuje? Już wcześniej się jej przyjrzał, jak oceniał sytuację. Uniósł miecz. Widział przerażenie jakie malowało się na jej twarzy... Teraz mu się nie wywinie. Zabije ją...

Sing Lung nie wiedziała co się dzieje. Nawet nie szarpała się bardzo, bała się tylko o dziecko. Że mu zrobią krzywdę. Nie myślała jasno... Nie potrafiła. Czuła, że to nie ma sensu, że pewnie i tak ją zabiją. Przecież wiedziała, że Hungnu najbardziej okrutni są dla ciężarnych... I to Han... Rozcinali brzuchy tak jak mówili.... Noworodkom rozbijali główki o mury albo wdeptywali w ziemię... Nienawiść między nimi była tak wielka, nie mogli przepuścić żadnej matce, żadnemu potencjalnemu wrogowi, który wyrośnie i pójdzie się mścić albo da życie kolejnemu z Rodu... Chciała ochronić odruchowo brzuch rękami, ale nie mogła... Trzymali ją.... Szorowała bezwiednie nogami po ziemi, próbując się odsunąć, przekręcić... Ostrze noża paliło jej skórę, czuła jak wędruje w górę i w dół... Czekała z przerażeniem na spazm bólu kiedy je wbije... A on bawił się nią... Jakby zapomniała, że ściągnęli jej spodnie, że dotykają jej piersi i ud... Czuła i widziała tylko ten nóż na brzuchu... Była tylko w stanie szeptać w głowie modlitwy i moa... Co oni mówią, jaki potwór... Jakie zwierzę... To Arechiona... To syn Arechiona... Czego chcieli od niej? Żeby się wyrywała, krzyczała? To im sprawi przyjemność? Bała się szarpać... Pobiją dalej... Straci dziecko...
Nagle coś się stało. Obrzydliwy dźwięk pękającej czaszki. Dotyk żelaza zniknął... Ręce wolne, ale nim spróbowała się ruszyć coś ochlapało jej kroplami gorąca twarz i piersi i zobaczyła ciała padające na ziemię po bokach... Spojrzała w górę... Białe włosy... Arechion? Uratował dziecko i ją? Trzymał miecz... Jak... Czemu mierzy do niej... Powędrowała wzrokiem wzdłuż klingi... Te oczy... Zimne... Bregen... Tym razem ręce powędrowały jej do brzucha. Nie myślała, że jest naga, nie próbowała się inaczej przed nim zasłonić czy zakryć... On nie wie... Gdzie Arechion? Czemu... Przecież przeżył... Dlaczego... Próbowała znaleźć w otępiałej i przerażonej głowie odpowiednie słowa w obcym języku... Ale miała pustkę, tylko jej język... Nie zrozumie... Dźgnie... jak Hungnu... Spróbowała... W rozpaczliwej próbie chronienia nie siebie...
- Dai goh... Wo qi Ni... Moa.. Wo qi Ni... Ta szy Qi ji Er zi... Arechion... Ta szy Arechion... zi... <błagam cię, nie, błagam, on jest jego synem...>

Arechion odzyskiwał i tracił przytomność. Widział co Hunowie chcą zrobić i nic nie mógł na to poradzić! W końcu jakoś doszedł do siebie... Dostrzegł... Bregena nad Sing Lung! Dlaczego unosi miecz? Trupy... Wokół niej leżały trupy... Czy... Bregen ją też chciał zabić?! Podźwignął się na nogi.
- Zostaw ją! - warknął i wtedy przed jego oczyma pojawiła się klinga miecza brata.
- Omal cię nie skróciłem - rzucił chłodno na powitanie Bregen.
- Mi też miło cię widzieć... Odciągnij te trupy, koniem się zajmij... I przynieś mi te dwie torby, które są przy siodle. I bukłaki z wodą. - Odepchnął miecz brata i klęknął przy Sing Lung. Była blada, roztrzęsiona, próbowała zasłonić brzuch... A on ją. Sprawdził szybko czy nic jej nie jest. Była umazana krwią, ale nie dopatrzył się żadnej rany... Nie krwawiła też między nogami. Dotknął jej brzucha, podskoczyła lekko wystraszona... Była w szoku? Poczuł nagle coś na ramieniu, obok niego wylądowały torby. Płaszcz, Bregen przyniósł mu płaszcz. To dobrze, przyda się teraz. Usiadł, posadził ją i podsadził sobie na kolano, lepiej żeby nie siedziała na tym zimnym runie leśnym taka roznegliżowana. Owinął ją płaszczem, pocałował w skroń i przytulił do siebie. Trzęsła się, ale chyba nic więcej jej nie było... Przynajmniej fizycznie. Psychicznie znów będzie rozstrojona tak jak... Wtedy... Ale tym razem nie odpychała go od siebie, wiedziała, że to on, Arechion, że nie zrobi jej krzywdy. Nawet jeśli nic nie mówiła, to on wiedział, że to minie, że za chwilę wszystko do niej dojdzie. Dłonie go bolały, plecy też. O głowie wolałby w ogóle zapomnieć... Pękała mu wręcz. Ale nie zwracał na to teraz większej uwagi. Powinien ją podnieść, zabrać stąd, ale wtedy chyba pękłby mu kręgosłup... Spojrzał w stronę Dendiego. Bregen już się nim zajął. Dobrze, im szybciej tym lepiej. Będzie mocno osłabiony, ale powinien wyjść z tego. Wciąż stał na nogach, a to dobry znak.

Zabrał miecz... Nie, ktoś go odepchnął... Ręce... Znowu oni? Na jej brzuchu... Przestraszyła się... Ale to inny dotyk, ostrożny. Zobaczyła przed oczami twarz... Okropna maska... Krew... Kto... to... To Kawaii... Arechion... Duch? Żyje? Pocałował ją, przytulił. Schowała twarz mu w piersi, wdychała jego zapach... potu i jabłek. Słyszała jego serce... Żył... Chciała dotknąć jego twarzy, ręki... Czuła jak całą drży... Chyba czymś ją okrył... Dopiero teraz poczuła jak jej było zimno... U góry cieplej... Ale na dole... Nogi... Zimno... Wilgoć... Szarpnęła się... Przeraziła, prawie nie mogła oddychać.... - Er zi Er zi Wo qi... Jiu Ta... - błagała by je uratowali.

Poczuł wilgoć na nogawce... Ciepłą... Nie było tego dużo... W pierwszej chwili wystraszył się, że to może krew, której nie dostrzegł, przeoczył... Szarpnęła się w jego ramionach... Też poczuła. Nie pozwolił jej uciec ze swoich kolan. Sięgnął ręką i sprawdził. Nie, to nie była krew... Dziecko, strach... Nie wytrzymała, naturalna reakcja organizmu na zagrożenie, strach. Zwłaszcza w takim stanie, kiedy, jak to sama powiedziała, siusia za dwoje.
- Już dobrze, kochanie. To nic... To normalne, nic się nie stało.
Objął ją szczelniej ramionami, zakołysał ich ciałami.
- <Bregenie, przejdziesz się po okolicy?> - poprosił brata w swoim języku. - <Sprawdź teren i wróć, daj mi chwilę tutaj.>
Drugi mężczyzna kiwnął głową, złapał za huński łuk i oddalił się. Złapie sobie ich konie, przejrzy i wybierze sobie jakiegoś do jazdy. Resztę zabije. Trzeba się też będzie pozbyć ciał...
Arechion odprowadził go wzrokiem, kołysząc Sing w swoich ramionach i czekał aż odezwie się do niego tak by zrozumiał...
- Arechion... Er zi, Er zi... - Mówił coś do niej. Uspakajał. Ale nie powiedział czy dziecko, czy wszystko z nim dobrze... Nie chciała by jej nie mówił, by okłamywał... Nie, nie jest dobrze... Co się stało... Niech powie... Niech jej powie! Bała się... Dziwne słowa... Inny język... Nie znała. Dlaczego mówił przy niej w innym języku? Dlaczego? Nie czuła bólu... To dobrze, źle? Z szoku? Z zimna? Wykrwawia się? Zaczęła szukać jego dłoni. - Powiedz... - ledwie wykrztusiła. - Powiedz mi... prawdę...
Pogładził ją po głowie, znów pocałował w skroń. Ujął jej dłoń i przyłożył do jej brzucha.
- Skoncentruj się... Wszystko w porządku, nie krwawisz, po prostu... Odetchnij głęboko, bo zemdlejesz zaraz... Spokojnie... To tylko... Pęcherz ci puścił, tylko tyle.
- Nie krew...? Nie zabili?
- Nie krew, nie zabili. Posiusiałaś się i nic więcej, nie masz się czego martwić. To normalne.
Zwiotczała. Ulga... Straszna ulga... Kręciło jej się w głowie...
- Mówili, że pewnie potwór... że z koniem... z psem... jak foka... że sprawdzą, rozetną i sprawdzą... dlaczego potwór... będzie inne? Ja z nikim... To twoje... Ja nie... twój...
Poczuł jak kompletnie się rozluźniła.
- Ciii... Oni nie żyją, nie przejmuj już się. Nic ci nie zrobili? Nie widziałem... Wszystkiego. Przepraszam, powinienem cię ratować, a nie leżeć nieprzytomny, gdyby nie Bregen... Nie, lepiej nie myśleć co by się stało... Dobrze się czujesz? Trzeba cię umyć i ubrać, bo zmarzniesz. Zaraz sięgnę jakąś szmatkę... - Zaczął grzebać jedną ręką w torbie w poszukiwaniu odpowiedniego materiału, którym zmyje z jej ciała ślady krwi.
- Nie... nie, dobrze. Już dobrze. Zostaw. Jedźmy stąd. Xena ich wysłała... Za mną... Ciebie chcieli żywego... Mówili, że ona chce... Jak się da... I mnie... może... że puszczą... Jeżeli przestanę walczyć... Przestałam... Groził, że cię zabije. Szansa... Bili... bili mnie... Chroniłam brzuch. Tylko brzuch... Może puszczą... Kłamali, prawda? Kłamali, wiem... Ale szansa... Zabiliby cię od razu. Jedźmy stąd... Dai Goh Bregen nie wiedział... Jak Hungnu... Chciał w brzuch... Błagałam, żeby nie... Błagałam. Jedźmy stąd... Dalej. Uciekajmy.
Zdążył już sięgnąć szmatkę. Zwilżył ją wodą z bukłaka i otarł jej delikatnie twarz. Bili ją... Gnoje... Tym bardziej Xena mu się naraża... Tym bardziej ma ochotę ją zabić w cierpieniach... Taaak, kłamali... Wysłano ich po to by zabić, a nie pojmać.
- Spokojnie, mamy chwilę czasu. Bregen się rozgląda teraz po okolicy. Gdyby było ich więcej, już by tu dotarli. Gdzie cię uderzyli? Pokaż mi gdzie boli.
- Nie wiem... Wszędzie... Chroniłam... Zaraz przestali, ten z nożem im kazał... Wiedział. Domyślił się. W twarz... w plecy... w ręce... Nie dawałam w brzuch... Chciał mnie kopnąć... Ale tylko przewrócił na bok... Jedźmy już... Boli mnie szczęka... i ramię... To chyba wszystko. Kręci mi się w głowie trochę... Pić... - Spojrzała na niego. - Arechionie, twoja głowa... Twarz. Cała we krwi. Twoje ręce... Przecież wiem, że bolą... Nie ruszaj. Co z głową?
- Nic mi nie jest, draśnięcie - uśmiechnął się do niej. Ciągle była roztrzęsiona... Nie będzie jej więc mówić o tym co jego boli. Dosyć się już dziś strachu najadła... Mówiła niezbyt składnie, ale rozumiał jej słowa. Na twarzy nie widział żadnych urazów. Obmacał jej szczękę, przejechał po niej opuszkami palców... Syknęła, zmarszczyła czoło, ale... Nic. Żadnych zgrubień, żadnych złamań. Dał jej pić, wytarł brodę. Pochylił ją lekko do przodu, odkrył plecy. Zbadał ramiona. Przy jednym stęknęła. Zwichnięte najprawdopodobniej, ale nie złamane. Jeden ślad buta kawałek niżej, blisko miejsca, w którym miała tego siniaka po upadku nieopodal Nukus. Znów zwilżył szmatkę. Woda była chłodna, ale nie ma tu innej. Przyłożył ją do jej skóry. Skrzywiła się lekko, wiedział, że to od zimna.
- Zimne, wiem... Ale ogniska nie będziemy tu palić. Wytrzymaj. Zaraz pojedziemy, niech Dendi chwilę odpocznie, dobrze? Jest ranny. I Bregen musi wrócić. Trzeba się też pozbyć tych ciał. Pewnie zrzucimy je z klifu, tak będzie najlepiej i najszybciej.
Obmył ją w miarę możliwości najlepiej, znów owinął płaszczem, porozcierał delikatnie żeby pobudzić krążenie i rozgrzać ją, po czym zaczął szukać dla niej czustego ubrania. Słyszał jak Brat chodzi w pobliżu... Dawał mu charakterystyczne znaki takie jak ciche puknięcie czy ułamanie drobnej gałązki. Ale bliżej nie podchodził. I dobrze, Arechion nie chciał go tutaj teraz. Pomógł Sing z ubraniem się. Ręce strasznie się jej trzęsły...
- Ou - stęknęła. Dziecko ją kopnęło. Już dobrze. Spokojnie. Nic ci nie zrobili. - Pomyślała i pomasowała brzuch zdrową ręką.
- Coś nie tak? - zagadnął Arechion i również powędrował ręką do jej brzucha. Czyżby jednak stało się jej coś poważniejszego? Uderzyli ją i tu? Może nawet nie poczuła...
- Nie, nie, chyba dobrze. Tylko kopie... Też chce się bić i mnie obronić... i tatę. Czujesz?
Odetchnął z ulgą, uśmiechnął się do niej i kiwnął głową.
- Niesamowite... Wojowniczy maluch.
Chwilę jeszcze potrzymał rękę na jej brzuchu, czując dokładnie ruchy dziecka, po czym pomógł jej się podnieść. Miała trochę miękkie nogi, nic dziwnego... Wciąż wilgotną chustą oczyścił sobie twarz z krwi. Miał guza na głowie, ale to nic groźnego. Po prostu kilka dni będzie go boleć.

Arechion zawołał brata. Uprzątnęli ciała, zrzucając je z klifu i dosiedli koni, które podprowadził. Huńskich koni... Dendi podążał za nimi. Nie załadowali go już bagażami żeby go nie obciążać dodatkowo. Musi wrócić do formy, więc trzeba go oszczędzać. Te konie nie były zbyt mądre... Ale jakoś dało się na nich jechać. Choć trzeba było operować lejcami. Bregen nie zgodził się na postój na noc, żeby się przespać. Chciał jak najszybciej dotrzeć do Arendal twierdząc, że jeśli Xena albo Yadger wysłali jeszcze kogoś, to z pewnością ich wtedy dogonią, a tak mają szansę ucieczki. Sing Lung przysypiała w siodle. Oparła głowę uchem o pierś Arechiona, tył podparła sobie o jego ramię. Mamrotała coś pod nosem co jakiś czas, czasem podrygiwała i zaciskała mocniej palce na jego ręku. Nie spała zbyt spokojnie... Często prosiła o postój żeby pójść za potrzebą. Była już tak zmęczona, że praktycznie chodziła z zamkniętymi oczyma. Arechion pomagał jej tyle ile mógł. Przynajmniej oczy mógł jej w takiej sytuacji zastąpić i podtrzymywać ją by się nie przewróciła po drodze o jakiś kamień albo własne nogi. Bregen ciągle kręcił głową, jechał zdecydowanie za szybko. Co go Arechion spowolnił, to ten znów przyspieszał. Białowłosy zakrył drugie ucho Azjatki żeby jej nie budzić i syknął do brata w ich języku:
- <Przestań zachowywać się jak opryskliwy smarkacz!>
- <To ty przestań spowalniać, co ty sobie myślisz, chcę szybko się dostać do wsi. A ty ciągle albo „jedź wolniej” albo „zatrzymaj się”. W takim tempie dotrzemy tam albo nad ranem albo w południe za dwa dni!>
- <Ja też, ale ona nie jest w stanie inaczej i dokładnie o tym wiesz! Co, Alissa to była taka mocna? Nie spała, nie piła, nie jadła i nie potrzebowała siku? A może tobie powinienem zakazać się załatwiać i jeść? Związać i wywracać oczami za każdym razem jak prosiłbyś o to by cię puścić w krzaczki, hm? Łapy z daleka i żadnych min, zrozumiano? Jest wystarczająco roztrzęsiona i zmęczona, nie będziesz jej jeszcze dokładać.>
Bregen zaniemówił. Nie chciał przyznawać bratu głośno racji, ale nie mógł też zaprzeczyć. Dokładnie pamiętał jak Alissa zachowywała się w ciąży. Bała się wszystkiego... Każdego głośniejszego odgłosu w lesie, każdego obcego na szlaku...
- <A jak coś ci się nie podoba, to jedź sobie sam, przodem, proszę bardzo... Droga wolna. Nie potrzebujemy łaski> - dodał jeszcze Arechion. Brat spojrzał na niego z wyrzutem.
- <Nie. Jeśli Yadger wysłał jeszcze kogoś, to lepiej żebym tu został. Czemu nie walczyłeś?>
- <Mam... Mało sprawne ręce... Dłonie... Potrzebuję dobrego szamana, który to cofnie.>
- <Połamała cię?>
- <Nie> - westchnął i pogładził Sing Lung po brzuchu. - <Ukrzyżowała.>
Bregen aż się zakrztusił wodą, którą właśnie popijał.
- <C... Co zrobiła?! Khy, khy!> - krzyknął.
- <Ciiiichooo, zamknij się, nie krzycz tak!> - Arechion spojrzał na Azjatkę, zmarszczyła czoło, jęknęła sobie cicho pod nosem i wtuliła się mocniej w jego pierś.
- <Nie masz śladów.>
- <Bo Sing je uleczyła... Ale nie da rady uleczyć nerwów. Tu potrzeba szamana, znasz jakiegoś? Muszę wrócić do pełnej sprawności, chyba rozumiesz...>
- <Lilith i Nolof Moonflower w lasach Ringerike. Tam powinniście się udać. Pokażę ci na mapie jak dotrzemy już do Arendal. Jedźcie, ja się muszę na moment zatrzymać... Natura wzywa tym razem mnie.>
Jechali tak przez całą noc i dzień następny. Do Arendal dotarli bardzo późnym wieczorem. Karczmarka powitała ich z szerokim uśmiechem. Nie spodziewała się gości. Powiedziała im tylko, że Uta już śpi, zaproponowała ciepły posiłek i przydzieliła pokój. Bregen pokazał Arechionowi na mapie, o którym miejscu mówił, po czym udał się do siebie. Nie powiedział im, ze wyjeżdża przed świtem... Próbowaliby go powstrzymać, a na to się zgodzić nie może. Spakował swoje rzeczy, napisał krótki list do brata i położył się spać na te kilka godzin... Nim opuścił karczmę, wsunął list do pokoju Arechiona i Sing przez szparę pod drzwiami. Zostawił mu w nim dokładne instrukcje jak zaleźć tych szmanów. Zostawił mu też pieniądze, które jemu samemu już się nie przydadzą. Podczas ich nieobecności wykuł prawdziwy czakram. Nie był on dokładnie taki sam jak Xeny, bo brakowało na nim zdobień, ale kształt był identyczny. Tę broń również mu zostawił, a w liście prosił by korzystał z niej mądrze. Zrzekł się ojcostwa, prosił ich oboje by zajęli się Utą. On nie mógł, z wiadomych przyczyn. Zakazał im jechać za nim. Nie życzył sobie spotkać ich na swojej drodze. To koniec, tu ich drogi musza się rozejść już na zawsze.


Ostatnio zmieniony przez red dnia Czw 19:40, 25 Cze 2009, w całości zmieniany 4 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
R
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 18 Kwi 2006
Posty: 4178
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 20:37, 10 Lis 2009    Temat postu:

przepraszam za spamowanie, ale miedzy wrzucona czescia a kolejnymi jest nie wiem ile, a chce wsadzic jedna z koncowych. Dzieki temu pozniej uzupelni sie kolejnosc, edytujac te puste posty
raz

POCZATEK PERYPETII Z CZENGIEM

- Rozleniwiłam się - Uśmiechnęła się niby to zawstydzona tym stanem. - Zaniedbałam nie tylko treningi, sprowadzanie deszczu i chmur, ale i kaligrafię. Jeśli pozwolisz, popisałabym trochę. Jeżeli niczego nie potrzebujesz... A wyjść na pokład możemy wieczorem, kiedy nie będzie tak wiało, a inni podróżujący będą pewnie pod pokładem raczyć się wieczerzą i napitkami. Chociaż... może lepiej byś jeszcze dziś nie przesadzał ze spacerami z widokiem na fale - skłamała. - Nie wiem czy ze wszystkim inhoa działa na Kamaeli jak na ren. Może krócej albo słabiej. Chyba szybciej wyczerpujecie wewnętrzną czi...
Rozleniwienie się z ćwiczeniem kaligrafii raczej nie szło w parze, no, ale... A czi to on m zdecydowanie pod dostatkiem... Może i go zemdli, ale przecież pomocy wie gdzie szukać. A dziecku przyda się spacer przed nocą, nawdycha się jeszcze i będzie porządnie spać. Nachylił się i pocałował ją delikatnie.
- Hmm... No ty tu sobie popisz, a ja wezmę Asaliego na spacer. Nie bój się, opatulę nosidełko porządnie, nic mu nie będzie. Wilk już był, śpi. Odwiedzimy konie, damy im trochę suszonych jabłek... I wrócimy.
Wstał, założył sobie nosidełko na pierś, opatulił syna porządnie w ciepłe odzienie, włożył go do nosidełka i opatulił siebie i jego jeszcze płaszczem tak, że małemu tylko głowa wystawała.
- Pomachalibyśmy, ale Asali ma zajęte łapki - puścił do niej oczko, złapał za sakiewkę z jabłkami i wyszedł.
Gdy wyszli Sing Lung wstała z hamaka. Obmyła się w słonej wodzie szmatką, nie należało to do najprzyjemniejszych zabiegów. Ubrała się w bieliznę, koszulę i spodnie. Ogarnęła trochę kajutę, a potem przygotowała sobie na stoliku zeszyt, przybory do pisania i świeczkę za osłoną, żeby nie spowodować pożaru. Woda, wodą, ale tutaj smoła i drewno, nawet mokre. Z Sakwy wyjęła złożoną jedwabną, błękitną materię. Rozłożyła ją na kolanach. Na stoliku położyła jeszcze igłę i nici. Otworzyła zeszyt i porównała wzór na materii. Wychodził jej zadowalająco. Miała nadzieję, że wojownikowi się spodoba... Smoczemu wojownikowi. Nawlokła nic i zaczęła drobnymi pociągnięciami, wkłuciami jedno tuż obok drugiego prowadzić haft. Złota nić błyszczała w świetle płomienia wraz z materiałem nadając haftowanemu wizerunkowi pozory ruchu i życia.
Białowłosy udał się najpierw do stajni. Dendi faktycznie był niezadowolony.
- Heeej koniku, spokojnie... - pogładził go po łbie, rozpiął płaszcz. Asali również wyciągał do niego swoje rączki. - Przynieśliśmy ci coś, wiesz? asz, proszę. Jabłuszko, te, które lubisz. Asali, dasz konikowi jabłuszko?
Podał dziecku kawałek jabłka. Maluch wepchnął je sobie do ust.
- Najwidoczniej nie - Arechion roześmiał się i podał kolejny kawałek zwierzęciu. Zbliżył się do nich również kałmuk Sing, jego też poczęstował. Postali tak chwilę, poobserwowali, po czym białowłosy udał się z dzieckiem na pokład. Poszedł na sam dziób. Do zachodu jeszcze trochę zostało... Maluch dziś też go nie zobaczy, no trudno. Lepiej żeby był zdrowy i smacznie spał o odpowiedniej porze niż miałby im potem kichać i prychać. Jeszcze by mu zaszkodził, a przecież nie chciał. Pogładził synka po główce, pocałował.
- Pokażę ci jutro. Mamie też - szepnął, odwrócił się na pięcie i spacerowym krokiem ruszył z powrotem do kajuty, czując na sobie czyjś wzrok. Zerknął kątem oka w bok. Młody, umorusany chłopak. Patrzył na niego już od dłuższego czasu... Ale białowłosy nie miał najmniejszej ochoty go zaczepiać i pytać o co mu chodzi. Widocznie nie widział nigdy Kamaela z dzieckiem.
Jak tylko wszedł do środka, dostrzegł, że Sing Lung chowa w torbie jakiś niebieski materiał. Czyżby sprawdzała suknię z tamtego nowego roku?
- No i wróciliśmy. Asali chyba teraz najchętniej by coś pojadł i poszedł spać. Zjadł kawałeczek suszonego jabłka, zasmakowało mu - uśmiechnął się, rozbierając siebie i dziecko z płaszcza. Wyjął malca z nosidełka, posadził go sobie a kolanach i jedną ręka trzymał, podczas, gdy druga ściągała nosidło. - Koniki mają się dobrze, do zachodu jeszcze trochę czasu, robi się chłodno. Zaraz zrobię nam coś na kolację, co byś zjadła?
- Wszystko co przyrządzisz zjem z chęcią, byle nie za tłuste i nie za dużo i bez mleka i czerwonego. Nie zaszkodzi małemu, może już jeść takie rzeczy? - spytała, biorąc od niego dziecko, rozpinając koszule i wyjmując przez rozcięcie pierś
- Tak, wiem, kochanie. Bez mleczka i marchewki - pocałował ją. - Czemu miałoby zaszkodzić? Dostał tylko kawałeczek. Wolał sam zjeść niż dać Dendiemu albo twojemu kałumkowi. Nic mu nie będzie, mięso już smakował, które jest ciężkie. Owoce są zdrowe, smaczne i leciutkie. Może uda mi się tu jutro dostać jakieś świeże jabłko, to by mu się rozgotowało.
Kucnął przy torbach, powyciągał rzeczy i produkty, odkrył kocioł, by sprawdzić ile wody już mają słodkiej. Pół pojemnika, świetnie. Odlał to do czystego wiadra, zakrył by nie odparowało, do mniejszego wiaderka zlał resztę słonej wody i zrobił parownicę, po czym wziął się za szykowanie bulionu i ryżu. Uszykował również wędzoną rybę i rzeczy do sushi. Pokroił trochę warzyw do sałatki, skropił ją oliwą i słoną wodą, żeby wzbogacić smak. Na małą miseczkę wyłożył wasabi. Posmakował... Moooocneeee... Mniam! Zastanawiał się przez moment czy nie powiedzieć Sing o tym młodzieńcu, który go obserwował. Ale stwierdził, że lepiej nie. Jeszcze zaczęłaby się martwić...
Sing Lung zdążyła akurat schować haftowaną koszulę, gdy Arechion z Asalim weszli do kajuty. Nie chciała pokazywać białowłosemu nie skończonej rzeczy. Wszystko musi mieć należytą oprawę. Karmiła synka, podczas gdy Arechion krzątał się po pomieszczeniu. Skupiła się całkowicie na dziecku. Miał takie niebieściutkie oczka. I zabawnie się uśmiechał i marszczył nosek. Nie śmiała nazwać go głośno ślicznym ani nawet tak pomyśleć, ale jej serce rosło z dumy. Chłopiec oderwał się od sutka i wyciągnął rączki w stronę pędzelka. Zanim się obejrzała już ściskał go w piąstce i pacnął się w buzię, próbując go sobie possać albo pogryźć. Wymazał się tuszem i skrzywił. Czym prędzej zabrała mu pędzelek. Oboje teraz byli upaćkani na czarno, a Szen wyglądał jakby miał wąsy!
- Nie wolno. To nie do jedzenia. Tutaj masz cycuszka. Szen... widzisz, nie można wszystkiego co złapiesz pchać do buzi. Cały się umorusałeś. Krzywisz się, krzywisz, pewnie, a kto ci kazał pić tusz zamiast mojego mleka? Wiem, że gorzkie i niesmaczne. No już, już, tylko nie płacz, nic się nie stało. Daj wytrę cię, bo wyglądasz jak rozbójnik. - Próbowała doprowadzić buzię dziecka do porządku szmatką. I tak trzeba wykapać je przed snem.
- Arechionie, starczy wody na kąpiel Szen Bo? Chyba muszę już tym się zająć, tusz się tylko rozmazuje.
Uśmiechał się pod nosem, zerkając co jakiś czas w jej stronę. Lubił ten widok. Sing i ich syn... To było... Takie słodkie... Naturalne.
- Jasne, że starczy. Dla nas też. Mówiłem już, że postaram się o słodką wodę, więc nie musisz się martwić. Bierz ile potrzebujesz.
Wstał i przesunął wiadro słodkiej wody do stolika. Spojrzał na synka, faktycznie wyglądał przezabawnie.
- Zagrzeję wody w imbryku, zmieszamy z zimną i będzie go można wykąpać całego w misce. Do jutra nam odparuje to co postawiłem tam, na noc się poprzysuwa wiadra bliżej żarnika. Jutro nabiorę ponownie.
Nastawił wodę do zagotowania, uszykował miskę, a na razie zmoczył szmatkę w zimnej wodzie, podgrzał lekko na ściance kociołka i podał jej.
- Na razie można musi wystarczyć to - powiedział, gilgocząc syna po brzuszku. - Aj tiii, źbójcuuuu...
[tutaj piski, kwiki rozradowanego dzieciaka <g> se prosze wyobraic takie typowe, zpalute i rozradowane]
- Arechionie, ty się do miski nie zmieścisz, a zaraz obaj będziecie czarni. Nie daj mu się łapać za ręce. Szen... Na Tian. Nie dotykaj włosów ojca. Daj tutaj te łapki. I nos, i policzki. Teraz to wyglądasz jak syn smolarza, a nie bajrena. Nie do oczu, bo będzie szczypało. - W końcu dziecko było jako tako wytarte. Już nie brudziło czarnymi smugami wszystkiego, czego sie złapało, ale jego skóra nabrała niezdrowego, szarego koloru jakby wytarzał się w popiele.
Arechion roześmiał się w głos, widząc malutkie, czarne odciski rączek dziecka na swojej dłoni. Wytarł ręce w spodnie, na nich nie widać, też czarne.
- Oj taaam... To tylko ręce... Nie? Dziubasku? - Złapał go za stópki i poruszał mu lekko nóżkami w górę i w dół, jakby chodził. - Żeś się utytłał jak świnka w błotku, zaraz będzie kąpu, kąpu!
Połaskotał jeszcze raz malucha, odwrócił się do żarnika, zamieszał w zupie i ryżu, sprawdził wodę. Niedługo woda będzie akurat do kąpieli. Potem zjedzą obiad... A później trzeba się znów zająć Sing Lung. Białowłosy miał nadzieje, że nie będzie się wzbraniać po dzisiejszym popołudniu.
Ryż już doszedł, odlał go więc, ostudził część i porobił sushi. Odlał też gorącej już wody do miski, uzupełnił zimną, sprawdził łokciem i zaniósł na stół.
- No to kąpiemy naszego małego brzdąca - powiedział z uśmiechem. Wyciągnął z torby ręcznik i położył go obok miski.
Sing włożyła malucha do miski, zaczęła go obmywać. Białowłosy również się do tego przyłączył. Maluchowi się podobało, łapał go za palce, ciągnął, zapluwał się ze śmiechu, gdy ojciec go łaskotał... Zachlapali stolik i trochę podłogi. W pewnym momencie, Arechion podskoczył, czując uszczypnięcie w pośladek. Spojrzał na Azjatkę, która groziła mu palcem, ale w oczach miała iskierki, świadczące że i ją to wszystko bawiło. A co mu tam... Zaryzykował i wytknął do niej język, dłonie przystawił za uszami i poruszał palcami. Asali ze śmiechu zaczął kwilić jeszcze głośniej, wymachując przy tym rączkami i ochlapując oboje rodziców.
- Ha! Widzisz, podooooba mu się - skomentował, połaskotał dziecko raz jeszcze, udał, że kąsa mu łapki, po czym pogłaskał go już spokojnie po główce i odwrócił się do obiadu, który lada moment wyszedłby im z kotła i zaczął raczkować nie gorzej niż ich syn. Zamieszał szybko w zupie, była już gotowa, więc ściągnął kocioł z żarnika i odstawił na bok. Nałożył ryżu na miseczki, Sing zaserwował również porządną porcję wędzonej ryby na talerzu, którą obrał dokładnie z ości. Poczekał aż kobieta ubierze dziecko, po czym ponalewał zupy do miseczek i podał wszystko na stół.

Sing Lung pokręciła tylko głową na zachowanie Arechiona jakby sam był paromiesięcznym dzieciakiem. Razem z Asalim chlapali się w misce, zalewając przy tym stół i podłogę. W końcu nie wytrzymała i uszczypnęła białowłosego w pośladek. Chce być traktowany jak dziecko to proszę! Podskoczył, złapał się za tyłek i popatrzył na nią zaskoczony. Pogroziła mu palcem rozbawiona i machnęła ręką kiedy pokazał jej język i rogi. Ale w końcu odczepił się od miski i poszedł robić jedzenie, a ona mogła dokończyć mycia Szena. Co też zrobiła, wojując nieco z rozbawionym malcem, któremu nie podobało się, że koniec chlapania. Zmoczyła mu delikatnie główkę i umyła włoski, a chwilę potem wytartego, ubranego i opatulonego w kocyk łącznie z główką, włożyła do zawiązanej chusty na krzyż na piersiach i usiadła przy stole.
Szen powoli zasypiał, ssac palec i gaworząc coś do siebie. Czuła jaki był cieplutki. Ze smakiem zajęła się porcją zupy kiedy tylko Arechion zaczął jeść swoją.
- Dobra zupa. - pochwaliła. - A szutao nie dasz trochę?
- Dziękuję - uśmiechnął się do niej. - Dla wilka jest kość, później jej dam.
Zajęła się rybą. Dała jeden kawałeczek Szenowi, po którym długo ciamkał i oblizywał się. Zaśmiała się, jak kot. Zupełnie jak kot, któremu da się coś tłustego. Kiedy Arechion sięgnął po cza i odchylił głowę, pospiesznie rzuciła parę kawałków szutao na legowisko i pokazała na migi, żeby szybko i cicho zjadł.
Arechion jadł to swoje surowe z ryżu, ryby i wodorostów. Takie... bez smaku. Opanowała chęć skrzywienia się.
- Arechionie, nie chcesz do sushi sosu sojowego? Mam w sakwie z przyborami kuchennymi, zaraz ci podam jak masz ochotę.
- Hm, jeszcze nie jadłem tego z sosem sojowym, posmakuję, ale wziąć mogę sobie sam - uśmiechnął się i odwrócił do sakwy.
Sing Lung wzięła kolejną porcję ryby. Dziwne, że od razu nie chciał sosu sojowego, przecież to podstawowa przyprawa do wszystkiego. Za to zajadał się tym czymś zielonym. To też wodorosty? Jakieś jasne... Nabrała trochę pasty na rybę. Pachnie jakoś... roślinnie? Szen od razu wyciągnął łapki, uśmiechnęła się i podsunęła mu kawałek do buzi, ale mały skrzywił się. Oho, chyba tłuste mu nie zasmakowało... Może samego zielonego zje? Ale zaraz, najpierw sama zje ten kawałek z rybą. Włożyła pałeczki do ust. Poruszyła parę razy szczękami. Przez smak ryby przebił się posmak dzikiego chrzanu. Nawet ciekawy... Ostre. Uch... Bardzo ostre! Poczuła, że coś niedobrego robi jej się z językiem. Przełknęła potrawę i zrobiło się jeszcze gorzej! Zabrakło jej powietrza! Gardło w jednej chwili rozpaliło jej się żywym ogniem, tak samo jak język chwilę wcześniej, z oczu popłynęły łzy, a w nosie zakręcił się katar. Otworzyła usta i zaczęła rozpaczliwie wciągać powietrze aż świszczało, próbując w ten sposób zgasić albo chociaż ochłodzić to co ją tak w środku paliło. Ale niewiele pomagało. Próbowała coś powiedzieć, ale czuła, że ma zaciśnięta krtań i że to samo robi się dalej, za przełykiem. Tian! Co to jest?! I ona chciała to dać dziecku! Zabiłoby je!
Wyciągnął z sakwy buteleczkę z sosem sojowym.
- Też chcesz? - zagadnął i spojrzał na nią. Była... Czerwona... ie, fioletowa wręcz. I miałą szeroko otwarte usta, tak jakby hiperwentylowała? Szybki, płytki oddech...
- Sing! - Złapał ją za ramiona, zaraz potem zabrał dziecko i odłożył na koję, po czym znów złapał i skupił jej wzrok na sobie. - Co się dzieje?!
Zachłysnęła się, czy jak? Przestraszyła? Ma jakiś atak?!
Zabrał jej dziecko, trzymał za ramiona i nie mogła złapać za czarkę z cza! Próbowała powiedzieć, ale tylko się krztusiła od tego piekącego piekła w gardle.
- Tfoo - wystękała wreszcie, pomiędzy kaszlnięciami i próbami wdechu, pokazując jednocześnie palcem na zielone świństwo na talerzyku.
Z oczu popłynęły jej już łzy, trzęsącą ręką gdzieś, coś pokazała. Odwrócił wzrok w tamtą stronę i dostrzegł, ż wskazuje na... Wasabi! Cholera, ona nie lubi ostrego, a to jest chyba najostrzejsza przyprawa na świecie! Pędem poszukał bukłaka z mlekiem i podał jej go do ust. Wiedział, że nie może mleka, że będzie po tym wymiotować... Ale nie ma wyboru. Prędzej się udusi niż zaleje płonące gardło, które z bólu zaciskało się jej pewnie i płuca paliły równym ogniem i bólem.
- Sing, musisz - powiedział. - Ani cza, ani woda nie zgaszą tego piekła dostatecznie szybko, trudno, pochorujesz... Ale MUSISZ się tego napić! No już, kilka łyczków. I płucz usta, zaraz będzie lepiej.
Najpierw złapała bukłak, ale jak tylko poczuła zapach, odepchnęła od siebie i pokręciła głową, ale Arechion nie ustępował. Kazał jej pić mleko! Kazał! Mówiła... że jak jej nie wierzy, to mu pokaże, że to ją może zabić... Mimo że wtedy była mała, do dziś pamiętała torsje, gorączkę i ból. Matka siedziała przy jej łóżku trzy dni. Mówi, że to jej pomoże... Gardło piekło coraz bardziej... W końcu zrezygnowana, zamknęła oczy i nabrała kolejnego świństwa do ust, tym razem białego. Dlaczego on chce ją zabić... dlaczego... Żołądek podszedł jej do gardła, ale przełknęła, raz, drugi... Trzeci nie dała rady. Odsunęła bukłak... Mogła oddychać! Stęchła w sobie, oklapła. Trzymała się stołu, pochylona i łapała powietrze, pokasłując od jednego i drugiego świństwa. Tian... Przeszło.
Odłożył bukłak i poprowadził ją na koję. Zmusił by usiadła i przysunął puste wiadro na wszelki wypadek. Wilgotną szmatką przetarł jej czoło, policzki i szyję. Rozpiął trochę koszulkę i przetarł jej również dekolt. Teraz dla odmiany była blada... Nie powinno być tak źle po tym mleku... Choć pewnie będzie wymiotować, tak jak mu mówiła.
- Czy są jakieś zioła, które pomogą po tym mleku? - zapytał cicho. Cała się trzęsła, ujął jedną jej dłoń, szmatkę przyłożył jej do czoła. - Spokojnie, już po wszystkim... Pocunujesz mnie jeszcze?
- Nie. Żadne zioła nie pomagają. Trzeba przeczekać aż minie... i całe mleko wyjdzie. Byłam dzieckiem... Wtedy chorowałam trzy dni. Po połowie garnka. Teraz nie wiem. Od tamtej pory więcej nie piłam. Tylko sojowe. Trzy łyki, może cztery... Nie wiem ile tego było. Może tylko zwymiotuję, może nie będzie bolało aż tak bardzo. Może nie będzie mi nic więcej. Dobrze, daj... porobię... te cuny... jak mówisz.
Pochylił głowę, ułatwiając jej dojście do karku i podał obie dłonie. Poczekał aż zastosuje na nim cuny i znów przyłożył wilgotną szmatkę do jej głowy. Drugie danie odeszło w zapomnienie, nakarmienie wilka również... Powinien dziecku dać coś pić... Na sen, żeby nie widział mamy w takim stanie.
- Połóż się, zdrzemnij chwilkę. Tu jest wiadro. Na pewno nic złego ci nie będzie... A ja tu będę cały czas, obiecuję. Ale wiedz, że nie dałem ci mleka żeby ci zaszkodzić, ale żeby ci życie uratować. Sing, ta zielona pasta to wasabi. To jest piekielnie ostre i nie każdy może to jeść, dużo sobie tego nabrałaś? To się smakuje ociupinkę na czubku palca, słońce... I sprawdza czy nie zatyka. A mleko zawsze pomaga na ostre. To jedyny specyfik. Dlatego tyle go piję.
- Posmarowałam porcję ryby. Jak sosem... Szen chciał... Dałam mu, ale się krzywił na rybę i sama zjadłam... Mogłam go zabić. Tian, zabiłabym go! Twojego syna! Moje dziecko... Proszę, weź go ode mnie. Zrobiłabym mu krzywdę... Tak jak Ucie... Nie obroniłam jej. Co ze mnie za głupia matka. Nie pomyślałam. Arechionie.... Gdyby Szenowi coś się stało.... Przeze mnie... Nie darowałabym sobie tego. Nikt by mi nie mógł wybaczyć. Nie mogłabym... Czy Uta mnie jeszcze pamięta? Kocha choć trochę? Moje córeczki... Nawet mnie nie znają... Bo je porzuciłam... i nie wrócę do nich. Przez Xenę... Przez tę barbarzyńską sukę! Wajgureńską zdzirę, która cię okaleczyła, złamała serce Sifu, a ze mnie uczyniła wygnaną i przeklętą! Nienawidzę jej, Tian jak ja jej nienawidzę... To nie ren, nie li, ale gdybym mogła, gdyby nie.... Zabiłabym ją za to wszystko, choć i tak nie miałby to sensu. - Zaczynało jej się przewracać w żołądku, czuła jak brzuch się napina. Jęknęła cicho i skuliła się na koi, czekając kiedy objawy się nasilą i czy będzie równie okropnie jak lata temu.
- Spokooojnie... Nie jesteś głupia, po prostu nie znałaś tego. Nie zabiłaś, odmówił, dziecko wie czy coś jest dla niego dobre, czy nie - powiedział, kładąc ją. W duchu chwalił syna za jego inteligencję. Do tej pory jadł wszystko co mu dawali, ale wasabi odmówił. Bardzo dobrze... - Poleż chwilkę, zamknij oczy i staraj się o niczym nie myśleć... Albo o czymś przyjemnym... Dam Szenowi pić i uśpię go, tak? No już... Leż spokojnie. Nic się nie stało, trzymaj - Zmoczył jeszcze szmatkę i położył jej na czole. - Spokojnie. No już... Cichutko, nie płacz. Nic się nie stało. popilnuj go chwilkę, masz go tu, pod ręką. O tak, trzymaj go, zaraz się nim zajmę. Uta na pewno cię pamięta. I kocha. Była bardzo za tobą, uważa nas za swoich rodziców, ciebie za mamę, słoneczko. Zobaczysz, ucieszy się, widząc, że przyjechaliśmy po nią. Tak, tak, Xena to suka. Niejednemu zrobiła ogromną krzywdę... No, ale już spokój, tak? Nie myśl o tym, nie myśl o złych rzeczach. Pomyśl o czymś miłym... Na przykład oooo... Oooo... O tym jak odbijamy Utę, jak biegnie z ogromnym uśmiechem w naszą stronę i tuli się do nas. O tym jak będziemy mogli skopać tyłki paru amazonkom - mówił do niej, szykując na prędce letniej cza z kilkoma kropelkami nasennymi. Dziecko szybko uśnie i prześpi całą akcję. Wziął syna na ręce, podał mu pić z bukłaka i zaczął usypiać. Maluch szybko odpływał w krainę snu... - Pomyśl o mnie w balii pełnej wisienek, o nas w... Truskawkach... I cynamonie... - Dziecko w końcu usnęło, ułożył je w kołysce, z dala od wiadra, w nogach koi, ale tak, by nie zahaczyć o nią nogą, czy nie wdepnąć przy wstawaniu. Pogłaskał Sing Lung po boku, wsunął dłoń pod koszulę i ułożył na jej brzuchu. Pozieleniała. Była cała spięta. Słyszał i czuł, że ma skurcze żołądka... Zapowiada się długa noc. I ciężka. Dla nich oboje... Cuny w końcu też przestaną działać i dołączy do niej...
Oddychała tylko płytko, czując jak brzuch napina się i boli ją coraz bardziej. Zaczęła się pocić. Nie minęło więcej niż pół godziny, a zawartość żołądka zaczęła jej podchodzić do gardła i odbijało jej się okropnie. Próbowała myśleć o czymś miłym, tak jak mówił Arechion... Kiedy jednak doszła do wisienek i truskawek...
- Muszę na dwór... Na powietrze. Zaraz będę z powrotem... - Tak naprawdę nie wiedziała, którą stroną to obrzydliwe mleko będzie sobie życzyło opuścić jej zepsute ciało i wolała jednak nie znaleźć się w sytuacji, kiedy wiadro będzie akurat nie z tego końca co potrzeba. Kajuta była mała... bez okien. Nie, nie może tak. Za burtę. I od razu jakoś się obmyje. Zwlokła się pospiesznie z koi i trzymając jedną ręką za brzuch, drugą łapiąc mebli, ruszyła truchcikiem do wyjścia.
Na dwór? Odetchnąć... Chłodnym powietrzem. Na niewiele się to zda, no ale... Skoro chce... Ale moment, chwila! Gdzie mu ucieka sama! Porwał płaszcz i szybkim krokiem dopadł do niej, opatulając ją chociaż prowizorycznie.
- No to idziemy, chodź - wyprowadził ją na pokład, nie zwracając najmniejszej uwagi na otoczenie. Marudziła mu oczywiście, że sama da sobie radę... Phi! I Jeszcze czego! Nie pamiętała już co jej mówił?! A ona swoje i swoje... Że dziecko same nie może być. Śpi! Nic mu nie będzie! I znów, że nie... No przecież jej nie zostawi samej! Zasłabnie albo co... Z takimi dolegliwościami to wielce prawdopodobne, że nie da rady o własnych siłach wrócić do kajuty. Poza tym... Czy ona naprawdę chce by wyrzucono ją za burtę?! - Nie ma mowy! - powiedział głośno, upartym i rozkazującym tonem. - Nie będziesz sama się tu pałętać, powiedziałem i starczy tego! Pójdziesz ze mną. I przestań się opierać, bo jeszcze coś ci się stanie na tym mokrym pokładzie. No już. A potem do kajuty, zajmę się tobą jak należy.

Od patrzenia na horyzont i zwijania liny oderwały go jakieś szurania i ciche szepty. Przysunął się trochę bliżej krawędzi daszku, na którym stał i kucnął schowany za szeroką podstawą masztu. To ten białowłosy wąskonosy.... I ona. Przyglądał im się od początku rejsu. Chociaż rzadko miał okazję - siedzieli zamknięci w kajucie. A raczej ona siedziała, bo mężczyzna wychodził na zewnątrz.... Do koni, do handlarzy i z dzieckiem. Wcześniej widział ją raz jak dźwigała ciężkie wiadro i myła je w morskiej wodzie. Nie zdążył do niej podejść, bo bosman go zagnał na rufę czyścić zęzę. Wciąż nie miał pewności... Żeby mógł przez chwilę z nią porozmawiać sam na sam. Bez obecności tego irytującego, pewnego siebie i przemądrzałego wielkoluda. Jego oczom ukazała się scena, która wywołała grymas gniewu na jego umorusanej twarzy. Mężczyzna ściskał kobietę za ramiona, trzymał blisko siebie. Ona coś mówiła, próbowała się odsunąć. W końcu białowłosy krzyknął na nią coś twardym tonem. Zrozumiał pojedyncze słowa. Pójdziesz ze mną... przestań się opierać... zajmę się tobą... jak należy. Zacisnął pięści. Nawet jeżeli to nie ona, żadna kobieta Han nie powinna być tak traktowana przez jakiegoś zamorskiego diabła i przybłędę. A jeżeli to ona... Musi się upewnić. Ma czas tylko do końca rejsu. Tylko jak pozbyć się tego wielkoluda?
- [Czeng! I czego się wylegujesz, nicponiu! Słońce zaraz zajdzie, chcesz zwijać te liny przy zielonym elmie? Pospiesz się, bosman chodzi jak struty, mało mu potrzeba, żeby pod łajbą nas przeciągnął. Coś się tak zapatrzył? Podróżni... Ta mała ci się podoba? Uważaj, nie trzymaj za blisko niej swojej umorusanej gęby, bo ci ten dzikus ją przemebluje na jeszcze gorszą niż masz. Nie dla takiego psa jak ty ta przepióreczka, rozumiesz? Nawet o tym nie myśl. Bosman jaja by ci urwał. O ile jakieś masz kurduplu jeden. ]
- [Nie... Ja tylko tak... Usłyszałem krzyki... Tak, wiem, nie dla mnie taka jak ona... Są inni...] - zawiesił głos pytająco. Nie tylko on miał oko na Azjatkę? Ktoś jeszcze z jego kamratów? Dobrze by było wiedzieć kto i dlaczego... Białowłosy jej pilnował. Ale jego opieka mogła być niewystarczająca, a przynajmniej nie taka jak powinna... Puszczał obok uszu kolejne drwiny. I tak są tylko białymi psami. Jest dziesięć tysięcy tysięcy lepszy od każdego z nich i każdy z jego kraju kolejne dziesięć tysięcy! Wybrudzona twarz pomagała mu zachować kamienna maskę, nie okazywać uczuć. Tak jak go uczono... Od dziecka. Jak każdego z nich. A dla takich dzikusów i obcych miał tylko jedno w odpowiedzi... Szeroki uśmiech i ugodowe potakiwanie, jakby byli od niego mądrzejsi po stokroć.
- [Może są, może nie. Nie twoja sprawa.] - odburknął tamten i rzucił mu ostatni zwój liny. - [Ruszaj się. Zaraz pierwsza nocna wachta. I przestań się tak przymilnie uśmiechać, bo wyglądasz na jeszcze głupszego niż jesteś.]
- [Już idę, idę] - Zerknął jeszcze przez ramię. kobieta i mężczyzna stali przy burcie. Znów się nachylał do niej i coś mówił... A ona... Chyba się trzęsła. Nie zdążył zobaczyć nic więcej bo starszy marynarz kopnął go w siedzenie, popychając do przodu i mało nie zrzucając z daszku. Lata treningów jednak dały mu doskonałe poczucie równowagi. Udał, że z trudem utrzymał się na nogach, by za chwilę zeskoczyć miękko na pokład i szybkim krokiem przemknąć do nadbudówek załogi.


Ostatnio zmieniony przez R dnia Nie 5:44, 15 Lis 2009, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
R
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 18 Kwi 2006
Posty: 4178
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 20:38, 10 Lis 2009    Temat postu:

WYCINANKA NR 1

Była ładna pogoda. Słonecznie, choć chłodno i wietrznie, ale to chyba normalne na morzu. I dobrze... Żagle ładnie się wydymały. O ile wiedziała brak wiatru nie uszczęśliwiał marynarzy, statki stały na wodzie pośrodku niczego... Wzdrygnęła się. Zagnała wilka do kącika, gdzie miała przyzwolenie na załatwienie się. Sama podeszła do burty i użyła zanjdujcego się tutaj wiadra na linie, żeby nabrać morskiej wody. Szybko uporała się z wiadrem z kajuty.
Znów dźwigała to wiadro do burty... Tak, to obowiązek kobiety takie prace. To właściwe... Ale jeżeli to ona... To ten pies powinien jej usługiwać, a nie ona jemu! Nawet jeżeli jest jej panem, to niedopuszczalne, żeby kobieta jej rodu i pozycji cierpiała takie traktowanie, które nie powinno być udziałem nawet gorszej niż ona. Nie w przypadku obcego białego! Nie był Han i pewnie nie był jej mężem. Zresztą nie mógł być. Rozejrzał się szybko. Była sama, on też. Nikt go nie pilnował. Zsunął się z masztu, ryzykując chłostę za opuszczenie stanowiska. Cicho stawiając bose stopy, podszedł do kobiety, zajętej wyciąganiem wiadra z wodą. Przyglądał jej się chwilę jeszcze... Nie, tak się nie dowie. Nawet z bliska... Nie wiedział. Stała plecami do niego...
Nagle warczący wściekle demon pojawił się nie wiadomo skąd! Ledwie zdążył złapać się liny i wskoczyć na reling, podciągając kolana pod samą brodę, zaśliniony pysk potwora kłapnął sucho zębami w miejscu gdzie chwilę wcześniej miał łydki.
- [Precz wredna bestio! Łapy ci poprzetrącam, żeby cię ryby żywcem wypatroszyły, a mewy oczy wyszarpały, ty piekielne stworzenie! Zostaw mnie! Nic ci nie zrobiłem, na Tian, ktoś powinien takie jak ty zatłuc po urodzeniu, najlepiej zardzewiałym bosakiem kupo zaplutego futra!] - Przestraszony obrzucił zwierzę stekiem przekleństw.
Sing Lung wypadło wiadro z rąk do morza, na szczęście było na linie, ale w tej chwili mało ją obchodziło co się z nim stanie. Najpierw usłyszała dziki, gardłowy warkot wilka, nim zdażyła się przestraszyć i pomyśleć, że właśnie szutao przestało być domowym pieskiem, za które miał je Arechion, a przypomniało sobie wilczą naturę, uświadomiła sobie, że ktoś krzyczy w ludzkiej mowie! Ręce jej się od tego zatrzęsły. Nie wiedziała co zrobić. Próbowała się uspokoić. W końcu odwróciła się. Na relingu, trzymając się kurczowo liny, kucał jakiś marynarz i wyzywał Dianę, która nie przejęta tym zupełnie rzucała się jak wściekła wzdłuż burty, próbując go dosięgnąć zębami. Może powinna jej na to pozwolić? Przyjrzała się szybko intruzowi. Nie miał broni. Właściwie nie wyglądał groźnie... Młody chłopak, trochę obdarty, a na pewno umorusany okropnie, jakby zapomniał do czego służy woda! Azjata, na pewno. I znał jej język... Co zagnało go aż tutaj z Qin? Nie wyglądał na szpiega... To pewnie przypadek... Zwykłe zrządzenie Tian. Zdusiła w sobie chęć zostawienia go szutao, to nie ren. Nic jej przecież nie zrobił i chyba nie miał zamiaru. Arechion tylko tak opowiada z tym wyrzucaniem za burtę...
- Szutao, zostaw go. Chodź tutaj! - krzyknęła do wilka po grecku. Zwierzę przestało biegać, popatrzyło na nią z wahaniem i powarkując, ale tak bardziej w stronę chłopaka. - W tej chwili! - I klepnęła się w udo. Wilczyca szczeknęła krótko i podbiegła do niej. Usiadła przy nodze, nie spuszczając wzroku z marynarza i świecąc kłami od ucha od ucha, ale już bez jednego dźwięku. - Przepraszam. To tylko nie ren. Nie lubi kiedy ktoś obcy kręci się w pobliżu. Już wracam do kajuty. - Powiedziała kilka słów przeprosin chociaż uważała, że niepotrzebnie się tym przejmuje. Ale nie chciała zadrażniać niepotrzebnie układów z marynarzami. Może nie powinna się odzywać, ale chyba przeprosiny nie łamały nadmiernie jakiegoś morskiego li...
Chłopak uspokoił się i patrzył na nią w milczeniu, ale nie zszedł z relingu. Pod tym spojrzeniem zaczęła się niepokoić. Dziwnie jej się przyglądał... Jakoś intensywnie... jakoś... znajomo... Był młody... Siedemnaście wiosen? Dwadzieścia? Czy sprowadzał z nią chmury i deszcz? Mógł? Nie... Nie pamiętała. Tak wielu... I bez znaczenia. Zresztą, nie powinien pamiętać jej twarzy. A teraz mało przypominała kobietę, kształty skrywało męskie odzienie. Wyglądała zupełnie inaczej, taką miała nadzieję. Poza tym co mógł mieć do zaoferowania Qin jakiś obdartus?! Nie, nie mógł jej znać, nie mógł być jednym z tych, których wybrała... Tylko tak mogła znać innych mężczyzn, jako Feniks. A na dworze Wanga... Nie przypominała sobie, żeby dopuszczono przed jej obliczę kogoś takiej postury i natury... To jakiś żądny przygód dzieciak, który uciekł z rodzinnej wioski albo go porwali i sprzedali na tę łajbę! Nie, to tylko jej wyobraźnia! Złapała wiadro, odwróciła się i zaczęła iść pospiesznie w stronę kajuty. Ale nie na tyle pospiesznie by nie sprawiało to wrażenia, że biegnie czy ucieka.
Krzyknęła coś do szczerzącego zęby stwora, który próbował odgryźć mu nogi. W grece... której prawie nie znał. Dlaczego nie w ludzkiej mowie? Dlaczego używała tego przebrzydłego, twardego barbarzyńskiego języka? Przecież była sama tutaj, mogła swobodnie rozmawiać. Nawet jeżeli pies rozumiał tylko tę mowę, to później odezwała się bezpośrednio do niego tez w grece. I tak nie wiedział co powiedziała. Przyglądał jej się ze skupieniem, porównując to co widział z tym co pamiętał. Czy to na pewno ona? Jej głos brzmiał mu dziwnie obco i twardo w tej diabelskiej grece. Nic nie przypominało dźwięcznego, miękkiego tonu i wielu akcentów ludzkiej mowy. Niegodnie krótkie włosy... Hańba. Tamten jej kazał? Ukarał w ten sposób za coś? Czy na Tian, nie wiedział jak bardzo odebrał jej twarz każąc spełnić taki kaprys? Powinna mieć piękne, długie lśniące włosy. Kunsztowną fryzurę, a wyglądała jak mężczyzna... W męskim stroju. Blada, zmęczona. Próbował odnaleźć w niej to co pamiętał. Sposób poruszania się, głos, władczy, ale jednocześnie miękki ton, którym zwykła przemawiać... Nie pamiętał jej twarzy. Nie wolno mu było patrzeć. Nawet gdyby pozwoliła. Teraz też nie powinien, nawet jako mężczyzna, to obraźliwe. Miała ładne, brązowe oczy... Jak listki peonii... jak dwa migdały... - uświadomił sobie o czym myśli i zaczerwienił się pod maską brudu. Wiedział, że była piękna. Zawsze była, nawet jeżeli nigdy nie widział dokładnie jej twarzy. Słyszał co mówili inni. Nie spuścił wzroku i przyglądał jej się dalej, mimo iż widział, że ją to peszy. Złapała wiadro, odwróciła się szybko i zaczęła iść. Nie! To może ostatnia szansa! Może nie mieć więcej okazji. Tamten jej pilnował... Ten wilk... Inni marynarze. Zeskoczył z relingu, gotowy za nią pobiec... zatrzymał się. Rozejrzał jeszcze raz. Tylko jedno przyszło mu do głowy...
- Wu Zetian!
Nie opanowała się. Stanęła w miejscu jak przymurowana. Nazwał ją po imieniu! Rodowym imieniu! Skąd je znał?! Skąd ją znał?! Był w pałacu? Ale taki młody... Wysłali go za nią? Nie może go tu zabić... Nie! Nie może w ogóle go zabić, niech odejdzie! Wu już nie ma! Nie istnieje! Jej nie ma! Nie przyzna się... Nie może... Tian! Ile jeszcze do portu? Głupiec! Życie mu niemiłe... Jeżeli będzie musiała... Nie wzięła broni... Tylko to wiadro... Mogłaby mu zmiażdżyć krtań...
Widział jak się raptownie zatrzymała. To ona? Dlatego stanęła? Czy tylko jego okrzyk ją zatrzymał... Bał się podejść bliżej z powodu wilka. Czekał na jej reakcję.... Spróbował jeszcze raz...
- [Pani Wu Zetian, wybacz, że ośmielam się do ciebie odzywać... Jeżeli to.... Przypominasz ją... Chyba. Pani wybacz moją śmiałość. Jestem Czeng Men... Pamiętasz mnie? Pani?]
Odwróciła się powoli. Czeng Men... Przyjrzała mu się jeszcze raz... Szukając w dawno wyblakłych wspomnieniach twarzy, do której pasowało to imię... Twarzy, wciąż dziecinnej i młodej, ale starszej o wiele, wiele lat niż wtedy... Na uderzenie serca przymknęła oczy. Nie zabije go... Chociaż powinna... Ściągnie na nią zgubę... Nie, nie może... Jeżeli to on... Naprawdę to on... Arechion nie może się dowiedzieć... Ani inni. Da mu szansę.
- Słucham? Mówiłeś coś do mnie chłopcze? Wybacz, nie rozumiem twej mowy... Czy... czy to było jakieś imię? - odezwała się po grecku, spokojnym wyważonym tonem, z uprzejmym zainteresowaniem, skrywając głęboko w sobie jakiekolwiek oznaki zdenerwowania.
Zawahał się... Dlaczego znów mówi do niego w barbarzyńskim języku? Powiedziała chyba, że nie rozumie... Skupił się i marszcząc czoło z trudem wydukał w grece:
- Pani... Wu Zetian... Ty być? Ty podobnasz... Poszobnać. Hen poszobna. Przepraszać... Mnie pamiętać? Mały... Czeng Men. Ja tylko ludzka mowa... Przepraszać...
Pokręciła głową i uśmiechnęła się łagodnie - Musiałeś się pomylić. Nie jestem tą, której imię wymieniłeś... Czeng Men... Czeng Men... Nie, nie przypominam sobie. Pierwszy raz płynę przez to morze, nie znam marynarzy. Przepraszam muszę już iść. - W odruchu chciała się skłonić, ale powstrzymała się. Może lepiej, żeby nie dygała przed nim na na dworze. Bo jeszcze bardziej się utwierdzi w swoich domysłach, a tak może uzna, że rzeczywiście mu się przewidziało.
Tak! To ona! Teraz już był pewien! Wystarczyło, że wypowiedziała jego imię. To jej głos, jej postawa... Chciała się chyba skłonić, ale zrezygnowała. Zanim się nie odezwała był gotów uznać, że się myli, ale te parę słów w ludzkiej mowie rozwiały jego wątpliwości. Nie zawracał już sobie głowy łamaną greką. Ruszył w jej stronę. Zatrzymał się kiedy wilk warknął ostrzegawczo. Posłał mu złe spojrzenie, ale nie wycofał się już.
- [Pani Wu... To ja... Proszę sobie przypomnieć... Proszę się nie lękać Pani. Jesteśmy tutaj sami. Wąskonosy nas nie usłyszy. Pani...] - powiedział ostrożnie. Może obawiała się tego wajgurena tak bardzo, że nie śmiała odezwać się do niego w ludzkiej mowie? Karał ją za to? Zakazał jej? Obawiała się czegoś? Ona? Pani Wu nie lękała się prawie niczego, to jej się bano! Dlaczego powiedziała, że to nie ona?
Sing Lung zatrzymała się ponownie i odwróciła. Młody głupiec! Nie dosyć, że naraża siebie to ją także! Niechże dotrze do niego, że ma przestać!
- Nie jestem Wu. Mówiłam już, nie rozumiem twojej mowy. Proszę... zostaw mnie w spokoju. Odejdź Czeng Men. Proszę... Tak będzie... jak należy. - I tym razem już naprawdę prawie biegnąc, dopadła do drzwi kajuty i wślizgnęła się czym prędzej do środka zanim natrętny chłopak znów otworzył usta, domagając się by sobie przypomniała.
Gdy zniknęła za drzwiami stał jeszcze chwilę na pustym pokładzie. Kazała mu odejść... To zrozumiał. że tak należy. Zacisnął zęby. Naprawdę bała się tego wielkoluda. Musi coś zrobić. Nie zostawi tak tego. Nie może być, żeby wajgureński dzikus miał nad nią władzę. Powinna wrócić... Była Han. Nie wolno jej tak! A ten białowłosy diabeł... doigra się. Już on się o to postara. Nie ma prawa. Nie jest Han i nie ma prawa mieć takiej władzy! Nagły podmuch wiatru pchnął go na reling. Oprzytomniał nieco. Zdusił niegodne emocje. Wiatr przybierał na sile. To... sztorm. Nadciągał sztorm. Lada moment pokład zaroi się od marynarzy, zabezpieczających ożaglowanie, załadunek... Szarpany podmuchami wiatru wspiął się na powrót na maszt i zaczął zwijać mniejszy żagiel. Nikt nie powinien go zobaczyć, że był na dole i że rozmawiał z Azjatką... Może sztorm będzie szansą... Każdy może wypaść za burtę... Nawet taki pewny siebie, białowłosy zamorski demon!

[...]

Białowłosy został sam z dzieckiem. Asali łapał go za dolną wargę i pchał palce do ust. Arechion złapał go za te małe rączki i ucałował.
- Oj, lubisz się bawić moją twarzą, co? - uśmiechnął się. - Ale nie dziś, maluszku. Dziś tatuś nie czuje się najlepiej.
Dziecko patrzyło na niego z zainteresowaniem, przechylało główkę i uśmiechało się szeroko. Oparło się rączkami o jego pierś, usiadło i patrzyło na niego z góry. Arechion musiał go trzymać żeby nie spadł. Łaskotał go lekko, maluch popiskiwał ze śmiechu i klaskał w rączki. W końcu znów położył mu się na piersi, białowłosy obrócił się na bok, układając go sobie wygodnie w ramionach i zamknął oczy z nosem w jego włoskach. Nie wywinie mu się z delikatnego uścisku, a musiał jeszcze trochę pospać... Może mały też jeszcze podrzemie? Na razie czuł rączki dziecka na swoich palcach. Dał mu się za nie złapać, odetchnął głęboko i chcąc, nie chcąc odpływał powoli w sen, nasłuchując powrotu Sing Lung. Powinna chyba już tu być... A może dopiero co wyszła? Nie wiedział, stracił trochę poczucie czasu... Był bardzo zmęczony i bolało go gardło. Ehhh... Chyba nic się jej nie stało? Powinien wstać... Iść tam po nią. Ale nie bardzo miał siłę. O, w końcu usłyszał jak wchodzi do kajuty.

Zamknęła drzwi i oparła się o nie czołem. Ścisnęła palcami ubranie na piersi. Może to wystarczy. Może zrozumiał. Nasłuchiwała chwilę, czy marynarz nie podchodzi do drzwi, czy nie zapuka... Nie wiedziała co zagnało go tak daleko od domu i nie chciała się dowiadywać. Niech zostawi ją i jej przeszłość w spokoju. Ale chyba nie był szpiegiem... Nie powinien. Pamiętała go jako dziecko. Przekleństwo! Dlaczego Tian to robi? Przecież to śmierć dla tego chłopca, za jej winy... Dlaczego? Może uwierzył... Nie sądziła, że wróci do Qin i powie Lao Ma albo Airen, że ją spotkał... Jest tylko prostym marynarzem.
Arechion coś powiedział, odwróciła się do niego.

Otworzył jedno oko, zerknął czy wszystko w porządku i znów zamknął. Wróciiiiiła... Nic się jej nie stało. Teraz może zasnąć...
- Nie chodź już nigdzie - poprosił cicho. - Nie beze mnie.

- Hao, hao. Nie będę. Śpij. Śpijcie. - odparła lekko roztargniona. Nie zgoniła nawet szutao, które wdrapało się jakoś na koję i uwaliło na nogach białowłosego. Zrobiła sobie cza i kleiku, ale ledwie go tknęła, mimo że była nawet głodna. Wzięła na moment dziecko z hamaka, przewinęła i nakarmiła. Diana wodziła za nią wzrokiem, gdy chodziła z dzieckiem na ręku podczas karmienia, poddenerwowana. Czuła się bezradna i uwięziona na tym statku. Nie mogła uciec, nie mogła zabić chłopaka, nie mogła pozwolić by Arechion się dowiedział o nim... Jeszcze raz natarła maścią synka i położyła znów obok Arechiona, który nawet się nie przebudził. Resztę poranka i południa przesiedziała przy stoliku, ściskając gorączkowo czarkę z cza. Zimną cza... I popatrywała tylko na śpiącego Arechiona i Szena. Wiatr nabierał na sile. Zaczęło chyba padać... Szum morza i kropel zlewał się dla niej w jedno. Słyszała pokrzykiwania załogi na zewnątrz.
Gdy Arechion się obudził, przyrządziła mu posiłek z suchego prowiantu. Nie miała nastroju na gotowanie. Nie protestował. Może uznał, że zadecydowała tak z powodu jego nocnej choroby żołądka.

W którymś momencie zdała sobie sprawę, że z niepokojem wsłuchuje się w to co działo się na zewnątrz i wzdraga się przy każdym skrzypnięciu drewnianych burt. To nie był już dobry wiatr. Nie taki, który nie pozwala jedynie stać statkowi w miejscu. Ten... łamał maszty i zrywał żagle. I topił ludzi... Nadciągał sztorm.

Przez trzy kolejne dni pogoda nie ulegała poprawie. Płynęli w deszczu i przy silnej fali. Pasażerowie siedzieli w kajutach. Arechion czuł się słabo, mimo inhoa. Starała się nie wychodzić z kajuty. Arechion mówił, że jeszcze dwa dni takiego rejsu, a z żagli nic nie zostanie. Wiatr był tak silny już, że zrywał olinowania zabezpieczające. Ale chyba jeszcze nikogo nie zwiało za burtę... Morze zamiast się uspakajać gniewało się coraz bardziej. Ale póki co płynęli do przodu. Każde li, nawet w deszczu i wichurze przybliżało ich do portu. Może w końcu wypłyną z tej dziwnej burzowej strefy... Arechion przypadkiem podsłuchał, jak bosman dziwi się takiej pogodzie o tej porze roku i na tym szlaku. Jak żył nie widział tutaj jeszcze takiej fanaberii. Zamilkł na widok białowłosego i skinął mu głową, po czym poszedł pokrzykiwać na marynarzy.

Przez kilka dni sztorm przybierał na sile. Statek kołysał się na wszystkie możliwe strony. Grzmiało, wiało... Bujało... Białowłosy czuł się... Źle. Cuny niby działały, ale nie do końca. W głowie mu się kręciło tak czy siak. I żołądek podchodził do gardła. Ale nie wymiotował. Zadbał o to by w wiadrach zebrała się deszczówka i wrócił do kajuty. Wilk wymiotował. Sing dała mu kropelek od Jeleny, więc usnął. Dziecko płakało, było niespokojne... Udało mu się namówić ją na podanie Szenowi lekkich ziółek na sen. Prześpi tę zadymę. Sing też nie była w najlepszej formie, przecież to burza! A ona bała się burzy... I to jeszcze na środku morza, na drewnianym, łatwym do zapalenia się statku... Próbowała tego nie okazywać, zachowywać się normalnie... Ale nie udawało jej się. Była cichsza niż zwykle, w jej oczach widział strach. Też starał się ją pocieszać. Przecież wszystko będzie dobrze... Sztorm jest na morzu czymś normalnym, kapitan zapewniał, że to nie jest najgorszy jaki widział i z pewnością dopłyną do portu bezpiecznie.
Znów go pocunowała, gdy usiadł na stołeczku przy stole i opuścił głowę, podpierając ją na pięściach. Usiadła naprzeciw niego i głaskała go po głowie. Był zmęczony... Miał ochotę się położyć obok dziecka i też spać. A wieczór tak wczesny! Nawet nie zjadł kolacji... Piekło rozpętało się niedługo po obiedzie i omal go nie zwrócił. A teraz to... Znów!
Nagle usłyszał jakieś podniesione głosy za drzwiami. Szurania. Co u licha... Nie rozumiał tego języka. Nie chciał otwierać drzwi, ale jeśli komuś coś się stało... Może trzeba pomóc? A przynajmniej sprawdzić. Poczekał aż głosy ucichną... Chyba sobie poszli. Otworzył drzwi i... dostał solidną belką w głowę. Nie zdążył się zasłonić. Czuł tylko, że twarz zalewa mu gorąca krew i ze pada na ziemię, po czym wszystko skryła ciemność.

Sing Lung coraz gorzej znosiła sztorm. Nie cierpiała tak jak Arechion, na którego inhoa przy takiej pogodzie działała dużo słabiej, ale po prostu bała się burzy na środku wielkiej wody, wśród fal, które nie dawały szans na przeżycie. Przynajmniej jej. Ale co tam ona. Najważniejsze żeby Szen przeżył i Arechion. Modliła się do Tian o poprawę pogody. Paliła kadzidełka i składała ofiarę z odrobiny każdego posiłku i wina. Ale nic nie pomagało, a nawet się pogorszyło. W nocy prawie nie spała, wpatrując się w ciemność i wsłuchując w pojękiwania szarpanego falami i wiatrem kadłuba. Nawet zmęczenie nie sprawiało, że usypiała. Starała się stosować czikung, ale nie sprawdzało się za dobrze w takich warunkach. Nie miała dokąd uciec, nie potrafiła znaleźć dobrych stron i wyjścia z sytuacji. Po raz pierwszy w życiu znalazła się na morzu podczas sztormu i nie wiedziała jak sobie z tym poradzić. Arechion próbował ją uspokoić i pocieszyć, ale ona wiedziała swoje. Siedzieli po obiedzie przy stole. Szen po ziółkach spał. Tak samo wilk, który nie zniósł w końcu też takiej pogody i się pochorował, chociaż do tej pory bujanie bardzo mu nie przeszkadzało. A może zeżarł coś na pokładzie z zęzy i taki skutek. W każdym razie dała mu parę kropli Jeleny, żeby przespał te swoje sensacje. Nagle Arechion, który do tej pory siedział, ze spuszczoną głową i podparty na rękach, podniósł się i zaczął coś nasłuchiwać przy drzwiach. Ona nic nie słyszała... Szum wiatru i morza, zagłuszał wszystko. Zanim zdążyła spytać czemu wstał i co się dzieje, otworzył drzwi do kajuty...
Wszystko stało się błyskawicznie. Widziała tylko jak Arechion nagle upada na podłogę. Poderwała się z miejsca i chciała podbiec do niego, ale w tej samej chwili do kajuty wpadła grupa mężczyzn. Mieli pałki, sznur. Myślała, że chcą zabić Arechiona. Bo był inny, biały, te uszy... Myliła się. Rzucili się na nią.
W kajucie nie było miejsca, bała się o dziecko. Mogli mu też zrobić krzywdę albo ona sama w czasie walki z taką ilością przeciwników i uzbrojonymi może w coś jeszcze niż tylko pałki. Była zmęczona i niewyspana, sama wiedziała, że ma opóźnione reakcje. I nie trenowała od wielu dni... Nie miała broni... Złapali ją za ręce. Nie szarpała się z nimi za mocno, oceniając sytuację i nie chcąc, żeby ją związali czy ogłuszyli jak Arechiona. Przynajmniej czepiała się tej myśli, że jest tylko nieprzytomny. Gdy ją wywlekali przez drzwi widziała, że twarz ma zakrwawioną... Ale przynajmniej zostawili go w spokoju, tak jak i Szena. Może na pokładzie będzie miała lepsze warunki do walki. Jak zwykle tacy jak oni nie doceniali takiej jak ona. Raczej nie pokona ich, ale może wyrwie się i ucieknie... Zaalarmuje kapitana... Nie wiedziała czego chcą od niej... Rozgniewała ich czymś, uchybiła? Przecież starała się być uprzejma, miła, nie odzywać, nie chodzić samej i nie tam gdzie Arechion sobie nie życzył. Prawie nie opuszczała kajuty, a na pewno nie od feralnego spotkania z Czengiem.
W twarz smagnął ją deszcz i lodowaty wiatr. Było ciemno, a od tego jeszcze bardziej traciła wzrok. Musiała mocno mrużyć oczy, bo wpadające do nich krople niemal bolały. Grupa marynarzy zatrzymała się i zaczęli zawzięcie dyskutować o czymś między sobą. Nagle zaczęli ją sobie wzajemnie wyrywać, szarpać za ramiona i przekrzykiwać.
- Gardło, krew!
- Nie, za burtę!
- Krew i gardło, to odgoni ten sztorm!
- CAŁA ZA BURTĘ!
- Ofiara to kreeeew!
- Ciało!
Jedni ciągnęli w jedną stronę, drudzy w drugą... I stali tak na tym deszczu, wietrze i kłócili się, która strona ma rację. Azja czy Grecja...
No przynajmniej nie zabili jej od razu, kłócą się o to chyba jak ją zabić... Ta burza większość zagłuszała, nawet ich wrzaski. Szczękała z zimna zębami, ale w środku starała się być lodowata i równie zimno oceniać to co się dzieje. Prawie przestali zwracać na nią uwagę, uśpieni jej powolnością i potulnością. Przy kolejnym szarpnięciu zwolenników poderznięcia jej gardła wykręciła raptownie obie ręce. Udało jej się jedną uwolnić. Od razu dała najbliższemu obdartusowi cios w szczękę od dołu. Poleciał do tyłu jak długi. Drugiemu, który ją trzymał wyłamała staw w nadgarstku. Puścił ją natychmiast z wrzaskiem. Musi się jakoś przez nich przedrzeć. Nie walczyć, nie dać się złapać, uciec. Byle nie wlecieć do morz... Nagłe uderzenie w żołądek odebrało jej oddech. Wywróciła się i zwymiotowała z bólu. Prawie jej się udało... do kapitańskich kwater pozostało kilkadziesiąt kroków... Nie zauważyła w tych warunkach nadciągającej pięści. Przeturlała się niezgrabnie po mokrym i śliskim pokładzie, żeby tylko nie pochwycili jej ponownie. Tym razem nie będzie miała kolejnej szansy, a oni nie będą już jej lekceważyć. Spróbowała krzyknąć, zawołać o pomoc. Zakasłała tylko, cios w brzuch pozbawił ją też głosu. Zresztą nawet gdyby nie to, to chyba nie zdołałaby przekrzyczeć zawieruchy... Na szczęście pogoda była też w jakimś stopniu jej sprzymierzeńcem. Nie była marynarzem, ale miała mocne poczucie równowagi i rozchybotany pokład, mokry i w czasie burzy nie był większym wyzwaniem dla niej niż niejeden z treningów w pałacu. Tutaj przynajmniej nie było ostrzy wyskakujących z ziemi... Jednak mało co widziała, a wiatr był dla niej za silny. Ale tamci też mieli trudności. Udawało jej się jakoś utrzymać dystans. Znów upadła... Przeraziła się, że teraz na pewno ją złapią. Słyszała krzyki za plecami. Jeszcze intensywniejsze, bardziej wściekłe. Jakieś uderzenia, klaśnięcia. Rzucali w nią czymś? Pobili się między sobą? Zaczęła się podnosić, chociaż przeczuwała, że w każdej chwili poczuje ich ręce na sobie... I nic się nie stało... Podniosła się do pionu i spojrzała za siebie i dookoła... Napastnicy leżeli w większości na pokładzie. Nieruchomo albo jęczeli. Co się stało? Urwała się jakaś skrzynia i ich poprzewracała? Ci, którzy utrzymali się na nogach zatrzymali się i rozglądali się jakoś nerwowo dookoła, nie zwracali na nią w tym momencie uwagi. Jeden z nich zawołał coś, czego nie zrozumiała, pokazując ręką gdzieś w ciemność. Za chwilę złapał gardło obiema rękami, upadł na kolana, a potem na twarz i znieruchomiał... Wydawało jej się, że przez krótką chwilę widziała... białą twarz... nie... bardziej jakby upiorną białą maskę... twarz demona... Nie była pewna, może to któryś z marynarzy. Jednocześnie ciemność rozdarł przerażony krzyk, tak intensywny, że przedarł się przez wycie wiatru. Krzyk urwał się nagle głośnym pluskiem... Jeden z nich wypadł za burtę? I dobrze, ale co się dzieje? Arechion... To Arechion? Jakiś kształt... A może to tylko zwrot deszczu... Wciąż nie mogła krzyczeć. Wpatrywała się w ciemność równie intensywnie jak marynarze... I nic jej to nie dawało... Przez moment wydawało jej się, że ktoś jest obok niej, że ją dotyka... Wrażenie znikło równie nagle jak się pojawiło. Za plecami usłyszała kolejne krzyki... Ale tym razem... rozpoznała głos bosmana i jego wściekłe wyzwiska skierowane najwyraźniej do tych, którzy ją porwali. Złapała się jakiejś liny resztkami sił. Wszystko z niej opadło. Nie zdawała sobie w ferworze walki sprawy z tego jak jest obolała i zmęczona i jak wielką ulgę poczuła kiedy niebezpieczeństwo minęło. Miotnęło nią o burtę... Chwilę wcześniej i wylądowałaby w morzu tak jak tamten... i tak jak chcieli goniący ją marynarze... No przynajmniej cześć z nich.
Otoczyli ją inni marynarze z kapitanem i bosmanem na czele. Rozejrzała się nieprzytomnie... W sumie nie byli tak daleko od ich kajuty...

Ocknął się, słysząc jakieś podniesione głosy... Nie rozumiał słów... Nic nie rozumiał. Co się stało? Dlaczego... leży? Głowa go bolała. Podniósł się do klęczek, dotknął nad skronią... Krew. Ktoś go chyba uderzył, sam sobie przecież tego nie zrobił, a ostatnie co pamięta to to, że... że otworzył drzwi. Odwrócił się do pokoju. Pusto! Dziecko i wilk, a Sing? Gdzie Sing?! Poderwał się na nogi, za szybko, upadł, ale poderwał się ponownie, złapał stołka i wyciągnął szybko swój miecz, po czym ruszył na pokład, podpierając się o ściany i próbując skupić wzrok na tym co... chyba widział przed sobą. Wzrok miał mocno zamazany, w głowie mu się kręciło i krew spływała przez czoło, po lewym oku, policzku, brodzie... Zaraz jednak zmył ją deszcz, którego ostre, zimne krople smagnęły go w twarz, dodatkowo oślepiając. Jakaś zgraja ludzi... Głos kapitana, mocno zdenerwowanego... I kolor ubrania Sing.
- Zostawcie ją! - zawołał wściekły, przekrzykując szum wiatru i wzburzonego sztormem morza. - Łapy precz, idźcie do diabła! Zaplute, plugawe gnojki! Rozerwę was na części! - Próbował skupić wzrok na którymkolwiek z oprawców, dostrzec twarz, ale wszystko mu się zamazywało! Pozostawał mu tylko głos... - Hao? - zapytał już spokojniej Sing, otaczając ją ramieniem i próbując choć trochę odgrodzić od deszczu i wiatru. - Nic ci nie zrobili? - ostrze miecza wycelował w stronę jednego z mężczyzn, który zaczął coś nagle gadać w swoim języku... Jednocześnie zawadził o coś nogą... Ciało... Pobłądził wzrokiem po pokładzie, było ich więcej. Pozabijała ich? Dobra dziewczynka. Broniła się, nie mają prawa mieć o to do niej pretensji za poranionych i zabitych, niech się nawet nie ważą! I na pewno nie zapłaci ani dinara za jakiekolwiek szkody i roszczenia! Prędzej sam ich wszystkich wyrzuci za burtę, łącznie z tym ślepym kapitanem!
- Spokojnie, białowłosy! Nic się nie stało, dotarłem na czas, a ci tutaj już nie stwarzają zagrożenia! - usłyszał kapitana, którego do tej pory ignorował.
- Nic się nie stało?! Do cholery jasnej, spójrz pan na moją głowę, to pan nazywasz "nic się nie stało"?! Kobietę mi prawie zabili, dziecku mogli krzywdę zrobić, a pan twierdzi, że NIC SIĘ NIE STAŁO?! Płacąc za wstęp na tę łajbę, płaciłem za BEZPIECZNĄ PODRÓŻ! Co otrzymałem w zamian?! Guza na głowie i wielce śmierdzącą sytuację! Trzymaj pan od nas z daleka takich debili albo im łby pourywam i rzucę na pożarcie rybom, ot co!
Zaczął się zastanawiać co tu robi kapitan, przecież nie opuściłby swojego stanowiska... Bez potrzeby. Ale nie zauważyłby nic nienormalnego na tej części statku! Ktoś musiał tu ingerować... Czy na pewno Sing sama sobie z nimi poradziła? Przecież nie sypiała prawie wcale, była skonana, chyba nie podołałaby takiej zgrai rzezimieszków... Nawet mimo rozbitej głowy i zamglonego wzroku widział, że jest ledwo żywa... Dowie się później... Jeśli ktoś jej pomógł, zasługuje na nagrodę. A przynajmniej na łyk dobrego rumu czy araku.
- Chodźmy do kajuty, kochanie - powiedział cicho, tuż nad jej uchem. - Szen sam... Przemokłaś, marzniesz... Nie warto tracić czasu na te gnidy tutaj... - Zatoczył półkole mieczem nad głowami zgromadzonych marynarzy i ciałami tych pobitych. - A was ostrzegam! Zbliż się któryś do moich drzwi, do niej, do dziecka czy wilka albo niech mi się któryś z koni pochoruje, a będę wiedział kogo wybebeszyć!
Przysunął ją bardziej do siebie i ni to ją zaprowadził, ni to ona jego z powrotem do kajuty. Odłożył miecz na bok, żeby nikt się nim nie pokaleczył... Nie trafiłby nim teraz do pochwy, to pewne. A nawet nie wiedział gdzie jest. Nie widział jeszcze wyraźnie. Usiadł na stołku i przyłożył sobie ręcznik do głowy.
- Odpowiesz mi teraz? - poprosił spokojnie, zdejmując jedną ręką przemoczoną koszulę. - Co ci zrobili, czego chcieli? I kto pomógł? Należy mu się coś za to.
Pomogła mu się rozebrać. Odsunęła mu rękę z ręcznikiem i zbadała ranę. Na szczęście to tylko skóra, czaszka cała, guza chyba też nie będzie miał za dużego, ale szyć trzeba. I włosy wygolić, Tian!
- Nie wiem... - Ręce jej się trochę trzęsły z emocji. - Wywlekli mnie na pokład, kłócili się jak mnie zabić... Jedni chcieli wrzucić do morza, drudzy poderżnąć gardło... O ile zrozumiałam, wierzyli, że tak przebłagają morze, że sztorm ucichnie. Nie wiedziałam co z tobą. Szarpali mnie, ale to była moja szansa. Nie miałam broni, ale udało mi się uwolnić rękę. Uderzyłam jednego, potem drugiego, ale chyba nie dałabym rady wszystkim... I jeszcze ten deszcz i burza... Ale miałam nadzieję, że zaalarmuje kogoś albo ty dojdziesz do siebie... Najważniejsze, ze zostawili Szena w spokoju... Bałam się, że jego też złożą w ofierze... Najpierw myślałam, że chodzi im o ciebie... A oni chcieli tylko... mnie... Nie wiem czy pobili się w końcu o mnie... Nie widziałam... nikogo - zawahała się lekko, niepewna tego czego tak naprawdę była świadkiem - A przynajmniej nie ujawnił się wprost... Jeden z marynarzy mnie uderzył w brzuch i wywróciłam się, a kiedy wstałam widziałam połowę z nich na pokładzie, wijących się z bólu albo nieruchomych. Nie wiem, żywych, czy martwych... i wtedy pojawiłeś się ty z mieczem i kapitan z ludźmi... To chyba nie było zaplanowane. Nic nie wiedział... Część marynarzy tak bardzo bała się sztormu, że uznali, że poświęcenie kobiety to jakiś sposób... Czekaj, trzeba to zeszyć. Zaraz wezmę igłę. Tylko trochę włosów trzeba ogolić, mogę?
- Kapitan bez nagłej potrzeby nie opuści mostka, słońce - Powędrował ręką do jej brzucha, wsunął dłoń pod mokre ubranie i obadał ją delikatnie, by za chwilę nakryć ją całą dłonią. Trzęsła się, była spięta i zimna. - Ktoś musiał go zawiadomić. No i jednak ktoś przyszedł ci na ratunek... - "że też nie byłem to do cholery ja..." - Zdejmij to przemoczone ubranie, pochorujesz się... Musisz się napić czegoś ciepłego, mi nic nie będzie. To tylko głowa... Chwilę może poczekać. Tak... wygól ile trzeba... Chyba nie będzie aż tak widać. Powinnaś się przespać, odpocząć. Jesteś roztrzęsiona... Może jednak wypijesz to co Szen? Nie bój się, nie dam się już więcej zaskoczyć i cię skrzywdzić... Poważnie porozmawiam z kapitanem.
Dał się jej zeszyć i poprosił o cuny, bo zawroty głowy za bardzo się nasilały. Obmyli się szybko, wypili ciepłej cza i położyli się spać. Było już późno... Sing upierała się, że nie potrzebuje nic na sen, przytuliła tylko mocno do siebie synka. Sam więc przytulił ją do siebie i próbował wytrzymać póki ona nie uśnie.


[...]


Mała śmierdząca uliczka... Nienawidził takich. Czuł się jak w klatce. Dlaczego do tej cholernej karczmy nie ma innej drogi?! Ciemny zaułek, cholera jasna. W takich miejscach można się spodziewać tylko tego, że oberwie się nożem w plecy. Albo pałką w łeb. Musiał mieć teraz oczy wkoło głowy i mocno wytężone zmysły, żeby nie dać się zaskoczyć jak na tym cholernym statku podczas sztormu. Nienawidził sytuacji, w których czuł się zagrożony atakiem z każdej możliwej strony. Nornil, to mu się kojarzyło z atakiem na Makurazaki, gdzie gro walk odbywało się właśnie w takich zaułkach! Klatka! Otoczona kamiennymi ścianami klatka! Więzienie... Jak ten dół u Xeny! Ciemne, ciasne, śmierdzące... I wiejące grozą... I niewiele się mylił! Usłyszał szelest, wilk padł bez warknięcia, ugodzony czymś z oddali. Arechion odwrócił się, zasłaniając sobą Sing Lung i dziecko. Kawałek od nich był ktoś mały, ubrany na czarno, w białej masce... Przypominającej... Hannyę? Do wszystkich diabłów, co tu robi Hannya?! Czy to Yuki przyszła go nawiedzać?! Nie... Dawno by to zrobiła, ten przeciwnik był realny. To tylko maska! Ale kobieta to czy mężczyzna? Nie umiał ocenić. Kolejna dmuchawka, białowłosy złapał za drewnianą pokrywę beczki stojącej pod ścianą tuż obok niego i osłonił się nią. Dmuchawka... Napastnik strzelał z dmuchawki! I nagle, rzucił się w jego stronę z... hakami! Cichy, szybki, skoczny! Arechion chciał dobyć miecza, ale przeciwniki skutecznie mu to uniemożliwił. Nie mógł walczyć inaczej niż klingą w pochwie! ARGH! Co za gnojek! Zero honoru! Nie pozostało mu więc nic innego jak walczyć mieczem w osłonie. Bronić się!
- Kim do licha jesteś?! Pokaż swoją twarz! Honoru nie masz! Walczyć nie umiesz! Atakować rodzinę z dzieckiem z ukrycia, zza pleców! - wrzeszczał do niego.
Napastnik był szybki. I mniejszy od niego, więc łatwiej było mu w tej przeklętej uliczce! Białowłosy zaczął się już ostro denerwować, nie chciał go zabić na oczach syna! Ale musiał go jakoś rozbroić! Co za uparte ciele, kto to u licha jest?! Maska, trzeba zdjąć te maskę! I jeszcze walka na małą odległość... Gnojek próbował dostać się do jego szyi, ale Arechion skutecznie potrafił się bronić.
Zdenerwowany, natarł teraz na przeciwnika, kilkoma ciosami sprawił, że jego ręce powędrowały na boki jak niczym kończyny szmacianej kukły, uderzył go mocno w tę maskę... Pękła, odsłaniając twarz... Chłopaka. Skośnookiego! A więc jednak to facet... Napastnik został mocno zamroczony, z jego nosa pociekła krew. Upadł na kolana. Arechion złapał go za ręce zabrał haki i wybił dłonie z nadgarstków. Chłopak krzyknął w bólu, Arechion sięgnął teraz po miecz i wyciągnął go z pochwy. Unieruchomił mu ręce jedną ze swoich, klingę przyłożył do gardła.
- Kim jesteś, czego chcesz, dlaczego nas zaatakowałeś bezhonorowy gówniarzu?! Życie ci niemiłe?! Chcesz żeby cię rozpruł i udekorował twoimi flakami okoliczne ściany?! No?! GADAJ SZCZENIAKU! I może tak nauczysz się trochę honorowej walki, co?! Atakować przeciwnika od pleców... Tatuś nic nie uczył?! - Potrząsnął nim, zdenerwowany. - Mów, dzieciaku! Kto cię nasłał i czego do cholery chce?!
- [Pani uciekaj, proszę, błagam! Zostaw tego psa! Nie zważaj na mnie, powstrzymam go za cenę życia, mam truciznę. Pani nie skrywaj się juz, proszę, ratuj się!] - wołał Szeng, nie zwracając najmniejszej uwagi na wrzaski białowłosego dzikusa i potrząsanie nim. Nawet jeżeli by rozumiał, co wrzeszczy i tak nie miał zamiaru zniżyć się do odpowiadania mu. Wyłamał mu nadgarstki... Ale to nic... Czuł palce... Wystarczy, że go rani... Jest blisko. Początkowo chciał go uśpić tak jak wilka. Pani Wu zdawała się darzyć to nie ren jakąś sympatią. Ale mężczyzna okazał się mocnym przeciwnikiem i odkrył kim jest. Prawie go pokonał, rozbroił, teraz musi go zabić, nie ma innego wyjścia, inaczej Pani Wu nie zdoła od niego uciec.
Zwrócił się do Sing Lung! W jej języku! Nie znał znaczenia tych słów, ale to był qiński... Kim jest ten szczyl? Zna Sing? Ale skąd?! Przecież to dzieciak jeszcze! Arechion przycisnął klingę do jego policzka (nie ostrzem), zmusił by chłopak spojrzał na niego.
- Kim ty u diabła jesteś? - syknął. - Szpiegiem? Chcesz ją zabić? Złapać? Wydać? A może złapać i sprzedać? Nie mogę pozwolić ci odejść, jesteś zagrożeniem... - Obrócił miecz tak, by klinga dotykała ostrzem szyi młodzieńca. - Nie chcę tego robić, wierz mi, chłopcze. Młody jesteś... Ale nie mam wyboru, niech mi Nornil wybaczy.

Sing Lung prawie podpierała się nosem ze zmęczenia, ale była szczęśliwa, że rejs dobiegł końca, że wreszcie zeszli na ląd, że nie ma pod sobą lodowatej falującej głębi i że z każdym krokiem w miasto oddalają się od statku i jego załogi. A w szczególności jednego z niej... Wóz i konie zostawili póki co w portowym kantorze. Nie znali miasta, a ulice były dość wąskie i zatłoczone. Uznali z Arechionem, że lepiej najpierw znaleźć jakiś porządny nocleg, ze stajnią i miejscem na wóz, a dopiero potem je tam umieścić. Przepychanie się z dobytkiem przez plątaninie ulic zajęłoby im pół nocy. Na nogach, nawet z dzieckiem na ręku poruszali się zdecydowanie szybciej. Arechion po raz kolejny przystanął i wdał się w rozmowę z jakimś kupcem zwijającym właśnie swój kram. Oboje gestykulowali i uzgadniali szczegóły dalszej drogi przez miasto czy też karczmy, do której powinni dotrzeć. Sing Lung nie zwracała na to większej uwagi. Przysiadła na jakiejś skrzynce przykrytej płótnem i starała się nie wdychać za głęboko niezbyt przyjemnych zapachów tego wajgureńskiego miasta. Owszem było duże, murowane, portowe... ale do czystości było mu daleko. Diana szukała czegoś w kącie. Przywołała ją do siebie. Znów by jeszcze coś zeżarła i się pochorowała, a nie miała ochoty na zajmowanie się teraz głupim nie ren. Wilk przysiadł jej z boku i położył łeb na kolanach. Machinalnie głaskała go między uszami. Szen przysypiał, co jakiś czas otwierając oczka i upewniając się, że ma ją pod rączkami. Na szczęście nie marudził, że jest głodny i miał sucho. Był już naprawdę ciężki i miała nadzieję, że jednak szybko dojdą do tej karczmy.
Diana szczeknęła krótko i chciała się wyrwać w kąt ulicy. - Spokój! Nie będziesz teraz mi łazić po zakamarkach i szukać śmieci, szczurów czy co tam ci się widzi. Siedź tutaj, to miasto, nie las. Zgubisz się. - Przytrzymała wilka za ucho. Pisnął cichutko, ale został na miejscu. Sing Lung jednocześnie ukradkiem obrzuciła spojrzeniem okolicę. Obce miasto... Ale pusto. Arechion albo wilk na pewno by kogoś wyczuli. Tian, ona by też wyczuła, ludzie tutaj chyba w ogóle nie wiedzą do czego służy woda!
Arechion skończył rozmowę, więc podniosła się z miejsca. Ruszyli w dalszą drogę. Białowłosy prowadził ich uliczkami, dalej i dalej w głąb miasta. Robiło się coraz ciemniej i coraz bezludniej... Nie chciała odbierać mu twarzy, ale na pewno wiedział gdzie idzie? Zanim jednak zdecydowała się go zatrzymać i zapytać o to, kiedy wilkiem nagle pisnął, szarpnął się w bok i upadł z na ziemię. Arechion zasłonił ją sobą. Ale ona nie miała zamiaru stać bezczynnie, jeżeli czekała ich walka z bandytami. Z Szenem nie mogła pozwolić sobie na zbyt wiele, ale nie mogła dać się zabić kiedy Arechion będzie zajęty walką. Przekręciła szybko chustę z dzieckiem na plecy i ustawiła się tak, żeby za sobą mieć tylko ścianę i ewentualnie jakąć osłonę do schowania się z małym. Przez moment zastanawiała się czy nie ukryć dziecka za jakaś skrzynią czy w beczce i stanąć u boku Arechiona, ale uznała, że to zbyt duże ryzyko dla małego. W każdym razie trzymała w ręku pochwę ze swoim mieczem gotowa w każdej chwili obnażyć ostrze.
Arechion złapał pokrywę beczki. Chciał użyć jej jako dodatkowej tarczy? W tym samy momencie usłyszała kilka głuchych stuknięć. Wciąż nie widziała przeciwników, poza tym wszystkim panowała cisza. Noże? Rozejrzała się na ile mogła, ale na tym atak z odległości się skończył. W zaułku nagle pojawiła się ciemna, drobna postać i rzuciła się z dwoma ostrzami na Arechiona. Sing Lung na moment zabrakło tchu kiedy zobaczyła, że napastnik nosi białą maskę... Tak jak na statku, a więc nie wydawało jej się wtedy! Widziała to. To była ta maska! Ten sam człowiek? Ale przyjaciel czy wróg? Wtedy jej pomógł? Ale czy na pewno? Teraz atakował zawzięcie Arechiona... Pierwsze oszołomienie minęło. W jednej chwili rozpoznała broń tamtego. Używał podwójnych haków i nie wyglądało na to, że nie żartuje. Arechion miał spore trudności z zadaniem ciosu napastnikowi. Nawet nie zdołał wyciągnąć miecza, bronił się pochwą. Tamten był mały, szybki, zwinny, a ona wiedziała jak groźna jest ta broń której używał. Zanim jednak włączyła się do walki Arechion nagle uderzył tamtego w twarz, tak mocno aż maska pękła, a napastnik stracił impet ciosów, zachwiał się, chyba go zamroczyło. Białowłosy szybko wykorzystał sytuację. Nawet stąd słyszała jak chrupnęły wyłamane nadgarstki. Rozbroił przeciwnika i przyłożył mu dobyty wreszcie miecz do gardła. Żądał odpowiedzi, wyzywał i groził unieruchomionemu teraz... Czengowi! Rozpoznała chłopaka z trudem, bo nie miał umorusanej twarzy. A kiedy usłyszała co krzyczy, ruszyła biegiem w ich stronę, przeklinając w duchu głupotę mężczyzn. Może zdąży, a jak nie, niech ten głupiec ma przy sobie odtrutkę! A Arechion też wojownik jak z jej konia! Przecież mówiła mu, wie jak ona sama walczy, dał tak zmniejszyć dystans i jeszcze odwrócił głowę chłopakowi, tylko ułatwiając mu zadanie!
W tej samej chwili gdy ich dopadła klingą swojego miecza odepchnęła od szyi chłopaka ostrze Arechiona, a drugą ręką zakryła usta Czengowi i ścisnęła z całej siły.
- [Tak, Jestem Wu Zeitian i ani mi się waż tego użyć! Nie obchodzi mnie czy połkniesz truciznę, czy nie, ale nie pozwolę ci go otruć!] - Nie wiedziała nadal czy chłopak nie jest szpiegiem. Dużo umiał, stosował metody samotnego zamachowca, ale żyjąc w pałacu bez trudu mógł to opanować, nawet bez przynależności do ludzi Wanga czy Lao. Jeżeli przeżyje, spróbuje się dowiedzieć jak sprawy stoją, póki co nie może pozwolić, żeby się wzajemnie pozabijali. Jeżeli tylko jej pomagał, a zapewne to on był wtedy w nocy na statku, nie może dać Arechionowi poderżnąć mu gardła.
- Arechionie, odsuń się. Zabierz miecz i weź ode mnie Szena. Jeżeli się nie mylę, to on pomógł mi z marynarzami na statku. - Do obu, nawet nie zdając sobie tego sprawy użyła tonu jakim przemawiała jako Wu w pałacu do ludzi, nad którymi miała władzę. Miękko, ale stanowczo i z całą mocą i siłą tej władzy jaka stała za nią i którą miała we własnych rękach. To był ton kobiety, której nawet przez myśl nie przeszło, że może nie zostać wysłuchana, a tym, do których te słowa kierowała przez myśl nie przechodziło, że mogliby sobie pozwolić na taką zuchwałość wobec niej, mimo iż raczej nie czynili tego z lęku przed nią, lecz z powinności i szacunku.
Zdziwił się, słysząc ton jej głosu. Nooornil, jaki władczy... A więc zna tego chłopaka. Tylko czemu przedstawia się jako Wu Zetian, skoro u Xeny była Wu Meiniang?! Kolejne alter ego?! I skąd jej do głowy przyszło, że to ten szczyl jej pomógł na statku?! Płynął z nimi?! Nie, nie widział takiego...
- Nie jestem twoim podkomendnym - zamarudził białowłosy, biorąc od niej dziecko. - Nie dostrzegłem na statku żadnego Qińczyka. A jeśli go pominąłem, bo się ukrywał, to świadczy przeciwko niemu. Nie dam mu cię skrzywdzić, kochanie. I czemu zakrywasz mu usta? Niech gada, chcę usłyszeć odpowiedzi na zadawane przeze mnie pytania. Gdyby nie to, że miał maskę, zabiłbym go pierwszym ciosem. Myślałem, że to kobieta...
- Odsuń się Dai Goh - powtórzyła bez drgnięcia głosu, przerywając potok jego słów. Musiała zająć się jak najszybciej trucizną, nie miała czasu na przepychanki z Arechionem, a na pewno nie powinien odbierać jej twarzy w obecności Czenga! Dla niego jest Wu Zeitian, przyznała się do tego i taką ją teraz widzi.
- [Masz odtrutkę? Dwa mrugnięcia na tak, jedno na nie.] - zwróciła się ponownie do chłopaka. Dwa mrugnięcia. - [Przy sobie?] - Dwa mrugnięcia. - Sięgnęła mu za pazuchę, pogmerała chwilę i wyciągnęła buteleczkę. - [To, to?] - Dwa mrugnięcia. - [Rozgryzłeś kapsułkę?] - Dwa mrugnięcia. - [Zielony skorpion?] - Jedno mrugnięcie. - [Żółte źródło?] - Dwa mrugnięcia. A więc śmiertelna trucizna, która zabija w ciągu pół godziny. Ale najpierw paraliżuje kończyny, tak że można jeszcze rozmawiać z otrutym. Nie będzie używać punktów nacisku. Szybkim ruchem zacisnęła chłopakowi nos i grdykę, unosząc mu jednocześnie głowę, przełknął odruchowo. Czuła jak wpierw wypręża się jej w rękach by chwilę później zwiotczeć jak wór pierza. Może to niezbyt ren, ale jak już rozgryzł kapsułkę, nie chciała żeby pluł trucizną po okolicy, mają czas. Jeżeli jest szpiegiem po prostu nie poda mu odtrutki.
Arechion schował miecz, przytulił dziecko, które zaczynało płakać.
Odsunął się dosłownie na malutki kroczek, by móc widzieć co ten młody chłopak kombinuje i jak się zachowuje.
- Przestań mówić do nas takim tonem, dziecko straszysz... Ciii, Asali, cichutko...
Próbował wychwycić cokolwiek z tego co mówiła do młodzieńca w swoim języku, ale na marne. Nic nie rozumiał. I nie wiedział co się dzieje! I czemu został zaatakowany! No i po co Sing zakrywa mu usta?! Żeby nic nie mógł mówić?! Posłał mu stek pytań, odpowiedzi nie uzyskał, przecież chłopak może mówić za siebie, Sing nie musi robić za tłumacza! Skoro to jeden z JEJ ludzi, powinien znać grekę, zwłaszcza na tych terenach. Chyba, że jest kompletnym imbecylem... Jeszcze go maca! No pięknie! A po co, przecież nie rozciął go! Bardziej martwi się tym chłopakiem niż własnym dzieckiem, które było wielce niezadowolone z zaistniałej sytuacji! Bardziej martwi się o napastnika niż o niego, tego, który został zaatakowany! I Diana, padła... Dobrze... Skoro już tak bardzo nie chce dać mu rozmawiać z tym zbirem... Któremu należy się porządne obicie albo złamanie karku...
- Zapytaj co zrobił Dianie - poprosił cicho, kołysząc Asaliego w ramionach. - I czemu nas zaatakował. Powiedz, że jeśli przybył tu po to by ci coś zrobić, to mu na to nie pozwolę.
Usłyszała jak Arechion chce, żeby spytała o Dianę.
- Zabił albo uśpił. Możesz sprawdzić. Są ważniejsze pytania, które muszę mu zadać - odparła, nie odwracając głowy. - Zmusiłam go, żeby połknął truciznę, którą oplułby cię lada chwila. Dobrze, że flakonik się nie stłukł. Teraz nic mi nie zrobi, jest sparaliżowany. Nie zna greki. Może parę słów, nie sądzę jednak, że nawet gdyby znał lepiej, to zmusiłbyś go do rozmowy z tobą. W tej chwili, jeżeli ma w ogóle zamiar cokolwiek powiedzieć to mnie, ze względu na to kim... jestem dla niego w tym momencie... proszę... - dodała nieco miększym tonem. - Nie przeszkadzaj mi, wiem i potrafię zrobić to co należy. Nie odbieraj mi twarzy kwestionowaniem moich posunięć. - Mogła sobie pozwolić na to wyjaśnienie wprost, wiedząc, że Czeng nie rozumie tego co mówi, a przynajmniej w zbyt małym stopniu, poza tym trucizna na pewno zakłóca mu już zmysły.
- Truciznę?! Powiedz mu, że gdyby nie to, że miał maskę, zabiłbym go i nawet nie wiedziałby co to było - powiedział z obrzydzeniem. Więc miał w gębie i trutkę, co za... - Zapluty, zafajdany...
Więcej dosłyszeć nie mogła, bo zmienił język na swój i oddalił się te kilka kroków do wilka, cały czas popatrując na Sing i na tego chłopaka. Sprawdził czy zwierze oddycha. Oddychało. Więc żyje. Przeniósł Dianę blisko Sing. Usiadł z dzieckiem na jednej z beczce, obok Azjatki.
- Spokooojnie, malutki, już dobrze, już nie dzieje się nikomu żadne kuku, ciiii... No ja nie mam cyca... - Wyciągnął rękę i odpiął od paska Sing mały bukłak, przeznaczony dla dziecka. Był w nim kleik. Podał go małemu, zaraz się uspokoił. Popatrywał to na dziecko to na Sing to na napatnika. Do głowy by mu nie przyszło, że mógłby go otruć... Taki szczyl... Ale jesli faktycznie pomógł Sing... Kurcze, zasługuje na coś. Tylko musi się porządnie wytłumaczyć! Ale jesli jest tu żeby zrobić jej krzywdę... Zginie.
Sing Lung oparła chłopaka ostrożnie o beczkę, tak żeby mógł swobodnie oddychać i mówić. Odsłoniła mu usta....
- [Pani Wu, dlaczego nie pozwoliłaś mi go otruć? Tego barbarzyńcę? Mogłabyś Pani ucieć, wrócić do Qin, tam wszyscy Panią opłakiwali! Szacowny Pan Tang Taizong osobiście stawił się w pałacu z tą niezwykle zasmucającą wieścią... Jakże ucieszy się teraz, że Pani żyjesz, że to jakaś straszna pomyłka Tian!]
- [Zamilcz!] - rzuciła krótko i groźnie. Natychmiast się uciszył, patrząc na nią ze zdziwieniem. Za chwilę opuścił wzrok i głowę. Widziała, że miał ochote prosić o wybaczenie, ale bał się złamać wyraźny rozkaz. Nie obchodziło ją to teraz ani niuanse etykiety.
- [Wiesz, że jeżeli nie podam ci odtrutki za pół godziny będziesz martwy... Zapewne to nie ma dla ciebie znaczenia. Jeżeli jednak oszukasz mnie, twoje zamiary są niecne, to nie tylko będę patrzeć jak umierasz od Żółtych Źródeł, ale też każę temu barbarzyńcy odciąć ci głowę, rozczłonkować twe ciało i rozrzucę je po wajgureńskich śmietnikach... Nie wiem czy oni tutaj nie jedzą zwłok ren... Jeżeli jednak będę musiała cię zabić, lecz twoje serce jest szczere, przysięgam ci na głowę twojej matki, że zapewnię ci godny pochówek i więź z Przodkami, nie szczędząc złota na najlepszą zalakowaną trumnę, kołdrę żałobną, i papierowe dobra wraz z pieniędzmy i kapłana, który odstraszy złe duchy gdy twoje dusze będą wędrować tam gdzie im przeznaczone. Możesz mówić.]
Widziała jak pobladł, jak rozszerzyły mu się źrenice. Może od trucizny... a może to co usłyszał wystarczająco go przeraziło. Był młody, był jedynym synem swojej matki. nie powinien tu być, zapewne sam też złamał li, wiedział, że czeka go kara po śmierci, ale to co by zrobiła, zniszczyłoby jego ród. - [Tak Pani. Rozumiem. Nie chcę cię oszukać, powiem wszystko co wiem i ty chcesz wiedzieć Pani.]
- [Hao. Jesteś człowiekiem Lao Ma?]
- [Nie Pani Wu]
Zacisnęła lekko usta - [Wanga?]
- [Nie Pani! Na Tian nie!] - tym razem reakcja była gwałtowniejsza, chłopak zaprzeczył jakby czuł wręcz wstręt do takiej myśli. Przynajmniej tyle... Nie wyjaśniło jednak co tu robi i czemu jej pomógł, a teraz zaatakował Arechiona.
- [To byłeś ty na statku? Pobiłeś marynarzy?] - Kiwnął głową. - [Nikt inny, nikt więcej oprócz ciebie? Jesteś sam?]
- [Szy, to ja. Pu, tylko ja. Nie ma nikogo więcej...]
- [Dlaczego nas zaatakowałeś teraz? Czego naprawdę chcesz?]
Zaczął się trząść. Nie wiedziała czy trucizna szybciej działa, czy próbował właśnie przezwyciężyć jej działanie i coś uczynić ciałem. Rzucić jej siędo stóp, czy raczej na nią?
- [Nie ciebie Pani! Jego!] - Posłał pełne niechęci i prawie nienawiści spojrzenie w stronę Arechiona. - [Tego wąskonosego dzikusa, który cię więzi i traktuje niegodnie! Nie jak Han, nie jak tę którą jesteś Pani Wu! Powinien ci lizać buty, nie jest wart ani godzien nawet twojego głosu, a co dopiero spojrzenia! Dobrze Pani, że nas nie rozumie. Nie powinien znać ludzkiej mowy, nie powinien tak się do ciebie odnosić!]
Sing Lung zdziwiła się. Sytuacja nie sprzyjała temu, ale jakimś cudem poczuła się rozbawiona... Kolejny mężczyzna, który uważa, że dzieje jej się krzywda i że nie poradzi sobie sama. Obrzuciła Arechiona pełnym zastanowienia spojrzeniem. Taaaak... Z tym swoim groźnym spojrzeniem, naburmuszoną miną i wyrazem twarzy świadczącym o tym, że kompletnie nie wie o co chodzi oraz próbujący uspokoić malutkie dziecko, wyglądał, rzeczywiście baaardzo groźnie... Uśmiechnęła się leciuteńko.
- [Dlaczego uważasz, że jestem jego więźniem i że traktuje mnie niegodnie?] - nie mogła powstrzymać się od tego pytania.
- [Pani...] - Zawahał się i jeszcze bardziej spuścił wzrok. - [Pani... Wybacz... Nie powinienem... Ale każesz mi... Ja... Ja widziałem... Na statku... Groził ci, trzymał za ramiona, nie pozwalał samej chodzić, kazał ciężko pracować, a sam się pewnie wylegiwał w łożu, mówił... mówił, że się odpowiednio zajmie... Tyle zrozumiałem... Nie wiem Pani, co ci dokładnie czynił, proszę nie zmuszaj mnie to takiego odbierania ci twarzy. Proszę... Widziałem jak chciał cię wrzucić do morza, zaciągnął na dziób, kazał na niego wejść, widziałem, że Pani nie chce... Pobiegłem czym prędzej po bosmana, dzięki Tian zdążyłem, nie utopił Pani bez świadków!]
Nie wytrzymała, roześmiała się. Czeng popatrzył na nią speszony, kompletnie nic już nie rozumiejąc i chyba lekko obrażony, że się śmieje, ale nie ośmielił się zaprotestować.
- [Więc sądziłeś, że mi pomagasz? Że jestem w niewoli i że należy zabić białowłosego barbarzyńcę, żebym mogła uciec? Nic więcej, nie kłamiesz, nie oszukujesz mnie?]
- [Nie Pani Wu! Nie, skąd! Nie śmiałbym. Wiele ci zawdzięczam Pani i moja czcigodna Matka. Jestem twoim sługą Pani, wiernym za życia i po śmierci. Przysięgam na moich Przodków nie było moim zamiarem cię skrzywdzić... Jego też nie chciałem zabić... Z początku... Tylko uśpić... Ale mnie zaatakował, pobił! Nie dał się uśpić, sam sobie winien! ] - sarknął prawie po dziecinnemu zły.
Sing Lung westchnęła. No starczy tego dobrego. Chyba może mu uwierzyć. Znała go od małego. Jak zwykle... Jej nacja nie mogła ustrzec się pomyłek w nazbyt dziwacznym świecie wajgurenów. I Czeng najwyraźniej także padł tego ofiarą. Podała chłopakowi do ust odkorkowana buteleczkę. Poczekała aż pociągnął porządne dwa łyki. Wystarczy. Sytuacja trochę wyjaśniona, ale czeka ją jeszcze długa rozmowa z tym młodzieńcem... Obrzuciła spojrzeniem obu mężczyzn... Wyglądali podobnie z tymi wrogimi spojrzeniami, którymi próbowali przewiercić siebie na wylot nawzajem. Westchnęła. Czeka ją chyba niezła szarpanina z nimi dwoma... Mężczyźni... Może powinna obu dać te truciznę, posadzić obok siebie i niech się biją na te swoje spojrzenia, ewentualnie próbują odgryźć sobie nosy...
- Arechionie... To jest Czeng... Resztę wyjaśnię w bardziej sprzyjającym miejscu. Pomógł mi na statku, widziałam białą maskę. Taką jak ta - wskazała na jej resztki na ziemi. A teraz zaatakował ciebie, nie mnie. Sądził, że jestem twoim więźniem i chciał mnie uwolnić... Był... świadkiem pewnych zdarzeń, które pozwoliły mu błędnie tak myśleć o naszych relacjach. Sądził też, że zamierzałeś mnie utopić wtedy o zachodzie słońca, co na szczęście uniemożliwił ci bosman, nacierając ci uszu i wyzywając od nieodpowiedzialnych głupców. - wyjasniła rozbawiona.
- [Czeng, to jest Dai Goh Arechion. Dai Goh, rozumiesz? Mam... wobec niego li. I nie wolno ci go obrażać. Na równi z tobą za cel swojego życia przyjał chronienie mnie. Czasem jest może nazbyt... gorliwy w swych obowiązkach, ale nie czyni mi... świadomie, krzywdy.] - kolejna porcja wyjaśnień, tym razem dla młodzieńca. - [A teraz powiedz mi, znasz jakąś dobra i bezpieczną karczmę, gdzie zmieści się wóz i konie i nikt nie będzie nam przeszkadzał? Ile masz czasu do wyjścia w rejs?]
- [Szy De, Pani Wu, Szy de] - pokiwał energicznie głową, czucie mu wracało. - [Zaprowadzę. Trzy dni, Pani] - Uniósł rękę próbując pokazać to na palcach, ale zbladł i zacisnął zęby. A tak... Nadgarstki.
- Arechionie podaj mi bandaże, trzeba mu to nastawić - zakomenderowała. Ujęła najpierw jedną, potem drugą dłoń chłopaka i ciągnąc za środkowe palce szybko nastawiła dłonie na miejsce.
Białowłosy zaczął przyglądać się chłopakowi uważnie. Ton jego głosu był najpierw przerażony, a potem nagle... Zagniewany. I wtedy spojrzał na niego. Odwzajemnił mu groźne, lodowate spojrzenie. Dalej karmił synka, który był już prawie spokojny. Prznajmniej nie płakał. Ale wierzgał nogami, prosto w brzuch ojca. Oderwał na chwilę wzrok od młodzieńca, pogłaskał synka po brzuszku i uśmiechnął się do niego szeroko.
- No jedz, jedz, cyca dostaniesz później, zajęty jest teraz rozmową z tym brzydkim panem, który próbował zrobić tatusiowi krzywdę. Na razie musi wystarczyć ci kleik. Też jest dobry, prawda?
Maluch siorbnął i cmoknął sobie donośnie, ssając dalej bukłak. Białowłosy wrócił wzrokiem do chłopaka. Sing nagle zaczęła się... Śmiać! Z czego?! O czym takim zabawnym można rozmwiać z kimś, kto jest otruty i zostało mu niewiele życia? Czyżby właśnie sobie czymś nagrabił? Szen wypluł smoka i ochlapał się kleikiem.
- Ajjjj... Słodziasty.. No i ubabrałeś się. I co? I jak my to teraz wytrzemy? - Wyciągnął z kieszeni chusteczkę i zaczął go jako tako czyścić. Cał buzię miał zchlapaną i dekolt! I też się śmiał. - Oj... Mój ty mały śmieszku flejtuszku...
W tej samej chwili Sing podała chłopakowi odtrutkę... Doszła z nim do porozumienia? Chyba nie ma zamiaru wracać do tego całego Qin, gdzie zapewne czekałaby ją śmierć?! Spojrzał na nią pytająco, sadzając sobie dziecko na kolanach tak, by widziało matkę. Odezwała się nagle... Czeng... Co mu to da, że poznał jego imię? Ech... I jednak to on... Pomógł na statku. No ładnie. A miał nadzieję, że nie... I jeszcze uważał, że jego słońce robi mu za niewolnicę! Co za głupek...
- W takim razie najlepiej będzie jak udamy się w końcu do tej karczmy... Tu jest niebezpiecznie jak widać - posłał chłopakowi jeszcze jedno zimne spojrzenie, po czym znów zwrócił się do Sing, miłym głosem. - Skoro ci pomógł zasługuje na coś. Przynajmniej na ciepły posiłek i łyk dobrego trunku. Wygląda jak worek kości - spojrzał znów na tego całego Czenga. Tym razem już przyjaźnie. - Nie zrobię ci krzywdy. A Wu nie jest moim niewolnikiem - powiedział do niego wolno, odpowiednio akcentując wyrazy, żeby zrozumiał, choć pewnie to nie na wiele się zda i znów spojrzał na Azjatkę. - Chyba nie muszę go nieść? Wiesz, ręce będę mieć raczej zajęte wilkiem. Spytaj go czy go nie otruł... Nie chcę żeby Diana nam zdechła. Bandaże są w wozie, musimy sie cofnąć. Ale nie wiem jak my tymi uliczkami przejedziemy wozem do karczmy, która jest ponoć zaraz za tamtym zakrętem - wskazał ręką za plecy kobiety. - I według straganiarza, innej drogi nie ma.
- Czeng zna dobrą stancję. Powiedział, że nas zaprowadzi. Zna pewnie miasto jak własne spodnie.
- Szy De, Szy De... Ja znać. Ja zaprowadzić. Hao zajazda. - Czeng ośmielił się odezwać łamaną greką. Uśmiechał się od ucha do ucha i kiwał głową, ale na Arechiona nawet nie spojrzał. Sing Lung wiedziała, że tak skrywa zdenerwowanie i że mimo tego co powiedziała, nie wierzy do końca w intencje Arechiona. A może nie potrafił poradzić sobie z szokiem jakim był dla niego widok mężczyzny zajmującego się tak dzieckiem... Chociaż pewnie był ciekawy, to nie odważył się spytać o Szena. Chyba, że za oczywiste uznał, że to jego dziecko, a nie jej... Nie poruszała tego tematu, jeżeli nie musi, to nie będzie.
- No dobrze, to musimy się cofnąć... - Wstał, wyciągnął rękę w stronę Czenga, by pomóc mu wstać. - Pomogę ci wstać, ale iść będziesz musiał o własnych siłach. Ja muszę się zająć wilkiem. Hao?
Czeng spojrzał na Sing Lung.
- [Musisz iść sam. Arechion będzie niósł nie ren] - wyjaśniła.
- [Dobrze, Pani Wu, ale mogę obudzić wilka. Nie trzeba go nieść. Mam tutaj pastę...] - próbował sięgnąć dłońmi do kieszeni, ale z wiadomych względów nie udawało mu się to.
- Arechionie, mówi, że ma pastę trzeźwiącą w kieszeni. Daj wilkowi, to się ocknie i nie będziesz musiał go nieść... Aha, zadbaj, żeby mu nie rozszarpała gardła... - wygrzebała z sakwy kawałek sznurka i podała Arechionowi.
- Potrzymasz chwilę Szena? Powiedz mu też że wszystko w porządku i ma się nie martwić. Był wielce niezadowolony, że mamusia się złości... - uśmiechnął się do niej.
Z odrobiną wahania wzięła synka. Nie bardzo chciała okazywać przed Czengiem, że jest jego matką. Ale przecież nie może też tak ostentacyjnie go się wyrzekać... Wzięła dziecko i przytuliła do siebie. Uśmiechnęła się do niego. Zaraz się uspokoił w jej ramionach i też uśmiechnął. Sięgał rączkami jej do twarzy.
- Już, już. Jestem. Ale nakarmię cię w zajeździe. Bądź grzeczny, dobrze? - odezwała się do małego w grece. Nie marudził za bardzo. Arechion go nakarmił, teraz czuł ciepło i serce matki, najwyraźniej nie potrzebował w tej chwili nic więcej do szczęścia. Ziewnął i coś zaciamkał.
Białowłosy postawił chłopaka na nogi, pomógł mu usiąść na beczce, a potem wyciągnął z jego kieszeni pudełeczko z jakąś pastą. Podetknął to pod nos wilkowi. Dopiero po chwili Diana drgnęła, a potem wstała na nogi i zaczęła się jeżyć i warczeć na obcego.
- Spokój, Diana. To swój - powiedział Arechion. Wilk momentalnie zmienił swoje nastawienie. Zamerdała ogonem, rozejrzała się, obwąchała nowego... Chłopak skrzywił się. Zaraz potem odwróciła się, obiegła w koło wszystkich po kolei i spojrzała na białowłosego, który ponownie zwrócił się do młodzieńca. - Zatrzymam to na razie, nie będę ci znów grzebać po kieszeniach. Możesz iść?
- Ja iść. - ni to powtórzył, ni to potwierdził Czeng.
- No to idziemy. Daj mi małego, słońce. Już chyba nic nam nie grozi... Chyba, że chcesz go mieć przy sobie? - Nie chciał żeby to zabrzmiało, że ona jest słaba czy coś... No i wiedział, że lubi mieć dziecko przy sobie, więc nigdy nie naciskał na to by mu je dała. Odkąd doszli do porozumienia, że zajmują się nim wspólnie było wszystko w porządku. Tylko, że Asali swoje już ważył i pewnie cierpła od tego.
Sing Lung coś podkusiło. Przynajmniej będzie miała obu głupków z głowy... Czeng niech się dziwuje, a Arechion zajmuje małym. A ona odpocznie. Oddała Szena Arechionowi bez słowa. A potem skinęła głowa Czengowi, żeby pokazał drogę. Wzięła za to sznurek i obwiązała nim Dianę, każąc jej iść przy swojej nodze. W drugim ręku niosła miecz. I tak przygotowana zaczęła iść na równi z Arechionem, tak żeby ją dziecko widziało, ale też tak, żeby pokazać, że jest Panią Wu w tym momencie.
A to go zdziwiło. Oddała mu dziecko! No proszę... Pewnie się zmęczyła. Maluch położył ojcu główkę na barku i patrzył na mamę. Był dzięki temu spokojny, pewnie niedługo przyśnie.
Wrócili do wozu. Białowłosy pomógł się wdrapać Sing na górę, podał jej dziecko, zaprosił gestem Chenga, a sam zabrał się za powożenie. Po niespełna kwadransie i niezłym labiryncie uliczek dotarli do karczmy. Arechion wynajął pokój, oddał wóz i konie w ręce stajennego. Razem z Czengiem ponosili rzeczy na górę i zamówił posiłek do pokoju. Musi mieć chłopaka na oku. Jak tylko gospodarz przyniósł posiłek, białowłosy podał jedną tacę z jedzeniem Czengowi.
- Znasz się na tym lepiej niż ja, niech je. Wymyśl coś... Nie wiem, że nam wystarczy... On może pić?
- Arechionie... Odrobinę ogłady... nie zaszkodzi - mruknęła cicho. Niech nie traktuje chłopaka jakby był psem! Jest ren, uratował ją... Winny jest mu szacunek oprócz wdzięczności.
W wozie obandażowała Czengowi mocno obie dłonie. Zastanawiała się jak sobie poradzi z jedzeniem... Skinęła mu głową.
- [Proszę, jedz. Pozwól mi za ten posiłek zapłacić w ramach ren i li, moje serce uraduje się, mogąc podzielić się strawą z Han, nawet jeżeli jej nie potrzebuje i sam jest gotów płacić za siebie. Nie czyń mi przykrości odmową.]
Chłopak rozpromienił się na widok talerza, wyraźnie przełknął ślinę. Złożył ręce w geście ming, na ile pozwalało mu zranienie, w stronę Sing Lung - [Dziękuję, dziękuję Pani Wu, nie śmiałbym czynić ci najmniejszej przykrości odmową tak wspaniałego poczęstunku] - Widząc lekkie uniesienie brwi Azjatki, skłonił się też szybko Arechionowi, ale już bez słowa i wyraźnie czekał, choć z ledwie powstrzymywaną cierpliwością aż Sing Lung zacznie pierwsza jeść. Uczyniła więc mu tę uprzejmość, nie skazując dłużej na oblizywanie się tylko. Nabrała kęs na łyżeczkę, skinęła głową Arechionowi, żeby też jadł i wzięła jedzenie do ust.
- Arechionie polej nieco wina do tego dobrego posiłku. Niech ma właściwą oprawę i podziękujmy Tian za to co nam zesłało - odpowiedziała. Czeng na pewno by się napił, ale był młody, poza tym nie wypadało mu się napraszać, na bądź co bądź drogi trunek.
Ogłaaaaady... Gdyby nie był wdzięczny, kopnąłby go w tyłek i kazał się zmywać. A mimo wszystko zabrał ze sobą. Dzieli się z nim posiłkiem, prawie jak ze swoim.
- Ale ty nie pijesz, kochanie... - powiedział cicho. - Zamówię ci gorącą wodę, mam tu trochę jaśminowej cza... - opukał kieszenie z boku spodni i wymacał niewielką sakiewkę, podał ją do ręki Azjatce i zawołał gestem gospodarza.
- Owszem... - przytaknęła mu zwodniczo Sing Lung. - Nie zdołam dotrzymać mężczyznom kroku w raczeniu się winem - podjęła za moment - Lecz niegrzeczne z mej strony byłoby nie wznoszenie choć toastów i smakowanie trunku. Nie obawiaj się Daj Goh, wiem czym jest umiar i cnoty przynależne kobiecie z moją pozycją - zakończyła znacząco, z promiennym uśmiechem oraz kopiąc Arechiona w kostkę pod stołem.
Czeng gapił się przez chwilę na nich, zapominając niemal poruszać szczękami. Nie rozumiał prawie nic, ale ton i sposób wymiany zdań pomiędzy Panią Wu a tym Dai Goh Arechionem były interesująco dziwaczne. Nawet jak na świat poza Qin... Szczególnie tego białowłosego. Prawie się zakrztusił, słysząc że chyba ten mężczyzna chce, żeby Pani Wu zjadła wszystko z talerza... jak dziecko! Jakby miała pięć wiosen! Spojrzał na Panią Wu ukradkiem ciekawy jej reakcji. Zaiste wielkie musi mieć wobec niego li, pozwalając w publicznym miejscu na takie jej strofowanie i odbieranie twarzy! Nawet on Czeng, bez greki zrozumiał, że właśnie powiedział, że Pani Wu nie wie co robi, nie wie jak się zachować i co jej wolno...
Spojrzał na nią jakby pierwszy raz przemówiła do niego. A po co aż taka regułka, nie mogła powiedzieć po prostu "nie upiję się kochanie, jeśli o to ci chodzi"? Przygryzł wargę, gdy... Kopnęła! Nie rozumiał po co cały ten cyrk...
- No, ale nie musiałaś mi tego wyjaśniać esejem całym... - rzekł. - Pół kubka może być? I obiecaj, że zjesz wszystko co nałożę ci na talerz i cza również wypijesz.
- Oczywiście, że zjem. I oczywiście nie odmówię cza, nawet nie zaparzonej zgodnie z li. - odparła nadal ze spokojnym uśmiechem. - Dziękuję, że pozwoliłeś mi zadośćuczynić dobrym manierom przy stole. - Ulała nieco wina na podłogę dla bóstw, po czym uniosła kubek w obu dłoniach - Kampai! - Zwróciła się do Czenga i Arechiona i przytknęła kubek do wag przez dłuższą chwilę, ale tylko zmoczyła wargi. Czeng od razu zrozumiał aluzję, odwzajemnił się toastem i szybko wypił dwa całe kubki wina do posiłku, zanim ona odstawiła naczynie. Beknął sobie od serca i jeszcze raz. - Dziękować, dziękować. - i zajął się dalej pałaszowaniem.
Białowłosy zmierzył wzrokiem młodzieńca. Chyba się nie upije? Silniejszą ma głowę od Sing?
- Tak, tak... Na zdrowie - odparł tylko, biorąc się dalej za swój talerz. - Chyba się mi nie upijesz, nie?
- Jest marynarzem, pewnie nie raz kosztował mocniejszych trunków, zapewne poradzi sobi


Ostatnio zmieniony przez R dnia Nie 5:24, 15 Lis 2009, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
R
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 18 Kwi 2006
Posty: 4178
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 20:38, 10 Lis 2009    Temat postu:

KONTYNUACJA WYCINANKI



- Tak, tak... Na zdrowie - odparł tylko, biorąc się dalej za swój talerz. - Chyba się mi nie upijesz, nie?
- Jest marynarzem, pewnie nie raz kosztował mocniejszych trunków, zapewne poradzi sobie z tym cienkim winem - odpowiedziała Sing Lung za Czenga, który nawet nie zaszczycił spojrzeniem białowłosego, zajęty swoim talerzem i gestami dziękczynnymi w stronę Sing przy każdym kubku. A może po prostu nie wiedział, że Arechion mówi coś, do niego, a nie ogólnie.
Co z tego, że jest marynarzem? Sing miała słabą głowę, on tez może! Ale nie pociągnął już dalej tego tematu. Zjadł w milczeniu, odbeknął sobie cicho, w rękę.
Szen się właśnie przebudził. Pisnął coś z łóżka. O dziwo Sing Lung nie drgnęła nawet w tamtą stronę. Arechion wstał do niego. Miał mokro... Przewinął malucha, umył ręce i wrócił z dzieckiem do stołu. Brzdąc wyciągał rączki do talerzy, ale nie sięgał. Spojrzał na obcego. Wsadził palec do buzi, wierzgnął nóżkami. I znów wyciągnął rączki do stołu.
- Nie, nie, nie, Asali, to jest za ciężkie dla ciebie... Masz tu chlebka - rzekł miękko białowłosy, wybrał miąższ, pozostawiając samą skórkę i podał mu. Szen złapał ojca za rękę i zabrał się za nowy frykas, którego nie ma możliwości połknięcia. - To sobie dziumdziaj... Czeng, chcesz zjeść coś jeszcze? A może cza?
- Ja dziekować. Ja wesoły. Toast. - Czeng odparł, kiwając głową i uśmiechając się. - Wy nie pić z Czeng? Prosić, prosić. Gość, wspólne jedzenie shi, - puknął się w klatę aż jęknęło i chwilę później w czoło z plaśnięciem. Wino wyraźnie poprawiło mu humor i chyba zadziałało jako środek znieczulający. Wydawało się, że zapomniał o groźnym popatrywaniu na Arechiona i chętniej używał łamanej greki, tak żeby oboje go rozumieli. - Wy mieć... nie ren... na jeść? Czeng robić, dobre... g... gszul... ghulsz. Hao ghulsz. Hen hao.
Asali zaczął się śmiać głośno i klepać Arechiona po ręku. Zapluł się cały, trzeba go było wycierać. Nornil, ten Czeng to jakiś ułomny? Lubił zabawnych ludzi, ale ten jest jakiś dziwny! Nie mówiąc już o tym, że to Qińczyk, jak Sing, której nigdy nie widział... tak zachowującej się... jak on teraz. I co on tam mówi?! Gulasz z wilka?! Chyba zwariował!
- Ja mam już dość, mamy dziecko na głowie i nie możemy sobie na zbyt wiele pozwalać - powiedział poważnie. - A wilk nie jest do jedzenia. To przyjaciel i doskonały strażnik rodziny.
- Pani Wu, nie mieć nie ren na mięszo? - upewnił się Czeng. - Ja nie lubić to nie ren, gryzie. Ale Pani Wu lubić dawać rozkaz nie ren, Czeng widzieć. - chłopak pokiwał głową jakby stwierdził właśnie jakaś wielką mądrość. Oczy mu się świeciły i dostał rumieńców, ale poza tym nic nie wskazywało, że wino mu jakoś mocno szkodzi. Nieskładne wysławianie się wynikało z nieznajomości języka, a nie alkoholu plączącego mowę. Sing Lung speszyła się lekko i zasłoniła usta rękawem na moment. Może Czeng wypije tyle, że zaśnie, a ona będzie mogła nie pod jego wzrokiem zajać się Szenem. Prawie dostawała skurczu od powstrzymywania się, żeby nie odebrać dziecka Arechionowi. Tian! A co on znowóż wymyślił?! Co mu znowu daje? To białe paskudztwo, które tak lubi. Jeszcze mu zaszkodzi. Znów próbowała kopnąć Arechiona. W dwójnasób - za ten chleb i za gadanie do Czenga, że mają dziecko. Może nie pojął tak złożonej składni. Musi z nim jeszcze poważnie porozmawiać. Nie wiedziała tylko czy lepiej jak miał lekko w czubie, czy właśnie na trzeźwo. Trucizna i to czym mu groziła na pewno były lepszym gwarantem jego prawdomówności, ale wino rozwiązywało niejeden język, nie skory do mówienia, nawet na torturach.
- Ty lubić nie musisz - mruknął pod nosem białowłosy, bezwiednie błądząc kciukiem po stópce dziecka, które na przemian ssało skórkę od chleba i się śmiało. Prawie podskoczył, czując ponownie nogę Sing na swojej. - Co u licha? - syknął cicho. - Czemu ciągle mnie kopiesz? To on zachowuje się jak na jarmarku. Jeśli zacznie bitkę, to tym razem padnie jak długi i kac będzie najmniejszym jego problemem.
- Tylko dobrze się bawi i stara się zachowywać zgodnie z manierami przy stole - odsykneła mu. - Nie dawaj Szenowi tego czegoś, przecież to twarde! A matka Czenga robi najsmaczniejszy gulasz z psów jaki jadłam, kiedyś mogę ci ugotować, może nie tak dobry. No oczywiście, nie z szutao - poprawiła się. - Ono jest na kubrak, się tak upasło. - Dorzuciła z przekonaniem. Niech sobie nie myśli, że by go nie zjadła! Najbardziej nadają się szczeniaki, a większe trzeba obić kijem, mają wtedy miększe mięso.
- [Czeng, opowiesz mi... Skąd tutaj się wziąłeś? Na statku? Jak miewa się twoja szacowna matka, Pani Shui?] - zwróciła się do chłopaka. - [Jeszcze wina?] - Sięgnęła po buteleczkę.
Spojrzał poważnie na chłopaka. Mógłby przestać się w końcu wygłupiać, powiedzieć czego chce i sobie iść? Sytuacja była wielce krępująca dla białowłosego. Sing zachowywała się dziwnie, ten Czeng jeszcze dziwniej. Ciągle się tylko uśmiechał, kiwał tą prawie łysą łepetyną i mrużył oczka. A w ogóle to czemu nie ma włosów? Czemu ścięte? Przeskrobał coś pewnie, wygnali go, a teraz dręczy jego rodzinę! Niech sobie idzie! Niech da im spokój i nie krępuje dłużej Sing Lung! Tylko zabawa... Ta... Gdyby on się tak zachowywał, dostałby po głowie wokiem!
- Nie upij się - powiedział cicho, odwracając się od Czenga, żeby sobie nic nie pomyślał.
Nie będzie jej tłumaczyć, że wie co robi i że krzywda się dziecku nie stanie od głupiej skórki chleba. To sposób znany od pokoleń.
Wstał, klepnął Qińczyka w ramię, ścisnął je, dając znać, że jak będzie nieposłuszny to spotka go za to zasłużona kara, po czym poszedł z synem na łóżko, uwalił się tam i zajmując małym, popatrywał tylko w bok na to czy niedoszły zabójca nie próbuje znowu swoich sztuczek. Zresztą Sing i tak zajęła się gadką w swoim języku... Wolała coś przed nim ukrywać? Świetnie! On z Bregenem porozumiewał się w grece! A ten chłopak i tak potrafi co nie co się wysłowić i całkiem nieźle mu to szło. Zaraz mu oznajmią, że to jakaś jej rodzina, albo kto, że namówił ją na powrót a ona nie może odmówić i sobie pojedzie! Żeby zginąć od ścięcia głowy... Albo w inny sposób. Szen był głodny. A Sing ani myślała się nim teraz zająć. Jakby nie był jej synem... Jakby się go wyrzekła! Dobrze, że jest na tyle mały, że nie rozumie tego, nie widzi, nie odczuwa i nie będzie pamiętać.
Sing Lung nic nie odpowiedziała tylko wymownym gestem nalała z buteleczki Czengowi do czarki i podała mu ja obiema dłońmi. Ten podziękował i zaczął pić. Prawie się ochlapał, kiedy Arechion nagle go ścisnął za ramię. Odstawił czarkę i wytarł usta wierzchem dłoni, przypatrując się wajgurenowi bez słowa, ale z uśmiechem. Kiedy ten położył się na łóżku z dzieckiem, odwrócił się do Sing Lung już bez uśmiechu.
- [Pani Wu na pewno chcesz z nim podróżować? Rozumiem li, ale powiedz tylko słowo, a wezmę na siebie złamanie go i pomogę ci jak tylko potrafię najlepiej. Będę ci towarzyszył do Qin, do pałacu, do domu szacownego Airen i strzegł wiernie i za cenę życia Pani. Nie potrzebujesz wysługiwać się jakimś obcym przybłędą, który jeszcze każe ci zajmować się swoim dzieckiem! Dobrze go traktujesz Pani, ale za słabo!]
Sing Lung postawiła z lekkim stukiem buteleczkę.
- [Uznam to za wpływ wina takie uchybienie ren i li. Jedynie to, iż nie rozumie ludzkiej mowy pozwala mi na tolerowanie takich słów miast zareagować jak należy na obrażanie Dai Goh! Moja matka nie była z Han, czy mnie też nazwiesz przybłędą? Czy mam uznać to, iż podajesz w wątpliwość dobre imię mojej szacownej matki?!] - spytała groźnie, wino winem, ale musi odpowiednio dbać o wizerunek i pokazać swoją pozycję.
Czeng pobladł w jednej chwili, szarpnął się, przeszkodziła mu czarka, wylał wino na blat, zsunął się z krzesła na kolana, waląc jednak czołem po drodze w stół. Jęknął, pomasował się odruchowo z grymasem, ale zaraz przypadł do podłogi ze spuszczoną głową, wypiętym siedzeniem i złączonymi dłońmi nad głową. Wywrócone krzesło to był już drobiazg.
- [Wybacz, wybacz Pani Wu, tak, to wino. Przepraszam, zaćmiło mi umysł, spoufalam się. Pani ja w dobrej wierze, Pani uczynię wszystko żeby nic się nie stało, doprowadzę do Qin. Nie gniewaj się. Przeproszę Dai Goh jeżeli sobie życzysz. Moja matka będzie bardzo zagniewana i obym miał ucięta tę głowę jak Pani mi mówiłaś, jeżeli dowie sie, że ci uchybiłem!]
Zastanawiał się czemu Sing mówi do tego dzieciaka Dai Goh. Przecież to określenie... Tytuł w zasadzie... Dla kogoś zdaje sie wartościowego, a nie jakiegoś oprycha! Kim on dla niej jest?! I czemu nic mu nie mówią i ukrywają swoją rozmowę, jakby go tu w ogóle nie było? I czemu rozmawiają takim dziwnym tonem?
O, kolejny padający na kolana. Tym razem coś przeskrobał? I dobrze, niech się wali o ten stół w ten zakuty, głupi łeb! Mimo to białowłosy poderwał się z łóżka, baczniej obserwował całą sytuację z góry, gotów w każdej chwili powalić Czenga i tym razem pozbawić go przytomności na dobre.
- Jesli myślisz sobie, że dam ci jej zrobić krzywdę, to wielce się mylisz! - rzucił groźnie, przydeptując go dodatkowo nogą do ziemi, żeby nie mógł się ruszyć. Jak karalucha...
Czeng nagle zarył twarzą w ziemię, coś wylądowało mu między łopatkami i przycisnęło do podłogi. Pani Wu, go ukarała? Nie, nie ruszyła się z miejsca, usłyszał groźny ton białowłosego. To on go zaatakował! Niegodny barbarzyńca!
Wypite wino tylko dodało mu sił, chociaż odebrało rozwagę i opanowanie, ale nie będzie pozwalał na pomiatanie sobą! I to w obecności Pani Wu! Ten dzikus odbiera mu twarz! Nie dosyć, że w jego obecności musiał okazać, że uchybił Pani Wu, to jeszcze poniżył go i ośmieszył gest przeprosin i ming i zaatakował go, mimo że nie dał mu ku temu powodu!
Ręce miał wolne i mimo iż go bolały, to sięgnął szybko do kostki białowłosego, a przynajmniej miał nadzieję, że do niej sięga. Udało mu się, objął ją palcami, uniósł i przekręcił, uwalniając się spod stopy. Miał ochotę od razu go przewrócić, ale nie wiedział czy nie zrobi krzywdy Pani Wu... Poza tym chyba tego by sobie nie życzyła, ale musi się bronić!
Przeturlał się w bok do klęku, chwilę później był już w pozycji białego konia. Upewnił się, że Pani Wu jest bezpieczna, nie na polu ewentualnej walki między nim a tym... Tian! Dai Goh, też coś! W dłoni skrywał kunai, gotowy nim rzucić, chociażby dla odwrócenia uwagi albo przynajmniej, żeby trzymać tamtego na dystans.
- Czemu mnie atakować? - spytał z pretensją, ale próbując nie tracić opanowania. - Czeng nic nie zrobić zły... Dai Goh - zakończył z dużym trudem, bo uważał, że ktoś tak się zachowujący na to nie zasługuje.
Złapał za rękojeść sztyletu, widząc, że tamtemu błysnęło coś w dłoni. Ale nie wyciągał go z pochwy.
- Nie słuchasz co do ciebie mówię, prawda? Zachowujesz się jakbyś się czegoś naćpał, śmiejesz jak głupi do sera, wcześniej to ty mnie zaatakowałeś, nic o tobie nie wiem poza tym, ze możesz stwarzać zagrożenie dla... Wu... I próbujesz tych swoich sztuczek! Powiedziałem, że nie dam ci jej skrzywdzić!
- Ja nie krzywdzić! Ty krzywdzić! Nie dawać iść do Qin, do dom! Ja być uprzejmy do wajguren z prostym nosem. Ty nie chcieć pomóc Pani Wu, to ja zaopiekować i strzec. Ty idź znaleźć inna pomoc z er.
Szybkim kopnięciem wybił mu z ręki kunai, złapał za frak, uniósł do góry, obrócił, ręce wykręcił, przydusił go do ściany i zablokował nogi. [i tu NIE MA mozliwosci ruchu. jesli SL nie wkroczy, to chlopak sie nie uwolni]
- Słuchaj no szczeniaku. Albo jesteś takim imbecylem jakiego świat nie widział albo upadłeś na głowę za młodu i nie rozumiesz najprostszych rzeczy. Nie będę ci wykładać nic na ten temat poza tym, że bardziej liczy się dla mnie jej życie niż moje własne! I to ja od prawie dwóch lat się nią opiekuję i strzegę, NIE TY! A gdybyś faktycznie był uprzejmy, to powiedziałbyś kim jesteś, co tu robisz, czego chcesz i sam wyjaśniłbyś dlaczego chciałeś mnie zabić! To ja już wiem czemu jej zachowanie tak się zmieniło na tym cholernym statku! Pewnie żes jej groził, a że kultura taka a nie inna, to nie pisnęła mi o tym nawet słówkiem! Więc tym razem to ja ci mówię... Tknij ją... A połamię cię i na zawsze uczynię kaleką, żebyś do końca swojej wegetacji przeklinał dzień, w którym miałeś ze mną do czynienia, rozumiemy się?
Doskoczył do niego, wytrącił broń i przycisnął do ściany. Był bardzo szybki. Szybszy niż ren! To jakiś demon?! Dlaczego ciągle się na niego rzuca i obrzuca obelgami. Połowy z potoku słów nie zrozumiał.
- Ja nie śmieć tknąć Pani Wu! Ty mi niszczyć twarz! Ja pomóc! Chronić. Ja mówić Pani Wu, że uwolnić od wajguren, [ który porwał i uwięził] ja nie wiedzieć. Ja chcieć Dai Goh uśpic, jak nie ren, ale on nie dać, ja walczyć. Pani Wu wie. Ja nie grozić. Ja błagać, pamiętać Czeng. Ja martwić i moja Ma... Opłakiwać Pani Wu, my myśleć, że nie żyć, zabić Hungnu, nie ren shi. [Ty nie rozumiesz, nie wolno tak traktować Pani Wu, jest tysiąc tysięcy lepsza od ciebie!]
Diana wypełzła spod łóżka i przyglądała się sytuacji, obnażając kły na Czenga.
- A ja nie porwać i nie więzić Wu - zaczął gadać jak Czeng. - Ja chronić, za cenę własnego życia. Ja nie wiedzieć kim ty być, uznać za zagrożenie, ty rozumieć? - Nornil, nie pamiętał już kiedy tak mówił... Nie mógł powiedzieć chłopakowi, że Sing nie może czy też nie chce wrócić do Qin, odebrałby tym twarz samej Sing... I pewnie trzeba byłoby chłopaka zabić. - Ty chcieć mnie otruć, zabić, ty broń wyciągać na mnie. Jak ja mam ci ufać, że ty nie chcieć nic złego?! Ty pokazać się ze zła strona, a ja NIC NIE WIEDZIEĆ! Nie rozumieć wasza mowa! Widzieć tylko reakcja i słyszeć ton! Argh! - puścił go i odwrócił się. Miał ochotę stąd wyjść, a nie mógł. Nie miał ani trochę zaufania do tego chłopaka. Nalał sobie kubek wina i wypił duszkiem. Potem jeszcze dwa. - Późno już. Powinien odejść, a my się wymyć i spać. Asali jest głodny, zaraz będzie płakać. a mleka krowiego czy koziego dawać mu nie chcesz. Ja go nie nakarmię przecież.
- Uspokójcie się obaj! - powiedziała Sing Lung zdenerwowana cała sytuacją. Arechion nie chciał jej odebrać twarzy, a pobił znów chłopaka i na domiar złego właśnie oznajmił, że jest mamką! Chciała wyciągnąć przy winie wiadomości od Czenga, a to całe rzucanie się białowłosego zniweczyło jej wysiłki. Przecież wytłumaczyłaby mu co by mogła gdy będą już sami! Podobno jej ufa, czemu więc kwestionuje jej postępowanie i osądy. Jest zdecydowanie nadgorliwy, jakby Czeng był co najmniej jej kochankiem. - [Czeng, w tej chwili oddaj mi broń!] - wyciągnęła rękę w stronę chłopaka. Ten zawahał się, spojrzał na Arechiona, w końcu sięgnął za pas i wyjął kunai, podając jej rękojeścią do przodu.
- [Wszystkie. Te z nogawek i drugiego rękawa też! I z karku! Nie masz igieł?] - pokręcił głową i zaczął wyjmować kolejne kunai.
Sing Lung z roztargnieniem zabierała kolejne ostrza.
- A ty Dai Goh nie sądź, że znam Czenga poprzez... pogodę - rzuciła kąśliwie. - Opiekowałam się jego matką w pałacu. Nim też na ile mogłam. Miał może dziesięć lat. Chciałam porozmawiać z nim... o pewnych sprawach. Właśnie miał mi powiedzieć co tutaj robi, kiedy zaczęliście skakać sobie do oczu. Obaj mnie uwielbiacie, a mam więcej z tego powodu bólu głowy niż pożytku. [A ty szutao, przestań bulgotać i wracaj pilnować Szena bo nie tylko nie dostaniesz kolacji, ale wygonię cię na dwór, już!] - krzyknęła do Diany po qińsku. Wilk chyba zrozumiał ton, bo okręcił się i na łapach i wsunął głębiej pod łóżko, ale widać było nos i trochę oczu.
Białowłosy zerknął przez ramię. Nornil, jedna wielka zbrojownia! I jak on ma pozwalać takiemu na siedzenie pod tym dachem?! Z dzieckiem i Sing?! W dodatku pijany! Zrobi komuś krzywdę w końcu! Wrócił na łóżko, położył się obok dziecka i głaskał go po brzuszku i główce. Miał bardzo niezadowoloną minę, naprawdę zaraz zacznie płakać!
- Przez myśl mi to nawet nie przeszło - odparł. Taki chudzielec kochankiem. Prych! - Gdyby tak cię uwielbiał, nie próbowałby mnie zabijać, tylko zatrzymał i porozmawiał jak człowiek. Nawet na tym statku. To nie, wolał mnie obserwować... Bo jak mniemam to właśnie on miał na mnie ciągle oko. Sobie rozmawiajcie... Ja idę po mleko... Diana, pilnuj.
Wstał i ruszył w stronę drzwi.
- Dobrze, idź, ochłoń, napij się tego mleka, które tak lubisz Arechionie. - zgodziła się. - [Czeng muszę zająć się tym maleństwem, nakarmić je. Wyjdź. Zawołam cię jak skończę i opowiesz mi jak tutaj dotarłeś.]
Czeng stał jak wryty, wytrzeszczając oczy i z wypiekami na policzkach, wcale nie od wina! Pani Wu była... JEGO MAMKA?! Tego nieokrzesanego dzikusa?! Przecież... W Qin miałaby wszystko! Jej piersi... Ugh. Tian! Będą... Są... Eeee... Tian, nie nie wolno mu nawet sobie tego wyobrażać.
Skłonił się pospiesznie z gestem pięści w dłoni, speszony do szczętu. - [Szy. Poczekam pod drzwiami Pani]
Białowłosy zatrzymał się nim dotknął ręką klamki. A czemu on miałby pić mleko? Przecież nie dla niego... Dla dziecka! Wyszedł bez odzewu już, zszedł na dół, poprosił kucharkę o zagrzanie trochę koziego mleka, wlała mu dwie duże chochle do dziecięcego bukłaka i wrócił na górę, zastając... Kucającego pod drzwiami Czenga? Eeee... Stanął przed nim i zerknął z góry
- Czemu nie jesteś w środku? - zagadnął.
Czeng zrozumiał tym razem pytanie. Zaczerwienił się znów po same uszy.
- Pani Wu... Dawać dziecko... - zakreślił dłonią przed swoją piersią i spuścił głowę zawstydzony, ale i zły na białowłosego, że ją do tego zmusza! Nie powinien! Ale zatrzymał dla siebie to co miał ochotę mu powiedzieć.
Aha! Więc jednak. Uśmiechnął się i kucnął naprzeciw niego.
- Dlaczego sądziłeś, że chcę ją skrzywdzić?
Czeng spiął się w sobie, ale nie miał już gdzie się cofnąć, plecy miał na drzwiach, wyszczerzył się zdenerwowany, żałował, że nie ma umorusanej twarzy jak na statku. Ten prostonosy zniszczył jego maskę, a teraz jeszcze gapi mu sie prosto w oczy! Tian! Żadnej ogłady!
Pokręcił głową, że nie rozumie. Tylko ostatnie słowo. Czemu znów mówi krzywdzić.
- Ja nie krzywdzić Pani Wu, ja chronić, ja li, za Ma. Nie zrobić krzywda. Pomóc, zaprowadzić do Qin jak ty nie chcieć. Tylko puść Pani Wu, nie każ opiekować Er. Nie mówić Pani Wu, że jak mówić o li jej. Ona zła. Ja jej niszczyć twarz. Ty nie rozumieć, ty wajguren, ale to niedobrze. Ja nie mówić ciebie, tak o li. Ty nie mówić. Nie wolno. - podkreślił. Ale czy ten nieokrzesany barbarzyńca zrozumie co to znaczy?
Białowłos pokręcił głową, śmiejąc się pod nosem.
- Czeng, czemu ty - wskazał na niego - myślałeś, że ja ją krzywdzę. Lubię ją. Mamy do wykonania pewne... zadanie. Takie samo, wiesz, jeden cel. Ona nie jest moim więźniem, jest wolna. Ale nie może jeszcze wrócić do domu. Rozumiesz? Nikt nie może wiedzieć, że ją spotkałeś - skłamał trochę... A w zasadzie nie powiedział pełnej prawdy. Bo zadanie mają... Uratować Utę. Ale nie ma ono nic wspólnego z tym, że Sing nie może wrócić do Qin. Nagiął fakty dla dobra i Czenga. Jeśli chłopak się nie zgodzi... Trzeba o tym porozmawiać z Azjatką. Znaleźć wyjście z tej sytuacji. Zabiłby go, gdyby musiał, był tego pewien i był na to gotów. Żeby tylko Sing i dziecku się krzywda nie stała. - Nic jej się nie stanie, opiekuję się nią od dłuższego czasu i jak widzisz jest cała i zdrowa. I wolałbym by ta rozmowa została między nami. Wiem co to znaczy odebrać twarz i właśnie próbuję tego uniknąć, żeby jej nie było przykro - Odkorkował bukłak i po łyku pozbywał się jego zawartości.
Czeng spojrzał na wielkoluda spod oka. - Ty nie oszukiwać? Nie kupić Pani Wu? Nie porwać? Czemu nie zwolnić z li i kazać... kazać... jeść er... Ona.. nie.. ona... Tian! [Ona nie powinna tak niszczyć swoich kształtów! Jest wysokiego rodu, od tego są kobiety niższego stanu, nie masz pieniędzy na taką? Jest mnóstwo innych. Dlaczego Pani Wu?] - powiedział szybko, zastawiając się czy dobrze zrozumiał. Coś robią razem... Pani Wu przez to nie wraca do Qin. A jeżeli kłamał? Żeby zatrzymać ją przy sobie? Czeka aż dziecko urośnie i będzie jej kazał w ramach li opiekować się nim jeszcze kilka lat, tak długo jak będzie miała mleko!
- Eee... - zastanowił się przez chwilę, próbujc wychwycić cokolwiek z qińskiego co by znał, ale wyłapał tylko prawdziwe imię Sing Lung. - Nie, nie oszukuję. Nie kupiłem jej, nie porwałem... Spotkaliśmy się przypadkiem i okazało się, że jesteśmy tu w tym samym celu. To co mówię może wyglądać jakbym jej kazał, ale to nie to, Czeng. Em... Jak by ci to wytłumaczyć żebyś pojął... U mnie kobieta i mężczyzna są równi, rozumiesz? Wu nie jest moim psem czy służką, jest moją przyjaciółką, a ja jako honorowy mężczyzna mam za zadanie ją chronić. Straciłbym szacunek do samego siebie, gdybym nie był w stanie jej ochronić. A dziecko... Sama chciała. Wiesz, te instynkty... - Nie wiedział co powienien odpowiedzieć na pytanie o karmienie ich syna, powiedział więc cokolwiek. A piersi i tak ma ładne, wcale jej się nie zniszczyły jeśli o to chodzi chłopakowi. No tak, ale on sobie ich nie poogląda i nie podotyka...
- Ja spytać o to Pani Wu. - postanowił Czeng. - Ja widzieć, ty boleć Pani Wu, ty ciągnąć do shui, ona nie chcieć. Ja nie rozumieć. Ja spytać.
Omal sie nie opluł mlekiem.
- Dałem się dla niej torturować, głodzić i ukrzyżować, chłopcze. Gdyby mi nie zależało na tym by ona żyła, nie zrobiłbym tego. To był jedyny sposób na zapewnienie jej bezpieczeństwa. Gdyby mnie nie powstrzymała, zabiłbym cię, sądząc, że chciałeś ją skrzywdzić.
- Ja też zabić za Pani Wu.
- Ale ty jeteś młody... Ciesz się życiem. A ochronę Wu zostaw mnie.
Młody też coś... Miał białe włosy, ale Czeng nie sądził, że ma sto księzycowych lat! Ale zmilczał. Czekał aż Pani Wu zawoła go do pokoju.
- No dobra, posuń no się - Białowłosy wstał i podszedł i uchylił drzwi... Czeng zaraz je zamknął. Znów więc otworzył. I znów Azjata mu je zamknął rpzed nosem. I złapał za nogę.
- Czeng, daj mi przejśc, to mój pokój! No odczep się od mojej nogi!
- Pani Wu zawołać. Ty czekać jak Czeng.
- Ja tam mieszkam, zapomniałeś? Ty tez powinieneś iść do siebie i się wyspać, odsuń się - Spróbował go odepchnąć.
- Pani Wu kazać iść. Białowłosy i Czeng. Ja słyszeć, rozumiem. Tak, tak, Czeng spać po rozmowa z Pani Wu. Czekać na zawołać. Pani Wu wyraźnie mówić. Gniewać na... męścizna, Dai Goh!
Człowieku, nie raz widziałem jej piersi... Ba, dotykałem ich, całowałem, nawet ssałem! I nie raz widziałem jak karmi NASZEGO syna. Co za uparte ciele...
- To ty źle zrozumieć - sarknął. - Znów mnie denerwujesz. Odsuń się, chcę się dostać do MOJEGO pokoju.
- Ja nie pozwolić. To nie li! Ty czikung znać? Ppani Wu pokazać? Ja pokazać. To dobre dla wajguren. Nie denerwować. - Noż co za uparty waguren! Nie wolno mu tam wchodzić, jeżeli Pani Wu jeszcze nie skończyła karmić. Poza tym jej rozkaz, to jej rozkaz. Dlaczego Czeng nie może wejść, a ten sądzi, że może? Zupełny brak opanowania emocji! Jak Pani Wu wytrzymuje z kimś takim. Jako sługa jest kompletnie nieodpowiedni! - Ty możesz bić Czeng, znów i znów, ja nie złamać, ja słuchać Pani Wu do shi.
- Czeng, posłuchaj mnie. Mieszkam z nia, tak? Podróżuję z nią, tak? Daję karmić mojego syna, tak? Wiec powiedz mi... Czy naprawdę sądzisz, że nigdy nie byłem tego świadkiem? Tak, znam czikung - "gdyby nie to, nie szarpałbym się z tobą tylko złapał i odsunął", dodał już w myślach. - I nie mówię o tym, że ty wejdziesz. Ty masz przecież czekać. Ja nie muszę. Przesuń się albo sam to zrobię.
- Jak widzieć? Dlaczego widzieć?! Dlaczego Pani Wu ozwalać?! Ty kazać, żeby patrzeć?! - Czeng był wyraźnie zszokowany taką bezczelnością.
Sing Lung odetchnęła kiedy obaj mężczyźni opuścili pokój. Wciąż jeszcze nie udało jej sięporozmawiać porządnie z Czengkiem. Arechion zachowywał się jak mały, biały kogut! Czeng też nie zgorszy. Kolejny osobisty wojownik? Musi mu wybić z głowy pomysł podróżowania z nią. Możliwe, że jego umiejętności przydałyby się przy uwalnianiu Uty, ale przeciwskazań było więcej niż korzyści. Chciała mieć swobodny dostęp do dziecka... I oczywiście dostęp do Arechiona! W całości! Była jjuż od kilku godzin zmęczona i zamiast położyć się spać musiała użerać sięz dwoma mężczyznami jak z dziećmi. A ten, który naprawdę był dzieckiem akurat miał ochotę pobyć mężczyzną i possać jej piersi jakby od tygodnia nie jadł Przysiadła na łóżku i głaskała maleństwo, cicho nucąc dla uspokojenia. Tylko w nuceniu i karmieniu zaczęly jej przeszkadzać jakieś stukoty i szurania pod drzwiami. I przeszkadzały coraz bardziej, szczególnie, że drzwi parokrotnie odrobinę się uchyliły, by za moment zatrzasnąć się. Jakieś głosy... Takie syczące szepty. Arechion i Czeng... O czymś dyskutowali. Póki nie słyszała, że ruch idzie coś innego niż języki, postanowiła nie reagować. Skończyła karmić Szena, zmieniła mu pieluszkę i położyła na łóżku. Dała Dianie resztki z kolacji. No teraz to już musiała doprowadzić tych dwóch do porządku, bo przecież dziecko nie zaśnie przy tym hałasie, który dla nich pewnie wydawał się ciszą na morzu co najmniej! A głos Arechiona to słyszała nawet bardzo wyraźnie. Czeng gotów dać się pobić.
- Arechionie, Czeng, możecie wejść. Już skończyłam - zawołała głośno w stronę drzwi.
Arechion przewrócił oczami.
- Nornil... Kiedy podróżuje się razem i zajmuje jeden pokój czy też nocuje tym samym namiocie, szałasie albo jaskini, nie ma innej możliwości jak widzieć to i owo. Nawet przypadkiem! Nie powiesz mi chyba, że żeś nigdy nie widział przyrodzenia kolegi z kajuty! - wtedy usłyszał głos Sing zza drzwi. - O, widzisz? Już można.
Jedną ręką postawił dzieciaka na nogi i wepchnął do środka.
- Nie chciał mnie łobuz wpuścić, usilnie twierdząc, że nie wolno mi tu wejść kiedy ty karmisz Asaliego. Weź mu wytłumacz, że ja to nie on, co? Możesz? Będziesz tak miła? Byłbym niezmiernie wdzięczny... Chociaż tyle zrób.
Uwalił się znów na łóżku obok syna i zaczął mu cicho opowiadać bajkę na dobranoc.
Sing Lung zaparzyła wszystkim cza i na koniec usiadła z Czengiem i zaczeła rozmawiać, zerkając od czasu do czasu na dziecko i Arechiona. Nie wiedziała ile czasu tak rozmawiali przyciszonymi głosami. Już było późno kiedy tutaj przyszli. Arechion w końcu zawtórował Szenowi i zapadł w sen. A ona wypytywała chłopaka o wszystko co tylko mogła. [tutaj bedzie o tym kt oarech - biren, i ze zadanie dla Qin, ze moze kiedys wroci, Czeng szkolil sie w kalsztorze, ale uciekl bo mial dosc dyscypliny, zaokretowal sie bo sie bal wrocic i pokazac matce na oczy, mial nadzieje, ze zdobedzie majatek na zamorskich wyprawach i wtedy wroci. SL go tam troche do pionu ustawi, ze zle robi i ma wracac, ze matka i sifu zapewne mu wybacza jezeli okaze dopowiednia skruche, ze nie pomyslal ze jego matke moze to zabic. Zobowiazuje go do milczenie, ze wie, co moze spotkac jej rodzine, ze przeciez tego nei chce, ze pewnie nie chce zeby cos zlego spotkalo jego matke, a moze byc kiedy nieodpowiedni luidzie sie dowiedza. I Ze lao sie nie przyzna bo to taemnica, tajemnic i w ogole, a ma misje w krainach wajgurenow, ma je zbadac, pojechac do rzymu i takie tam bzdety. Cos tam o tym nippon wkreci.] Na koniec daje mu kase ,zeby sobie akas izbe wynajal tutaj, bo nie moze spac w pokoju z nimi, Arechion ma te funkcję, tak, tak, bedzie jej strzegl spiac na podlodze albo w nogach lozka i wypyccha go za drzwi. A czeng sie mosi pod progiem.
Rozmawiała z tym Czengiem baaaaardzo długo. Niedługo pewnie świt! Kiedy w końcu chłopak wyszedł, też nie miała zamiaru wejść do łóżka ani nic... Obraziła się? Powiedział jej coś złego? A może zdecydowała się wracać?
Usiadł na łóżku i spojrzał na nią. Siedziała tyłem do niego. Zakradł się.
- Ekhm - odchrząknął. - Miło wiedzieć, że wyrzekasz się własnego syna, a i mnie traktujesz jak pomiotło kiedy pojawia się jakiś niedouczony knypek z twojego kraju. I to mi kazałaś uznawać przed Tian i innymi nasze dziecko... A jak przychodzi co do czego, to ja jedyny rodzic, tak? Nic już z tego wszystkiego nie rozumiem, Sing. Ja rozmawiałem z bratem w grece. Rozmawiałem z tobą. Nie wyrzekałem się niczego. Dlaczego to robisz? Kim jestem? Kim jest Szen? Zabawką? Pobawiłaś się już, popsuliśmy się i trzeba nas kopnąć w zadki i jechać do domu, gdzie czeka cię pewna śmierć? Dlatego tyle czasu z nim gadałaś, dlatego zachowywałaś się jakbyś kij od szczotki połknęła i udawałaś, że świat zewnętrzny cię nie interesuje? A Uta? Też cię nie interesuje?
- Arechionie. Jeżeli chcesz mnie ukarać za moje zachowanie, po prostu to zrób. Nie mam siły spierać się z tobą czy wdawać się w wyczerpujące dla mnie rozmowy. Proszę, nie ma tutaj teraz Czenga, możesz zrobić co zechcesz. - odpowiedziała cicho.
- No tak! - zaśmiał się głupio pod nosem, odwrócił i znów uwalił na łóżku, tyłem do niej. - Na rozmowę z Czengiem to żeś miała siłę. Dzięki! Wielkie dzięki! Dobranoc.
Sing Lung skuliła się w sobie po tym co powiedział. Chciała, żeby ją przytulił, nie kazał nic tłumaczyć i mówić, zabrał, ale zanim sama wstała do łóżka, on powiedział te wszystkie okropne słowa. Jak mógł powiedzieć, że wyrzeka się jego syna?! Jak?! Ona... oddałaby życie za ich obu. Wyrzekłaby się tylko dla ich dobra, by ich ratować, tak jak teraz córek, których już nie zobaczy do końca życia, nawet gdyby wróciła do Qin! A on... nie umiała się bronić przed czymś takim, przed takimi oskarżeniami. Zazdrość o Czenga jeszcze mogła zrozumieć, mimo że nie dawała Arechionowi ku temu powodu, próbowała mu powiedzieć jakie zależności ich łączą, czy on nie rozumiał co to znaczy? Przecież mówiła, że Czeng nie zna greki. Poza tym... Chyba naprawdę chciała, żeby Arechion nie rozumiał i nie słyszał części rzeczy, o których rozmawiała. Lepiej żeby nie wiedział. To jej przeszłość, to sprawy Qin. Mówił, że rozumie to co ją zawsze będzie wiązało z krajem i z tym co jest powinnością Feniksa. Ona nie wypytywała go o tajemnice rodzinne ani Wyspy i rzeczy, które wolałby ukryć, jakieś niegodne z ich przeszłości. Jeżeli potrafił i miał potrzebę podzielić się czymś takim z nią, mógł to zrobić, ale nie powinien czegoś podobnego oczekiwać od niej, tylko dlatego, że sam coś jej powiedział! To jego wajgureńskie poczucie zaufania! Ona nigdy tego nie pojmie. Kocha go... Pragnie. Chce mu dać wszystko co może i chronić.... ale nie będzie ufać ot tak i dzielić się tym co na zawsze powinno pozostać przed nim ukryte. A jeżeli będzie musiała odejść zrobi to... Jeżeli Szen będzie musiał być ukarany lub daleko od niej w ramach li, także to zrobi! To jego syn i ma nad nim władzę, ale ona jako matka także będzie miała. Da mu wolności ile będzie mogła, ale kiedy posłuszeństwo będzie potrzebne zażąda go z pełną bezwzględnością... I Uta... To przez nią ją porwali! Przez nią, to wszystko jej wina i to, że spotkali tutaj Czenga...
Zakryła dłońmi twarz. Zaczęła rozmyślać o domu i Airen. O tym kogo tak naprawdę pamiętała i kogo pokochała i czy na pewno dobrze uczyniła spełniając własną zachciankę i przedśmiertną wolę MengMei. W końcu wzięła do ręki swój zeszyt i kawałkiem nadpalonego drewienka zaczęła kreślić rysy twarzy. Szukając ich w pamięci i zastanawiając się czy dobrze je pamięta... Czy jeszcze je w ogóle pamięta...
Skulił się na łóżku, przytulił do siebie małego i zamknął oczy, zaciskając mocno szczękę. Cały wieczór czekał na odpowiedzi co tu się święci. Prawie całą noc znosił tego Czenga, by teraz dowiedzieć się, że ona nie ma teraz dla niego siły... Może niech go od razu za drzwi wystawi z dzieckiem! Nie zareagowała nawet! Nie przyszła do niego, dalej tam siedziała. A on nie mógł się ułożyć... Przewracał się z boku na bok, z brzucha na plecy i nic! No nie da się tak... A w dodatku zachował się jak skończony dupek. Znów wstał i zakradł się do niej. Nie oderwała wzroku od... Blatu stołu? Spojrzał jej przez ramię. Patrzyła się w jakąś męską postać. A to kurna kto? Jej ojciec, mąż, a może Wang? Do Czenga niepodobny. Dłonie miała splecione ze sobą, ściśnięte tak mocno, że zbielały jej knykcie. Pogłaskał ją po głowie, położył ręce na ramionach i rozmasował lekko.
- Przepraszam... Chodź do łóżka - poprosił cicho. Czuł jaka jest spięta i jak pod jego dotykiem to z niej uchodzi. - Niedługo świt, proszę.
Zamknęła zeszyt, owineła go starannie w jedwab i schowała do impregnoowanego opakownia ze skóry. Potem dała się podprowadzić do łóżka Arechionowi i połozyła na nim. Przytuliła odruchowo synka, ale myślami była jakby w innym miejscu i czasie.
Zdjął jej buty, o których chyba zapomniała. Co się do licha jednego stało? Położył się za nią, przytulił do siebie i pocałował w kark. Nie drgnęła nawet. Nic, zero reakcji, zimna ryba. Wtulił się jej nosem w szyję.
- Przepraszam - powiedział raz jeszcze. - Jestem po prostu zdenerwowany całą tą sytuacją, nie wiem co się dzieje i dlaczego i co z nim, z tobą... Boję się, że cię stracę... On uważa, że ja cię krzyw... Eeee... Prze... Przepraszam.
- Krzyczał na mnie na oczach wszystkich jak należało, biegał wzburzony po pokoju i groził, że mnie zbije, a ja udawałam, że w to wierzę, nie chcąc odebrać mu twarzy. Ale nigdy mnie nie uderzył i nie zbił. Potem przychodził wieczorem... do łoża... z miseczką słodkości. Dawał mi ją i lekko się uśmiechał. Przepraszał mnie bez słów. Albo słowami - kawałkiem papieru z nakreślonym naprędce wierszem... Czasem przepisanym z jakiejś księgi, czasem trochę niezdarny przez niego wymyślony. W ciągu dnia zachowywał dystans, ja także, nocą kochaliśmy się niemal bez słowa, ale czułam jak bardzo mnie pożąda, jak bardzo potrzebuje i starałam się odwdzięczyć jak umiałam, czując do siebie straszny żal, że nie potrafię czuć do niego tego co on. Nie sprzeciwiał się moim ćwiczeniem, samotnym wycieczkom, ukrócał żądania podwładnych, że nie przystoi to takiej jak ja. Nawet opowiadał mi o wydarzeniach ze stolicy, o tym co planuje, przywoził książki... I nie gniewał się gdy urodziłam mu córki i to aż dwie... Uśmiechał się, chociaż byłam pewna, że w sercu nie jest zadowolony. Był... Jest ostatnim z rodu... Wyprawił ceremonię, uznał córeczki... Dba o nie... Pozostawiłam go samego, z dziećmi do wychowania... Z bólem, że mnie stracił... Czeng opowiadał jak wyglądał kiedy przybył do pałacu żeby powiadomić o mojej śmierci. Stracił radość życia, nie uśmiechał się już tak jak kiedyś, przestały go interesować wielkie wizje i plany. Coraz rzadziej przyjeżdża do stolicy, tylko kiedy musi. Zajmuje się córkami. Nie wziął sobie drugiej... Tylko mamkę... I kupił dla dziewczynek kucyki... Czeng widział, wtedy, słyszał, jak mówił, że to dla nich, bo tęsknią za mną... A Lao Ma kazała go wspomóc stoma li i dała pamiątkową tabliczkę... Podobno wciąż nosi żałobę... A ja... prawie nie pamiętam jak wyglądał... Nie pamiętam jego zapachu i kształtu dłoni. Pamiętam tylko, że był delikatny, jakby trochę nieśmiały, że Tian podarował mu taką jak ja, że może dotykać mojej skóry. Nie wiem czy tylko mnie się bał czy kochał... Ale odnosił się do mnie z szacunkiem i lubił na mnie patrzeć... Rzadko widywałam jego twarz, ale gdy miało to już miejsce, widniała na niej lekka melancholia i coś co mogłabym nazwać szczęściem. Był szczęśliwy ze mną... Mimo że nie byłam taką żoną jak powinnam... A teraz odebrałam mu to szczęście, bez powodu... Dla własnej zachcianki... Powinnam była zostać. Nigdy by to się nie wydarzyło, nie sginełaby twoja siostra, ty byś mnie nie spotkał i nie zakochał, Uty by nie porwali, Xena by cię nie ukrzyżowała... Lubił śpiewać... Wiem, że wstydził się tego, ale kiedy nikt go nie widział nucił skomplikowane melodie. Był... Jest przystojny. Wysoki, smukły, z prostymi zębami i jasną skórą, nie spaloną do szczętu słońcem. Nie pamiętam bym widziała go pijanego... A przynajmniej nie w domu... Nie pamiętam też bym czuła od niego zapach innych kobiet, chociaż to byłoby bez znaczenia... A może bym go w końcu pokochała... Może... to nie ciebie miałam... Czy mogłabym kochać was obu?
Białowłosy najpierw nakrył jej dłoń swoją i pogłaskał delikatnie, a potem... Prawie zesztywniał. Mówiła o tym swoim mężu... Nie uderzył jej... Przepraszał! A Jemu kazała się karać! Zmuszała go do tego by ją karał! Dlaczego?! I jeszcze mówi o... Nornil... Dlaczego ona o tym mówi. Więc to jednak on w tym zeszycie? Może jednak go kocha... Jego, a nie białowłosego. Tęskni za nim, to pewne. I pewnie zaraz wyskoczy z wiadomością, że wraca! Inaczej nie mówiłaby o nim tak nagle, wiedząc, że dla tego drugiego to temat dość... niewygodny. Zostawiła go z córkami, no owszem. Ale tamten ma pewnie teraz inną żonę. Jakoś ciężko mu było uwierzyć w ten jego lament po stracie Sing. Sama sobie przeczy. W dzień na dystans... Nocą bez słów. Nie znał więc jej. Ooo proszę... Nie wziął drugiej jednak? No cóż, może dopiero weźmie. W końcu jest coś takiego jak żałoba. A mamka to zdaje się całkiem niezły początek. A w ogóle to wszystko może być kłamstwem. Czeng mógł zmyślać żeby Sing wróciła do domu! Żeby poczuła się winna wszystkiego, wróciła i żeby ją tam zabili albo zdegradowali i wsadzili do łóżka jakiemuś brutalowi, któremu tylko ciupcianie w głowie! Albo sprzedaliby ją na dziwkę. Albo inną niewolnicę.
Lubił na nią patrzeć. A białowłosego się wstydziła, gdy obserwował ją we śnie. Co za sprzeczność... Dlaczego męczy go tym tematem, czemu wspomina kogoś kogo podobno nie kocha?! Czy to kara za to, że dał się ponieść emocjom i na nią nakrzyczał?! Czy może chce mu jakoś powiedzieć, że jest jej zbędny, że ma dość, wraca do swojego ukochanego, który czeka na nią w Qin?! Nic z tego nie rozumiał... Nic, kompletnie nic! Najpierw mówi, że nie kocha, teraz wychodzi, że jednak kocha... Białowłosemu mówi, że go kocha, a jak trafia na znajomego, to udaje, że jest jej obcym i jeszcze odsuwa dziecko... Tak, tak, gadaj tak sobie dalej. Nie miała wpływu na Vismira. Hali nie zginęłaby, gdyby Arechion zginął z ręki Masaru. Nie zginął, więc zapłaciła za to jego siostra! A Uta to też jego wina, gdyby siedział na dupie i nie oddalał się od domu, to nic by się nie stało. Ukrzyżowanie... Powiedział jej przecież, że robi to DLA NIEJ! Dlaczego ona ciągle tego nie rozumie?
Przystojny?! No nie, kobieto, może mi jeszcze powiesz, że ma dużego i jest świetnym kochankiem? Zapewne lepszym niż ja, bo ja nie biorę słodkości do łóżka... Nie śpiewam, nie trzymam dystansu w dzień, nie piszę wierszy, lubię rozmawiać... No, może oprócz chwili, w której uprawiamy miłość. Czasem wypiję, widziała jak "byłem" z kobietą i musiała się mną zajmować jak Bregen mnie upił, a potem po ukrzyżowaniu. No tak, tamten nie dostarczał jej tyle trudu! Ma służbę, swoich medyków, bezpieczną, ciepłą posadkę... Dom! I wszystko pod ręką!
I sama się przyznaje, że... Eh... I co on ma jej teraz odpowiedzieć? Nie wiedział, czuł się mocno zagubiony i... I zrobiło mu się smutno! On jej nie opowiadał tak o Yuki. Otworzył lekko usta, ale słowa uwięzły mu w gardle.
Nic nie odpowiedział, a więc jego słowa, że chce, żeby mu powiedziała co się dzieje, mówiła co czuje nic nie znaczą... Więc lepiej, żeby nie mówiła tak jak miała w zwyczaju, tak jak powinno być. Zrobiła straszną krzywdę swojej rodzinie i nawet kara, która ją czeka po śmierci to za mało. Teraz rozumiała to bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Dlatego wciąż Tian będzie ją karać... A ona próbuje się przeciw temu buntować... Co jeszcze spotka Arechiona? Przez nią? Nie odejdzie. Nie może wrócić, a on ma nad nią władzę życia, zresztą szukałby jej...
- Nie, nie wrócę do Qin, jeżeli teog teraz właśnie się obawiasz Arechionie. Nie mogę tego zrobić. Nie chcę ranić bardziej ren, którzy nie uczynili mi nic poza tym, że po prostu Tian postawiło ich na mojej drodze. Czeng opowiedział mi co mógł. Wysłano go na nauki do klasztoru... Kazałam mu wracać do matki, nie łamać li przynależnego dzieciom wobec rodziców. Powiedziałam, że wykonuję misję dla Qin w krajach wajgureńskich. Że masz informacje o Nippon, do których muszę dotrzeć, a że Qin nie może oficjalnie przyznać się do takich działań, jeżeli wyjdzie to na jaw zostanę ogłoszona zdrajcą Tronu i będzie musiał zostać wydany na mnie glejt banicji, pozbawienia wszelkich dóbr rodowych i nakaz ścięcia głowy, a nie uduszenia. Że Lao Ma nigdy do tego się nie przyzna, a ktoś kto przyniesie jej taką wiadomość straci głowę i zapewne jego bliscy także. Chyba przeraziłam go dostatecznie. Niech mi wybaczy, ale zagroziłam jego starej matce... Jest dobrym synem i Han... Młodym, więc nieco nierozsądnym, ale jest lojalny wobec mnie. Nie chce mojej krzywdy ani nikogo z mojej rodziny, sam wie co to dla nich oznacza... Zresztą jest tylko synem starej ochmistrzyni. Kiedy mnie zabrakło nie mieli już takich wpływów, inni zajęli miejsce przy Smoczym Tronie. Są zwykłymi ren, pełniącymi swe codzienne obowiązki. Życie w pałacu daje im oparcie i zapewnia utrzymanie i pochówek, ale nie powinni zajmować się intrygami. To ich zniszczy, nie wiedzą... Mam nadzieję, że nikt z popleczników Wanga i Młodego Smoka nie przypomni sobie o nich i nie wykorzysta lub zabije. Czeng chyba z tego nie zadaje sobie sprawy, ale matka właśnie dlatego odesłała go do klasztoru. Tam był bezpieczny. A on... - zamilkła na moment, po chwili podjęła inny temat - Lao Ma odsunęła się zupełnie. Całymi dniami ćwiczy albo maluje... Zielony Smok jest wychowywany przez eunuchów i rośnie w siłę. Czeng tego nie powiedział, ale sadzę, że Młody Smok nienawidzi własnej matki. Tak zapewne jak moje córki mnie, jeżeli kiedykolwiek się dowiedzą prawdy! Jak Uta, która za długo będzie czekać na ratunek i przestanie wierzyć, że chcemy ją odszukać i mieć przy sobie!
Powiedziała, że nie wróci do Qin. Że nie może. To czemu Czeng usilnie chciał ją do tego namówić? Nie docierało zbyt wiele słów do niego z drugiej wypowiedzi, jego myśli były zaprzątnięte tą pierwszą.
- Nie... Nie wiem co... mam ci powiedzieć - zaczął cicho, szeptem. - Po prostu... nie wiem. Nie rozumiem... Twój mąż... był... jest do mnie podobny, ale... Ale i inny. Pewnie lepszy. We wszystkim. I jest Han, ja nie. Kocham cię... Bardzo cię kocham, Sing. I boję się, że odejdziesz. Że mnie zostawisz. Ale nie chce żebyś przeze mnie cierpiała, więc jeśli... Jeśli postanowisz odejść... - przerwał na chwilę, odetchnął głębiej, serce szybko mu biło, a gardło ściskało. - To zabierz Szena. On nie może być bez matki. Ja... sam nie dam rady.
- Nie wiem czy był lepszy od ciebie... Na pewno ja byłam gorsza dla niego niż jestem dla ciebie i nie kochałam go, a powinnam. - dokończyła. Chciała jedynie by był szczęśliwy, a odebrała mu to. Skrzywdziła kolejnego ren. Tak, w jakiś sposób są do siebie podobni... Ale Arechion nigdy nie będziesz nim, a Airen nigdy nie będzie białowłosym. Nie pojmą pewnych spraw. - Nie wiem czy potrafiłby mi wybaczyć to co mu zrobiłam. Zapewne musiałby popełnić samobójstwo, może mnie okaleczyć... Zabić córki, które nie powinny nić dla niego znaczyć, a chyba tak nie jest. Zabrałam mu ogień... Nie cieszy go już to co czynił. Nie mogę nic z tym zrobić, nie mogę tego naprawić, zmarnowałam też szansę, która próbowałam rozpaczliwie zdobyć przed Tian... Przecież powiedziałam, że nie wrócę do Qin. A nawet gdybym mogła wrócić to nigdy już nie zobaczę ani Airen, ani córek. I nikogo z mojego rodu, sióstr, braci. Nikogo. Uzyskałabym przebaczenie Tronu za sprowadzenie Xeny, ale tam też musiałabym rozpocząć inne życie. I zapewne wiązałoby się to z opuszczeniem pałacu, zamieszkaniem gdzieś na wybrzeżu lub w lasach... Daleko od kogokolwiek kto wiedział kim jestem... Może poszłabym do klasztoru... A może znów by mnie za kogoś wydano... I zawsze istniałoby niebezpieczeństwo, że ktoś się dowie kim byłam... I na pewno nie mogłabym zabrać Szena... Uczyniliby mu krzywdę... Poza tym jest twoim synem, nie mogę ci go odebrać nawet jako matka. To twoja krew. Twoje Yang, ja tylko go urodziłam. To ty możesz go zabić, jeżeli ci się sprzeciwi. Ja... jeszcze nie. Arechionie, przecież wiesz, że boję się, okropnie się boję, że stanie ci się coś, że przeze mnie... I nie chcę, żebyś umarł czy się zabił...
Przytulił się do niej trochę mocniej. Zacisnął powieki, spiął się na moment i rozluźnił. Dobrze więc sądził, że tam nie czeka jej nic innego jak kolejne kłopoty albo śmierć. Nie chciał już widzieć tego Czenga na oczy. Muszą opuścić to miejsce. Jak najszybciej. Żeby nie pomyślał o wzięciu jej siłą, bo kto wie do czego byłby zdolny. A ten jej mąż... Sam się skrzywdził, biorąc ją za żonę. Kupując wręcz. Zabierając z miejsca, w którym czuła się potrzebna. Odbierając prawo wyboru.
- Nie jestem tak silny jak moja mama. Nie umiałbym się zająć naszym synem. Nie umiałbym go zabić, zostawić, ale i nie podołałbym... Wyjedźmy stąd... - poprosił, głos miał zagłuszony jej plecami, w których ukrył twarz. - Jeszcze dziś, rano. Opuśćmy to miejsce...
Odwróciła się i przytuliła go do siebie, jak dziecko, jak chwilę wcześniej Szena. Pogłaskała po głowie, czuła jego oddech i usta pomiędzy piersiami.
- Wyjedziemy. Przecież musimy dotrzeć do Sarkissy. Muszę załatwić jeszcze jedną sprawę z Czengiem. Nie naprawi to dawnych błędów, ale może uchroni przed kolejnymi.
Objął ją, dłonią nakrył Asaliego, który spał za jej plecami. Nie chciał tu zostawać, by dalej napataczać się na tego całego Czenga, który samą swoją bytnością powodował, że Sing miała jakieś dziwne myśli i nie czuła się komfortowo.
- Nie lubię go - przyznał. - Jest... Dziwny. I chyba miałby ochotę się do ciebie dobrać. Nie podoba mu się, że karmisz.
Klepnęła go lekko.
- Co ty opowiadasz. Prędzej rękę by sobie uciął niż mnie dotknął. Ma prawo mu się nie podobać. Dlatego starałam się nie zdradzić mu wprost, że Szen to nie tylko twój syn, ale mój. Z tobą. Jeżeli wciąż się nie domyślił tym lepiej. Ty nie zrozumiesz nigdy pewnych rzeczy, Czeng też nie. Dla niego jestem niedościgłym wzorcem, wyrocznią, mam nad nim władzę, to umniejszyłoby moje znaczenie. To, że sprowadzałam deszcz i chmury z wajgurenem i dałam mu dziecko krwi Han. Sądzę, że wierzy, iż obcy nadają się tylko do służenia Qin i nic więcej sobią nie reprezentują. I nie dziwię mu się za specjalnie, po tym jak go potraktowałeś białowłosy bakka i jak niemal odbierałeś mi twarz w jego obecności. Uwazą, że jesteś... moim podwładnym i nie mieści mu się w głowie, ze możesz tak bez szacunku wobec mnie się zachowywać. On nie śmie i gotów jest wybić głową dziurę w podłodze za najmniejsze mi uchybienie... Nie rozumiesz... Nie rozumiesz kim byłam i co to oznaczało dla takich ludzi jak Czeng. Byłam panią ich życia i śmierci, dla niego nadal jestem, ale mnie kocha. Nie jak mężczyzna... Rozumiesz? Tak jak ja Sifu.
Usmiechnął się lekko.
- Co nie znaczy, że nie ma na ciebie ochoty, kochanie. Robił się czerwony po uszy i nie potrafił powiedzieć słowa pierś. Nie jesteś jego sifu, a nawet jakbyś była, to on jest mężcz... Młodzieńcem płci męskiej. A ty kobietą. I to niezwykle piękną. Jest różnica między ptaszkiem a dziuplą. Oczka mu się świeciły... Niech sobie wierzy w co chce, sam pracuje za głodową pensję u białych na statku. Potraktowałem go tak samo jak potraktowałbym każdego, kogo uznałbym za zagrożenie dla życia twojego czy naszego syna. Nie rozumiem waszej mowy, nie mogłem więc wiedzieć co się dzieje. Widziałem tylko, że zdenerwował cię czymś i nagle rzucił się w twoją stronę. Sądziłem, że coś kombinuje.
- Hmmm. Jest mężczyzną Arechionie, nie dzieckiem. Od czasu gdu skończył piętnaście lat. Tak jak ja... kobietą. Nie traktuj go jak gorszego od siebie. Nawet jeżeli on za takiego cię uważa... nie ośmieli się uczynić wobec mnie nic, na co mu nie pozwolę ani wobec ciebie. Chyba, że będzię się oboawiał, że mi coś grozi, że jednak go oszukałeś i jestem twoim więźniem. A jeżeli jego męska natura, tak jak i tobie, sprawia, że myśli o mnie jak o kobiecie, to doskonale wie, że nie może dac temu wyraz. Sam by siebie ukarał. W pałacu nie wolno mu było nawet na mne spojrzeć, unieść głowy. Możliwe, że tutaj i teraz po raz pierwszy ją zobaczył, mnie zobaczył taką... jaką ty widzisz. Musiałam go przywołać do porządku w pewnych kwestiach, pokazać, że nadal jestem tą, którą byłam w pałacu i nawet tak daleko od Smoczego Tronu mam nad nim władzę i nad mężczyzną i nad ren. Nie, nawet jeżeli czuje poządanie choć sądzę, że bardziej zauroczenie, jest to raczej forma uwielbienia i wystarczy mu w zupełności. Ty Arechionie nigdy nie zabujałeś się w jakiejś... no nie wiem... sąsiadce, nauczycielce? Hmm... Nie, pewnie nie... Kamaele... Nie wiem czy miał już kobietę i nie spytam go o to. Pewnie tak, jest marynarzem... A może nie. Może brzydzi się ich tak jak mnie Bregen, bo są wajgurenkami... Albo śluby klasztorne mu wciąż zabraniają... Zapewne poczuł się bardzo zawstydzony i speszony tym... co sobie uświadomił. Raczej wytrąciło go z równowgi niż napawało zadowoleniem. Mam nadzieję, że nie odebrałeś mu bardziej twarzy. Jestem... nie wiem. Zmęczona... jakoś zmęczona... Marzyłam o tym, żeby położyć się spać, ale nie wiem teraz czy zasnę. Zaraz świt. Tutaj, w mieście, nawet nie mam gdzie potrenować w spokoju, żeby odszukać harmonię. Chodź, przytul mnie i nie smuć się. Nie myśl o Czengu, nie jest dla ciebie zagrożeniem. - uśmiechnęła się. - Mam nadzieję, że Szen wyrośnie na takiego jak on... Oczywiście... Nie będzie taki... taki hmm nieświatowy, ale ta siła charakteru i wierność tradycji. To dobry syn.
- No nie wiem - uniósł głowę i spojrzał na nią nieco zwadiacko. - Wolałbym żeby Szen był bardziej podobny do mnie. Czenga odstawmy na bok, wkurza mnie to jak na ciebie patrzy. Robię się zazdrosny... Mógłbym cię tak zmęczyć, że zasnęłabyś bez względu na porę dnia czy nocy... - Uśmiechnął się i pocałował ją prosto w usta.
- Ha ha ha, mężczyźni. Nie dalibyście sobie rady na tym świecie bez kobiet i tylko byście wdawali się w bójki. A ty chcesz się zmęczyć? - mruknęła, odgarniając mu włosy z czoła. - A ja na ciebie jak patrzę? - spytała kokieteryjnie.
- Ty na mnie... Hmmm... Jakbyś miała ochotę na cynamonowe ciasteczko - nachylił się, objął ją porządnie i znów pocałował. - Świat bez was byłby nudny.
- Widzisz, ty nie musisz mi przynosić słodkości do łóżka. Cały jesteś słodki. - uśmiechnęła się i polizała go od szyi aż po czubek nosa.
Zamlaskał, udał, że się nad czymś zastanawia.
- Hm.... Mmm... Ale ja nie zmieszczę się do miski... Chodź tu, bo mi pachniesz, a ja mam ochotę na dydkiiiiii (wspomnienie do warty ) - Praktycznie jednym ruchem rozpiął jej koszulkę i zrobił ciche pruuu między piersiami.
Roześmiała się i zmierzwiła mu włosy - Ciii, bo obudzisz małego, a on na pewno będzie zazdrosny o twoją zabawę moimi dydkami. Chcesz go odciążyć w piciu mleka? Świta, czuję, że mam już bardzo pełne piersi, prawie bolą.... Uważaj, ostrożnie, śpi tuż obok.
- Myślałem raczej o czymś innym... - uśmiechnął się, ale pociągnął leciutko najpierw z jednego, potem z drugiego sutka. Faktycznie pełne. Wystarczyło delikatnie zassać. Oj ten Szen to ma coś za dobrze... Ale Czeng może o czymś takim tylko pomarzyć, ha! - Wiesz... O czymś... takim... dorosłym... hmmm... milusim... podniecającym i niezwykle odprężającym... - Zaczął zsuwać sie do jej pasa, obcałowując jej brzuch, odplątał sznureczek spodni.
- Tylko myślałeś? - mruknęła, czując dreszczyk rozchodzący jej się po ciele.
- Przerwałaś mi ten tok myślenia, wspominając o dość smakowitej zawartości dydusiów, ale już wróciłem na właściwą ścieżkę - Posłał jej zbójecki uśmieszek. - O ile oczywiście masz ochotę.
- Jeszcze nie wiem, próbuj dalej - droczyła się.
- Próbuj w sensie smakuj, czy próbuj jako, że próbuj bądź próbuj rozgrzej? - Przejechał jej językiem wokół pępka.
- Skomplikowany ten wajgureński język, a czy te wszystkie próbuj to nie za jedno? - zachichotała cichutko od jego języka na brzuchu.
- Hmm... Niekoniecznie - Zsunął jej odrobinę spodnie i zaczął obcałowywać niżej. - Mrr... Słodziutka jesteś, naprawdę... - Zsunął odzienie jeszcze niżej i zaraz podążył tam ustami. - Tego to się chyba można pozbyć, co o tym sądzisz? - zapytał, nie czekając na odpowiedź i zsuwając jej spodnie już do kostek.
- A nawet trzeba, nawet trzeba jeżeli zmierzasz do tego co sądzę. Ale bądź uczciwy, sam żeś zakutany po szyję wciąż!
- Więc weź się za mnie, kotku, mrrrr - mruknął, szczerząc zęby. Wrócił do jej ust i dał się rozebrać...

[UGIBUGI, RIGIDIGI I TAKIE TAK - SEks]

Usnęła spokojnie. Arechion nie mógł zasnąć, właśnie wstawało słońce... Spacer dobrze mu zrobi. Ubrał się, wziął sakiewkę z pieniędzmi na zakupy i wyszedł... A raczej upadł zaraz po przestąpieniu progu. Co u licha? Obrócił się na plecy, usiadł i... Czeng! No nie! Naprawdę teraz to go wkurzył! Słyszeć to raczej nic nie słyszał, zachowywali się cicho, ale mógł podglądać!
- Co ty tu do cholery robisz?! - syknął. Zerknął czy Sing albo dziecko się nie obudzili i zamknął drzwi. Podniósł chłopaka za ucho i oddalił się z nim od pokoju. - Słuchaj no dzieciaku, obrażasz mnie i moje umiejętności, a jak ona się o tym dowie, to nieźle się zdenerwuje, tego chcesz? Żeby pozwoliła mi zrobić ci dużo poważniejszą krzywdę niż tylko wybite nadgarstki? Wracasz na statek, przyjdź później, rozumiemy się? Idziemy, osobiście cię odprowadzę...
- Nie. nie mówić. Ja tylko pilnować spokój Pani Wu na noc - mruknął chłopak rozcierając sobie ucho. - A ty wąskonosy, znowu chcieć bić! Wąskonosy robić czikung, to mu pomóc - mruknął dalej, trzymając się jednak na dystans od białowłosego i poprawiając kubrak.
- Bo mnie denerwujesz! Obserwujesz odkąd wsiedliśmy na statek, nie lubię być obserwowany, rozumiesz? Jestem wojownikiem od dziecka, nie jakimś słabeuszem i potrafię zadbać o bezpieczeństwo kobiety, doceń to w końcu. Nie powiem jej o tym co zrobiłeś o ile NIGDY więcej się to nie powtórzy!
Czeng nie zniżył się do odpowiedzenia białowłosemu, dla siebie zatrzymując przekonanie, że nie jemu decydować czy jeszcze kiedy będzie strzegł spokoju Pani Wu czy nie. Wbrew spędzeniu nocy na deskach podłogi pod progiem i sporej ilości kubków wina wieczorem do wieczerzy, Czeng ruszył pewnie, miękko i czujnie za wąskonosym dryblasem.
Czeng idac za wajgurenem nieco z tylu, zanim doszli na statek zatrzymal sie na moment przy beczce z dziegciem i paroma ruchami dloni usmarowal sobie nim twarz, ramiona i lydki, tak ze nie roznil sie wygladem od tego jaki na codzien znali kamraci na statku. Szczegolnie twarz i glowe, żeby ukryc wiete naznaczenia na czole. Ubranie, w którym zaatakowal bialowlosego ukryl pod swoimi zwyklymi szmatami, obszerna, rozchelstana koszula i takimiz postrzepionymi portkami. Buty schowal do prowizorycznego wezelka ze szmaty, w ktorej wczesniej niosl ubranie i uzywal jej zamiennie do noszenia obu ubiorow.
- Dai Goh ja nie wracac na statek teraz - zwrocil sie do mezczyzny - Ja miec sprawa w miasta, poszukac maska, tongzi nie widziec. Ja nie chciec. Ja wrocic do pani Wu, po obiad, mosze bic?
- Dobrze - kiwnął mu głową - Ale jeśli okaże się, że wróciłeś do karczmy... To masz przechlapane.
Czeng nie zrozumial ostatnich slow, ale nie dociekal tlumaczenia.
- Ja być po obiad - powtorzyl jeszcze raz najwyraznie jak potrafil i wolno. - Ty wraca do pani wu teraz, tak? Nie być sama na miasta? - Jak na biren, bialowlosy był wiecej niż nieumiejetny, ale pani Wu tak zadecydowala i musial to uznać.
- No to być po obiad. Nie, jeszcze nie wracam, muszę potrenować i zrobić zakupy. Ale nie martw się, ona teraz śpi, nie pójdzie sama na miasto.
Co za uparty Qińczyk. Spojrzał na niego z góry, wymusił na swoich ustach uśmiech.
- Idź jak musisz. Maska leży tam gdzie mnie wczoraj zaatakowałeś. Tylko jest zniszczona.
Czeng pokrecil glowa na taka niefrasobliwosc, biren pilnuje caly czas, strzeze drzwi, loza, snu. wciaz nie mogl pojac dlaczego pani wu na to sie godzi... Ale teraz miala jego.... Chcialby pomoc, może chociaz nauczyc tego madrale obowiazkow biren?
- Ja robic nowa jia maska. Twoja li strzec drzwi jak Czeng, isc rozkaz pani Wu mowic, nie chodzic bez rozkaz - podkreslil z naciskiem - Wracac, wracac. Ja teraz isc.
Że co? On nie jest żadnym sługusem! Ani niewolnikiem! Co Sing mu nagadała? No tak... Znów ta jej "ochrona". Tyle tylko, że on nie był nawet odrobinę podobny do niewolnika! Albo ten Czeng zmyśla. Oburzył się... Rozkazy? Jakie rozkazy? Ona mu nie rozkazuje! Ani on jej. Żyją normalnie, jak równy z równym! No, oprócz typowego podziału na sprawy damske i męskie... Mimo to, pociągnął temat.
- Wu daje mi czasem wolną rękę. To jeden z takich dni i nie waż się podważać jej zdania - rzucił chłodno.
- Ty, być strzec, to twoja li. Nie zawieść - na odchodnym znów dobitnie powiedział Czeng, nie wyjaśniając kogo ma w tym względzie na myśli i szybko zniknął między budynkami.
Odprowadził go wzrokiem, wzruszył ramionami i poszedł na statek sam. Miał tu sprawę do załatwienia. Rozglądał się wkoło po pokładzie, ale nikogo nie było... Co to za pustki? Nikt nie pilnuje łajby? Wszyscy siedzą w karczmach i burdelach, zabawiając się póki mogą? Ech... Niedobrze... No nic, spróbuje później. Odwrócił się na pięcie i...
- Co pan tu robi? - usłyszał głos zza pleców.
- Przychodzę w interesach. Proszę dać to Czengowi jako premię - odliczył kilkadziesiąt monet i podał kapitanowi. - Pomógł mi z czymś i zasługuje na nagrodę, ale nie może się dowiedzieć, że to ode mnie.
- Ale, może tak jakieś...
Arechion przerwał mężczyźnie unosząc dłoń do góry.
- Proszę to zrobić. A teraz muszę już iść. Dobrej pogody życzę.
Oddalił się szybkim krokiem, nie czekając na kolejne pytania kapitana. Poszedł najpierw na spacer. A w zasadzie pobiegł. Trzymał się tak by widzieć i port i miasto. Trafił na łąkę... Ładne kwiaty na niej rosły. Kwiaty! No tak! Na pewno spodobają się Sing! Będzie mieć dla niej miłą niespodziankę jak tylko się obudzi. Zebrał pokaźny bukiecik i ruszył w drogę powrotną, przez targ. Kupił chleb, ryż, trochę owoców. Zioła sprzedają w świątyni Uzdrowicieli, ale dopiero po południu, więc tam uda się później. Wrócił do pokoju. Od progu czekało na niego śniadanie! Sing chyba oszalała, powinna jeszcze spać, a nie łazić... Ile minęło? Dopiero co słońce wzeszło! Dobrze, że bukiecik trzymał za plecami. Nie zauważyła. Uśmiechnął się do niej szeroko, odłożył zakupy na bok i podszedł do stołu. Nim usiadł, wyciągnął zza pleców pęczek kwiatów i podał go Azjatce.
- To dla ciebie - powiedział miękkim głosem.
Sing Lung rozszerzyła oczy ze zdumienia, otworzyła usta żeby coś powiedzieć... i kichnęła potężnie.
Uśmiechnęła się speszona nieco, ale bardziej rozbawiona, wycierając nos dłonią, a chwilę później ręce w biodra odruchowo. Pęczek ziół... Nie, kwiatków. Ale dzikich. I świeże, dopiero co zerwane. Zapach kręcił ją w nosie miętą, olejkami, pokrzywa? Małe dzwoneczki, trochę słodkie, ale prędzej wzięłaby to za zielę albo inszy dodatek do zupy, zdziwiła się, że jej to daje, nie wiedziała, czy chce, żeby teraz wzięła się do gotowania? Ale chwilę później zdała sobie sprawę, że chyba nie o to chodziło Arechionowi. Że to... dla niej. Prezent. Kwiaty z łąki...
Nie takie lubi? Chyba nie zerwał czegoś, na co ma uczulenie? Po chwili dostrzegł w niej niepewność. Jakby... Przyglądała się im jakby nie wiedziała co z nimi zrobić. Nikt jej nigdy nie podarował kwiatów?
- Wiem, że to niewielki prezent... ale tak jakoś... Biegałem i wbiegłem na łąkę, one tam rosły, pomyślałem, że ci się spodobają...
Zaczął się tłumaczyć, jakoś tak gorączkowo. Opamiętała się. Wyjęła mu bukiecik z dłoni, a potem zarzuciła mu ręce na szyję i pocałowała delikatnie, ucinając wszelkie tłumaczenia i sznur słów.
- Dziękuję. Bardzo... pachnące - Uśmiechnęła się, nie wiedząc jak inaczej określić te małe dzikie kwiatki. Nigdy nikt jej nie dawał... takich. Tylko specjalnie hodowane... Ot, uroki, zalety czy też może wady życia w pałacu i w ramach etykiety. Takie kwiatki widywała tylko jak sama trenowała na łące albo jak... zjadał je jej koń, sam lub ostatecznie z jej ręki na postoju. Zgodnie z sugestią Arechiona wyszukała garnuszek, napełniła wodą, wstawiła doń kwiatki i całość postawiła na stole, przy śniadaniu.
- Chodź, chodź, bo stygnie. Zrobiłam gotowane jajka. Dla ciebie pieczony kurczak na zimno, mleczny ser i konfitury - karczmarz mi dał, trzeba mu zapłacić. Twój chleb i masło. Dla siebie konji i sałatkę z warzyw z kurczakiem. Jajka są z sosem jajkowo-oliwnym z odrobiną gorczycy i ziół, uważaj bo tłuści. I z pokrojoną zieloną cebulką i pieprzem. Nareszcie... nie bujany posiłek - roześmiała się.
Zaskoczyła go swoją reakcją. Więc jednak trafił... Uff... Ale faktycznie, gdy je zrywał, nie zastanawiał się nad tym jakie kwiatki lubi i czy te w ogóle przypadną jej do gustu. Usiadł przy stole i wodził za nią wzrokiem.
- No tak, pachnące, wiem. Trochę intensywnie. Ale za to w pokoju będzie ładnie pachnieć. Lubię te małe białe... Te dzwoneczki. Nie znam ich nazwy. Nie wystraszyłaś się jak się obudziłaś? W ogóle to dawno wstałaś? Byłem pewien, że jeszcze śpisz... Powinnaś, wiesz o tym? Wczoraj miałaś ciężki dzień... I noc.. I przed świtem... Tak, tak, zapłacimy za wszystko przed wyjazdem.
Sing Lung miała ochotę prychnąć na stwierdzenie Arechiona, że miała ciężki dzień i noc. Coś za często je miała... Według niego oczywiście. Ni to parsknęła, ni to odkalsznęła lekko, nie mogła wszak go tak jawnie obrażać... Poza tym, była pewna, że znów skończyłoby się na krępujących dla niej wypytywaniach i zapewnianiu, że nic jej nie jest i czy nic jej nie jest.
- Nie, niedawno. Zeszłam na dół z Szenem, karczma o tak wczesnej porze pusta, więc nie obawiałam się gości czy kłopotów, a dziecka nie chciałam zostawiać samego. Karczmarz powiedział mi, że wyszedłeś tuż po świcie... Z... Czengiem jak zgaduję z opisu. Wstałam, bo mówiłeś, że chcesz dziś wyjechać, nie mam więc wiele czasu. Muszę załatwić jeszcze jedną rzecz... z tym młodzieńcem. Prześpię się w wozie... w drodze. Chociaż ty też nie mogłeś się wyspać, prawda? I trzeba zapasy uzupełnić... Sądziłam, że spędzimy tutaj ze dwa dni, ale jak chcesz ruszać, to nie mam czasu na spanie. Jedz, jedz, mówiłam, że stygnie przecież. A jeżeli już... przy małych prezencikach jesteśmy... Zamknij oczy.
- Tak, z Czengiem. Spotkałem go, szedł... poszukać maski. Powiedział, że przyjdzie po obiedzie, więc nie wiem czy jest sens wyjeżdżać dzisiaj. Chyba, że wasza rozmowa nie potrwa długo. Aha, wolałbym go mieć na oku. To, że próbował cię chronić nie oznacza, że mu ufam. Po śniadaniu można się więc jeszcze zdrzemnąć, później, po rozmowie z Czengiem zrobimy sobie spacer po targu i kupimy co to nam się pokończyło. Może kupi się jakiś egzotyczny prezent dla Sarkissy? Idziemy ją w końcu prosić o pomoc... Nie wiem jak to tam jest w ich kulturze.
Zamknął oczy i wyciągnął ręce przed siebie, tak jak prosiła.
Sing Lung poczekała aż białowłosy zamknął powieki, upewniła się, że nie podgląda i dopiero wtedy wyciągnęła z sakwy starannie złożony kawał błękitnej materii. Błękitny jedwab, śliski i chłodny w dotyku i błyszczący w świetle wpadającego do pokoju słońca, do wtóru haftowi złotą nicią, który pojawiał się tu i tam, lecz złożenie nie pozwalało jeszcze dostrzec co przedstawia.
- Wyciągnij dłonie przed siebie Arechionie - powiedziała jeszcze - a potem, gdy to uczynił, ułożyła mu na rękach materiał. - Właściwie to powinna przed nim uklęknąć i wręczyć w pokłonie, w obu dłoniach uniesionych na pochyloną głową, ale wiedziała, że by mu się to nie podobało. Poza tym nie chciała psuć tego lekkiego nastrocosju poranka, zapachu ziół i śniadania. On dał jej kwiaty, ona wreszcie mogła dać mu prezent, nad którym pracowała podczas postojów, w drodze, starając się by nie widział ani razu co robi. Nie dlatego, że się tego wstydziła czy że robiła coś czego nie wolno jej czy jemu. Chciała... go zaskoczyć... Zrobić niespodziankę, miała nadzieję, że miłą i że będzie zadowolony. Nachyliła się nad nim i znów go lekko pocałowała ni to w górną wargę, ni to w nos. Pachniał cynamonem, intensywniej niż zwykle... Pewnie od biegu jak mówił. - To dla ciebie mój Smoku, otwórz oczy.
Poczuł jak kładzie mu na dłoniach jakiś... chłodny... materiał? I pocałowała go. Przecież mieli jeść... Znów ma ochotę na igraszki? Mrrr... Szepnęła mu coś do ucha... "Mój Smoku". Jakoś... lubił jak tak do niego mówiła. Odsunęła się, a on otworzył oczy i spojrzał na ręce, które odruchowo lekko zacisnęły się na materiale... Jedwab! Błękitny, błyszczący jedwab. Cóż to takiego? Uniósł to do góry, rozłożył sobie przed oczyma. Koszula! Ale jaka piękna! Ze smokiem na piersi... I barku i plecach, z ogniem... Uszyła specjalnie dla niego? Uśmiechnął się szeroko, wstał, objął Sing, pocałował i przytulił.
- Dziękuję, jest prześliczna! Zawsze marzyłem o czymś takim, wspaniała robota. A ja głupi dałem ci tylko kwiatki... Nie spodziewałem się, że... Że będziesz mieć coś dla mnie. Kiedy ty to zrobiłaś? Musiałaś się nieźle natrudzić. Ciekawe jakby zareagował Czeng, gdyby to zobaczył, hyhyhy.
- Arechionie... dawno już chciałam ci to dać. Materiał kupiłam w Nukus... Chciałam... wtedy... wiesz... nasza pierwsza noc, wtedy w drodze, gdy wróciłeś i ja chciałam ci dać... Ale nie było jeszcze gotowe, a potem było trochę kłopotów... Ze mną. Nie miałam kiedy dokończyć haftu. Siedziałam w kajucie, bałam się burzy i morza, a to mi pomagało i mogłam skończyć. I teraz skończyłam i właśnie jest okazja... Może nieodpowiednia, wiem, powinnam z właściwa oprawą, szacunkiem, a nie tak szybko, bez niczego, tak z rana, przed podróżą, kiedy nie masz nawet okazji by ja włożyć... Dałeś mi kwiaty i to ja zachowałabym się nieodpowiednio nie dając ci nic... Dałeś mi więcej zresztą niż te kwiatki, a ja do tej pory jeszcze niczym cię nie obdarowałam...
Przestraszyła się nie na żarty gdy wspomniał o Czengu.
- Arechionie, nawet tak nie żartuj! Mógłby cię zabić za to! To nie jest cesarski smok, ma więcej pazurów, ale jednak, noszenie tego symbolu przystoi jedynie synom wysokich rodów, a na pewno Han. Obraziłabym go i Qin... Nie sądziłam, że ktokolwiek kto mnie zna to zobaczy... A do Qin przecież się nie wybieramy, więc... pozwoliłam sobie na takie niewłaściwe z li zachowanie i obdarzyłam tę materię lungiem. W końcu dla mnie jesteś Smokiem, wiem, że nie jesteś zagrożeniem dla Qin ani buntownikiem


Ostatnio zmieniony przez R dnia Nie 5:31, 15 Lis 2009, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
R
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 18 Kwi 2006
Posty: 4178
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 20:38, 10 Lis 2009    Temat postu:

CIAG DALSZY CZENGA

W końcu dla mnie jesteś Smokiem, wiem, że nie jesteś zagrożeniem dla Qin ani buntownikiem do Tronu...
Uśmiechnął się jeszcze szerzej, odłożył koszulę na bok i uniósł Sing w ramionach. Obrócił się tak z nią wokół własnej osi.
- Dałaś mi więcej niż myślisz. A okazja zawsze jest, mogę ją zaraz założyć jak chcesz. Żadne rytuały nie sa potrzebne do dawania prezentu przecież. A Czenga się bać nie muszę, co by było jakby od razu zobaczył mnie w moim tradycyjnym stroju? Czy to czarnym czy to białym? Powinien zrozumieć, że nie tylko Qin istnieje na tym świecie i nie tylko tam smoki są cenione. Ja jestem wojownikiem spod tego emblematu, jestem z tego dumny i nie wstydzę się tego okazywać. To moja siła, moje dżudżu. No ale dobrze... Nie założę tego przy nim, żeby nie wzbudzać niepotrzebnych emocji z jego strony. Ale na oku mieć go będę.
- Arechionie szacunek do wizerunku smoka, a obnoszenie sie z nim na szatach jakby sie było jego synem to co innego... Czeng jest z Qin, ja tez, ale ja znam Xene, ksiegi, ciebie, wedruje od dwoch lat, on jest mlodym mezczyzna, z nizszych sfer, szacunek i przestrzeganie li jest jak drugi oddech dla niego, jak dla ciebie bezgraniczna wiara w Nornil, dla niego jest jasne, ze swiat zewnetrzny jest inny, obcy, gorszy, Qin to panstwo srodka swiata, miedzy niebem a ziemia. Doskonale. Dla niego nie ma az tak wielu odcieni szarosci jak dla mnie. Gdyby cie ujrzal zareagowalby może tak jak ja za pierwszym razem, ale tylko wtedy gdyby nie wiedzial kim jestes. Teraz wie, wiec uznalby ze hanbisz ten wizerunek, ze obrazasz mnie, wysmiewasz, udajesz. Wangowskiemu generałowi, ktory osmielil sie ubrac w szaty barwy krolewskiej zolci scieto glowe. Mamy... bardzo scisle granice, ktorych nie powinno sie przekraczac.
- Co z tego, że jest z niższych sfer? Nie ma to znaczenia, pracuje na statku, na pewno nie jedno widział. A co do doskonałości... Nie ma na tym świecie czegoś takiego jak doskonałe państwo, doskonały naród. Powiedz mu więc, że u mnie jestem smoczym wojownikiem, wtedy powinien być pewien, że nic ci się nie stanie, a nie, że on ciągle uważa, że ja ci coś zrobię. Albo nie upilnuję. Powiedz, że w mojej kulturze jestem smokiem. Jakoś do tej pory nikt mnie nie zaatakował, że noszę się z emblematem smoka, a przecież niejeden Qińczyk się pewnie przewinął koło mnie.
- Nie chce niebezpiecznych sytuacji, zreszta wyruszamy w droge, przeciez nie będziesz powozil w tym stroju. Nie, nie przewinal, poznalabym. Arechionie... Qin jest państwem środka od tysiącleci, a ja wędrując z wami nie widziałam jeszcze niczego, co by zagroziło lub przeczyło takiemu uznawaniu rzeczy. - Jej głos lekko stwardniał. - Czeng więc ma prawo sądzić jak sądzi i każdy inny Han na jego miejscu. W Qin zostałbyś zabity za obnoszenie się z tym smokiem bez wangowskiego prawa do tego, to nie podlega dyskusji i tego nie zmienisz ani lepiej nie próbuj. Gdyby istniał choć cień szansy na to, że tam wrócę, prędzej bym podarła to na drobne cząstki i spaliła niż ci dała, rozumiesz? I to kim jest ten młody chłopak, skąd pochodzi, ma znaczenie, nie zmienisz go w kilka chwil, a może nigdy. On to nie ja, dlatego ktoś taki jak mój Sifu bardzo jest... był potrzebny w Qin. - posmutniała.
- Dobrze, żadnych niebezpiecznych sytuacji - znów wziął ją w ramiona i usiadł przy stole, sadzając ją sobie na kolanach. - Nie musisz mi sprawiać prezentów. Nie musisz czuć, że jesteś mi to winna. Dałaś mi już najpiękniejszy prezent pod słońcem. Leży tam cichutko na łóżku i bawi się skórzanym konikiem. A drugi... jest tutaj - położył dłoń na jej sercu.
Uśmiechnęła się leciutko, przytuliła do niego, czując ciepło jego dłoni na piersi. Chciało jej się spać... Było tak cicho, spokojnie, ciepło... Tak, Szen jest prezentem dla niego, takim, który mu się należy... Ale... to on go jej dał tak naprawdę, to on daje życie...
- Kawaii... Jest twoim synem i to ty mnie nim obdarowałeś... Tylko tak mogłam... i chciałam... kawałek ciebie. Ja... trochę oszukiwałam... Wtedy nie chciałeś, a ja chciałam, wbrew tobie... Nie użyłam Białego Jelenia, zrezygnowałam, nie pilnowałam, bo chciałam, żebyś dał mu życie, chociaż bałam się, że się rozgniewasz... Chociaż potem... trochę nie pamiętałam chyba wszystkiego... Ale wcześniej... wiem, że chciałam specjalnie postąpić wbrew tobie, wbrew temu co mówiłeś... A gdybym musiała odejść...
- Ciii - przerwał jej, kładąc palec na jej ustach. - Nie musisz mi się tłumaczyć. Kocham go, kocham ciebie, jesteście moją rodziną i zrobię wszystko by was zadowolić - Pogłaskał ją po policzku. - To moze zjedzmy, a później możemy jeszcze pospać do obiadu, co ty na to?
- Strasznie lubisz marnować czas Dai Goh - powiedziała miekko, odwracając głowę i całując go lekko w palce, którymi błądził po jej policzku. - Pamiętaj, że muszę jeszcze porozmawiać z Czengiem. - Roześmiała się nagle, kręcąc głową. - Ty tak samo jak on sądzisz, że każdy chce mnie skrzywdzić i że sama się nie obronię. Nie jesteście tak bardzo różni jak się wydaje. Wszędzie widzisz zagrożenie. Może takie myśli właśnie je ściąga na nas? Jeżeli Tian tak zdecyduje, nic na to nie poradzisz, ale proszę, nie uważaj za wroga tego młodego ren, naprawdę nim nie jest.
- Nie lubię. Jest facetem, jest więc potencjalnym zagrożeniem. I tu nie chodzi o to, że nie wierzę, że się obronisz... Ale o to, że moim obowiązkiem jest cię chronić. Ciebie i dziecko.
- Tak, chronić, ale po cóż szukać zagrożenia tam gdzie go nie ma? Czeng nim nie jest. Nie takim jak sądzisz, nie z własnego serca, ale nie zdradzi mnie. Łagodnością i uśmiechem więcej zyskasz, a jeszcze zmylisz przeciwnika, a tak... Zastanawiają się jakie masz powody, dlaczego tak się zachowujesz, czego tak naprawdę strzeżesz i kogo... Wciąż mówisz, że to nie Qin, że tutaj jest inaczej, a często się czuję jak bym wcale nie opuściła pałacu... jeżeli chodzi o przynależny Wu nadzór. - Westchnęła. - Jeżeli uważasz, że możemy pozwolić sobie na sen, chętnie się położę razem z tobą.
- Ale jest obcym facetem, z twojego kraju, przypomniał ci dom, męża, córki, sifu... Przypomniał ci wszystko. I wzbudził niepewność. I zaatakował mnie bez powodu. Obserwował, a potem chciał zabić. Nie pomyślał nawet... A gdyby tak jedna z igieł trafiła ciebie? Albo Szena? W oko albo gdzieś... Gdyby nie ta beczka i pokrywa od niej, moglibyśmy wszyscy zginąć. Za dużo środka usypiającego to też niedobrze, można się nie obudzić. Nie chcę cię nadzorować, ale nie chcę też cię stracić. Nie mogę mieć pewności, że on nie wodzi cię za nos, ty też nie. Nie wiesz czy mówi prawdę, a może on też ma tu misję? Może okłamuje cię, próbuje podejść? Sama mówisz, że jest Han. Może uznać mimo wszystko swoją wyższośc nad tobą, zrobić ci coś i po prostu zabrać. Dopóki widzi we mnie kogoś silniejszego od siebie, nie podskoczy - Pocałował ją. - Nie zabarykaduję przed nim drzwi, nie zwiążę cię i nie posadzę w kącie, ale oko na niego wolałbym mieć. Odzywać się nie muszę - Nabrał jajek na łyżkę i podsunął jej do ust, jak dziecku.
Zjadła i oblizała się z intensywnie pachnącego szczypiorkiem i przyprawami jasnego sosu.
- Masz rację, ale tak długo jak sądzi, że ja jestem wyżej nad tobą, że jestem tym kim byłam i że wykonuję misję nic mi nie zrobi, nie uzna, że może. Sytuacja mogłaby się zmienić na nieprzyjemną gdyby wszystko się wydało, gdyby wiedział tak do końca... O nas, o Szenie. Tak, to prawda przypomniał mi wszystko. Dobrze, że mi przypomniał. Powinnam o tym pamiętać każdego dnia. O tym kim jestem i co zrobiłam. A nie uciekać przed tym i nie brać odpowiedzialności. Ale teraz nie mogę wrócić, wiem to i nie wybieram się nigdzie, chociaż zawsze będę tęsknić. Gdzieś, tam, na dnie... Ale pogodziłam się z nową Tao i wiem, że nie wróci to co było, będę żyć dalej najlepiej jak potrafię i jak mi Tian pozwoli. A Czeng wróci do domu i mam nadzieję, że dożyje swych dni i jego matka w spokoju, z daleka od pałacowych knowań.
Podał jej kolejną łyżkę jajek.
- Tego nie dostrzeże. Dostrzegłby tylko wtedy, gdybym tupnął nogą, wrzasnął i kazał coś ci robić. A tak przecież nie jest.
- I tak możesz mi kazać bez tupania nogą - stwierdziła. - A na statku... właśnie to co widział Czeng, wziął błędnie za rozkazywanie mi. Wajgureni.... inaczej cię widzą Arechionie niż sądzisz. Sam też nie ustrzegłeś się pomyłek, przypomnij sobie rodzeństwo i ich biren. To Xena wciąż węszy niebezpieczeństwo i zdrady. Szkoda ren, szkoda wewnętrznej harmonii, ja po prostu... godzę się na to co musi nastąpićn, a jeżeli nie musi to nie nastąpi. Jestem ostrożna, ale naprawdę, spróbuj być mniej spięty i nie patrzeć na ren jakby każdy chciał ci mnie ukraść, dobrze? - Zaczęła rozmasowywać mu barki i kark. - Musimy na nowo podjąć naukę czikung, przyznaj się, nie trenujesz i pewnie zapomniałeś już to co ci pokazywałam, kawaii?
Uśmiechnął się, mruknął i podsunął jej kolejną porcję śniadania do ust.
- Nie jestem spięty dopóki nikomu nie leci na ciebie ślinka i nie patrzy na ciebie jak na łakomy kąsek. Przecież nie wymachuję pięściami na prawo i lewo, jedynie wzrokowo określam gdzie jest miejsce potencjalnego amanta. Nie mam kiedy ćwiczyć. Ty działaś na mnie najbardziej uspokajająco. A rodzeństwo... jest wybitnie głupie. Żyją już tyle lat i niczego się nie nauczyli.
- Ale ty widzisz wszędzie potencjalnych amantów! A poza tym sam powiedziałeś, że Czeng to nie konkurencja, więc coś kręcisz mój Daai. No dobrze, zjedzmy porządnie, mam ręce, trafię nimi do ust, a ty zjadaj to swoje ulubione białe i mleczny serek. Weź potem Dianę na spacer, a ja posprzątam, zajmę Szenem, wślizgnę się pod kołdrę i będziemy czkeać na ciebie, dobrze?
Posłał jej spojrzenie niewiniątka.
- No wiesz... Bo on się tak patrzy jakby chciał cię... schrupać. Nie da się ukryć, że jesteś atrakcyjna i na pewno ma on jakies nieprzystojne myśli na twój temat. Dobzie, dooobzie, zjedzmy, zróbmy co trzeba i do wyra.
Kiedy zjedli i Arechion zabrał wilka na dwór i przygotować konie i wóz do drogi, Sing Lung pochowała jedzenie, pozmywała, posprzątała, złożyła zamówienie u właścicela gospody na parę rzeczy, żeby już nie musieli tracić czasu na targu. Kurę na jajka mieli własną, ale parę dodatkowych zawsze się przyda, szczególnie, że Arechion lubił te roztrzepanae, które mu robiła na śniadanie i przekąski. Zdecydowała się też na wędzony boczek, słoninę, żeberka, parę kurczaków żywych, jarzyny prosto z ogródka za zajazdem, domowej roboty piwo, dzbanek wina, miód pitny - nie wiedziało co to, ale brzmiało.... apetycznie. Sama lubiła robić różne mięsiwa smarowane miodem. Trochę suchych serów i dwa bochny chleba, wielkie jak całe koło od wozu. Ryż, owies i mąkę musieli jednak kupić, karczmarz polecił jednego hurtownika niedaleko rogatek. Uregulowała rachunek za nocleg, zapasy i stajnię. Wróciła z Szenem do pokoju, który był bardzo szczęśliwy z całej ekskapady po kuchni i spiżarce karczemnej. Przewineła go, nie był jeszcze głodny, ale chętnie napił się pół kubeczka naparu z rumianku z miodem. Przebrała sie na powrót w nocną koszulkę i z ulga i przyjemnością wsunęła się pod kołdrę. Przytuliła Szena i czekała na Arechiona, ale nim się obejrzała... zasnęła.
Przeszedł się z wilkiem po miescie, kupił dużą sakwę różnych ziół u kapłanki, która nie była za bardzo zadowolona, że dobijają się do niej obcy o tak wczesnej porze. Ale sprzedała. W drodze powrotnej kupił syrop sosnowy, maliowy, suszone owoce, przyprawy, woreczek karmelków i rahatłukum. Zasmakowało mu, kiedy poczęstowała go nim starsza kobieta na straganie. Tak zachwalała i zachwalała... Że skosztował. Słodkie, wyraziste, naprawdę niezwykłe. I takie owocowe!
Wrócił do pokoju... Sing spała już smacznie z maluchem w łóżku. Uśmiechnął się od ucha do ucha. Dziecko poruszyło się lekko, obróciło na boczek i rączki wplątało matce we włosy. Wyglądali słodko. Ach, gdyby tak potrafił malować...
Rozebrał się szybko do samej bielizny i wsunął się za plecy Azjatki, przytulając ją do siebie...
Sing Lung obudził gwar rozmów z głównej sali zajazdu. Wcześnie tutaj zaczynali.... A może po prostu tak wyglądało żyice w mieście portowym - ludzie przewijający się przez takie miejsca jak to, ogrzewający kości przy ogniu, zjadający w pośpiechu obiad czy wieczerzę, zalatwiający jakieś swoje interesy przy dzbanie wina i wyruszający zaraz w dalszą drogę... Tak jak oni... OD dwóch lat - uświadomiła sobie - jest w drodze. Bez domu. Nawet bez jego namiastki. Bo przecież nie można za to uznać płótna wozu czy ścian namiotu... Bardziej stateczni są nomadzi, pasterze reniferów czy zwykli myśliwi. Oni przynajmniej wędrują od sezonu do sezonu, od łowiska do łowiska... Spędzają nie raz całą porę roku w jednym miejscu. A ona? W ciągu miesiąca może przejśc od letniego skwaru na stepie, po wieczną zmarźlinę i nieprzystępne góry... Otworzyła oczy. Zobaczyła śpiących Arechiona i Szena. Pewnie przez sen obróciła się z dzieckiem tak, że znalazło się między nimi. Ale dziwnym trafem chłopczyk tym razem tulił się nie do niej lecz do białowłosego. Zaskoczyło ją to, nie mogła tego ukryć. Zawsze budziła się do tej pory z dzieckiem przy swojej piersi. Teraz maluch spał cichutko, poruszając trochę rączkami po nagiej piersi ojca... Tak... ojca. Powtórzyła w myślach. Syn i ojciec. Arechion jest ojcem tej kruszynki. Malutkiego chłopca, który kiedyś będzie taki duży i silny jak on. Czy też będzie miał śnieżnobiałe włosy nim ukończy trzydziesty rok życia? Na razie miał czarną czuprynkę jak każdy Han. Po cichu uniosła rękę i pogłaskała synka, ale tak żeby go nie obudzić. Uśmiechnęła się rozbawiona, widząc, że maluch przysunął się bardziej do Arechiona i zaczął mu odruchowo ciamkać i ślinić przez sen jeden z sutków. Nie obudził się jednak i nie zaczął popłakiwać. Od czasu do czasu tylko poruszał buzią i rączkami leniwie. Przeniosła dłoń na włosy Arechiona i zaplotła jeden z kosmków między palcami. Nie powinna była, dlatego czyniła to ostrożnie, cicho i delikatnie. Mówił, że nie ma dzieci... Chyba jej nie okłamał... Nie dokończyła wtedy słów... Że gdyby musiała odejść... Zostawiłaby syna... Z nim, z Arechionem. Znów by porzuciła własne dziecko i tym razem mężczyznę, którego kochała. Ale nie dlatego, że nie mogłaby synka ze sobą zabrać. Zabrałaby go, z chęcią, z nie ren, z własnej potrzeby, byle go mieć przy sobie zawsze i wszędzie... I właśnie dlatego by go zostawiła. Bo był Arechiona. Tak jak powiedział jej prezentem dla niego, mimo że to on tak naprawdę nim ją obdarował. Gdyby zginął... Gdyby ją porzucił... Nie powiedziałaby mu o dziecku. Nie wiedziałby. A ona... Patrzyłaby jak dorasta... I wspominała ten czas. Czuła się rozdarta... Wtedy, ponad rok temu chciała tego dziecka dla siebie... I nie dla siebie jednocześnie. Wiedziała, że to jej obowiązek, powinność, jednakże okłamywała siebie i Tian, że tylko dlatego, że nic dla niej, że nie ma w tym krzty własnych pragnień i oczekiwań. I miała zamysł... I starania, choć może nie do końca zdawała sobie sprawę, iż stało sie to tak szybko. Też ją zaskoczyło, że jest przy nadziei... mimo że chciała tego. A potem świadomość, co uczyniła, że wbrew zakazowi... Strach. Nie o siebie, ale o... dziecko. Że każe jej go się pozbyć. Bała się i ukrywała. Raz nawet zaświtała jej w głowie myśl, że mógłby sądzić, iż to nie jego... Jego brata może... Bo przecież nie pojmował przyczyn jej zachowania, obaw, skutków wiążących ją li i ren. A teraz leżą tu we trójkę... Spokojnie. Jak by tak właśnie Tian sobie życzyło. I było jej dobrze. Nie ośmielała się nazwać tego inaczej... A Arechion mówił, że jest... Ten widok, te kwiatki, to co mówił gdy dała mu koszulę ze smokiem obudziły w niej te myśli, mimo że od tamtych uczuć, od tamtych chwil minęło tyle czasu i zdążyła się przyzwyczaić, że podróżuje z nim... z tym mężczyzną... i jego dzieckiem... Synem, którego oficjalnie uznał. Za którego ojca oficjalnie się oświadczył przed Niebiosami.
Nie spał głęboko, czuwał tylko. Czuł więc jak Sing się porusza przez sen, obraca twarzą do niego. Ale nie spodziewał się, że obróci się z dzieckiem, które niedługo potem dotknęło go rączkami i tak już zostało. Uśmiechnął się, otoczył synka ręką. Drugą wyciągnął i musnął palcami włosy Sing Lung. Nie poruszyła się, spała spokojnie. Zamknął oczy i przysnął jeszcze. Nie wiedział ile czasu minęło... Teraz to ona dotykała jego włosów. I chyba mu się przyglądała. Dziecko dalej spało w jego ramionach, wtulone mu w pierś. Mały błądził mu rączką po piersi... I chyba się do niej przyssał. No przecież nie ma mleka. Oj, Asali, Asali, niemożliwy jesteś. To nie ten cyc. Miał ochotę się roześmiać, łaskotał go! Ale nie mógł dać po sobie poznać, że nie śpi. Pewnie by się speszyła, zaczęła przepraszać... Ale lada moment przyjdzie ten głupi Czeng... Chciał go widzieć. Nie znał go, nie ufał. Nie mógł i nie potrafił. To Qińczyk, ten Han, mógł oszukiwać! No nic, poleży tak jeszcze chwilkę... Potem uda, że zaczyna się budzić.
Podskoczyła przestraszona kiedy zza drzwi dobiegło zapytanie w ludzkiej mowie. Już południe? Zaspała... a raczej niepotrzebnie pozwoliła sobie na takie rozleniwienie, przecież wiedziała, że chłopak przyjdzie i że na pewno będzie niesamowicie dokładny. Poderwała się na łózku.
- [Poczekaj za drzwiami Czeng aż pozwolę ci wejść] - odparła opanowanym z całej siły i pewnym tonem.
- [Tak, Pani Wu].
- Arechionie, obudź się, wstawaj - odezwała się szybkim szeptem. - Przepraszam, że cię budzę i pospieszam, ale nie może nas tak zobaczyć. Arechionie... - dotknęła go do ramienia i poklepała lekko.
- Nie śpie, nie śpię - mruknął, otwierając oczy. Usiadł na łóżku, założył na siebie spodnie i koszulę, nim ona zdążyła się ubrać, zaścielił szybko łóżko, nie budząc małego, który wciąż na nim spał. Otoczył go jeszcze kocem, żeby nie spadł. - Mam go wpuścić? - zapytał, wskazując na drzwi.
Sing Lung popatrzyła niespokojnie czy synek nie obudzi się od tego wszystkiego i nie zacznie płakać za jedzeniem. Przecież nie może go karmić przy Czengu. Będzie musiała wyprosić ich obu! Ale Szen pociamkał tylko, zakrył buzię piąstkami i spał dalej. Ubrała się szybko, prawie skacząc na jednej nodze po pokoju i zaczęła w pośpiechu rozczesywać włosy.
- Zaraz. Postaraj się wyglądać jak mój strażnik, ale nie rób nazbyt groźnej miny. I mógłbyś zrobić cza? Proszę. Taki... gest. Kiedy gość przychodzi. - odparła, nadal cichym szeptem.
Westchnął głęboko, spojrzał na nią lekko spode łba.
- No dobrze - powiedział. - Dostanie tę cza i niech tu więcej nie zagląda. Zresztą... Dzisiaj wyjeżdżamy. Lepiej żeby za nami nie jechał. Trzeba go na statek wsadzić, jutro odpływają, może go upić do nieprzytomności?
- Nie wiem jak naprawdę działa na niego alkohol, a poza tym jest marynarzem, pewnie ma mocną głowę. Dobrze, możesz go wpuścić. I na Tian, nie dąsaj się tak! To tylko jeden Han i pomógł mi. - Usiadła na łóżku, przyjmując godną pozę i składając ręce dłońmi na udach.
- Nie ma mocnej głowy - mruknął sobie pod nosem, otworzył drzwi, przyjmując poważną minę i wpuścił Czenga do środka.
Czeng zanim wszedł przyklęknął na progu. Polecenia czy miny biren nie były póki co dla niego wiążące, chyba, że Pani Wu sama tak zadecduje.
- [Możesz wejść] - powiedziała Sing Lung, a gdy młodzieniec to zrobił i ponownie klapnął przed nią na podłodze, nie podnosząc głowy, pokręciła lekko głową z uśmiechem. Arechion zamknął drzwi i zajął się przygotowywaniem cza, popatrując na nich spod oka. - [Wstań Czeng. Jesteś mi winien szacunek i respekt, ale to nie pałac, tutaj może mi to tylko zaszkodzić. Zachowuj się powściągliwie i w okazywaniu mi hołdów i poufałości, dobrze?]
- [Jak sobie życzysz Pani Wu] - chłopak podniósł się i stał niepewnie, także popatrując kątem oka na Arechiona.
Sing Lung wstała i usiadła przy stole. Wskazała dłonią miejsca naprzeciwko. - [Usiądź. Zaraz biren poda nam cza. Postaraj się go nie obrażać, nawet jeżeli nie cenisz go jako barbarzyńcy. Pamiętaj, to Dai Goh, to biren, służy mi, strzeże, pomaga i nie ma znaczenia, ze nie jest Han.]
Chłopak zaczerwienił się, siadając. Szybko złożył dłonie przed twarzą.
- Szy De, Szy De Pani Wu. - przytaknął.
- [Dobrze.]
- Dai Goh możesz mi podać przybory do pisania z sakwy? - powiedziała do Arechiona, gdy stawiał przed nią i przed Czengiem kubki z naparem. Podziękowała skinieniem głowy, Czeng także, ale nie ruszył swojego naczynia, czekając aż ona upije pierwszy łyk.
- Proszę - podał jej to o co prosiła, wziął kubek cza i dla siebie i usiadł z nimi przy stole, bliżej Sing niż Czenga. Z ich rozmowy wyłapał tylko nieliczne słówka... Biren, Dain Goh i Szy De. Nie wiedział tylko do kogo się one odnoszą. Musi poprosic Sing o naukę tego dziwnego języka. Inaczej jest jak ślepy i głuchy w towarzystwie Qińczyków.
Upiła ceremonialnie ze swojego naczynia i odstawiła je na blat.
- [Czeng, nie mam zbyt wiele czasu, tym razem więc zrezygnuję z li i miast zwyczajowej rozmowy przy cza od razu przejdę do sedna. Po południu wyjeżdżam w dalszą drogę] - Widziała jak chłopak spina się w sobie, ale milczał. - [Uprzedzając to co chcesz zapewne teraz powiedzieć - Nie, nie możesz ze mną jechać.]
- [Ależ Pani...] - wyrwało mu sie.
- [Powiedziałam nie.] - powtórzyła bardziej twardo. - [I nie śmiej ze mną próbować dyskutować w tej sprawie. Nie jesteś moim biren, a nawet jeżeli jesteś gotów złożyć mi przysięgę ja jej nie przyjmę. Czeng... Jesteś mężczyzną, ale młodym... Chcę, żebyś wrócił do matki. Ma tylko ciebie, jesteś jej winien opiekę i posłuszeństwo bardziej niż mnie. Tak, wiem, że uciekłeś od Sifu, ale to człowiek bogobojny, jeżeli wrócisz i poprosisz go przebaczenie i swoją matkę zapewne okażą ci je. Nie mogę ci dać listu polecającego, sam rozumiesz. Ja nie żyję i tak ma pozostać, póki sama nie zadecyduję, że ma być inaczej, Nie ściągaj nieszczęścia na moją głowę i mój ród. Nic ci nie uczynili.]
- [Ja pani... Skąd! Nigdy!] - zaperzył się od razu Czeng, niemal zrywając się od stołu.
- [Hao, Hao. Spokojnie.] - Uniosła dłoń. - [Wierzę ci, że z własnej woli byś tego nie uczynił. Ale wiesz, że mam wrogów w pałacu. I Lao Ma. Gdyby się wydało co tutaj czynię, on, mój Sifu, kobieta, której jestem Feniksem i biren sama musiałaby skazać mnie na śmierć. Czeng, nie życzę sobie by coś złego spotkało ciebie czy twoją matkę, chcę uchronić was oboje, ale w li gotowa jestem zabić ciebie, rozumiesz? A mój biren nie spocznie póki nie pomści mojej krzywdy uczynionej przez ciebie, nawet nie zamierzonej, pojmujesz?]
- [Nie boję się go!]
- [Przestań! Powinieneś. Nie jest do końca ren... Jest... Lungiem] - powiedziała dobitnie.
Czeng zachłystnął się, chrząknął, wybałuszył oczy na Arechiona. Na przemian bladł i czerwieniał. Wyglądał jakby nie wiedział czy uznać to za żart, ucieć czy paść na kolana.
- [Uspokój się i nie patrz tak niegrzecznie] - zwróciła mu uwagę. - [Jest smoczym wojownikiem... tam skąd pochodzi. Nie wiem czy potrafi zmieniać się w smoka, czy nie, ale jak sądzę ty chyba nie chcesz o tym sie przekonywać tu i teraz? Wracajmy więc do rzeczy.] - Sięgnęła po przybory do pisania, wyrwała kartkę z zeszytu i zaczęła ją zapełniać wystudiowanym, kształtnym pionowym pismem.
Nagle młodzian się zaprzył, chciał jakby się rzucić. Białowłosy gotów był więc rzucić się w obronie Sing albo dziecka... Czy siebie. Ale Sing zapanowała nad nim. Uspokoiła go i coś powiedziała... Lung? Dobrze słyszał? Chyba się pomylił, coś źle zrozumiał, przecież powiedziała, że nie może zdradzić tego Czengowi. Choć jego reakcja też była dziwna. Zachłysnął się i zaczął gapić na białowłosego jakby oczom nie wierzył. Hm. Arechion spojrzał więc na niego dumnie. Jeśli się nie przesłyszał... To niech wie, że ma do czynienia z nie byle kim tylko godnym, dumnym i silnym wojownikiem.
Sing Lung popatrzyła z lekko uniesiną brwią na Arechiona, widząc jak się puszy, ale nic nie powiedziała, podjęła za to wyjaśnienia Czengowi.
- [Udasz się z tym glejtem do miasta, Hong Kong. To także wyspa, niedaleko Makao, południowo-wschodnie wybrzeże. Zapewne znajdziesz sposób, statek, by tam zawinąć. Uważaj na malezyjskich piratów. Glejt jest w języku, którego żaden mężczyzna nie zrozumie, więc nikomu z tego nic nie przyjdzie gdy go stracisz. Jeżeli miałbyś za niego zginąć, nie czyń tego. Tutaj masz zapis wymowy, naucz się na pamięć. W mieście odszukasz Kawloong, Dzielnicę Pięciu Smoków. A tam kwietny pawilon Księżycowych Orchidei, prowadzony przez Panią Wei-hong.] - Chłopak parknął, z trudem przełknął cza i próbował stłumić nagły kaszel i poczerwieniał po same czubki uszu. - [No już, już, nie trać tak opanowania Czeng na oczach wajgurena. Wysłuchaj mnie. Nie musisz korzystać z usług tego przybytku... jeśli nie chcesz. To nie jest glejt do tego, rozumiesz?]
- [Pani ja... ja wcale... nawet nie pomyślałem...]
- [Dobrze, dobrze, jesteś mężczyzną, takie myśli są ci przyrodzone, a ja nie czuję z tego powodu gniewu ani nie urażasz mnie tym. Jednak nie po to tam cię wysyłam, nie dla sprowadzania deszczu i chmur. Okażesz ten list Pani Wei-hong. Powiesz, że przysyła cię Dzin Huang Feng. Gdy spyta cię jakiego jest koloru Feng, odpowiesz, że srebrny na czerni. I przyrzeknij mi, że nie będziesz się ni gestem, ni słowem sprzeciwiał temu to potem nastąpi. Wypełnisz wszelkie polecenia. Nie obawiaj się, nikt nie uczyni ci krzywdy, nie chcę jednak byś narobił niepotrzebnego zamieszania. Pani Wei-hong da ci ludzi, wypraw ich po swoją matkę. W tajemnicy. Daj im coś... Po czym matka rozpozna znak od ciebie, ale tak by nikt z pałacu nie wiedział, że wyrusza do ciebie i że nie wróci. Tak, to ważne. Nie sprzeciwiaj się, jeżeli trzeba będzie ci ludzie wykradną twoją matkę z pałacu, nie chciałabym jednak by do tego doszło, by staruszka przeraziła się. Zapewne mało kto interesuje się nią teraz, zmieni się to jednak jeżeli wokół niej będzie zbyt dużo zamieszania i wieści, ze wyrusza do syna do najbogatszego kantonu wybrzeża. Zamieszkaj z matką na Makao. Pani Wei-hong wam pomoże we wszystkim. I Czeng, błagam cię nigdy już nie wracajcie do Xian ani nie próbuj mnie odszukać czy rozmawiać o mnie z kimkolwiek. Nawet. Powtarzam - nawet z twoją szacowną rodzicielką. Bezpieczniej by było gdybyś nie odwiedzał też już swojego klasztoru, ale jeżeli nie potrafisz znieść takiej utraty twarzy, trudno, udaj się do niego po przebaczenie, jednak pamiętaj, że on także nie może się dowiedzieć co cię spotkało, gdzie przebywasz i twoja matka. Lao Ma ma wrogów, a Wang ma eunuchów i szpiegów. Nie chcę by wykorzystali ciebie i twoją matkę dla własnych korzyści. Żadne z nich, a wierz mi, wiem że potrafią. Oboje.]
Czeng poderwał się i skłonił głęboko - [Pani nie odbieraj sobie twarzy, błagając mnie. To ja powinienem prosić cię na kolanach żebyś pozwoliła mi sobie służyć. Dobrze, rozumiem, uczynię jak mi każesz. Do ostatniego polecenia. Wierzę w twoje słowa i nie będę nawet próbował myśleć czemu coś dzieje się tak, a nie inaczej. Oddaje się pod opiekę Niebios i przed nimi i przed tobą przysięgam, że nie uczynię świadomym czynem ni słowem nic by wygubić twoich bliskich i ciebie Pani, chociaż serce mi będzie pękać z żalu, iż nie mogę ulżyć w żałobie twojemu szacownemu Airen Pani. Ani szacownej Czcigodnej Matce. Moje serce i mój dom, mój ród zawsze będzie na twe zawołanie Pani.]
- [Doceniam to Czengu z domu Hu, synu wiernej Qin Hu Mulan. Będę pamiętać. Niech Tian ma w opiece ciebie i twój ród. A teraz idź już i nie wracaj tutaj ani mnie nie szukaj. Nie chę byś wiedział gdzie wyruszam, nie mogę ci tego zdradzać.]
Czeng skłonił się jeszcze raz, tym razem także Arechionowi ze szczerym szacunkiem, ale także z wymownym spojrzeniem pełnym przestrogi, prośby czy nawet nakazu by godnie i wiernie pełnił swe obowiązku u boku Pani Wu. Schował kartkę za pazuchę.
Białowłosy wypił całe cza i zaczął się już nudzić, słuchając tej ich pogadanki. Aż miał ochotę podeprzeć się na łokciu, powzdychać... Ale nie mógł. Ugh, oby nigdy więcej nie spotkali żadnego, upierdliwego Qińczyka. Skupił wzrok na Czengu i obserwował jego gesty, sposób zachowania. Pomimo nudy, gotów był reagować, jeśli ten coś odstawi. Na jego szczęście nic nie zrobił i nie próbował nawet. Sing dała mu jakąś kartkę, którą wpakował sobie za pazuchę i skłonił im się z uśmiechem. Wolno jej? Znaczy się... Powinna? Przecież zdradzić się nie może, że żyje. No, chyba, że podrobiła coś. Albo napisała mu jakąś instrukcję, czy też modlitwę... Listu do rodziny raczej nie napisała. Szukaliby jej, a przecież chciała uniknąć rozpoznania.
- Już? - zapytał białowłosy, wyciągnął rekę do chłopaka, by mu ją uścisnąć. - No to powodzenia, Czeng. [I miejmy nadzieję, że już się nie spotkamy...]
Czeng spojrzał zakłopotany na rękę Arechiona. Uniósł swoje złączone dłonie wyżej. Miał coś dać biren? Glejtu mu nie da... Pani Wu nic nie powiedziała, że ma mu dać, poza tym nic, nie zrozumie z listu, tak rzekła Pani Wu.
- Pani Wu? Ja móc odejść? Ja żegnać ciebie i Dai Goh. Tian czuwać twoja misja, Pani Wu. Ja pamiętać i dziękować za wszystko. - powiedział w grece tak żeby białowłosy zrozumiał, mimo że on nie zrozumiał jego ostatnich słów. Czyżby powiedział coś nieprzystojnego?
- [Tak, możesz odejść. Żegnaj Czengu z domu Hu] - potwierdziła Sing Lung i wstała. - Dai Goh Arechionie możesz odprowadzić naszego... lojalnego gościa do drzwi. Nie będzie za nami podążał ani nas szukał.
- Ech... - westchnął Arechion. - Nie umiesz podać ręki? Nazwij to gestem wajgurenów. No trudno - odprowadził go szybko do drzwi. - Bywaj. I trzymaj się z daleka od kłopotów - "I od nas też", dodał już w myślach.
Gdy Czeng wyszedł Sing Lung rozluźniła się, odchrząknęła, roztarła ręce i czym prędzej podeszła do łóżka i wzięła w ramiona Szena. Powiedziała coś do niego, dziecko jej coś odgawożyło. Rozpięła koszulę, wyjęła pierś, rozmasowała ją, żeby była cieplejsza i dała małemu sutka. Zaczął ssać, głośno cmokając. Nareszcie. Miała już bardzo pełne. Rano go nie karmiła, teraz było już po południu. Materiał drażnił ją i czuła, że mleko cieknie po wewnętrznej stronie fartuszka. Rozmawiając z Czengiem miała ochotę syczeć co chwilę, kiedy tylko się poruszała. Mimo lekkiego podgryzania przez Szena, ta pierś powoli miękła i przestawała jej dokuczać. Druga jednak wciąż niemiło dawała się we znaki.
- Arechionie może mu pomożesz... Znaczy... Do bukłaczka chociaż. Mam za dużo mleka i boli mnie już. A mam ci pewnie pomóc przy pakowaniu. - powiedziała trochę roztargnionym głosem.
Zamknął drzwi na zasuwkę, wziął do ręki dziecięcy bukłak i usiadł obok niej. Odchylił jej koszulkę z drugiej piersi. Nawet nie musiał sie za bardzo starać, samo poleciało, jak tylko ścisnął. Starał się tylko robić to delikatnie, żeby nie sprawić jej dodatkowego bólu.
- Zamówię jeszcze kąpiel to się wymyjemy nim ruszymy w drogę. I obiad jakiś porządny. Czeng nie podązy za nami?
- Ummmmm. Jak dobrze. Uch. Myślałam, że nie wytrzymam przy tym stole. Nie, nie podaży. Mmmm... Kazałam mu wracać do domu i do matki. Udać się do burdelu w Hong Kongu, gdzie otrzyma wszystko co potrzeba. Auć, auć, nie tutaj, masz twardą skórę. Przysiągł mi, że wypełni moje polecenia. Aaaaa... Trochę bardziej z boku. Szen zaraz będzie miał dość. Spieszyło ci się. Chciałeś jak najszybciej wyruszyć.... A teraz kąpiel... Arechionie? - spojrzała na niego spod oka, przygryzając lekko dolną wargę, bezwiednie.
Przestawiał rękę, przesuwał palcami i starał się słuchac jej wskazówek. Trochę ciężko mu szło, nie mógł się za bardzo skupić. Dotyk jej skóry... W TYM miejscu. I to pojękiwanie. Robiło mu się duszno. Co ona tam mówiła? Burdel w Hongu jakimś? A po co mu burdel? A nie, to Czengowi... A no tak, pewnie się chłopak wyszumiec musi... Albo jej proponował? Eee... deszcz i chmury? Nie! Nie proponował, na pewno nie, bałby sie, tak jak mówiła. Chyba, że jednak się odważył.... ale temat zamknięty. Pozbyli się go przecież.


Ostatnio zmieniony przez R dnia Nie 5:37, 15 Lis 2009, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
R
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 18 Kwi 2006
Posty: 4178
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 20:40, 10 Lis 2009    Temat postu:

piec
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
R
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 18 Kwi 2006
Posty: 4178
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 20:41, 10 Lis 2009    Temat postu:

szesc
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
R
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 18 Kwi 2006
Posty: 4178
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 20:41, 10 Lis 2009    Temat postu:

siedem
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
R
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 18 Kwi 2006
Posty: 4178
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 20:42, 10 Lis 2009    Temat postu:

osiem
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
R
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 18 Kwi 2006
Posty: 4178
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 20:42, 10 Lis 2009    Temat postu:

dziewiec
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
R
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 18 Kwi 2006
Posty: 4178
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 20:42, 10 Lis 2009    Temat postu:

10
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
R
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 18 Kwi 2006
Posty: 4178
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 20:51, 10 Lis 2009    Temat postu:

Obrócił ją lekko do siebie, ale wciąż siedziała mu między udami. Zaczęła po nim poruszać pośladkami. Sama poprowadziła jego palce po swoim ciele, teraz mokrym i śliskim od wody i gorąca. Uśmiechnęła się kiedy poczuła znany jej odruch i nie było to tylko pieszczenie jej piersi. Całowała go odwracając głowę i na ile pozwalała jej ta pozycja. Kiedy ścisnął mocniej obiema dłońmi jej piersi i wgryzł jej się leciutko w kark, uniosła się i wzięła go w siebie. Jęknęła, on westchnął, ale był prawie nieruchomy. To ona miała większą swobodę. Kochali się spokojnie i powoli. Prawie w ciszy, nie licząc westchnień i gardłowych jęków. Tym razem nie przyspieszała, chciała go przede wszystkim w sobie czuć, nie zależało jej na fali yang, ale chciała, żeby jemu było dobrze. Ona po prostu chciała oddać się temu, zatracić trochę, zmęczyć, oszołomić. Patrzyła spod przymkniętych powiek na kłęby pary unoszące się z balii. Na wodę drgającą i chlupoczącą od ruchu ich ciał. Słyszała jak posapuje za jej plecami, wzdycha i przywiera coraz silniej do jej łopatek. Przesunął dłonie do jej bioder i brzucha. Naparł, docisnął mocnej aż się zachłysnęła. Pomagał jej się poruszać, ale zaczął narzucać swoje tempo. Ostrzejsze, szybsze. Rozluźniła się i nie walczyła z tym. Pozwalała mu na wchodzenie i wychodzenie tak jak chciał. Nie spowalniała i poddawała się ruchom i naciskowi jego dłoni na biodrach. W końcu jego ruchy były tak silne, że musiała się pochylić do przodu i przytrzymać krawędzi balii, żeby nie wypaść.
- Tak... Dobrze. Mocniej. Słońce, mocniej, proszę... - wystękał. Czuła jak uniósł się za nią i mocno przyciągnął za biodra. Czuła jak jego dłoń wędruje jej po krzyżu i wyżej wzdłuż kręgosłupa. Nachylił się bardziej nad nią. Dłon poczuła tuż przy karku, zatrzymał się, zawahał, w końcu przesunął w bok i złapał ją za bark, przyciągając do siebie i niemal wyginając jej plecy w łuk. Musiała mocno się przytrzymywać, nie powstrzymywał się już. Piersi zawadzały jej to rusz o krawędź balii, to rusz o taflę wody, ale nie skarżyła się, wychodziła mu tylko na spotkanie gdy za każdym razem wnikał w nią prawie na granicy bólu. W końcu wyprężył się, chrząknął, jęknął głęboko i zastygł z nią, przyciskając do siebie z całej siły. Czuła jego falę yang. Opadł na jej plecy, przywarł ustami na granicy barku i szyi, trochę agresywnie pocałował, trochę ukąsił, jeszcze nie panował na sobą, ciężko oddychał. Chyba odcisnął jej wszystkie palce na ramieniu. Ona też dyszała. Mimo że to nie było do końca spełnienie, czuła jak krąży w niej krew, a napięcie powoli opada. Trochę... ją to przestraszyło, ale bardziej zafascynowało.
- Chodź do mnie, przytul się - szepnął jej urywanie przy uchu i pociągnął do tyłu. - Przepraszam... - mruknął cicho, kiedy znów usiadła w balii. - Nie mogłem się powstrzymać. Oszałamiałaś mnie. Kiedy zobaczyłem jak się poruszasz, poczułem twoje pośladki, oszalałem, miałem... miałem ochotę cię ugryźć - przyznał z zażenowaniem. Całował ją delikatnie w szyję, bark, ramię, drażnił sutki.
- Ciii... Nie szkodzi. To było...
- Za agresywne? - spytał.
- Agresywne... tak. Ale nie za... Nie przejmuj się. Miałam raczej na myśli, że hmmm zwierzęce. Wiesz... nawet mi się podobało. Czułam twoją siłę. Byłeś prawdziwym smokiem. Szkoda tylko, że nie trwało dłużej. Nie potrafiłam dotrzymać ci tempa. Przepraszam... Dziękuję, że nie złapałeś mnie za kark. Nie wiem jak bym zareagowała. Wiem, że miałeś ochotę. Ja... chyba... w sumie też, ale źle bym się czuła gdybym ci zepsuła to uniesienie. Jeżeli czasem będziesz miał ochotę tak jak przed chwilą, nie obawiaj się. Nie było to dla mnie nieprzyjemne. I... ja ci wierzę Arechionie. Ty nazwałbyś to zaufaniem. Nie boję się, że zrobisz mi jakąś krzywdę, nawet kiedy się zapomnisz. To naturalne. Trochę takiej agresywności w łożu nikomu nie zaszkodzi, mnie też nie. A ty na pewno poczujesz się lepiej. Widocznie twoje ciało tego potrzebowało.
- Nie wiem... co... Nie wiem czemu tak... Przepraszam, nie chciałem tak, nie wiem dlaczego tak wyszło, że ja... Że ty nie... To moja wina, powinienem był się powstrzymać, a prawie straciłem kontrolę. To źle... Głupio mi - wyszeptał, chowając twarz w jej bark. - Możemy... Jeśli się nie boisz, to można jeszcze raz. Dla ciebie.
Pocałowała go i szepnęła mu coś na ucho.
Uśmiechnął się i ścisnął jej dłoń. Rozluźnił się i pozwolił jej się obmyć, czekając aż wrócą mu siły. A gdy skończyła odwzajemnił jej się tym samym, po czym pomógł jej wstać i dokończył to co tak niefortunnie zaczął. Czuła jak błądzi mu dłońmi po ramionach, we włosach, dociska głowę. On przytrzymywał ją za pośladki, żeby nie straciła rownowagi. Pachniała mydlnicą, wilgocią i aloesem. Nawet tam. Tym razem tylko cicho westchnęła i uciekła od niego. Pocałował ją w brzuch, przytulił do niego policzkiem. Czuł jak się porusza i od rozkoszy i od oddechu. Jeszcze raz ją obmył, a potem wziął na ręce i zaniósł na łóżko. Taką mokrą. Sam też się nie wytarł. Opatulił siebie i ją w ręczniki. Naciągnął koc. Asali leżał na środku i nie spał. Próbował łapać kropelki wody skapujące mu na nosek z włosów Sing Lung.
- Odpocznij Arechionie. Zdrzemnij się. Obudzę cię za pół godziny.
Posłusznie przymknął oczy i zapadł w lekki sen. Czuł jak Sing wodzi mu palcami po czole i policzkach... Uspokajała go w ten sposób. Pewnie nawet o tym nie wiedziała...
Jak tylko go obudziła, ubrali się i wyjechali. Nim opuścili miasto kupili balię i mydło, które zachwalał sprzedawca. Że niby lepsze od mydlnicy. No cóż... Na pewno zapachowo biło ją na głowę i wygodniejsze w kąpieli. Wzięli więc kilka kostek. Uzupełnili też zapasy ziarna, ryżu i czerwoenj fasoli w kantorku, który polecił Sing Lung właściciel zajazdu. Arechion na wszelki wypadek rozglądał się czuje, czy Czeng jednak nie powział zamysłu za nimi jechać. W końcu Sing Lung wbiła mu lekką sójkę w bok i ze śmiechem kazała się rozchmurzyć, bo strażnicy przy bramie zamkną ich w ciemnicy za sam wyraz jego twarzy.
Wyjechali z miasta i.... za parę dni zapomnieli, że w ogóle w nim byli. A nawet, że w ogóle było jakieś miasto. Jak okiem sięgnąć rozpościerała się... płaska pustka. Płaska w sensie, że nie było żadnych drzew, nawet zagajników. Jechali póki się dało wydeptana i z koleinami drogą, a później już tak jak wskazywało słońce i gwiazdy... Sing Lung żeby nie zgubili się do szczętu w tym pozbawionym charakterystycznych punktów terenie, pokazała Arechionowi dziwne urządzenie... Najpierw wydawało mu się, że to tylko jakaś dziwna łyżeczka... Ale Sing wcale nie próbowała nią jeść wody z miseczki... Zamiast tego włożyła tam łyżeczkę, która zawirowała na wodzie, zakręciła się... a potem znieruchomiała pod kątem lekko drgając. Za chwilę okazało się, że wszystko jedno jak by obracać miseczkę, łyżeczka zawsze obracała się sama w jednym określonym kierunku. Sing Lung mówiła, że tam jest południe, a urządzenie nazywała kompasem wiatru i wody. Ale i tak ich głównym określeniem kierunku były góry. Zmierzali poprzez step w stronę wyłanijących się znad horyzontu szczytów...
Pogoda była zmienna. Raz zimno, raz ciepło. Raz wiatr i deszcz, raz słońce. Zwierzyny tyle co jakieś gryzonie, parędzikich zajęcy. Nawet Diana szybko zrezygnowała z ganiania ich po porośniętym kępkami suchej trawy stepie i jak tylko mogła siedziała w wozie z Sing Lung i Asalim.
Jakieś dwa tygodnie od wyruszenia w drogę, na jednym z wieczornych postojów Sing Lung zawołała Arechiona do wozu. Miała wyraźnie zaniepokojony głos.
- Arechionie. Z Szenem jest coś nie tak. Od wczoraj mało je. Najpierw nie przejmowałam się tym tak bardzo, małe dzieci same regulują kiedy są głodne, a on do chudziaczków nie należy. pił tylko dużo i spał. Ale od paru godzin, popłakuje i mimo iż próbuje ssać mi pierś to szybo kończy się to marudzeniem i pluciem. A ja nie wiem czemu. Obadałam go i nie widzę, żeby miał coś z brzuszkiem, rączkami. Nie ma żadnej wysypki...
Zajrzał do wozu. Podszedł do Sing i marudzącego dziecka. Podniósł je do góry, obejrzał dokładnie. Zajrzał małemu w oczy, buzię... Chyba był... Trochę cieplejszy niż zwykle. Przysunął sobie jego czółko do policzka. Tak... Nie mylił się.
- Ma lekką gorączkę... - powiedział. - A załatwia się normalnie? Kurcze, nie znam się na chorobach małych dzieci... Na pewno nic mu nie będzie, damy mu lekkiej cza z miodem i syropem sosnowym, dobrze?
Sing Lung westchnęła i kiwnęła głową. Ale rano nie było lepiej... a nawet gorzej. Dziecko miało już wyraźną gorączkę i płakało prawie bez przerwy. Sing Lung z trudem zmuszała synka do picia naparu z rumianku. Nacieranie maścią i napary nic nie pomagały. Bała się używać innych ziół, nie wiedząc czy tak małemu dziecku nie zaszkodzą.
Arechion następnego dnia wziął Dendiego i pojechał sprawdzić okolicę w poszukiwaniu jakichś ludzkich osad, ze znachorem lub znachorką. Wrócił wieczorem z informacją, że natknął się półdnia drogi stad na jurtę. Chyba wędrowengo pasterza, bo wokół pasło się spore stado wielbądów i kóz. Praktycznie już u podnóża gór. Zwinęli obozowisko, zaprzęgli konie i Arechion najszybciej jak mógł ruszył w stronę skąd przyjechał. Dotarli praktycznie w środku nocy. Ku nim wybiegł pies, wściekle ujadając. Diana dołączyła się do niego i chwilę trwało zanim Arechion odseparował oba jeżące się na siebie zwierzęta. Z jurty wyszedł jakiś człowiek z pochodnią. Zakrzyknął coś do nich. Arechion dostrzegł, że to starszy, czerstwy mężczyzna, chyba pod szesćdziesiątkę. Mierzył do nich z łuklu...
- Spokojnie, starcze! - krzyknął do niego. - Nic ci nie zrobimy, potrzebujemy pomocy! Proszę odłożyć ten łuk!
Staruszek spojrzał na nich podejrzliwie. Nie zmienił pozycji nawet o paznokieć.
- Proszę... Niech pan odłoży ten łuk i nie straszy dziecka. Jest chore, a my nie wiemy co robić.
Mężczyzna zachwiał się lekko, jakby chciał i nie chciał odłożyć broni. Znów coś krzyknął, wbił pochodnie w ziemię i groźnie zamachał łukiem.
Z wozu zeszła Sing Lung.
- Arechionie ja spróbuję z nim porozmawiać. Chyba nie zna greki... Ty pilnuj Szena. Schowaj się na wóz... Proszę. Wyglądasz groźnie, biały, białowłosy, wysoki, obcy. Takich jak ty na pewno ten człowiek nie widział. Ja od biedy mogę uchodzić za kogoś z mniej więcej tych stron. Rozróżniam jakieś pojedyncze słowa...
- On ma łuk. Nie mogę cię tak samej zostawić... Powiedz mu, że potrzebujemy pomocy, nie chcemy jego kóz.
- Nie martw się, on się tylko boi. Nic mi nie zrobi. - Poklepała go uspokajająco po przedramieniu. Potem podeszła powoli do mężczyzny trzymając przed sobą ręce w geście pozdrowienia i szacunku. - [Witaj dobry człecze] - zaczęła po mongolsku. Mężczyzna obrzucił ją spojrzeniem. Trochę łagodniejszym niż Arechiona, ale łuku nie opuścił. Nie napiał też mocniej. Zauważyła, że trzyma strzałę przy majdanie drugą ręką. Marne zabezpieczenie, ale dobre choć tyle. Odezwał się po raz trzeci. Niezbyt przyjaźnie... i na pewno nie po mongolsku.
- [Orda? Nie wyglądacie, ale niebo wie co wy za jedni. Nie lubię ordończyków, daruję was zdrowiem, ale iddżxie precz! Bo zawołam pachołków i synów i was zarżniemy]
Wyłapała coś o hordzie... Synowie? To czemu ich jeszcze tu nie ma? Dziadek wyglądał raczej na samego jak palec. Pies ujadał coraz bardziej ochryple. Wielbłądy chrapały i kozy meczały, pochodnia skwierczała... Od tego hałasu już dawno by wypadli z jurty pozostali mieszkańcy - o ile miałby kto wypadać. A przynajmniej byłoby widać jakieś poruszenie. Szepty kobiet, płacz dzieci?
Spróbowała gwary powoźnickiej, której się nauczyła jeżdżąc z karawanami i kupcami. Ten tutaj też musiał się z nimi kontaktować...
- [Diadoszku, dajcież pokój. My sami. Ja z meźciną i dietko. Małyj... Zachorzał. Szukalim pomości. Proszu was. Szamanis... Biełyj, czernyj, szachor. Proszu... Da nogch paszom.] - Jak powiedziała, tak zrobiła, przypadła mężczyźnie do stóp.
Ten żachnął się, cofnął. Opuścił łuk, chrząknął. Stał tak w milczeniu, długą chwilę. Słyszała jego przyspieszony oddech. W końcu odkalsznął i uciszył psa.
[Sami powiadacie... Dietko zachorzało...] - powtórzył. Mieszał swój język z gwarą karawaniarzy. Trochę bełkotliwie, nieco z trudem. Ale rozumiała. On też rozumiał. - [Twoj dietko? Syn? Adno?] - spytał.
Pokiwała energicznie głową. - [Adno... Moch adno. Proszu, pamyłuj diadoszku... My nie orda. Ja... z Kitaj... Moch meźcina biełych rasz. Dalekij. Za kras sońce, znaju horezm jazyk, wy znaju?]
- [Nie znaju...Ja nie uczony, gdzie mnie do bogaczy horezmu, dziewczyno.] - mruknął. Puścił łuk, machnął ręką. - [Wstańże z traw. Mokro i zimno. Jeszcze ty zachorzesz. Paniała? Bierz dietko. Twoj mieźcina niech oporządzi konie i podprowadzi wóz. Tam] - wskazał dłonią coś na kształt zagródki z czterech krzywych palików wbitych w ziemię. - [Możecie wejść. Witim was, proszu do jurty. Adno warunek.] - Spojrzał groźnie na nią, na łuk, na wóz. - [Adno warunek. Nie lza z takoj] - Pokazał na łuk. - [Z takoj, zadnom. Paniała? Żadnom szarszun, brzytiew, szaszka, siorp. Zadnom. W moim domostwie tylko ja mogę nosić żelazo. Nie znam was. Przyjmę, ale bez broni.]
Skinęła głową. Chyba zrozumiała. Mężczyzna ponaglił ją dłonią i patrzył jak podchodzi do wozu. Znów nieco uniósł łuk... Ale wiedziała, że nie nawykły do walki z ludźmi. Sam stał obok pochodni. Gdyby chciała mogłaby go ustrzelić czy rzucić nożem. Tak samo gdy stała przy nim czy klęczała przy nogach. Ale nie miała zamiaru zawieść jego gościnności. Użyczał im własnego domu, sam, na stepie, nieznajomym. Winni mu wdzięczność i serce.
- Arechionie, dziadek jest tutaj zapewne sam. Zgodził się nas przyjąć pod swój dach. Masz ustawić wóz przy tych czterech palikach i konie też. Możemy wejść, ale bez broni. Żadnej. Boi się nas, to pewne. Chociaż tak chce poczuć się choć trochę pewniej. Nie zna greki, a mongolskiego nawet jeśli tak, to nie lubi. Nie lubi hordy. Mogę w miarę dogadać się z nim w gwarze karawaniarskiej. Mieszaninę kilku tutejszych języków. Nie znam wszystkich specyficznych zwrotów i zapożyczeń, ale tutaj wątpię żeby komendy do pokrzykiwania na juczne zwierzęta, konie i innych przewoźników czy używane w rozmowach z kupcami na coś nam się przydały, a on je tak naprawdę znał. Podstawowe słowa, chyba starczą.
Białowłosy nie ruszył się z miejsca. Obserwował z zaciśniętymi zębami jak Sing pada do stóp starca. Miał ochotę rzucić się do niej i podnieść. Co ona wyprawia? Westchnął... No tak, próbuje brać na litość... Ehh... Ale sama się od tego pochoruje! Starzec odłożył łuk, parę razy machnął ręką, zmierzył białowłosego od stóp do głów... I szukał przez chwilę czegoś wzrokiem. W końcu Sing się podniosła i podeszła do Arechiona, który chusteczką otarł błoto z brody. No aż tak nisko nie musiała upadać...
- Dobrze, dobrze, daj mi ręce... - mruknął cicho, biorąc jedną z jej dłoni i również wytarł. Za moment drugą. - Weźmiesz małego, ja wszystko ustawię. Może ma jakieś leki. Albo wie gdzie ich szukać, pójdę i znajdę. Tylko niech opisze dokładnie jak to wygląda.
Sing Lung skinęła głową, poczekała aż Arechion poda jej synka i ruszyła w stronę jurty. Szen był bardzo rozpalony, popłakiwał...
Mężczyzna przyglądał im się cały czas, trzymając psa za kark.
- [Wasz sobak. nie lza. Jurta dla ludzi] - rzucił jeszcze, po czym zaczął iść przed nią prowadząc do namiotu. W środku było... nad wyraz przytulnie! Sing Lung do tej pory nie miała okazji zapoznać się z takim mieszkaniem na stepie. Dywany na ziemi, ognisko pośrodku, dym uciekający górą, liczne mosiężne lampy, pod ścianami zwinięte posłania, wokół ogniska poduszki. Ciepło... ładnie pachniało. Poczekała aż staruszek usiadł. Zajął się imbrykiem. Przygotowywał małe, z grubego szkła szklaneczki w fantazyjne wzorki. Zachowywał się jakby jej tutaj nie było. Stała więc w milczeniu przy ścianie i próbowała uspokoić małego.
Arechion ustawił wóz, dał koniom jeść i pić. Kazał Dianie pilnować dobytku. Wszedł do namiotu starca. Trochę zdębiał... To namiot czy dom jest? Taki... Bardzo prowizoryczny. Nie spotkał się nigdy z czym takim... Na co mu te wszystkie rzeczy na pustkowiu?
Sing stała pod jedną ze ścian, dziecko popłakiwało. Białowłosy podszedł do niej, dał małemu smoczka, ale nie był nim zainteresowany.
- Kazał stać? - zapytał. - Jeśli nie, to usiądź. Jesteś zmęczona, nie dokładaj sobie.
Pokręciła głową, wskazała wzrokiem mężczyznę. Arechion nie powinien go obrażać. To starszy człowiek, nomad. Są pewne zasady i pewnie muszą je dopełnić.
- [Usiądź obcy] - powiedział pasterz, patrząc na Arechiona. Na Sing Lung nadal nie zwracał uwagi.
- Co powiedział? - zapytał białowłosy, nie rozumiejąc niczego z języka staruszka.
- Też nie wiem... ale chyba masz usiąść naprzeciw niego. I wypić co ci poda... bez komentarzy. - odparła cicho.
- [Usiądź powiedziałem] - powtórzył ponownie. Woda się zagotowała. Zaczał zalewać zawartość szlaneczek. Trzech.
Białowłosy spojrzał na mężczyzne, potem na Sing. Przykleknął naprzeciw starca.
- A ona? Dlaczego ona nie może usiąść? Jest zmęczona, podróżujemy całe dnie, dziecko ciągle płacze, powinna korzystać z każdej możliwości odpoczynku.
Staruszek zignorował mowę Arechiona. Albo nie rozumiał, albo nie miała dla niego znaczenia. Wyciągnął dłoń ze szklaneczką, skinął głową, czekając aż białowłosy ją od niego weźmie.
- Pytałem o coś - powiedział głośniej, choć wiedział, że staruszek i tak go słyszał. Ale przyjął szklankę. - Niech Sing usiądzie. I w ogóle to dlaczego ja mam coś pić, a ona nie? Widać, żeś samotnik... Nornil... - przewrócił oczyma i upił ze szklaneczki, omal nie zwracając zawartości żołądka. Przełknął z... ogromnym trudem. Co za okropność! Spojrzał na starca, popijał ze swojego kubka. Arechion wychylił całość duszkiem, żołądek znów mu się przewrócił. Aż zacisnął wolną rękę w pięść i spiął się, żeby nie zwymiotować na tego niewychowanego starca.
Starcowi lekko drgnęła szczęka. Posłał niezadowolone spojrzenie Sing Lung, nie skomentował jednak zachowania obcego.
- [Twoch białku, moszu siad] - powiedział w przestrzeń, kiedy wypili szklaneczki naparu.
Sing Lung podeszła, skłoniła się i usiadła przy Arechionie. Mężczyzna podał białowłosemu trzecią z przygotowanych szklaneczek.
Arechion spojrzał na starca, pytająco.
- To też mam wypić?
Mężczyzna sapnął, jakby ze zniecierpliwieniem. Zerknął na uderzenia serca na Azjatkę. Nic nie powiedział. Czekał.
No co za facet... Mógłby wyjaśnić, wie, że nie są stąd i nie znają się na tych jego ceremoniałach.
Arechion podał szklankę Sing.
- No to chyba możemy przejść do rzeczy, prawda?
Sing Lung przyjęła obiema dłońmi szklaneczkę od Arechiona. Skłoniła sięstaruszkowi, po czym wypiła spokojnie, nawet się nie krzywiąc. Domyślała się czym ich pcozęstowano. Zielona cza z tłuszczem z wielbądziego, koziego albo kobylego mleka i sól. Uchyliła szlkaneczkę, pokazując, że pusta i odstawiłą ją na drewnianą tackę. Starzec znów zmarszczył brwi, słyszać Arechiona. Znów posłała jej złe spojrzenie, znów nic nie powiedział. Szturchneła lekko Arechiona w udo, leciuteńko. Nie mogła go strofować, bo mężczyzna jeszcze barziej by sie zdenerwował. PRzeciez tłumaczyła Arechinowi! Ma milczeć w obecności starszych i to jeszce gospodarza! Jeszcze nie dokończyli paktu porozumienia jak zgadywała, a białowłosy znów jak zwykle zachowuje się niegrzecznie, zarozumiale i ignoruje sygnały!
- [Szo...] - mruknął pasterz. Przyglądał się dziecku. Pokręcił lekko głową, chrząknął. - [Dietko zachorzał. Ja poniał. Za pochu miaścia ja wycharzu. Ten ciasa ty i twoch białku moszu ostać. Alba kiejda dietko pomrze. Wy toda paszoł. Ten ciasa ty... obcy pomość z kazku, dramku i moch agier. I insze co powim. Twoch białku strawu, czaj, ogrnik jurt, moch gaszu i insze kapoty pszać. Ni mundrokować. Ni piskać. Moch dom. Poniał?] - skinął głową Sing Lung, oczekując najwyraźniej, że przetłumaczy. Wzroku jednak nie odrywał od Arechiona, chociaż nie gapił mu się w twarz.
Azjatce łzy zakręciły się w oczach, gardło się ścisnęło, przytuliła mocniej Szena.
- Możemy zostać... miesiąc. Potem on wyrusza... Chyba... chyba, że... - przełkneła ślinę - Szen umrze, wtedy mamy odjechać natychmiast. Ty masz mu pomagać przy zwierzętach i co ci każe z męskich zajęć. Bez dyskutowania... Ja gotować, sprzątać i prać... Czeka na twoją odpowiedź. Wtedy możesz pytać, nie odzywaj się nie pytany, nie wyrywaj się Kawaii, proszę... Czekaj... - dodała jeszcze cicho, tak jakby nadal tylko tłumaczyła.
- Dziecko nie umrze! - oznajmił, dotykając ukradkiem nogi Sing. Pogłaskał ją delikatnie. - Jeśli stary tak podchodzi do sprawy, poszukamy pomocy gdzie indziej. Nie będę mu posługiwać za dach nad głową, bo ten tak się składa mamy. Mam inną propozycję. Niech powie co wie o tutejszych ziołach. Chyba, że ma własne i mógłby się podzielić. Wtedy pomogę.
- Arechionie... proszę... Nie powie nam nic więcej, póki się nie zgodzisz. Wyrzuci nas... Z Szenem jest coraz gorzej. Wymiotuje... Potrzebujemy ciepła i spokoju. To nic. Jest sam, chętnie pomogę mu w obejściu. Daje nam... daje nam możliwość... Spokojnej śmierci. Żeby dziecko nie stało się upiorem... Nie powie nam nic więcej. Musisz się zgodzić... albo odejść. - powiedziała jeszcze ciszej, łapiąc Arechiona za rękę. Starzec nie przerywał jej, chyba rozumiał, że tłumaczy zasady.
Arechion westchnął głęboko. Tym razem już objął Sing, pogłaskał synka po główce.
- Nie dam umrzeć naszemu dziecku, kochanie - prawie szepnął, już spokojnie. - Powiedz mu, że się zgadzam. A jeśli nam pomoże uratować Szena, zapłacimy.
- [Moch meźcina poniał. Powił szo, maszu agrid. On i ja pomość tebia. Kak powisz.]
Starzec kiwnął głową, trochę się rozluźnił.
- [Szo. Agrid. Niebo słyszało. Jak złamie, to na jego głowę. Szo... Mówiłaś... o szamanis... zachor. Ja nie znaju. Nie ja. Nie tu. Moszu za przełęczą... Moszu za bakrat. Ale daleko. Najmniej miasć darogi. Małyj pomrze i tak. Nie lza. Ostańcie.] - Podniósł się, podszedł do Azjatki. Sięgnął ręką i zaczął oglądać małego. Oczy, powieki, szyję, odwinął, obmacał pachwiny, palcem odchylił usteczka. Skrzywił się, czując zapach. Szen popłakiwał, odwracał główkę od jego rąk. Sing Lung nie protestowała jednak. Czekała aż skończy, Uświadomiła sobie, że mały ma rozwolnienie.
Pasterz podszedł do ściany jurty. Gmerał w suzsących się tam wiechciach jakiegoś zielska. Wrócił z garścią listków. Wrzucił do miseczki. Podał Arechionowi.
- [Ja nie szamanis. Ja pastorz. Znaju ziela dla obryczków. Na goreju, na sznu, na kolku, na żywot, dla ciążnych kobył, dla cialaczków i inszych. Tyćko to znaju. Moszu dać jak uznaju. Insz pomość ja nie magu.] - powiedział poważnie i obojętnie. - [Białku rozwryj pasłanice. Ja idu pa żywinę, obrobisz zaraz. Tom masz statki i insze. Waszoj tu dwachu] - wskazał ręką, które, a głową gdzie naczynia. - [I wszytko. Patom glały zawrzoć i ni piskać. A ty cho za mnoj. Graty waszu bieroj co rychte, sobak zapawrozuj, szob nie lza w jurt] - skinął na Arechiona.
- Idź, pomóż mu z... czymś na wieczerzę. I rzeczy moższe przynieść najpotrzebniejsze z wozu. Wilk ma być na dworzu. Najlpiej przywiązany, żeby nie straszył zwierząt i tu nie wszedł. Przynieś mi moje tasaczki, coś przyrządzę. Rozłożę posłania i przewinę Szena... Ma coś z brzuszkiem...
- Nie możemy nic nie robić i bezczynnie czekać aż nasz syn umrze - powiedział tylko i wyszedł za starcem, który dał mu sztylet i pokazał na kozę.
Arechion zarżnął zwierzę i oprawił je. Nie ukrywał swojego zdenerwowania. Jego ruchy były dokładne, ale i szybkie. Nie pozwoli dziecku umrzeć choćby miał sam jechać po zioła albo szamana! Jeśli staruch nie potrafi im pomóc, nie powinien ich wyzyskiwać. Nie za cenę życia dziecka! Czy on nie ma serca?! Dach nad głową... Na co im dach nad głową, jeśli Szen ma umrzeć? Powinni jechać dalej... Niepotrzebnie zgodził się na tę poronioną propozycję.
- Już - oznajmił. - Jeśli nie ma pan nic przeciwko, pójdę się teraz umyć.
Staruszek coś mruknął, machnął ręką w stronę skałek. Wziął tuszkę i zaczął siekierą rozłupywać na cząstki i wrzucać do miski.
Wziął czyste odzienie, poszedł we wskazane miejsce przez dziadka. Płynął tu spory strumień. Wymył się w nim, choć woda był zimna i wrócił do obozu. Rozkulbaczył konie, podparł wóz na pachołkach i kazał Dianie spać pod wozem. Przywiązał ją linką do koła. Wilk zaskamlał i opuśił ogon. Białowłosemu zrobiło się go żal. Zawsze spała z nimi. W cieple... I nigdy jej nie wiązali. Nie podobała mu się ta sytuacja. Dziadka nie było w zasięgu wzroku, pewnie siedzi już w jurcie... Więc i on się tam udał z kilkoma torbami i sakwami oraz ich posłaniem.
Sing Lung kiedy wyszli rozpłakała się. Nie głośno, nie rozpaczliwie. Po prostu pozwoliła łzom płynąć, rozluźnić to zduszone tym co usłyszała gardło. Pasterz miał rację. Mogli jedynie czekać... opiekować się w cieple... modlić się do Tian czy też Nornil.... i zapewnić spokój duszom chłopca. Ale póki co... Nie będzie się tylko modlić. Zrobi wszystko by wspomóc los. Może to tylko... Chwilowe. Może to nie wiosenna gorączka... Może go nie zabierze. To za Utę... Za to, że czuła się dobrze. Że powiedziała o tym Arechionowi. Te kilkanaście dni temu... To za łamanie li w czasie sprowadzania deszczu i chmur... Proszę Tian, proszę, nie karajcie jego za mnie. To boli, to bardzo boli. Położyła Szena na chwilę na jednej z poduszek. Szybko zajęła się wskazanymi przez mężczyznę posłaniami. Zdjęła dziecku zapaskudzoną pieluszkę. Umoczyła część czystej materii w wodzie z imbryka i pospiesznie, ale delikatnie obmyła dziecko. Brudną pieluszkę wyłożyła za płachtę jurty, z boku. Owinęła Szena cieplutko w materię i kocyk. Nie wiedziała czy starzec jej nie skrzyczy, czy nie wyrzuci ich jeżeli bez pozwolenia weźmie jakieś naczynie do wykapania dziecka. Poczekałaby na Arechiona i ich rzeczy, ale synek miał biegunkę. Struł się czymś? Przecież prawie nic nie jadł... Próbowała dać mu piersi, ale ulewało mu się tylko i ciągle odwracał główkę w drugą stronę. Obwiązała go sobie w chuście na piersi. Wycierając pospiesznie podpuchnięte, ale już prawie wypłakane oczy, zaczęła przeglądać sprzęty kuchenne. Staruszek miał głównie noże... Dorzuciła drewna do ogniska-paleniska. Wyciągnęła mosiężny kociołek. Może zrobić gulasz? Albo chociaż jakąś zupę na kościach. Mężczyźni pewnie poszli po mięso... Zgadując z czasu jak długo ich nie było pewnie dziadek ubił i oprawia, któreś z posiadanych zwierząt. Jeśli tak... To wielki zaszczyt. Mimo oschłości i traktowania jej jak powietrze, samotny mężczyzna starał się godnie ich przyjąć jako gości. Wyszorowała piaskiem saganek i opłukała wodą z wiadra raz i drugi. Nalała wody z cebrzyka i zawiesiła na haku na trójnóżku rozstawionym nad ogniskiem. Obmyła w ciepłej wodzie znalezione miseczki, czarki i łyżki... Większość dawno nie używane... Poz jednym kompletem... poobtłukiwanym. Na ścianie wisiał pękaty bukłak. Domyślała się co to, ale i tak odkorkowała. Aż ją skrzywiło i żołądek podjechał do gardła - kumys. Obrzydlistwo. Odwiesiła na miejsce. Może dziadek pozwoli się poczęstować winem... Tian... Tian... Gdyby mogła sama by się napiła. Strach powoli, ale nieustępliwie z każda chwilą, z każdym dniem opanowywał ją coraz bardziej i nijak nie potrafiła sobie w pełni z nim poradzić mimo znanych technik. To jej dziecko... i Arechiona... Na cóż jej tutaj czikung i harmonia... Musiała mu pomóc ze wszystkich sił. Jak długo się da. Poczuła chłód. Poła wejścia do namiotu odchyliła się i wszedł pasterz, dzierżący w rękach krzywą miskę z połciami mięsa. Chudego co prawda, ale mięsa. Postawił miskę w kątku kuchennym.
- [Kozka. Obrób. Wsio radno. To na dwachu dzionka. A tuj suszki. Rzadkiew, bur, kapuścik. Jeścio nado, zmarzłe, ale nado.] - wyjaśnił, nogą kopnął w byle jak zbitą skrzynię. Rzeczywiście w środku były jearzyny. Podsuszone, czesć zmarźnięta, ale nie zgniłe. Przyjrzała się mięsu. Na szczęście nie musi iść go myć. Już opłuczone.
- [Dietko legnij na pasłanice. Nie nosz. Szkodku. Obrób wieczerz.] - rzucił krótko.
Dziadek, minął się w wejściu z Arechionem. Białowłosy położył ich rzeczy we wskazanym wcześniej przez staruszka miejscu. Spojrzał na Sing. Miała zaczerwienione oczy. Wiedział, że od płaczu... Mógł się tego spodziewać. W nim się gotowało, ona po prostu... jak to matka... dawała upust emocjom w inny sposób. Podszedł do niej, kucnął i przytulił ją.
- Nie martw się - szepnął. - Znajdę sposób. Idź i się połóż, prześpij trochę. Jesteś zmęczona, musisz spać. Ja się tym zajmę...
- Nie, nie. Tak lepiej. Zajmę się czymś. Lubię gotować. I nie można, to mój obowiązek, ty masz robić inne. Zdenerwuje się, widząc, że go tak obrażasz i wyręczasz kobietę. Pomyśli, że jesteś jakiś... nie swój. Nie niepokój go. To tylko kilka dni, tylko kilka dni... Potem pojedziemy dalej. Ratować Utę. - Przetarła nos. Chyba miała lekki katar od tego placzu. - Daj czystą pieluszkę i olejek i ubranko, przebiorę go. Cały się ubrudził. Pieluszka jest pod jurtą. Nie chciałam wychodzić dalej. Jutro upiorę... I tak mam prać. - zaczęła wyjmować rzeczy z sakw. Na palenisku postawiła wok, dała trochę tłuszczu, żeby się rozgrzał. Wrzuciła czerwoną fasolę i przyprawy.
Pociągnęła nosem, otarła go sobie rekawem. Wyciągnął chusteczkę i podał ją jej, całując w skroń. Jakie kilka dni... Nie da umrzeć własnemu synowi. Podał jej wszystko, wraz ze sporą miską.
- W takim razie ty zajmij się Szenem, a ja zajmę się tym tutaj. Chciał pomocy. Nieważne które z nas co robi, ważne żeby zrobić. A jak będzie mieć wąty, to do mnie. Przyniósłbym balię, ale jest za duża jak na tę jurtę. Trzeba mu dać te zioła na sen. Sama też powinnaś wypić, musisz odpocząć. Przecież nie chcesz się słaniać na nogach, prawda?
- Nic mi nie będzie - mruknęła, przyjmując chusteczkę i wydmuchując nos. - Pokrój mięso na małe kawałki i odłóż kości też. Tam jest sporo noży. Zrobię zupę, a mięso usmażę w marynacie. Może podzielimy się z nim winem i chlebem. On... Stara się. To wielki gest. Częstuje swoim mięsem. Sam pewnie jada tak raz na miesiąc. I tej kózki by mu na tydzień starczyło, a tak dał mi, żebym zrobiła co chcę na dwa dni. Jest... gościnny. Porządny ren. Prosty, ale porządny. Dla ciebie dziwny, ale takie są tu zwyczaje. To góry. Ciężkie życie. Niebezpieczne. I jest sam... pewnie odwykł. - Na słowo góry coś jej mgliście zamajaczyło w głowie... Góry... Coś... Z nich. Coś... Potrząsnęła głową. Nieważne, nie czas na to.
Zajęła się synkiem. Opatuliła cieplutko i mimo płaczu wmusiła jakoś parę łyżeczek podgrzanego we wrzątku kleiku. I pół kubeczka rumianku. Arechion w tym czasie skończył kawałkować mięso. W samą porę. Do jurty wrócił starzec. Z lekkim trzaskiem postawił miskę pełną podrobów i innych flaków. W ręku miał kozi łeb, zawinięty w gałgan, żeby nie uwalać dywanów. Pociągnął nosem. Chrząknął z nutą uznania. Przyprawy pachniały i bez mięsa smakowicie.
- [Umisz?] - spytał Sing Lung, wskazując na miskę.
- [Umim] - przytaknęła.
- [Ty biełyj. Waszom sobak żry takie?] - rzucił do Arechiona pytająco i unosząc trochę kozi łeb.
Białowłosy spojrzał na łeb i na miskę pełną flaków. Po chwili przeniósł wzrok na starca. Czy on pyta...
- Nie mogę tego jeść - powiedział powoli. - Kochanie, powiedz mu, proszę... Jeśli on mnie tym napasie... Wiesz jak na to reaguję, nie mogę. Niech mnie nie zmusza.
- Spokojnie... Nie każe ci tego jeść. Pytał czy umiem zrobić. A łeb... dla szutao chyba. Pyta czy zje.
- Nie dajemy mu surowego miesa. To udomowiony wilk.
- Cicho. Mów, że to pies. - powiedziała szeptem. - [Ni, nie żry, chorzyje. Toćko ptiszki żry i moszki.] - odpowiedziała.
Dziadek wzruszył ramionami, a potem jednym ruchem wepchnął w ręce białowłosego okrawiony łeb w szmacie, ochlapując mu przy tym co nieco zmienione dopiero co ubranie. -[Mosz. Porómb. Mocarnik tyś, ja staryj. Dosz radu. Na małyje. Jak skuńczysz, ozwij. Dom majom sobak. Ty nie aprobaj, bo uszpiczy. Ma byt złyj, toćko mnie ważyć. Poniał?]
Arechion powstrzymał sie od rzucenia w starca tym łbem. Dopiero co się przebrał! A znów cały we krwi...
- A waszom sobak żry takie? - mruknął ni to do niego, ni to do siebie. - Co mam z tym zrobić do cholery jasnej?
- [Zri. On Żry wszech co mu dom. Dziś sobak pofrykasuje] - odparł mężczyzna, lekko krzywiąc kącik warg i szczeciniasty policzek.
- Porąb na mniejsze. Dla jego psa. Jak skończysz, zawołaj dziadka, nie próbuj sam dawać. - wyjaśniła Sing Lung czym prędzej. - Proszę nie denerwuj się. To nic. Jest stary. Pewnie mu ciężko.
- Nie upiorę tego potem. Poprzednie odzienie jest do wyrzucenia, niedługo nic mi nie zostanie - burknął. Zdjął koszulę i wyszedł z namiotu z tym łbem.
Mężczyzna obrzucił białowłosego lekko kpiącym spojrzeniem. Jakby bawiło go to przywiązanie Arechiona do wymuskanego wyglądu i odzienia. Jednocześnie jefo wzrok dawał jasno do zrozumienia, że jeszcze nie raz przyjdzie mu się mocno ubrudzić i im szybciej się do tego przyzwyczai tym lepiej. Gdy wyszedł, ziewnął i obmył ręce w misce. Wodę wylał za jurtę. Postawił imbryk na rozgrzanych kamieniach i usiadł krzyżując nogi na jednej z poduszek, przyglądając się kucharzeniu Sing Lung i cmokając cicho z aprobatą.
Arechion porąbał kozi łeb szybko na drobne kawałki. Gniew tylko dodawał mu sił. Trochę się wyładował. Niewiele... Łeb tylko jeden i mały... A gdyby tak... Rzucić temu psu... Przecież go nie pokąsa. Wystarczy jeden gest, kilka słów i każdy psowaty czy wilk uszy kuli. Ciekawe czy kozy by go posłuchały. To kopytne w końcu... Ale nie nie sa końmi. Z drugiej strony, dziadek jest trochę imbecylem, pewnie zarżnąłby niewinne zwierzę.
Wrócił do namiotu, twarz miał trochę zachlapaną krwią. Znów...
- Porąbane - oznajmił.
- [Szo] - stwierdził z zadowoleniem pasterz. Pozbierał się z wyraźnym stęknięciem z poduszki, na której siedział i wyszedł z jurty. Po chwili dało się słyszeć przeciągły gwizd, powoływania w innym języku niż powroźnicki i szczeknięcia psa, które szybko umikły. Zwierzak najwyraźniej zajął się tak nieoczekiwanym darem niebios jakim były krwiste kawałki czaszki, języka, oczu i mózgu kozy.
Sing Lung w tym czasie prawie skończyła smażyć mięso. Wywar na zupę dopiero się warzył. W kociołku pyrkotały kości, pokrojone jarzyny i kasza. Wytarł ręcę, zerkneła na Szena. Zmoczyła szmatkę i położyła mu na czółko. Po czym westchnęła i wzięła się za oporządzanie flaków.
Białowłosy wytarł sie wilgotną szmatką i klapnął przy dziecku. Tym razem nie umyje się i nie przebierze póki nie będzie pewien, że dziadek nie ma już nic do roboty dla niego.
Mężczyzna wrócił. Znów usiadł na poduszce i w milczeniu czekał aż Sing Lung skończy przyrządzanie posiłku. Azjatka pochowała posegregowane i poumieszczane w naczyniach podroby. Do świtu parę godzin. Pozalewała solanką, marynatą z sosu sojowego. Wątróbki obtoczyła w mące. Pokroiła jabłka. Krew zmieszała z kaszą i drobinami nie zużytego mięsa. Stary mruczał coś pod nosem, chyba z zadowoleniem.
- [Waszom białku udana. Kucharznica. Chydeusz i chorzającą mi się zdaje, małyje biedra, małyje czyczoszki, ale gospodarna. Udana ci. Kak mieźcina dwachu tributam z pasagi dastanie, to dobyryj stadło. Zdrowyja i chędożna żena dach synow i z biednych padrabków wieczerz mieźcinie uporządzi. I on dobryj tedy. A insze nie znaczyt teda wiela. Insze niedróbki takoj białku...] - dokończył w zamyśleniu. Nagle jakby wcale nie do Arechiona mówił tylko bardziej do siebie.
Arechion obserwował dziadka w milczeniu. Dziecko głaskał po główce i zmieniał mu okłady. Zrobił mu nawet ziółek na sen i podał w letniej cza, by po chwili ululać do snu. Stary gadał o czymś, białowłosy nic nie rozumiał. Znów czuł się jak powietrze... Z tą tylko różnicą, że dziadkowi nie mógł dać w łeb. Bo tym razem to oni robili za gości... Których dziadek postanowił sobie powyzyskiwać. Szen wtulił się ojcu w pierś i powolutku zasypiał. Pocałował go w czubek główki i głaskał, szepcząc cichutko bajkę na dobranoc. Popatrywał na Sing. powinna już spać, nie zostało im wiele czasu na sen. Jeszcze ona mu się pochoruje... Źle zrobił, godząc się na to by tu zostać. Bardzo źle. Trzeba było jechać dalej! Do miasta jaiegoś albo cofnąć się do Baku! Teraz marzył by się z nią położyć i przytulić ją do siebie. Nawet jeśli miałaby płakać... Może uda mu się podać jej trochę tych ziół, którymi napoił Szena? Najwyżej nie wstanie o świcie. Trudno, wyspać się musi.
Dziecko usnęło spokojnie. Opatulił je i położył na ich posłaniu. Gdyby tu była Diana... Mogłaby go dodatkowo pogrzać. Właśnie... Diana...
- Kochanie - szepnął, podchodząc do Sing. - Nakarmię Dianę i zaraz wrócę. Nie baw się w to kucharzenie zbyt długo, dobrze? Późno już - ścisnął jej lekko kolano, na pokrzepienie. - Dziadku, powiedz mi czy będę ci jeszcze dziś potrzebny. Jak nie to się myję i przebieram. Ale powiedz mi prawdę. Nie mam zamiaru uwalać się tuż przed snem.
Sing Lung przetłumaczyła.
Mężczyzna wzruszył ramionami. - [Ni wim. To nie grod. Ja ni wim co budu pa noc. Co niebiach zdarzyć. Zawszom cosik moche byt. Teraz rychtych. Obryczki oporządził. Zakulec ostawił. Skorki kozki uprawił. Sobak zrył. Ni wim. Wieczerzać nada i legnąć]
Sing Lung matowym głosem przetłumaczyła Arechinowi, ustawiając na jednym z dywanów misę z mięsem, pokrojony chleb, miseczki z sosami, podsmażone warzywa i dzbanuszek wina oraz cza. Na wok wrzuciła jabłka, po dwóch minutach wątróbki. Po kolejnych dwóch kolejne danie dołączyło do miski z mięsem. Zupa pyrkotała. Sing Lung otrzepała ubranie, odwiesiła fartuch, umyła ręce i przyklękła z boku. Popatrywała na Szena.
- [Idź, idź do małyj. Ja widu.] - powiedział nagle bardziej miękko starek i machając ręką na Azjatkę jakby muchę odganiał. - [Legnij na posłanice. Nie musisz dziś podawać meźcinom. Samyj tum. Umim czaj zabrać, kumys poleć i ostrawu szamać. Idź, idź. Porychtujesz z rana statki] - mruknął jeszcze i zabrał się do jedzenia, nie czekając na Arechiona. Starał się być powściągliwym, ale widać było, że ślina mu zaraz chyba z ust strumieniem pocieknie. Polał wina do dwóch kubków. - [Ty biełyj. Sztachom. Na bochów, na niebieś. Dla darzenia twoj synkom. Pij. Sztachom. Na frask.] - wyciągnął rękę z kubkiem do niego.
Sing Lung skłoniła się, wstała i położyła się bez słowa na posłaniu, okręcając się pikowaną, kolorowa, wyszywaną koldrą z wielbłądziej wełny i tuląc Szena do siebie tak, że tylko buźkę było mu widać nad krawędzią kołdry i przy jej policzku.
Białowłosy nakarmił wilka, wrócił i został powitany przez starca kubkiem wina. Sing już leżała... Jadła? Przyjął kubek. Upił trochę. Jadł w ciszy, popatrując na Azjatkę. Po kolacji wyszedł na dwór umyć się i przebrać w czyste odzienie. Ku jego uciesze, staruszek również opuścił jurtę. Podszedł do niego.
- Mam prośbę, dziadku - zaczął cicho. - Proszę nie budzić rano Sing. Niech śpi. Od wielu dni jesteśmy w drodze, ona mało sypia. Dam jej cos na sen, żeby odpoczęła. I nakarmię. Ja wstanę przed świtem.
Starek popatrzył na niego. Potem pokręcił głową, że nie rozumie. Rozpiął gacie, odwrócił się i ze stęknięciem obsikał kupę kamieni. Splunął.
- [Dobryja wieczerza. Udała ci się białku, udała... Idem legnieć. Wstajom przed szonczem. Ty takoż. Waszom białku udoi kozku i obrobi nam żryć. A patom statki rychtować i kapotu pszać. A my dromadki rychtować.] - machnął dłonią w stronę spętanych wielbłądów. Poczłapał do strumyka. Ochlapał twarz i ręcę. Kark. Parsknął. Zawrócił do jurty.
Arechion westchnął.
- Białku spać. Ja robić. Ona musi spać, rozumiesz? Ona zmęczona... Chora... Białku chora...
Pokręcił głową. No nic, dziadek pewnie nie rozumie. Trzeba będzie zaczekać aż zaśnie i samemu się wszystkim zająć, żeby Sing mogła pospać dłużej.
Załatwił co miał do załatwienia i wrócił do jurty. Usiadł na posłaniu obok Azjatki, pogłaskał ją po biodrze.
- Śpisz?
Drgnęła.
- Nie. Arechionie. Nie śpię. Coś chcesz? Starek coś chce jeszcze?
- Nie, nie, spokojnie, on już zasypia - wziął do ręki miskę z potrawką z watróbki oraz kubek ciepłej cza, do której wkropił trochę ziół, którymi poił Szena. - Nie możesz tak iść spać z pustym brzuchem. Od śniadania nic nie jadłaś.
- Jadłam. Jak jechaliśmy - skłamała. Żołądek miała ze strachu ściśnięty, że prawie ją bolał. Gardło też. Nie chciało jej się jeść, chociaż wiedziała, że powinna. Może jutro... - A jak gotowałam to też podskubałam tu i tam. Jakaż by była ze mnie kucharznica jak rzekł dziadek, gdybym nie próbowała własnych potraw. Mam małe piersi i wąskie biodra, alem ci się udała jako kucharznica, a inne moje wady wtedy nie mają znaczenia. - zażartowała słabo, przypominając sobie co powiedział pasterz przy kolacji.
Nie do końca jej wierzył, ale i nie chciał przeciągać tej rozmowy i męczyć jej zbyt długo.
- Się dziadek nie zna - uśmiechnął się do niej. - Jesteś przesłodka. Napij się chociaż ciepłej cza.
- Dobrze. Daj tej cza, bo nie dasz mi spokoju. Muszę zupy przypilnowac. Jeszcze niecała godzina.
- Wypij i się kładź. Dość się już napracowałaś. Ja przypilnuję tej zupy - podał jej kubek. Nawet jeśli się uprze żeby siedzieć przy palenisku, zaśnie w jakiś kwadrans... Jest zbyt zmęczona i zioła podziałają szybciej niż zwykle.
Opróżniła kubek i położyła się. Białowłosy wsunął dłoń pod kołdrę i masował jej plecy. Leżała na boku, wtulona w Szena, więc nie miał dostatecznie dobrego dojścia. Ale to wystrczy... Zasnęła szybko. Szybciej niż przypuszczał. Musiała być bardziej zmęczona niż myślał. Opatulił ją porządnie i zajął się resztą obowiązków. Myjąc naczynia, mieszał co jakiś czas w zupie. Później zdjął ją z paleniska, odłożył na bok tak by nikt jej nie wywrócił i nikomu nie przeszkadzała. Zakrył woka pokrywką, wytarł naczynia i opuścił jurtę. Wylał brudną wodę, pozbierał brudne rzeczy i udał się nad strumień, gdzie zrobił pranie. Pies dziadka próbował go atakować. Białowłosy uniósł wysoko rękę, dłoń miał otwartą i sycząc głośno, opuścił ją aż do ziemi. Pies położył się, kuląc uszy po sobie i popatrywał na niego już spokojnie. Zaraz potem wydoił kozy, mleko przyniósł do jurty i postawił obok zupy, również nakrywając je pokrywką. Na koniec skroił chleb i ser, postawił imbryk obok ogniska, żeby woda wolniutko się grzała. Jak się wstanie wystarczy przełożyć nad ogień i szybko sięzagotuje. Obmył się z grubsza i położył za plecami Azjatki, obejmując ją. Wtuliła się w niego przez sen. Uśmiechnął się, pogłaskał, śpiącego po drugiej stronie Szena po główce i zamknął oczy...
- [Ty białyj. Wstawaj. Szońce zara.] - starek zamamrotał nad legowiskiem obcych, poszturchując siedzenie białowłosego kosturkiem. Butem nie. Kołdry mu było żal. ladna kołdra. Batira robiła. - [Twoch białku rabotna wiszu, omasta ranna narychtowana. Wyszczaj się, napij czaj, szamaj i idziemy. Dromadki czekają. Twoch białku moszu jeszcze trochu szpic jak żryć narychtowane. Ale nie dalszoj niźla szoncze na dwa place nad step. Nuża.]
Podszedł do paleniska i rozpalił ogien. Postawił imbryk. Zaczał przygotowywac zeiloną cza z kobylim tłuszczem i solą, pogwizdując pod nosem.
Dopiero co zasnął, a już go dziadek budził... Czy starsi ludzie nie mogliby spać trochę dłużej? Dobrze, że był przyzwyczajony do funkcjonowania bez snu. Ale na dłuższą metę się to nie sprawdzi. Nigdy się nie sprawdzało. W pewnym momencie organizm powie dość. No nic, musi jakoś ułożyć to wszystko tak by zyskać chociaż godzinę snu. Ale to później... Pocałował Sing i małego, opatulił ich porządnie kołdrą.
- Ja mam tu moje czaj i proszę... Proszę nie gwizdać, niech dziecko i białku śpią... szpicą - powiedział dziadkowi i zrobił sobie naparu z pokrzywy dla wzmocnienia i rozbudzenia. Zjadł chleba z serem i michę mięsa z wieczora, po czym ruszył za dziadkiem. Ranek był chłodny, a on nie miał koszuli. Wczorajsze dwie uprał, jeszcze mokre wisiały na sznurku, a tej od Sing czy też swoich tradycyjnych brudzić nie miał zamiaru...
- To co mam robić?
- [Oj ty durny, durny] - poutyskiwał mężczyzna, oklepując końcem lagi gołą pierś Arechiona. - [Alboś wyrychtowanyś jak na weselisko alboś golec. Nie lza. Nie lza. Dobroćki mi ostraszysz ty biełyj. Tfu. Poczkaj] - wróciłdo jurty. coś zachurgotało, zaskrzypiało. Wyszedł trzymając w ręku jakieś zawiniątko. - [Nuż. Odziewaj. Powinno pasować.]
Białowłosy zmarszczył czoło.
- Jestem wojownikiem, nie pastuchem. To z czym styczność miałem, to potrafię. Ale pojęcia nie mam czego ode mnie oczeku... - nie zdążył dokończyć, bo stary dał mu jakieś... odzienie. Kazał chyba ubrać. No więc ubrał. było długie... Trochę cisnęło w barkach i wpijało się pod pachami, ale... Od bidy może być. - No to co mam robić?
Stary wcisnął mu w ręce jeszcze obitą futrem czapę. I machnął ręką, żeby szedł za nim. Wyraźnie utykał na jedną nogę i podpierał się kosturem. Podeszli do wielbłądów. Było ich około dziesięciu. Zupełnie porządne stadko jak na jednego człowieka. Wielkie, dwugarbne zwierzęta, kosmate, z odpadającymi płatami frędzlowatą sierścią leniwie przeżuwały jakaś suchą roślinność.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
R
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 18 Kwi 2006
Posty: 4178
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 17:54, 17 Lis 2009    Temat postu:

Starek popukał kosturem w cebrzyk. Wskazał skałki ze strumieniem.
Arechion wziął cebrzyk i nabrał wody ze strumienia. Dziadek wskazał na wielbłądy. Napoił więc zwierzęta. Następnie dał mu szczotkę i płócienny wór i znów wskazał na wielbłądy... Czesanie... Podszedł do pierwszego, od razu został opluty. Prosto w twarz! Zdjął czapkę i przetarł nią sobie usta i oczy. Spróbował obłaskawić zwierzę, ale go nie słuchało. Zamiast tego oberwał nosem w nos. I kolejne splunięcie. Przy próbie zatkania ręką mu pyska, został znów ugryziony. Wielbłąd uciekał mu... rycząc przeraźliwie. Nie chciał dać się wyczesać. W końcu białowłosy znalazł sposób, podając mu sporą porcję roślin do gryzienia. Zwierzę się uspokoiło i dało porządnie wyczesać. Zebraną wełnę wrzucał do worka, który, jak mu się wydawało, właśnie do tego miał służyć. Pasterz przyglądał mu się spod oka, pokrzykując coś od czasu do czasu, a gdy to nie skutkowało, postukiwał mu plecy czy barki kosturkiem i pokazywał co robi źle i jak robić dobrze. W jego rękach, zgrzybiałych już nieco, czerstwych wszystko wydawało się takie łatwe. Lekkie, szybkie. A kiedy przychodziła kolej Arechiona klął w duchu na czym świat stoi. Dziadek przyniósł sobie matę plecioną, siedział na ziemi przed jakąś dziwaczną drewnianą konstrukcją z nitkami i cały dzień coś majstrował przy tym. Co jakiś czas pociągał z bukłaka, który przyniósł z jurty. Wyciągnął go do Arechiona zapraszająco.
Białowłosy przyjął bukłak i pociągnął z niego, myśląc, że woda... Zachłysnął się i wypluł.
- OOooooooohhyyydaaaa! Khy! Khy! - Otarł brodę, oddał dziadkowi jego ten jego napitek i pokręcił głową. Co to było u licha jednego?! Zwymiotować o tego można, okropne!
Następnie musiał wielbłądy wydoić, co również łatwe nie było... Próbowały kopać. Trzeba się było zakradać i stawać poza zasięgiem pocisków ślinowych. Oczyścił im też kopyta. W przerwie między czynnościami, Sing przyniosła im południowy posiłek. Białowłosy zjadł szybko, żeby nie tracić czasu i nie położyć się zbyt późno spać. I tak minął mu cały dzień. Wieczorem, Arechion dosłownie padał na nos... I głośno burczało mu w brzuchu. Przy takim nakładzie pracy nigdy nie będzie w stanie pomóc synowi. Zjadł tylko i poszedł spać. Wstał dużo wcześniej, by znów odciążyć Sing...
Kolejnego dnia dziadek kazał mu wyczesać... kozy. Od jednego kozła zarobił w zadek. Zdenerwowany złapał go za rogi, zarzucił mu pętlę na szyję i przywiązał do pachołka. Od razu spokojniej. Z początku obrywał po głowie od dziadka. Że niby za szybko, czy coś... Potem stary się odczepił. Nazbierał też ziół i przypraw i zrobił obchód po górach i przy strumieniu sprawdzając pułapki na ryby. Były prawie pełne, więc wyłowił je, ryby oporządził i podał dziadkowi, który się nimi już dalej zajął.
Trzeci dzień wcale nie był lżejszy. Musiał pozbierać odchody zwierząt, co zajęło mu prawie cały dzień. Biegał w te i we wte, zbierał te placki w gołe ręce i znosił na jedną kupkę, we wskazane przez starca miejsce. się po same uszy. I na wieczór musiał sobie uprać ubrania, żeby wyschły do rana. A Azjatki ganiać do tego nie zamierzał.
Następnego dnia, starzec zabrał go na polowanie z... orłem. Arechion nigdy w życiu się tak nie wynudził. Co za bezczynność. Stracił znów masę czasu, którą mógłby poświęcić dziecku! A dziadek wydawał się tym w ogóle nie przejmować. Był bez serca.. Gościnny, ta... A on jest cesarzem Qin, cholera jasna. Syn według niego może umrzeć w każdej chwili, a ten nie da mu nawet godziny na spędzenie z nim! A niech go tak szlag trafi... Na miejscu! Już czwarty dzień orze za niego, a ten tylko siedzi i ma głęboko w poważaniu. I tylko klepie go tą swoją laską. Miał ochotę mu ją połamać.
Starzec przywołał orła. Wielkie ptaszysko przysiadło mu na skórzanym ochraniaczu, zakwiliło. Mężczyzna niemal czule coś do niego mówił, drapał po czubku głowy i karmił kąskami surowego mięsa. Mieli już niezła kupkę świstaczych truchełek. Orzeł i oni łapali je od świtu.
- [Czas stajom. Południk. Szwiszki polegujet. Nie wychorzom. Moszu przed wieczera, ale nam budu teda ta jurta zawrać] - powiedział do Arechiona. - [Siadnij, pojim. Twoch białku szto narychtowała frykaśnego? Obaczym...] - usiadł. Orła posadził na skałce i dał mu całą świstakową tuszkę obdartą ze skórki. Zaczął grzebać w worku, który wziął ze sobą i wyciągać wiktuały przygotowane jak zwykle przez Sing Lung. Tym razem były to dwa pieczone kurczaki, gotowane na twardo jajka, podpłomykowy chleb, który Azjatka upiekła, oliwki, gomułka bryndzy i bukłaczek jaśminowej cza z miodem dla Arechiona, a dla dziadka jego ulubiona zielona z masłem.
Przyjął od dziadka co mu podał i zabrał się do jedzenia.
- [Diedek, gadu ty mnie poniale i wolno. Ja nie wim twoch gady szo]
- [Szo] - mruknął pasterz, przeżuwając udko i zagryzając jajkiem.
Białowłosy zaczął odkrawać sobie kawałki kurczaka, kładł je na chleb i zajadał, popijając cza.
- [Kak długo my tu budziem? Do wieczera? Paciemu? Ja bum chcioł ze Szenem pobyć... A tyś mi diedek, toćko rabotać kazoł. Piać dni. Byz cylu. Szo se radzis, mógłbym zawrać, ziel poszukać, pomośc, poratować]
- [Mówił. Przed wieczera my ta jurta zawrać. Twoch małyj dycha. Twoch białku go oglądać. Ty nie lza. Ty na nic tom. To białku rychtuk. Rabotać szo. Tak szo. Kak twoch białku gadu - hao, hen hao. Nie lza... Mezcina nie lza...] - zakończył jakoś cicho. - [Ty, ja nie mosz pomogu nicze... Ni ziel... Ni... Nicze] - pokręcił głową, urywając nagle. - [Kak pomość? Kuda? Tu ducz, zaproż. Ni luda. Dietko umrzy abo nie. Umrzy kak ty je abrać w step, pa nic. Kubuk być kak tak zemrzeć. Daj pokój. Rychtuj do niebiech, to bochów, tu] - klepnął się w pierś. - [Moszu poratujom. Ja ni wim. Ty nie myndrkuj o tom. Nie lza. Nie twoch gaława. Biełyj, nie twoch... Ni moch.]
- [Nie, nie szo! Moch gaława!] - zdenerwował się. - [To moch małyj, ja go lubovam! Mnie nada pomość! Ziel rychtować, zachor rychtować, zawrać to Bak, byt tamoj! Ty minie nie znaju, minie na nado nicze diełat kak dietko chorze! Mosz ty ni ja! Syrca ni mosz, diedku. On ni zemrzy! Ni gadu tak!]
- [Zemrzy ni zemrzy ty ni wim. Wsiech zemrli. Wsiech.... Bochów gaława. To Bak dwoch niedel daroga. Adna stron. Cztrech] - uniósł cztery palce. - [Wirzysz, że dychać budu czas takoj? Moch syrce... starkowe... moch syrce widiał... tak szo, tak berej szo... Uwirz. Rabotaj, ni myndrkuj... Mochu boleszcz małyj patom... ]
Odłożył jedzenie na bok, wstał i spojrzał na starca z góry.
- Goń się - warknął w grece, wsiadł na Dendiego i odjechał, mając nadzieje, że w dobrą stronę... Chciał wrócić do jurty, zabrać Sing i małego i jechać gdziekolwiek, gdzie znalazłby pomoc dla dziecka. Nie da mu umrzeć! Stracił już pięć dni przez tego starucha! Pięć dni na nic, pięć dni wiecej ich synek się męczył! Oczy go piekły, gardło się ściskało, ale nie pozwolił sobie na płacz. Nie chciał żeby go Sing takiego zobaczyła...
Pasterz popatrzyła za oddalającym się jeźdźcem. Pokręcił tylko głową.
- [Wrócisz, wrócisz, nie masz dokąd jechać... Zrozumiesz. W końcu zrozumiesz. Będzie jak zechce niebo... Jak zawsze...] - podniósł się. Noga zabolała okrutnie, w krzyżu strzykło. Betida... Betida pewnie już niedługo... Orzeł zaskrzeczał. Odpiął od paska nóż i zaczął oprawiać świstaki.

Arechion pędził po kamienistym stepie. Ale nigdzie nie dostrzegł jurty. Dziwne, wydawało mu się, że dobrze pojechał... Zawrócił. Nie chciał oglądać dziadka, chciał go zostawić, nie mieć z nim styczności! Ale nie miał wyboru... Było już ciemno, gdy do niego dotarł. Starzec jak gdyby nigdy nic się nie stało, czekał na niego spokojnie.
Całą drogę powrotną Arechion i dziadek nie odzywali się do siebie, a gdy tylko białowłosy dostrzegł w ciemności jurtę, przyspieszył i zostawił dziadka daleko za sobą. Rozkulbaczył szybko konia, obmył twarz i ręce i wszedł do środka. Cały się trząsł... Gardło miał okropnie ściśnięte, a z każdą chwilę ściskało się jeszcze bardziej. Sing i mały spali. Spali! Więc Szen jeszcze żyje... I tak ma być do cholery! Ma żyć! Położył sie za plecami Azjatki, wtulił w nie twarz i po chwili łzy same zaczęły płynąć mu po policzkach, przeradzając się w prawdziwy potok. Położył trzęsącą się dłoń na jej biodrze, lekko zacisnął na niej palce i płakał w ciszy. Nie interesowało go czy stary wróci do tej jurty czy nie. Był na niego wściekły! Tak wściekły, że nie wiedział już czego chce i co by mu najchętniej zrobił. Nie miał siły już walczyć ze sobą. Dziadek go po prostu wyprał emocjonalnie, zburzył tę barierę, którą się otoczył żeby być silnym dla Sing... Bał się. Teraz bał się naprawdę, że mały umrze, że ona się z tym nie pogodzi, że zrobi coś sobie, że on nie będzie umiał pomóc ani jednemu, ani drugiemu... Straci wszystko co kocha, cały swój świat. I co gorsza będzie patrzeć na te powolną śmierć z daleka, bo przecież dziadek nie da mu chwili wytchnienia! Prawie tydzień zapieprzał jak dziki dla tego zgrzybiałego starca tylko dlatego, że ten dawał im dach nad głową żeby umarło im dziecko! Ich syn, iskierka, oczko w głowie!
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
R
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 18 Kwi 2006
Posty: 4178
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 17:56, 17 Lis 2009    Temat postu:

Nie miała pojęcia czy czymś się nie zatruł i naprawdę już nie wiedziała co robić i jaka to może być choroba. Znane jest specyfiki na wiosenna gorączkę nie pomagały..... Zreszta... szczęście w nieszczęściu ten stan trwał dłużej niż ta choroba, która zabijała lub mijała po około trzech dniach. A stan dziecka był wciąż taki sam... Zły, ale taki sam. Gorączką, płacz, ledwie jadł i pił, a trzeci dzień nie przyniósł żadnego przełamania ani na złe, ani na dobre. W końcu zaczęła przekazywać chłopcu czi i leczyła reiki. Pierwsze pomagało na dłużej, ale kosztem jej sił, a wytężona praca i smutek nie ułatwiały odzyskanie tego co oddała, mimo że jadła i spała. W dodatku nie znała źródła choroby. Energia tylko się marnowała. Ulatywała w końcu wysysana przez gorączkę i ból. Ale przynajmniej dziecko żyło, wciąż żyło... Dbała, żeby się nie odwodniło, nie odparzyło, nie dostało zakażenia czy nie struło jeszcze. Coś go bolało. Bardzo bolało, a ona odchodziła od zmysłów, że nie potrafi odgadnąć co i dlaczego. Był zbyt mały. Cały był jednym wielkim kłębkiem czi. Merydiany miał mocno skupione, blisko siebie. Silnie reagował na wszystko co się działo wokół niego. Nie potrafił prześledzić przepływu energii w tak młodym i małym ciałku. Nie potrafiła... Przekraczało to jej umiejętności.
Naszykowała kolację dla obu mężczyzn, którzy poszli w góry łapać świstaki. Sama zjadła i jak zwykle położyła się przy Szenie i zaczęła przesyłać mu czi. Po trzydziestu minutach dziecko uspokoiło się. Przestało płakać. Dało się nakarmić, napoić. Zasypiało. Na parę godzin... Kilka godzin, a potem znów... OD początku. Położyła się, zakasłała. Ostatnio to ją osłabiało bardziej niż najbardziej czasochłonne zajęcia w kuchni czy przy zwierzętach, czy pranie w lodowatej wodzie i palce zgrabiałe i cierpnące z zimna aż do kości. Wiedziała dlaczego. Za szybko się pozbywała i za często. Codziennie, co godzinę , dwie. Kiedy powinna najwyżej raz na dzień. Czy odbierało jej to życie, mimo uzupełniania? A jeżeli tak... to o ile? Kiedy oni wrócą z tych gór? - spróbowała zmienić tor myśli. Arechion jak zwykle pomstujący na starka? Stać to nic im się nie stanie. Poszli właściwe na najniższe piętro. Na łąki. Nie ma tam przepaści. Najwyżej nogę skręcić może i odpocznie kilka dni od obowiązków w obejściu ich gospodarza. A może dziadek w końcu tą laską rozkwasi mu nos albo trzepnie porządnie w głowę zirytowany wymądrzaniem się i pomysłami białowłosego jak pozmieniać mu ustalony porządek świata. A Arechion wróci do niej, z nosem jak purchawka, umazany własną krwią i z guzem na głowie. Mimo woli uśmiechnęła się, wyobrażając sobie ten widok i nagle uśmiech zastygł jej na wargach, a oczy rozszerzyły w nagłym przebłysku zrozumienia. Góry i krew! Przypomniała sobie! Tak. To jest lekarstwo. To jest ratunek. Jeśli to nie pomoże to nic już... Zaraz jednak opadła na posłanie. Tylko... gdzie tego szukać? Nie zna tych gór, nie zna tych stron... Pasterz jest nomadem... Zapuszcza się tak wysoko w góry? Mógłby znać miejsce? Dziadkowi daleko było do górskiej kozicy. Nie wyglądało, żeby wszedł wyżej niż te świstaki. A nawet jeśli to pewnie ostatnio dobrych kilka lat temu.
Wstała i wyszła na dwór pozbierać przed nocą pranie, które zrobiła z rana. Pies popatrywał na nią, pilnował wielbłądów. Nakarmiła wilka i pobawiła się z nim chwilę w okolicach wozu. Wielki kudłaty pies pasterski dziadka, tylko się gapił... Diana udawała, że go nie widzi. Podsadziła wilka do wozu i kazała zostać. Zamachał tylko lekko ogonem i położył się na legowisku z pełnym rezygnacji sapnięciem. Dobrze chociaż, że już nie wył. Przez pierwsze dwie noce strasznie hałasował i dziadek zagroził, że go zastrzeli z łuku, jeżeli nie przywołają swojej sobak do porządku. Arechion jakoś... uspokoił wilczycę... Ale biegać luzem bez nadzoru i włazić do jurty nie mogła. Pies pasterza bardziej przypominał lwa niż psa. Nawet wielkością, pierwszego dnia, w blasku słońca wzięła go nawet za małego jaka! Dopiero kiedy warknął na nią gardłowo gdy próbowała go wydoić, zorientowała się w pomyłce. Rzeczywiście, słuchał się tylko starca. Ale nie próbował jej ugryźć. Spojrzała w stronę gór. Przygryzła wargę. Myśl coraz bardziej jej krążyła w głowie. Nie mogła się doczekać kiedy wrócą. Musi porozmawiać z pasterzem. W jakiś dziwny, chory, szalony sposób przyzwyczaiła się do bezsensownej rutyny leczenia Szena, która była tylko namiastką. Nie wiedziała jak długo będą takie efekty, jak długo ona da tak radę... Arechion nie sprowadzał z nią deszczu i chmur od kiedy synek zachorował... Był zbyt zmęczony... Ona zresztą nie chciała mu odbierać tej energii i tak miał jej mało, poza tym sam proces... był zły. To nie byłoby tylko zwykłe kochanie się. Potrzebowałaby więcej i mogłaby zrobić krzywdę także jemu... Westchnęła. Tak, musi jak najprędzej porozmawiać z pasterzem. Wróciła do jurty. Kolejna porcja, kolejny seans. Dała małemu pierś trochę possał. Ale nie tyle jak kiedyś. Piersi ją bolały, musiała teraz odciągać mleko nawet na wieczór. Zajęła się tym... Wylała do wygódki...
Obudził ją dotyk na biodrze. Arechion? Wrócili... Kompletna noc. Późno. Musi porozmawiać z pasterzem... Usiadła na posłaniu.
Usiadła. Puścił ją wystraszony, zaczął wycierać pospiesznie twarz, próbując doprowadzić się do porzadku...
Rozejrzała się po jurcie. Zamrugała, odganiając zaspanie.
- Arechionie gdzie nasz gospodarz? - spytała, nie widząc nigdzie mężczyzny.
Zadała mu pytanie, a on miał tak ściśnięte gardło... Że nie był pewien, czy da radę odpowiedzieć. Wcisnął nos w poduszkę, pokręcił głową.
- Zz... z tyłu - powiedział najspokojniej jak tylko potrafił, ale głos i tak mu się trząsł. Mimo zagłuszenia przez poduszkę...
Zaburczał w poduszkę coś niezrozumiale...
- Co? Co mówisz? Nie rozumiem. Chcesz spać? Jeść? Kolacja jest w saganku na palenisku, zaraz zagrzeję...
Noooorniiiil! Niechże przestanie go ciągnąć za ten język, położy się i śpi! On się zaraz udusi!
Pokręcił głową, pociągnął nosem, dłonie zacisnął w pięści pod poduszką.
- Zzz ttyłuu - jęknął tylko i znów się zatkał.
- Jak to z tyłu... Co ty mówisz... Nie ma w jurcie. Zostawiłeś go gdzieś? Może trzeba coś pomóc...
- Nie obchodzi mnie ten stary, wredny dziadyga bez serca! Nie interesuje mnie jego los! Mam go dosyć, mam dosyć tego wszystkiego, chcę stąd wyjechac, nawet natychmiast, nie dam umrzeć Szenowi, nie dam umrzeć tobie, on tego nie rozumie, ma to głęboko w dupie. Jest starym, zgrzybiałym, zafajdanym i popieprzonym gnojkiem, który nie ma za grosz współczucia i tylko o robotę mu chodzi! Los dziecka jest mu kompletnie obojętny! Najlepiej to wykorzystać i kopnąć w dupę!!! Zostawiłem go, zadowolona?! Zostawiłem pół godziny drogi stąd i nie interesuje mnie czy tu dojedzie! - wyrzucił z siebie praktycznie jednym tchem, rozpłakał na dobre i zaczął ociężale podnosić z posłania. - Teraz mnie pewnie wykopiesz, zaoszczędzę ci tego i sam się wyniosę. Tak, będę spać... nie wiem gdzie....
- Arechionie... Zaraz. Zaczekaj. Nie, nigdzie nie pójdziesz. Co ty mówisz? Co się stało? Znowu się pokłóciliście? Przecież mówiłam... on starszy... i prosty człowiek. Na pewno tak nie myśli jak mówisz. Nie. Jest nomadem, ma twarde życie, ale nie jest bez serca. Dał nam schronienie, możemy opiekować się dzieckiem... Ja mogę... Pomógł jak mógł.
- Dziadek mówił, że on umrze... i nie da mi się z nim nawet pożegnać - Pociągnął nosem, otarł go rękawem. Łzy kapały mu jak grochy. - Nie, nie mogę tak, nie umiem... Nie umiem, Sing... Nie potrafię... Nie.. Ja... Ja nie... Ja chce tu być, on tego nie rozumie... W ogóle... Każe mi pracować, bije mnie i gnoi, jak jakiś zafajdany Japończyk. Mam tego dość...
- Tu nie ma szamanów Arechionie, nie ma uzdrowicieli. Tylko my troje. Szen by nie przeżył drogi do Baku z taką gorączką... Pamiętasz jaka była pogoda? Jednego dnia słońce, za godzinę mgła, wiatr... A skryć się nie było gdzie. Drzew nie ma, drewna nie ma... Tutaj nam dobrze. Naprawdę. To najlepsze co mogliśmy zrobić. Nie zadręczaj się. Tylko byś siły stracił... Chodź do mnie... Przytul się. Już dobrze... już wszystko dobrze... - szeptała, trzymając go za rękę i próbując głaskać po głowie.
- Nie.... Nie chcę... Nie godzę się na to, on musi żyć... To nasz syn... Nasze maleństwo, iskierka, musi... musi żyć... Nie chcę was stracić... B... boję się - wyjąkał, przytulając się do niej mocno. Niczym mały, wystraszony chłopiec.
- Ciii, spokojnie, nie płacz, będzie dobrze, obiecuję, będzie dobrze. Zobacz Szen śpi, nie płacze, ssał pierś, odrobinę, ale ssał. Poprawia mu się na parę godzin, to już coś - Serce jej się krajało, nie mogła mu powiedzieć, że to tylko dzięki czi, zakazałby jej, a bez tego... Ale znajdzie lekarstwo, już wie jakie. Znajdzie je i będzie wszystko dobrze, ona odzyska czi, wyruszą dalej. Nie, nie wierzyła, że pasterz tak mówił, nie mógł, na pewno chciał pomóc, tylko tak potrafił, praca pozwalała zapomnieć, nie zamartwiać się.
- I... i tak... się booojęęęę... - mruknął jej w szyję. Całą ją zachlapie i zasmarcze. Mały spał z boku, wyciągnął do niego jedną rękę i pogłaskał. Ręka mu się trzęsła. W ogóle cały był rozdygotany... I nie mógł się uspokoić.
- Tak, wiem, już dobrze - Otarła mu twarz jak dziecku, ucałowała, przytuliła. Chyba dziadek nie pobłądzi... W końcu to jego dom, jego obejście, zna okolicę... Jeszcze tylko pół godziny. - Arechionie chcesz czegoś? - zapytała. - Zrobić ci cza, pomasować mięśnie, boli cię gdzieś?
Pokręcił głową. Nie chciał by mu uciekła teraz. Tak było lepiej... Odrobinę, ale lepiej. Jedyne co zrobił to zaczął się z nią kłaść. Twarz wtulił jej w pierś.
- No dobrze... Rozumiem, że nie chcesz jeść ani pić. Poleżymy tak? - Masowała mu kark i plecy tam gdzie sięgnęła. Był brudny, zasmarkany, śmierdział koniem, kurzem i ziemią, ale nie przeszkadzało jej to. Czuła, że był koło niej. Naciskał jej na piersi, znów były pełne, ale tylko lekko się skrzywiła w ciszy i ciemności, niech się przytula jeżeli to go uspokoi.
Ułożył się wygodniej. Powoli się uspokajał. Nawet nie słyszał czy dziadek wrócił czy nie. Nie obchodziło go to. Objął Sing przez biodra, przykrył ręką synka... W końcu wymacał zapięcie jej koszuli, odpiął je i zaczął obcałowywać ją między piersiami i po dekolcie. Dotarł do ust... Całował ją gorączkowo, tak bardzo tego potrzebował... Tej bliskości, ciepła...
Zdała sobie sprawę, że jego ręką błądzi po niej. Rozpiął jej ubranie. Miał rozpaloną dłoń. Tak jak i usta, którymi chwilę później przylgnął do jej skóry. Przesuwał się w górę, zostawiając mokry ślad, aż dotarł do ust. Rozchyliła je lekko i pozwoliła mu się w nich gorączkowo zatopić. Szukać jej języka i błądzić dalej dłońmi po szyi i ramionach. Szen spał. Słyszała tylko ciche szuranie fragmentu płachty od wejścia do jurty, poruszane wiatrem.
Ściągnął z siebie koszulę, z niej też, kładł ją ostrożnie na posłaniu, obdarowując pocałunkami. Palce wplątał jej we włosy, druga ręką błądził po jej półnagim ciele. Dotykał piersi, sutków, zjeżdżał niżej... Do spodni...
- Uch - jęknęła od dotyku jego dłoni na piersiach. Podniecało ją i bolało. Czy powinni? Przy chorym Szenie? A jak pasterz wróci? Pół godziny... tylko pół godziny... Teraz ona ssała jego wargi, szukała języka, trzymała w dłoniach to twarz, to kark, mierzwiła włosy.
Przyciągnął ją do siebie, wpili się sobie wzajemnie w usta. Sięgnął dłonią między jej nogi, przez spodnie, potem wrócił do brzucha, zaczął rozbierać ją dalej...
Dotknął jej łona, znów głucho jęknęła. Objęła go jedną nogą, przywarła do niego. Zaczęła się lekko poruszać pod jego dłonią na jej brzuchu i zawadzającej o krawędź spodni. Przejechała sutkami po jego piersi. Stęknęła. Wilgoć. Nie wiedziała czy jego spoconej skóry, czy jej... czy może nacisk sprawił... Też zjechała jedną dłonią niżej, wzdłuż pleców Arechiona, do krzyża, ledwo mogła dosięgnąć częścią palców jego pośladka. Czuła jak się napręża.
Zsunął się niżej, przewrócił z nią na bok, wsunął jej dłoń w spodnie i odwdzięczył się dotykiem na pośladkach. Ustami zjechał do piersi... Mhmmm... Wilgotne... Cieplutkie... Samo ciekło. Zbliżył się do jednego z sutków i zaczął delikatnie spijać ten pełen słodyczy nektar...
Wygięła się, złapała go obiema dłońmi za kark. - Taaaak.... taaak dobbrze... - Nie chciała myśleć, że to powinien być Szen. Że to dziecko powinno jej przynosić ulgę i pożywiać się jej mlekiem, a nie mężczyzna, który dawał jej rozkosz, zapomnienie, był jej kochankiem... Teraz równie zagubionym i kryjącym się w jej piersiach jak dziecko. Wszystko będzie dobrze...
Przytulił się do niej i zastygł już tak z ustami przy jej piersi, ciamkając cicho. Najpierw opróżnił jedną, potem zabrał się za drugą... Czuł jej dłoń we włosach, jak go głaskała, trochę przyciskała do siebie. Oplótł swoją nogą jej obie. Strach i inne złe emocje uchodziły z niego cienkim strumyczkiem, nadchodził spokój... i sen. Czuł się w jej ramionach bezpieczny...
Czuła jak się uspakajał. Ona też opanowała się. Przytuliła go tylko. Może i dobrze... Może nie powinna o tym myśleć ani chcieć. Niech śpi, niech odpoczywa. Otworzyła oczy. W wejściu do jurty stał pasterz. Księżyc zalewał bladą poświatą jeden z dywanów na ziemi. Stał tyłem do światła, ale była pewna, że patrzy na nią. Odwrócił się i wyszedł bez słowa. Powinna za nim wybiec? Rozgniewał się tym co zobaczył? Że w jego domu oni tak... Arechion go zostawił, bo spieszyło mu się do kobiety... Może miał jakąś robotę dla niego, dla niej... Kolacji nie tknął... Tacy mężczyźni byli drażliwi, mogli naruszyć jakieś delikatne tabu. Jak tego dnia kiedy Arechion zbierał wielbłądzie placki. Sprzątała w jurcie, otworzyła jej się jedna ze skrzyń. W środku były dwa piękne stroje, męski i kobiecy, lśniące od bogatych haftów, czerwonej i turkusowej materii, aż nie mogła się powstrzymać żeby ich nie dotknąć. Nagle wieko skrzyni zatrzasnęło się z hukiem, od którego Szen się rozpłakał na posłaniu, a ona ledwo zdążyła cofnąć rękę, żeby jej palców nie zmiażdżyło. Za nią stał pasterz z groźną miną, kosturem przyciskał wieko skrzyni. Myślała, że ją uderzy. Drugą rękę zaciskał w kułak. W końcu pogroził jej ręką, coś powiedział złym głosem w swoim języku. Pokręciła głową, że nie rozumie.
- [Nie tykoj! Nigda nazad nie tykoj toch! Nigda! Poniał durna białku?!] - pokiwała głową, że rozumie.
- [Pomyłujcie. Ja... ni ne szo... Nie mieła... Toćko rukała. Ni szomku... Krasywe takoj. Krasywe białku w tom by...] - usprawiedliwiała się.
- [Won! Paszoł won iza jurta! Won ba skorku wygarbuje! Won białku! Zawryć!] - ryknął nagle, czerwieniejąc na gębie i machając jej lagą przed nosem. Rozjuszył się nie na żarty. Ale zaraz stęknął, rozkasłał, oparł o skrzynię, ciężko oddychając. Podała mu czym prędzej kubek z wodą. Wytrącił jej z ręki, rozlało się. Machnął kosturem w stronę ściany jurty. Zrozumiała, przyniosła bukłak z kumysem. Odkorował i zaczął pić aż mu się lało po policzkach i za kołnierz. Po cichu złapała płaczącego Szena i wybiegła na dwór. Resztę dnia spędziła z dzieckiem na wozie, na legowisku, wychodziła tylko żeby zrobić co miała w gospodarstwie. Starzec nie wychodził z jurty... Bała się wejść. przechodząc zdało jej się, że słyszy jakieś stęki, smarkanie... Na godzinę przed powrotem Arechiona wyszedł, zmrużył oczy na jej widok, ale nic nie powiedział. Machnął ręką ni to lekceważąco, ni to przyzwalająco i poszedł do prowizorycznej garbarni między skałkami, ciężko powłócząc nogami.
Nie powiedziała nic o tym Arechionowi. Bo i po co. Tylko by jeszcze coś sobie ubzdurał, pobiliby się z dziadkiem. A to ona zawiniła, zrobiła coś czego nie należało, chociaż nie miała pojęcia co. Więcej do skrzyni nawet się nie zbliżyła...
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
R
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 18 Kwi 2006
Posty: 4178
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 17:57, 17 Lis 2009    Temat postu:

Może teraz było tak samo? Wpadnie tu z krzykiem, wyzwiskami i ich obije? Ale minęła jedna chwila, druga, cały kwadrans... i nic się nie stało. Dziadek nie wrócił... Arechion w tym czasie zasnął, sapiąc jej w pierś. Mleko pykało maleńkimi banieczkami mu przy ustach, przy każdym oddechu. Skupiła się i znów poleczyła Szena czi. Potem pocałowała Arechiona w czoło, zsunęła z siebie i przykryła dokładnie kołdrą, dziecko też, ale trochę odgrodziła je od białowłosego. Był bardzo umorusany. Sama czuła na sobie jego pot i kurz... Lekko cynamonowe. Narzuciła na siebie koszulę, krótki barani bezrękawnik, na włosy chustę. Wzuła buty i zapinając pospiesznie baranka wyszła z jurty. Rozejrzała się.
Dostrzegła mężczyznę siedzącego na czarnym od używania pieńku. Pewnie woził go ze sobą od lat, bo tutaj jak się zorientowała, nie było drzew grubości jej ramienia, a co dopiero takie, na którego pniu dawałoby się usiąść. Trochę straciła na pewności... Na pewno powinna podejść? Może chciał być sam? Może nie chciał jej widzieć. W pobliżu kręcił się jego pies i świecił oczami w ciemności.
- [Podejdź, podejdź kobieto. Wiem, że to ty] - odezwał się pasterz po mongolsku. - [Skończyliście już?] - dorzucił jakimś dziwnym głosem.
- [Ja... My... Nic. Sądziłam dziadku, że nie znacie mongolskiego?] - Sing Lung opanowała podwójne zaskoczenie. Powiedziała, co jej pierwsze przyszło do głowy.
- [Na moje... nieszczęście... znam] - odburknął. - [Trochę mogę poużywać, jak nie ma tego biełyjego. Lepiej pojmiesz, a?]
Poużywać? Języka? Czy...? Pokręciła głową.
- [Biełyj... śpi. Wymęczyliście go dziadku] - odparła wymijająco. - [Kolację przygotowałam. W saganku jest... On nie zjadł. Wy pewnie głodni. Nie wieczerzaliście. Occie. Zagrzeję, przygotuję...]
Sarknął, machnął ręką. Wydało jej się, że burknął coś pod nosem, że nie on wymęczył.
- [Nie mów mi, że tak się o mnie martwisz. O obcego dziadygę. Znasz swoje miejsce, to tyle. Starasz się... Ale normalnie byś nawet nie spojrzała, co? Mówże... Co chcesz? Z czym przyszłaś? Do mnie, starego, zamiast grzać się przy piersi tego twojego biełycha. Co takie ważne, że nie poczekałaś do rana? Że wolisz drżeć tutaj z zimna w tym kożuszku, zamiast do niego się tulić, a?]
Spuściła oczy, poprawiła kożuszek.
- [Ja... Może słyszeliście... Może wiecie. ]
- [No?] - Przyglądał jej się z przekrzywioną głową. Jakoś ponuro. Jeszcze bardziej zadrżała z zimna. Czuła jak sutki jej się prężą. Tian! Była mokra! A tu rzeczywiście chłód!
- [Krew gór] - podjęła. Zmarszczył brwi. - [Krew gór, mumio. Czarna substancja, która leczy... Odgania gorączkę, pomaga tam gdzie, ren nie mogą...] - zaczeła tłumaczyć, nie widząc żadnej innej reakcji starca.
- [Wiem co to krew gór] - odezwał się powoli.
Serce zaczęło jej bić mocniej.
- [Wiecie? A wiecie gdzie można znaleźć? Wiecie może gdzie w tych górach? To na pewno pomoże Szenowi...]
- [Nie] - przerwał jej i splunął na ziemię. Odwrócił się.
Nie rozumiała. Nie pomoże Szenowi? Nie wie?
- [Dziadku... To ostatnia szansa. Na pewno pomoże. Jak nie to to już nic. Widziałam, jak pomagało, medycy używali. Mieli aż z Tybetu. Od nich się dowiedziałam, że można w górach znaleźć, po jaskiniach]
- [Nie] - powtórzył. - [Nie pomoże... bo nie zaprowadzę cię tam] - dodał.
- [Nie wiecie gdzie jest? A góry znacie? Wystarczy, że zaprowadzicie do jaskini, sama poszukam, może Tian pozwolą. Albo Arechion... On... - ugryzła się w język mało nie powiedziawszy, że widzi w ciemności. - Znajdzie, na pewno.]
- [Kobieto, zamilknij żesz! Nie rozumiesz co mówię? Nie zaprowadzę cię tam. Wiem co to krew gór, wiem gdzie jaskinia, w której może być, ale nie zaprowadzę cię tam, poniała? Wracaj do swojego meźciny i daj mi już spokój ze swoim babskim gadaniem. Zawrzyj język. Starczy]
Zamilkła. Ale nie dlatego, że jej kazał. Nie rozumiała. Ogarniało ją okropne, paraliżujące uczucie. Arechion miał rację? Starzec jest taki jak rodzeństwo? Odbiera im nadzieję, szansę na ratunek dziecka, bo tak i już? Nawet nie da spróbować? Czemu nie chce po prostu jej zaprowadzić albo Arechiona? Uważa, że jest za stary? Zły na Arechiona? Na nią?
- [Dziadku... Jeśli się gniewacie.. za tę skrzynię]
- [Już mówiłem, zawrzyj język. O skrzyni nie wspominaj.]
- [To Arechion? To przez niego? Za to, że was ostawił? Co zrobił? Powiedźcie. Wynagrodzę. Do nóg padnę, przeproszę, będę prać, gotować, sprzątać, kozy czesać, co każecie. Wstawać wcześniej jakżeście niezadowoleni. Obijcie mnie za niego. Proszę, tylko pomyłujcie, nie gniewajcie się na niego.]
Pasterz sarknął i wzruszył ramionami.
- [On durny. Nie rozumie. Ciska, gniewnyj. Nie chce się pogodzić. Nie. Nie jestem zły. Nie na niego. A że mnie ostawił... Do ciebie jechał, widziałem przecież. A ja nie taki niedołężny co bym miał do własnej jurty nie trafić.]
Do niej jechał... Dziadek mógł tak pomyśleć, widząc to co w jurcie... ich... Półnagich. To o to się gniewa jednak? A może... Jest tutaj sam. Bez kobiety. Ta skrzynia... To jak na nią patrzył. W jurcie bez słowa. Teraz... gdy tak stała. Przełknęła ślinę. To nic... To nic to. Tak jak kiedyś. Przecież to robiła. Bez znaczenia. Teraz dla Szena...
- [Rozumiem... A jak... jak zapłacę? Zaprowadzicie? Do tej jaskini?] - powiedziała nieswoim głosem.
- [He? Zapłacisz?] - Zerknął na nią. - [Może złotem jeszcze? A na co mi ono tutaj? Rozejrzyj się kobieto] - zatoczył ręką koło. - [Głupszaś niż na białkę przystało? Czyś do szczętu ze zgryzoty podurniała? Nażrem się złotem, a może do kupca bławatnego pójdę i w sukmanę srebrem i czerwienią obszytą się obkupię coby kózkom paradować i się kłaniać z rana?] - zakpił.
- [Nie... złotem] - odpowiedziała cicho, rozpinając kożuszek, pętelkę po pętelce. A potem rozchylając na boki jego poły wraz z niedopiętą koszulą. Zimno smagnęło jej nagie piersi.
Łypnął na nią. Zatchnął się. Sapnął głośno. Twarz mu pociemniała, a potem wstał powoli i podszedł do niej.
Patrzył. Nic nie mówił. Oddychał ciężko. Oczekiwała, że zaraz poczuje jego ręce... Że dotknie, nie powstrzyma się, nie podaruje. Zacznie miażdżyć gorączkowo wciąż nabrzmiałe piersi i usta. Zamknęła oczy.
Siarczysty policzek odbił się w nocnej ciszy klaśnięciem. Od uderzenia pełną dłonią głowa jej odskoczyła, a ona przewróciła się na ziemię. Zaskoczona, nie przygotowana, nie rozumiejąca. Odruchowo złapała się za twarz. Nie na długo jednak przyszło jej siedzieć na mokrej trawie z zaczynającym pulsować bólem policzkiem. Mężczyzna doskoczył do niej. Szarpnął za włosy, za koszulę, rwąc ją nieco i zmuszając by wstała.
- [Chcesz płacić, tak? Płacić sobą? To ja ci pokażę zapłatę. Pokażę ci to, czego chcesz, durna białku. Nuże!]
Szarpiąc ją tak, zaczął prowadzić, a raczej ciągnąć za sobą. Nim się obejrzała byli nad strumieniem między skałkami.
Potknęła się, prawie wpadła do wody. Nalało jej się do butów. A starzec nie zwracał na to uwagi. Sapiąc, ciągnął ją dalej. Dalej. W krzaki. Była zmęczona, otumaniona, zrezygnowana. W końcu zgodziła się na to, sama zaproponowała. Wreszcie puścił ją, pchając jednocześnie. Uderzyła kolanami o drobne kamienie pokrywające brzeg, podparła się w nich dłońmi. Mogłaby wziąć je w garść, w pięść, uderzyć go z całej siły między oczy, w kolano, w krocze... Mogłaby. Zacisnęła rękę na otoczaku... I nie zrobiła nic. Klęczała tak, wpatrując się w ziemię, w białe kamienie, poranioną rękę, czego wcześniej nawet nie zauważyła. Tutaj? Tak chce? W ten sposób? Wszystko jedno. Niech ją tylko potem zaprowadzi do tej pieprzonej jaskini! Kamienie zazgrzytały pod nierównymi krokami pasterza. Przykucnął przy niej ze stęknięciem.
- [Patrz] - warknął.
Przełknęła ślinę. Nie chciała. Nie wiedziała dlaczego, ale nie chciała!
- [Patrz, powiedziałem!]
W końcu uniosła głowę, popatrzyła na niego... Był ubrany. Jeszcze...
- [Nie na mnie durna babo! Tam] - Wskazał ręką przed nią. Popatrzyła... Na stosik kamieni. Wielkości... Leżącego człowieka... Może dwóch... Lekko nierówny...
- [Dlaczego... tutaj...] - zająknęła się. - [To... przecież...] - Tian! Co on chce zrobić?! Na grobie?! Na grobie przodków?! Nie! Nie, nie, na to się nie zgodzi! Co to jest? Co to ma być? Czego on chce? Rozejrzała się, po raz pierwszy od rozmowy naprawdę przestraszona tym co się stało.
- [To kurhan.] - dokończył ni to wyjaśniając, ni to potwierdzając. - [Mojej żony. Batidy. Mojego wnuka. Timura. Mojej synowej. Nataszki. I mojego syna Dnietra. Którego tak naprawdę nie ma pod tymi kamieniami. A wieszcz czemu ci to pokazuję? Nie wiesz, a? To zaraz objaśnię, żebyś pojęła, a jasno i wyraźnie czemu coś mówię. I czemu ta twoja, tfu, pozał się bochom zapłata jest tak głupia z twojej strony.]
Usiadł z sapnięciem na pobliskim głazie. Odetchnął. Rozpiął kapotę pod szyją.
- [Moja żona... Też słyszała o krwi gór. Też chciała... poratować... Zdobyć cudowne lekarstwo. Dla jedynego wnuka. Dla jedynego dziecka, które nam ostało, kiedy pomarli jego rodzice. Mojego syna, ordyńcy mongolscy siłą porwali. Na wojnę, do ordy, do wojska. Mnie obili. Ostawili mi pamiątkę] - Wyprostował podkurczoną nogę. - [Synowa, córuchna, słabego zdrowia, powiła małego. Dla nas starych. Dla siebie. Pogrobowca. Na pamiątkę ojca, który zginął na dalekim stepie, nie wiadomo gdzie, nie wiadomo jak, a może w ogóle nie tu, może rozwłóczony przez psy, kruki, może w zbiorowej mogile, może zamęczony na powrózcu, na haku, abo w ciemnicy. Nie wiem i może nawet jak zemrę też się nie dowiem. Ale nie dożyła nawet dwoch roków swego pierworodnego. Gnilna... jakaś gorej. Nie umielim pomóc. Batida mówiła o mumio. Zakazałem iść. Te góry złe. Doch gor w nich mieszka. Nie lubi żywych. Jest jaskinia. Ale żaden mężczyzna nie może do niej trafić sam. Bez kobiety. A na miejscu, nie wejdzie. Jak spróbuje, rozsadzi mu czaszkę jak zgniły granat. Tylko białku. Bałem się. Nie pozwoliłem. Nataszka pomarła nim nastał świt. Dwa miesiące później, mały... Bez mleka matki... zmarniał. Zachorzał na wiosenną gorączkę. Ty wiesz co to, a?]
Pokiwała głową w milczeniu, wpatrzona w kurhanik.
- [Tym razem Batida uparła się. Nie pozwoliła odwieść. Powiedziała, że i tak pójdzie. Sama czy nie, pójdzie. A ja mogę robić co chcę. Co było robić. Poszlim. Weszła do jaskini. Nie było jej trzy dni. Wyszła... żeby zobaczyć, że u mnie już truchełko Timura. Żadne mumio na śmierć nie pomoże. A sama... nogę miała poharataną. Praktycznie zmiażdzoną. Sama mumio nie wzięła, bo dla wnuka. Po trzech dniach już była zgorzel. Do pachwiny. Nawet urżnięcie by nie pomogło. Dałem krwi gór, dałem, wmusiłem. Na nic. Wszystko marne. Patrzyłem jak umiera. Jak gnije za życia. I nie miałem siły skrócić jej ciepień, chociaż mnie błagała. Nim umarła, poprosiła mnie, żebym żył. Więc żyję. Już sześć dziesiątek wiosen i będę żyć dalej, bo mnie uprosiła. Chociaż nie wiem po co, nie wiem dla kogo. Dla tych kóz? Wielbładów? Wy macie siebie. Nawet jak wam pomrzy synek. Macie siebie. Nie idź tam. Nie rób tego. To złe miejsce, durne nadzieje. Dlatego cię nie zaprowadzę. Nie zrobię drugi raz tego, co wtedy. Nie pozwolę. On durny, ale ty jeszcze durniejsza. Ty z Kitaju, taka stara ziemia, a coś mi się widzi, że wy tam gorsi od nas. Barbarzyńcew. Bo ja nie pozwoliłbym Baticie na takie upodlenie. Nawet dla syna, dla wnuka, czy dla mnie. Coś ty sobie myślała? Że ja tu tylko o jednym? że kozy chedąże? Jak bym chciał to bym sobie babę znalazł. Gospodarsto mi obrobiła, rzyci dała. Albo zamtuzy objechał w Baku, za cztery niedziele. A teraz idź, precz mi z oczu, zanim wezmę nachajkę i na goły tyłek złoję, boś durna jak jaka pierwsza nieobyta koza. Masz.] - rzucił jej kubrak. - [Okryj się. Wracaj do biełycha, zanim nas tu najdzie i głupot namyśli].
Podniosła się. Przycisnęła kubrak do piersi. Stała w milczeniu.
- [Twojej... twojej... żonie ile było kiedy...] - powiedziała w końcu.
- [Czterdzieści... i adna wiosna. I nie dożyła drugiej] - odburknął.
Już nic nie powiedziała, skłoniła się ledwie i wciąż przyciskając zgruchmiony kubrak przed sobą do piersi zawróciła szybkim krokiem do jurty, zostawiając pasterza samego i nie oglądając się za siebie.
Zajrzała do jurty. Arechion spał głęboko, przytulił Szena do siebie zamiast niej. Dziecko też spało. Podeszła cichutko. Znów je poleczyła... Więcej niż zwykle. Dużo więcej. Chociaż nie wiedziała czy to ma sens... Tak na zapas. Rozdmuchała bardziej palenisko, zerknęła ponownie czy się nie obudzili. Ogień tańczył cieniami po jurcie i włosach Arechiona... Nie, chyba się nie poruszył. Zaczęła po cichu wynosić na dwór potrzebne jej rzeczy. Spakuje na zewnątrz. Jest środek nocy... W ciągu godziny będzie gotowa. Zacznie iść szlakiem w górę. Jeżeli jest tak jak mówi dziadek to ją Doch gor poprowadzi. Wzdłuż strumienia nie zabłądzi, a potem przy pochodni czy księżycu... Wszystko jedno. Tak, chodzenie po nocy nie było mądre, ale nie miała czasu czekać do rana. Nie mogła zwlekać. Każda godzina była cenna. Nie ma czasu nie tylko ze względu na synka, choć to przede wszystkim, ale i na męczenie się z Arechionem. Dałaby mu pójść, ale przecież to by nic nie pomogło... Pasterz powiedział, że tylko kobieta.... A on obcy, biały, wajguren, nie wiedziała jak Doch gor by zareagował i nie chciała tego sprawdzać. Zepchnałby ich na manowce, w przepaść... Tak ma szansę. Słyszała o takich grotach, opowiadali o tym kupcy wędrujący po Tybecie. Podobno to święte miejsca, dostępne tylko mędrcom, oświeconym... Ludzie o czarnym sercu i myślach, barbarzyńcy nie mieli tam wstępu... Tutaj jak widać także mężczyźni... Nie chciała sprawdzać czy Arechinowi głowa pęknie przy grocie czy już pół li od niej. On tego nie pojmie. Znów będzie sądził, że to jakieś głupie wymysły z Qin. Nie ma na to czasu, nie ma siły... Starka nie zostawi przecież z dzieckiem... Arechion musi go pilnować, utrzymać przy życiu, póki nie wróci. Nie myślała nawet o tym, że nie wróci. Musi. Jej się uda. Tian jej pozwoli, to nie dla niej, nie dla siebie. To dla dziecka, dla Arechiona. Jest młodsza. Wyszkolona. Nie jest prostą żoną pasterza ze stepów. Umie wspinać się po ścianach, po drzewach, ma silne ramiona i nogi i zmysł równowagi. Jest Feniksem... To tylko wyprawa do groty, prostym, jasnym górskim szlakiem, który odnajdzie bez trudu. Wróci za kilkanaście godzin, za dzień.
Ubrała się w płócienny strój, baranka i kubrak do tego. Ten lżejszy, żeby miała swobodę ruchów. Czapkę z zausznikami do sakwy, na razie sama chusta. Bron... Na wozie. Miecza nie weźmie, jeszcze zgubi. Zresztą z kim miałaby tam nim walczyć. Kunai... Za mało. Szengbiao... Warkocza nie ma... Trudnoi. Musi wystarczyć. Sznur... Kilka li... Kunai użyje w razie czego jako haków. Mała siekierka do wbijania... Jedzenie. Będzie miała tam czas żeby jeśc? Musi. Opadnie z sił. Chleb... No trudno, weźmie, dziwne, ale poręczne. Bukłak... lepiej dwa. Wody nabierze ze strumienia.
Wyszła przed jurtę. Spakowała wszystko. Pochodni na razie nie miała... Drzew tutaj nie ma. Może będzie coś przy grocie. Z wozu wzięła broń, suszone mięso, gliniak z oliwą i trochę szmat, Z tego ostatecznie zrobi jakiś ogarek. Szutao zaskomlałao.
- Cicho. Nie piszcz. Śpij. Masz tutaj kawałek boczku. Masz, masz... Pilnuj Arechiona i Szena, dobrze? Nie szukaj mnie, nie uciekaj im. - Poklepała wilka po głowie.
Poszła po konia. Swojego kałmuka. Lepiej się sprawdzi w górach niż ten czarny potwór. Wzieła też worek z paszą.
Wyprowadziła wierzchowca i zaczęła iść w stronę przejścia do gór.
- [Durna jesteś]
Pasterz wyszedł zza jurty.
- [Wasza Batida też durna była?] - nie opanowała się.
Starzec popatrzył na nią ponuro, zacisnął dłoń mocniej na kosturze, którym się podpierał.
- [Wybaczcie... Nie to chciałam... Muszę tam iść. Wiem, że to jedyne co jeszcze mogę zrobić... I pójdę, z wami czy bez was. Rzekliście, że Doch gor wskaże mi drogę, więc nie powstrzymacie mnie dziadku tym sposobem]
- [Wiem. Stary jestem i za dużo gadam... Aleś i tak durna. Jak każda z was. A jak ci się nie uda? Wiesz... co... Jak to jest... Jak umrą... na rękach...]
- [Nie wiem] - Przełknęła śłinę. - [Nie wiem, chociaż raz myślałam, że tak jest. Nie wiem, ale jeżeli nie pójdę, nie spróbuję, wiedząc, że być może ratunek był w mojej mocy, nie tylko Tian i bochów jak mówicie, to wtedy poznam jak to jest... bo Szen nie przeżyje... a ja nie będę miała już w końcu siły na... na to co robię. Uda mi sie dziadku, wybaczcie... alem młodsza od Batidy. Silniejsza. Umiem... umiem używać ciała... Nie, nie patrzcie tak, ja nie o tamtym, nie to... Nie chciałam was obrazić... Myślałam... Dla syna wszystko... Zrozumcie...]
Pokręcił głową. - [Ja to pojmuję, ale ty... Ty nie rozumiesz co to jest... Ta jaskinia... Batida mówiła... nim umarła... Straszne rzeczy. Nie dla ludzi to miejsce, nie dla ludzi, nawet nie dla matki, szukającej ratunku dla dziecka.]
- [Słyszałam o takich jaskiniach. Święte miejsca. Wysoko w górach. Dla oświeconych... Nie, ja nie jestem, jak bym śmiała. Ale... Tian... jeśli zechce. Mówiliście, ze Batidzie się nie udało. To nieprawda. Zdobyła krew gór. Niebiosa jej pozwoliły. Może mi też. Ja nie dla siebie, dla mojego... i dla ojca... Przecież... Jestem silna, młodsza...]
- [Jesteś durna] - przerwał jej pasterz. - [Nie o taką siłę tam chodzi. Nie o taką... Nie wiem czy taką masz, nawet jeżeli wierzysz, że tak, nawet jeżeli to nie dla ciebie tylko dla twojego małyj. Nie słyszałaś tego co ja słyszałem... Nie byłaś tam z Batidą. Nawet ja nie wiem wszystkiego, bo ona nie była w stanie o tym mówić... ]
Coś jej przyszło do głowy - [A czy powiedziała, że gdyby wiedziała co ją spotka, przez co przejdzie to by tam nie poszła, nie spróbowała?]
Sapnął, zacisnął mocniej szczęki i długo wpatrywał się w nią. Tym razem nie spuściła wzroku, odpowiedziała spojrzeniem, mimo iż wiedziała, że łamie li. Nic nie odpowiedział, ale ona już wiedziała...
Nagle złapał kałmuka za uzdę i zawrócił do zagrody.
- [Durna jesteś] - mruknął.
Nie! Nie pozwoli mu na to. Nie zawróci jej!
- [Durna, bo chcę ratować dziecko? Moje dziecko? Mojego synka? Dziecko mojego mężczyzny? I wiem, że może mi się udać, tylko muszę spróbować? Durna jestem... bo ich... kocham... obu... tak bardzo, że.... moje ciało, moje życie to nic? Jak tak, to tak, durna jestem jak wszystkie demony piekieł, ale wy durniejsi wam powiem, żeście tacyś, jeżeli wasza Batida powiedziała, że zrobiłaby to jeszcze raz... i pewnie jeszcze tysiąc!] - wykrzyczała prawie, zła, zrozpaczona, gotowa wręcz uderzyć pasterza, żeby odzyskać konia. - [Ostawcie, mnie, dajcie iść... bo... ja... będę... zrobię...] - szarpnęła za uzdę, wyrywając ją z ręki mężczyźnie. Nie naprawdę... Na Tian... Arechion się jeszcze obudzi od tego wszystkiego, straci szansę, już za długo to trwa. Ogłuszyć go, związać? A jak Tian i Doch gor od tego się pogniewają? Kochał żonę, jest jaki jest, ale kochał, już to wie... I wnuka i syna i synową, nie jest taki jak rodzeństwo! Nie jest! Więc niech da jej iść!
- [Durna jesteś, bo chcesz iść sama, teraz. Po ciemku w góry, których nie znasz. Pomożesz mi otroczyć konika. I wsiąść, z tą nogą to już nie takie łatwe jak kiedyś] - powiedział spokojnie i zabrał z jej ręki lejce. Stała zmartwiała tak przez chwilę, nie rozumiejąc, nie pojmując do końca. Ocknęła się. Zacisnęła usta. Sama?! To on nie chciał z nią iść! A teraz to ona durna, tak? No trochę... może tak... Bo powinna w dzień... Ale nie ma czasu... Nic już nie mówiąc, pospieszyła za dziadkiem do zagródki. Zanim wyruszyli napisała list do Arechiona, żeby się nie martwił i jej nie szukał. Jedzie po lekarstwo dla Szena, w góry, z pasterzem. Zna szlak, zna miejsce. Wróci, niech się nie martwi. Jedzenie naszykowane, na dwa dni starczy, tylko niech opiekuje się Szenem, niech na nią czeka, to nie wiosenna gorączka, zdąży. Na pewno. Dziadek powiedział, że juz wie wszystko co potrzeba, żeby zajął się obejściem.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
R
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 18 Kwi 2006
Posty: 4178
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 17:58, 17 Lis 2009    Temat postu:

droga do gor
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
R
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 18 Kwi 2006
Posty: 4178
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 17:58, 17 Lis 2009    Temat postu:

droga do gor 2
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
R
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 18 Kwi 2006
Posty: 4178
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 18:02, 17 Lis 2009    Temat postu:

jaskinia
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
R
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 18 Kwi 2006
Posty: 4178
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 18:03, 17 Lis 2009    Temat postu:

Obudził się. Posłanie było zimne. Pomacał ręką z jednej i z drugiej strony... Pusto. Tylko Szen, wciąż śpiący i posapujący cichutko. Mamrotał coś, buźką ruszał jakby ssał pierś matki. Ale... gdzie jest matka... Gdzie Sing Lung? A dziadek? Czemu nie obudził go o świcie, jak to zwykle robił swoim kosturem w głowę? Niejednego guza już od tego miał. A oddać nie mógł.
Jego dłoń natrafiła na jakąś kartkę... List. Przetarł twarz. To wiadomość od Sing. Zwariowała?! Poszła w góry... Sama, z dziadkiem! No chyba oszalała... Dlaczego go nie obudziła, czemu nie powiedziała, żeby to on poszedł, przecież zrobiłby to! Ona już raz omal życia w górach nie straciła, a co jej dziadyga pomoże, jak sam ma głęboko gdzieś uczucia? Nie obchodzi go ani los małego, ani zapewne kobiety. Sam był samotny, nie zdziwiłby się, gdyby żona go opuściła. Dzieci zresztą też, o ile mieli. Albo wszyscy umarli, a on stał się człowiekiem bez serca, jak rodzeństwo. Tak czy siak, nie czuł ani krzty sympatii dla tego starca. Czuł sie przez niego wykorzystywany, napastowany wręcz... Na każdym kroku. Potrafił tylko krytykować i poprawiać, zamiast dać mu zrobić coś po swojemu. A teraz Sing... Sama poszła z nim w góry. Przecież ten staruch ledwo chodzi! Nie uratuje jej w razie zagrożenia, będzie dbać o własny tyłek, nie o nią. No i po tym jak się do niej odnosi... Raczej nie będzie mu żal, jeśli zginie. A jak tak się stanie... Białowłosy chyba go zatłucze na śmierć tym jego kosturem. O ile w ogóle odważy się wrócić do własnego obozu.
Wydoił kozy, wielbłądy, zebrał ryby z pułapek nad strumieniem, zrobił masło, wygarbował kilka skór i resztę czasu poświęcił już tylko i wyłącznie synowi. Do tej pory był w miarę spokojny. Głównie drzemał w nosidle na piersi lub plecach ojca, który w pośpiechu, ale najdokładniej jak tylko mógł wypełniał swoje... obowiązki. Samego go w jurcie zostawić nie mógł, musiał mieć go na oku. A mały poza ciepłem też nie powinien za długo przebywać. Opatulił go więc porządnie, żeby miał ciepło. Gorączki nie miał, nawet zjadł trochę odciągniętego przez Sing mleka i kleiku. Trzeba go było wykąpać, przewinąć... Denerwował się, tak samo jak ojciec. I nie był zadowolony z braku obecności mamy. Jeśli stary zacznie mu marudzić, że się z czegoś nie wywiązał... To go chyba zatka którąś z nieupranych skarpet.
- Spokojnie, malutki, mamusia poszła po lekarstwo dla ciebie, na pewno nic jej nie jest, wróci, zobaczysz, proszę, nie płacz... - mówił do niego, choć sam obawiał się, że coś się jej stanie i nie wróci. Czuł jakiś dziwny lęk, głęboko w sobie. Praktycznie co chwilę spoglądał na góry. Miała wrócić niebawem, a minął cały dzień. Wieczorem dziecko znów zaczęło gorączkować i popłakiwać. Arechion już nie wiedział co z nim zrobić. Chłodna kąpiel pomogła dosłownie na moment. A potem i tak znów się zafajdał i trzeba było na nowo go myć. Ubrał Szena w czyste ciuszki, wmusił w niego trochę kleiku. Kilka łyżek zjadł, potem zaczął wypluwać, aż w końcu rozpłakał się na dobre. Kamael przytulił go do siebie, kołysał, śpiewał, chodził z nim po jurcie... Dopiero po dobrej godzinie, mały się uspokoił na tyle by podać mu ziół. Wtedy usnął już spokojnie... Wciąż męczony gorączką. Arechion po raz ostatni tego wieczora spojrzał na góry. Zaczynało padać... W powietrzu czuł... burzę. Serce podchodziło mu do gardła. Identycznie było wtedy... Burza, deszcz, lawina błota i resztek śniegu. Nornil, błagam, chroń ją... Chroń moje słońce - modlił się w duchu. Błysk, głośny ryk przetoczył się przez niebo, niczym chciałoby je rozerwać. Wrócił więc do jurty, wymył się i przysiadł na posłaniu, opierając plecy o siodło. Dołożył do paleniska. Wziął małego na ręce, przytulił go do siebie, nos zanurzył mu we włoskach i czekał na rozwój sytuacji...
Przysypiał już kiedy poła wejścia do jurty odchyliła się i do środka wparował... dziadek! Gdyby nie dziecko, Arechion poderwałby się na nogi. Ale... gdzie Sing Lung? Stary zamknął jurtę, więc... Eee... Serce przyspieszyło rytm.
- [Gdzie Sing Lung?] - zapytał ozięble. - [Co żeś jej zrobił, dlaczego nie wróciła, co się stało? Chcę wiedzieć wszystko, w tej chwili.]
Położył małego na posłaniu, wstał i zbliżył się do starca.
- [Pytałem o coś. Czemu ona nie wróciła. Zeszła lawina? Pada, burza przyszła, tak samo było dwa lata temu, kiedy to omal nie zginęła w górach mniej groźnych od tych! Mów dziadku! Mów i prowadź mnie do niej!]
Pasterz popatrzył na niego zmęczonym wzrokiem. Przetarł twarz.
- [Poszła do jaskini. Po mumio. Dla waszego... Tam tylko kobietom nada... żaden mężczyzna nie wejdzie. Czekałem dzień... Potem pogoda pogorszyła się tak, że bym zamarzł. Zresztą... To jej decyzja. Matki. Kobiety... Tak jak... tak jak... mojej Batidy] - powiedział bardzo cicho i zapatrzył się w ogień.
- [Aha... to żeś ją zostawił, bo weszła do jaskini, tak? Ale nie pomyślałeś, że nie zna gór, nie potrafi się po nich poruszać i raz takiej wyprawy górskiej omal życiem nie przypłaciła? Że gdybym nie pojechał za nią, nie szukał jej i nie znalazł, nie byłoby jej tutaj? I nie przyszło ci do głowy, że ONA TEŻ ZAMARZNIE?! Ta, twojej Batidy... To twoja żona? Na nią też nie poczekałeś? A teraz to samo robisz z MOJĄ Sing Lung? Powiedz mi jak tam dojść. Muszę ją znaleźć i sprowadzić bezpiecznie na dół]
Gdy wspomniał o żonie, w oczach mężczyzny coś zamigotało. Szczęki zadrgały. Ale oklapł, rozluźnił ręce, pokręcił głową. - [Nie synku. Nie pojmujesz... Niczego... Nie chciałem tam iść. Nie chciałem... Biełyj, one wierzą... Muszą spróbować. Musiałem odejść. Doch gor... Kazał odejść. Jeżeli jest... tak jak mówiła... uda jej się. Gdybym został byłoby jeszcze gorzej... Wejść nie mogłem... Próbowałem... Jak wtedy... Nie mogłem. Ty też byś nie mógł. Chciałem zawrócić, ona nie dała. Co ja mogłem stary... Nawet zbić by się nie dała. Chudeusz... A zbić nie dała. Zresztą, to twoja białku... Sam ją karaj. Zostawiłem namiot, jedzenie... Może zwierzaczki nie rozwłóczą... To prosty szlak, bezpieczny. Tylko jaskinia... Ona inna, mroczna... Tylko kobiety nada... A jak doch gor nie chce to nie obaczysz kędy. Z nią obaczylim... Bez białku... Nie znajdziesz.]
Prychnął.
- [Namiot... Jedzenie... Człowieku, to jest jaskinia, tak? Ona nie widzi w ciemności! Jeśli czekałeś cały dzień, to znaczy, że się ZGUBIŁA i trzeba jej poszukać! Nie będę jej za nic karać! A już na pewno nie za próbę ratowania naszego maleństwa! I powiadam ci starcze... jeśli ją tknąłeś, jeśli próbowałeś jej zrobić krzywdę... Spotkasz się z moją pięścią!] - Zacisnął dłoń i podsunął ją starcowi prawie pod nos. - [A ta do miękkich nie należy. Teraz gadaj mi jak tam dojść! Wiem, że znasz drogę!]
- [Pomiarkuj synku, pomiarkuj!] - odwarknął mężczyzna. - [Możeś jeszcze za mało panial mojej mowu. Nie znajdziesz szlaku. Ja też nie. Bez białku mozesz się błąkać cały dzień. I pomrzeć z głodu i bez wody piędź od strumienia. Doch gor. Ona z Kitaju, ona rozumiała. To nie są zwykłe góry. Ja wim. Batida wiedziała... Idz, jak chcesz... ale zważ czy warto jak ty zginiesz, a ona wróci. Abo oboje pomrzecie... Ja dziecku nie pomogę, nie umiem. Ona... Nie wiem. Batidzie się nie udało... A ja... ja nie mogłem tam wejść] - głos mu się załamał, po policzkach spłynęły łzy. Broda zadrżała. - [Obij mnie jak chcesz. Jak tamci... Jak ordyńcy, gdy zabrali mojecho syna. Ja już starek. Obij... Mocno i w gniewie, bo tylko to masz w sercu. Sądzisz, że inni go nie mają, że tylko ciebie krzywda spotyka i że tylko dla ciebie jest niesprawiedliwa, a inni zasłużyli. Mnie już za jedno. Może ty biełyj to mój los. Obcy, archel, co mnie ukarze... Odbierze życie, które przeżyłem zamiast tych... ] - Wstał. - [Tylko adno... Pochowaj z moją Batidą... i... wnuczkiem, w kurhaniku nad strumieniem]
- [Nie tylko ty straciłeś wiele] - mruknął spokojniej. Gdyby nie to, że starek się prawie popłakał... Pewnie by go uderzył, tak się w nim gotowało. Ale widać ma człowiek serce, tylko je ukrywa. Westchnął... Potężny grzmot przeszył niebo, aż zatrzęsła się ziemia. Sing bała się burz... Biedna, musi tam odchodzić od zmysłów. Jeszcze wpadnie w panikę. Sama, w nieznanym jej miejscu, w górach! W jaskini! A te się jej nalepiej nie kojarzyły, to pewne... - [Dziesięć lat wojny, zabijania... bez celu. Sam prawie wyzionąłem ducha. Matki nie dane mi było pochować. Ojca nie pamiętam. Siostra zginęła dwa lata temu w Nukus, zaklęta w kamień przez jakiegoś maga... Ciągle nie rozsypałem jej prochów i nie powiadomiłem jej męża i dzieci. Brat umiera w głębi duszy, goniąc po stepie za jedną barbarzynką... Stał się mroczny, nieludzki... Bratanicę, której życie i los mi powierzono porwały amazonki. Sing do dziś obwinia się, że dała się wtedy obić i nie mogła pomóc... A potem zaczęła rodzić i już ich nie dogoniła. Ani ja ich nie znalazłem, choć opuściłem i ją i Szena na pół roku... Nic nie zdziałałem... Torturowałeś kiedyś ludzi?] - Usiadł na posłaniu, znów wziął na ręce małego i głaskał go po główce. - [Ja tak. Zmuszali mnie. Karą była śmierć. Nie dla mnie... Dla moich ludzi. Poświęciłem dziesięć lat mojego życia na zadawanie bólu i sprowadzanie śmierci. Na brudzenie rąk ludzką krwią. I mam tego dość. Teraz mam rodzinę. Sing, Szen i Uta są całym moim światem. Nie mogę ich stracić. Nie wybaczyłbym sobie tego. I nie mogę pojąć dlaczego, skoro sam przeszedłeś swoje, nie masz serca dla mnie, zajmujesz mnie robotą i nie dajesz pomóc ani Sing, ani małemu. To nie ona pierwszego dnia zrobiła to co było na rano, wiesz? To byłem ja. Prosiłem cię byś jej nie budził, ale nie rozumiałeś. Zrobiłem to, bo wiem, że nie dałbyś jej spać, a ona tego potrzebowała. Od wielu dni niedosypia. Poiłem ją ziołami, inaczej wypłakiwałaby oczy i nie miała siły na nic. Może wygląda na twardą, ale w głębi duszy cierpi. Bardzo cierpi. Tylko nie okaże przy tobie łez. Boi się utraty twarzy. Boi się ciebie. Że czymś ci uchybi, obrazi, ściągnie na siebie twój gniew. A wczoraj to ona musiała być opoką dla mnie... ramieniem, w które musiałem się wypłakać. I wstyd mi, że widziała mnie w takim stanie. Ale czasu nie cofnę, mogę tylko starać się zapobiegać kolejnym takim sytuacjom]
Pasterz popatrzył na niego ponuro. Zacisnął zęby. Nie powie mu, co ta jego białka próbowała... Co mówiła. Ona... Słaba... Każda taka się zdaje, a ma więcej siły od pięciu takich jak oni.
- [Praca pomaga... Nie gniew. Nie ślozy. Pomaga.] - mruknął. - [To lepsze... niż siedzenie i rozpamiętywanie.] - Podszedł do ściany jurty, wziął bukłak. odkorkował. - [To... starcza na krótko i łeb boli okrutnie... i mały pożytek... A co czynić, kiedy prosili, żeby żyć.] - Pociągnął łyk, nawet nie próbując częstować Arechiona. Znów usiadł i zagapił się w ognisko. Znów przetoczył się grzmot.
Chciał pomóc... Ale mu nie wyszło. Białowłosy nie jest taki jak on. Odchrzaknął...
- [Nie, dziadku, nie pomaga. Może tobie, ale nie w moim przypadku i nie od świtu do nocy. Ja potrzebuję czegoś co się zwie ciepłem domowego ogniska. Potrzebuję czuć bliskość mojej rodziny, zwłaszcza kiedy wiem, że jestem potrzebny. Założę się, że podczas, gdy nas nie było, Sing siedziała i płakała nad losem dziecka. Gorzej... Podejrzewam, że leczyła je własnym kosztem, tylko nie przyznawała się do tego. Ale ja widziałem... Dostrzegłem jak osłabła, jak z jej oczu uciekł dawny blask. Ty tego nie widzisz, nie znasz ani jej, ani mnie... I nie piję, nie topię smutków w alkoholu. Wolę walczyć, choćbym sam miał zginąć, dla nich zrobię wszystko] - Pocałował synka w główkę. Mały złapał się rączkami jego koszuli, zakwilił cichutko, odwrócił buzię od światła i spał dalej. - [Sing... boi się jaskiń. I burzy] - powiedział cicho, sam nie wiedział dlaczego. - [Żeby tylko wróciła cała i zdrowa...]
Położył się, odwracając plecami do starca, wtulił w dziecko i zamknął oczy. Nie chciał spać... Ale był zmęczony i organizm zrobił to co uznał za słuszne. Obudził się, po wschodzie słońca. Wiedział, że jest późno. Choć niebo zasnute było chmurami, mimo iż wiał silny wiatr. Mżyło. Dziadka w jurcie nie było, strugał coś nieopodal wejścia. Dziecko popłakiwało, było mocno rozpalone. Arechion wziął go na rękę, rozebrał, zrobił chłodną kąpiel, potem kompres i podał trochę ziółek, żeby zbić gorączkę. Nakarmić się go nie dało, wypluwał kleik prosto we włosy ojca.
- Szen, ja cię błagam... Jedz. Musisz jeść, słyszysz? Ja wiem, że to nie cycuś... Zobaczysz, mama będzie zła, że nie jadłeś jak trzeba...
Nic nie pomagało. Ani udawanie motylków, anie żabek, ani łyżeczka za tatę, za mamę, za siostrę... Nawet łyżeczka za Dianę. Poddał się i opatulił go. Wyprał brudne pieluszki, zmył naczynia, sam zjadł trochę mięsa i zupy, które wcześniej naszykowała Sing i gdy brzdąc przysnął trochę, wyszedł spojrzeć na góry... Ta bezczynność w związku z nieobecnością Sing go dobijała. Bał się, że powtórzy się sytuacja sprzed dwóch lat...
Pasterz sam zajął się wielbłądami i kozami. Sam nastawił więcierze. Zebrał skóry, żeby nie zamokły. Rozwiesił je w jurcie. Przyniósł więcej placków do ogniska. Obmył się w wiadrze. - [Jak pogoda jeszcze się pogorszy, trzeba będzie postawić jurtę dla obryczków] - mruknął ni to do siebie, ni to do Arechiona stojącego przed jurtą.
- [To się postawi] - odparł białowłosy, nie odryywając wzroku od gór. Słońce już zachodziło... Cholera... To już drugi dzień jak jej nie ma...
Pasterz pokiwał głową i wszedł do jurty. Zjadł miskę zupy. Nastawił wode na czaj. Do cebrzyka nabrał jarzyn ze skrzyni. Usiadł przy ognisku i skrobał w ciszy kozikiem.

Znów przetoczył się grzmot. Zakryła uszy rękami i jęknęła. To jeszcze gorsze niż pożar... Tutaj góry, wysoko, piorun może ją sama trafić. Tian, tian, błagam, pozwól mi wrócić bezpiecznie. Słońce niedługo zajdzie... Ale i tak było ciemno, niebo zasłaniały chmury, pojękiwał wiatr wśród skał. Szła prawie po omacku, starając się stawiać ostrożnie nogi, żeby sobie nie skręcić. Chciało jej się pić. W bukłaku, który zostawił pasterz nie było już wody. Bała się skręcić ze szlaku, że zabłądzi albo zemdleje, albo jakiś drapieżnik ją napadnie. Nie miała ze sobą broni oprócz szengbiao. Nie chciała zgubić miecza gdzieś w grocie. Dziadek prawdę mówił, szlak był łatwy, prosty... Powinna zejść w dolinę przed zmrokiem, nawet bez konia. Tyle, że prawie nie miała już sił. Postawienie kolejnego kroku równało jej się niemal z toczeniem, któregoś z wielkich głazów, które mijała. Chciało jej się spać, mimo zimna... Dlaczego tutaj tak zimno? Przecież wyszła z groty. Wyszła z ciemności, w której nie widziała nawet swojej wyciągniętej ręki... Gdyby nie świecący się mech... Potrząsnęła głową, nie, nie chciała przypominać sobie tamtego miejsca. Bo wraz z tym znów by powróciły... Te dziwne... okropne rzeczy. Nie były prawdziwe, nie mogły być... To pewnie z gorączki.... Zdała sobie sprawę, że leży... Może pół siedzi. Skulona, oparta plecami o skałę. Szczękała zębami. Nie, musi isć, musi wracać. wyśpi się później. Na pewno już niedaleko... Nie mogła się podnieść. Zamknęła oczy, odetchnęła, skupiła się i przyłożyła do nóg ręce. Spróbowała znów przesłać czi. Poczuła ciepło, mięśnie trochę zelżały. I zaraz okropny ból prawie rozłupał jej głowę. Gdyby miała czym, zwymiotowałaby... Zabezpieczenie... Sama to sobie zrobiła. Nie mogła wpaść w letarg. Nie przeżyłaby. Koniec rezerw, koniec energii... Więcej już nie ma. Poczekała aż atak minął i znów zaczęła widzieć, kiepsko bo kiepsko, ale widziała białe kamienie i dróżkę. Podniosła się ze zduszonym jęknięciem i ruszyła przed siebie. Jak maszyna, jak bezmyślne urządzenie, młyńskie koło, które poruszane wiatrem, mieli i mieli... Noga za nogą... Lodowate zimno w butach. Zatrzymała się. Woda! Chlapnęła kolanami w strugę. Zaczęła łapczywie pić. W jaskini zlizywała wodę ze ścian. Ale teraz miała gorączkę i znów nie piła nic od paru godzin. Kiedy woda w żołądku prawie jej się wylewała gardłem, a rąk w ogóle nie czuła od zimna, przestała pić. Zaraz... oprzytomniała lekko. Woda... Skąd tutaj.... Co to.... Strumień... Ten strumień przy obozowisku? To dobrze... Zaczęła iść wzdłuż strugi, trochę korytem. Potykając się i podpierając na kamieniach. Strumień trochę ją ochronił od wiatru i od mżawki. Ale kiedy wyszła wreszcie zza załomu, uderzyły w nią ze zdwojoną siłą. Zabrakło jej tchu, zaniosła się kaszlem, walcząc o każdy łyk powietrza, które wtłaczało jej się z wiatrem do płuc. Przez załzawione oczy zobaczyła biała plamę... majacząca na ciemnej, płaskiej przestrzeni... Ciemne kształty... Jurta? Wielbłądy. Pomacała, nie wiedząc już który raz, woreczek za pazuchą, upewniając się, że mumio jest na swoim miejscu, że nie zgubiła. Zacisnęła na nim dłoń dla pewności. Już tylko kilka kroków... Kilka... Znów zaczęła iść. W ciszy. Nie wołała. Nie miała siły... I tak by jej nie usłyszeli przez ten wiatr i grzmoty. Jeszcze trochę...
- [Biorę Dianę na krótki spacer, zerknijże na małego. Tylko nie podnoś go, niech śpi!] - powiedział starcowi, odwiązał wilka od wozu i zabrał na spacer. Udał sie szlakiem w stronę gór. Grzmiało, wiało... Zaczynało padać. Diana była dośc niespokojna, prawie nie odbiegała od nóg Arechiona. Ogon miała nisko, rozglądała się jakby wyczuwała zagrożenie i nasłuchiwała. Białowłosy miał aż gęsią skórkę od tego... Żeby tylko nie przywiało tu żadnych zbójów. Musiałby walczyć, a broń miał na wozie, kawałek od jurty. No i Sing... Sama w tych cholernych górach! Dwie doby już! A on nie wiedział nawet co ma robić! Z jednej strony bał się o dziecko, z drugiej o nią... Przez jego głowę przelatywały obrazy z przeszłości. Jej drobne ciało, przysypane błotem, kamieniami i śniegiem... Śiniak na plecach, potem Hunowie... Omal nie zginęła wtedy. Nie zna gór, nie potrafi się w nich poruszać...
Nagle Diana stanęła jak wryta przed nim. Zaskomlała. Potężny grzmot zagłuszył i oślepił Arechiona, ale chwilę potem dostrzegł to co wilk... Zza wzniesienia po lewo wyłoniła się mała postać... Kobieca... Słaba...
- Sing... - szepnął i bez chwili zastanowienia ruszył pędem w jej kierunku. - Sing!
Szła. Uparcie szła. Mimo próbującego wywrócić ją wiatru, mimo paskudnych błyskawic, które przyprawiały ją niemal o drgawki za każdym razem. Znów błysnęło, trzasnęło sucho. Zamknęła oczy odruchowo, otworzyła. Zamrugała, odganiając jaskrawe powidoki. Jeden nie chciał zniknąć. I drugi... Przetarła oczy. Nie pomogło... Tańczyły jej przed oczami... Dwie plamy... Coraz większe...
Dopadł do niej, złapał w ramiona i przytulił do siebie. Była tu... Była! Żywa! Ale... jakaś taka... rozpalona? Może mu się tylko wydawało, na dworze zimno...
- Jesteś, dzięki Nornil, jesteś! - uradował się, obcałował jej twarz i w końcu usta.
Ktoś ją złapał, przytrzymał. Przycisnął do siebie. Zapach mokrego cynamonu... Arechion... To Arechion... Zobaczył ją... Co tutaj robi? Czemu nie przy dziecku? Czemu go nie pilnuje? Całował ją, zatykał usta. Nie, nie...
- Szen... - powiedziała z trudem, próbując odchrząknąć obolałe i ściśnięte gardło. - Czy... on... czy... ja... zdążyłam... lekarstwo...
- Nic mu nie jest, śpi, dziadek go pilnuje, musiałem... Musiałem się przejść, napędziłaś mi strachu! Nigdy więcej tego nie rób, słyszysz? Nornil, jesteś cała mokra i chyba masz gorączkę... - Omacał ją delikatnie, ręce miała zakleszczone na kubraku, poranione. Znów... Miał nadzieję, że nie zleciała znowu z czegoś i nie zrobiła sobie krzywdy!
- Lekarstwo - wymamrotała. - Krew gór... Trzeba dać... Nic, nic mi nie będzie. Zmęczyłam się tylko. Pośpię... później... jak... lekarstwo... zadziała. - Znów spróbowała iść, nie bardzo wiedziała gdzie. Płuca ją bolały. Chyba miała w nich wodę... Gdzie ta jurta? Gdzie ona jest? Znów jest w jaskini? To nieprawda? Nie wyszła, zdawało jej się... Obudzi się w ciemnośc, wśród mokrych skał... Musi do synka. Zdąży. Musi... Potem... wszystko potem.
- Tak, tak, wiem, że chodziło o lekarswo... - Jej głos był słaby, trzęsła się. - Nie kochanie... Podam małemu lekarstwo, dziadek wie jak je zrobić, na pewno pomoże. A ciebie trzeba przebrać, nasmarować, napoić... Pewnie coś zjesz, prawda? Chodź, zupa jest ciepła... - Zaczęła iść nie w tę stronę co trzeba. Słabo. Naprawdę ledwie szła, miała ciężki oddech. Lekko świszczący. Złapał ją za rękę, zarzucił ją sobie za szyję i podniósł ją w ramionach. - Nawet nie protestuj, jesteś wykończona...
Zabrał ją do jurty, Dianie kazał iść położyć sie na wóz, gdzie zrobił jej wcześniej posłanie, żeby miała sucho i w miarę ciepło. Nie była z tego zadowolona, ale usłuchała.
Dziadek strugał coś w kątku, gdy białowłosy wszedł do środka z Sing na rekach. Położył ją na posłaniu, zdjął z niej przemoczony kubrak, odwinął kunai, które miała w rękawie i wyciągnął z ręki woreczek.
- To jest lekarstwo? - zapytał cicho. - Popatrz, Szen jest zaraz tutaj... - pokazał jej zawiniątko. Dziecko spało spokojnie kawałek od Sing. - Żyje, nie martw się. Doskonale się spisałaś, tylko błagam... Następnym razem mi powiedz, że zamierzasz iść w góry czy gdziekolwiek po cokolwiek, żebym się nie martwił, a nie list zostawiasz, dobrze?
Pasterz wstał. Podszedł do nich. Przyglądał się Sing Lung...
- [Dajcie. Zrobię napój. A ty ją rozbierz i zawiń. Ma wodę w dudkach]
Arechion podał dziadkowi woreczek i zabrał się za rozbieranie Sing.
- [Wiem, słyszę, odwróć się, proszę] - powiedział do starca. Nie chciał żeby ten oglądał Sing kompletnie nagą. Trzęsła się coraz bardziej... Poczekał aż staruszek się odwróci, po czym zdjął resztę ubrania, owinął w ręczniki i koce, zaczął rozcierać. Posadził, opierając ją o siodło, żeby lepiej jej było oddychać. Była cała poobijana i miała masę zadrapań. Głównie na dłoniach, przedramionach, kolanach i pod nimi. Miała też jakiegoś guza na głowie.
Wysypał zawartość torby z medykamentami obok posłania. Szybko znalazł maść, której potrzebował, natarł Sing pierś i plecy, oklepał porządnie. Kasłała sucho... Niedobrze, musi wykrztusić to co jej zalega. Na noc nie może jej dać niczego co działa wykrztuśnie... Niedobrze, bardzo niedobrze! Zawinął ją znów porządnie i zabrał się za opatrywanie dłoni... Jednym okiem popatrywał na Szena, który na szczęście się nie obudził. Gdyby musiał się zająć płaczącym dzieckiem i chorą Sing na raz, chyba by go w tej chwili kompletnie skołowało.
- Nie zasypiaj Sing, jeszcze nie, słyszysz? - mówił do niej. - Skup się, musisz się skupić na mnie. Dam ci spać jak wszystko skończę, tymczasem postaraj się wytrzymać. Zrób to dla nas, dla mnie i dla Szena. Nie śpij. [Starczy tego i dla niej?]
Arechion coś do niej mówił. Nie zwracała uwagi. Starała się tylko nie odrywać rozmazującego jej się wzroku od dziecka. Dała sobie zabrać woreczek, rozebrać, owinąć w coś, oklepywać, chociaż ją bolało wszystko od tego. Sięgnęła ręką i dotknęła dziecka. chciała czuć jego ciepło, być pewna, że oddycha, żyje. Wydało jej się chłodne... A może to ona taka rozpalona... Ale jej zimno... Pokasływała sucho. Próbowała stłumić.
Pasterz wzruszył ramionami, ale odwrócił się. Też coś. Widział cycuszki nie jednej kobiety, a tej także. I to dość dokładnie. Małe. Ale jędrne. Mogą się takiemu biełychowi podobać, nie jego rzecz. A teraz była chora i należało zrobić... co można było, tak jak i jej powiedział, nie tylko to mu w głowie, a nawet... rzadko kiedy prawdę mówiąc. Choc... miło by było... Tęskno mu. Do Batidy, tęskno... Przetarł twarz i nalał do kubeczka wrzątku, ułamał i wrzucił kilka skalnych łez. Z glinianego gąsiorka do czarki nalał oleju do łuczyw i kaganków. Tutaj już rozpuszczanie szlo gorzej. Rozdrobnil jak mógł czarną, giętką, ale i twardą , ostro woniejącą substancję. zaczął ucierać tłuczkiem w oleju.
- [Mały miód zje? Musi połknąc, nie może wyrzygać ani wypluć. Jej mleka pewnie teraz nie pociągnie] - rzucił do Arechiona. - [A czy dla niej starczy... Nie wiem. Dużo tego nie jest, a trzeba robić wywary i maść aż będzie skutek i poprawa.]
- [Nie próbowalismy dawać mu miodu jeszcze. Syrop sosnowy mam w torbie, zna dziadek?] - zaczął grzebać w buteleczkach, w końcu wyciągnął tę, o którą mu chodziło. - [Jeśli się nada, to użyj tego. Trochę damy i jej. Przynajmniej dzisiaj. Później dam już sobie radę... Mam zioła, po których będzie odkasływać to co zalega jej w piersi]
Mleko... No właśnie. Obawiał się, że Sing nie może teraz karmić. A piersi pełne. N pewno ją bolały. Ściągnie jej to jak tylko obrobi sie z ranami i napoi bulionem.
- Daj mi tę rączkę, słońce - ujął dłoń, którą dotykała Szena, obmył, nasmarował i zaczął zawijać bandażem. - Nic mu nie jest, naprawdę.
- Nie... nie. Zostaw. Ja muszę... - wykasłała.
- [Nie znam. Tu nie ma... drzew. Barakszun podaje sie w miodzie, wodzie i mleku. Nie wiem czy zadziała w czymś innym. Chcesz to sprawdzać? Może też zaszkodzić. Nie wiem, ja nie próbuję zmieniać ustalonych porządków świata i nieba jak ty] - sarknął starzec, zirytowany kolejnym pomysłem biełycha.
- Kochanie, proszę... Zaraz będziesz go mogła dotykać, a jak tylko dziadek zrobi lek, to go obudzę, teraz muszę się zająć twoimi dłońmi. Nie chcesz przecież dostać zakażenia, prawda? - pogłaskał Sing po policzku i dalej zabrał się za opatrywanie jej pokaleczonej ręki. - [Dziadku, ja nie znam tego leku. Mówię tylko, że nie dawaliśmy mu jeszcze miodu. Ma osiem miesięcy niespełna, nie wiem czy można tak małemu dać miód. A można to rozcieńczyć w wodzie z miodem?]
- [Chyba można. Byleby całe wypił. A tu masz synku maść. Całego wysmaruj i owiń szczelnie. Calutkiego. Jak gąskę na smalec, rozumiesz? Rączki i nóżki schowane. Łzy gór wyciągną chorobę, zacznie z niego wychodzić, sam obaczysz. Całego wysmaruj, główkę też. Tylko buźkę ostaw, ten olej nie do jedzenia. A dla niej... Obaczym. Nie posmarujesz, za mało tego, za dużo jej] - mruknął.
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
R
Niszczyciel Narodów



Dołączył: 18 Kwi 2006
Posty: 4178
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

Płeć: Kobieta

PostWysłany: Wto 18:04, 17 Lis 2009    Temat postu:

- [Już, już... Dla Sing mam maści, chodzi mi o to do picia. Trochę powinna. Chociaż łyczek.] - skończył zawijać dłoń Azjatce, przyjął od starca maść i zajął się teraz małym. - [Dziękuję.] Chooodź do tatki... Nasmarujemy cię. Trochę śmierdzi, ale na pewno pomoże. Mamusia to dla ciebie zdobyła, wiesz? Więc nie marudź mi tutaj...
Rozebrał go, zaczął smarować. Małemu się to nie podobało, ale był napojony ziołami, więc przysypiał co chwilę. Złapał mamę za palce, possał koniuszek jednego. Arechion uśmiechnął się, postąpił według wskazówek starca i owinął malucha w miękkie szmatki, jak mumię. Dopiero teraz dziecko zaczęło marudzić i popłakiwać. Nie podobało mu się, że ma unieruchomione przy sobie rączki.
- No nie płacz, nie płacz, malutki, ciiiii, wiem, że ci niewygodnie... Ale to minie, zobaczysz. No już, spokojnie.
Owinął go, podał leku do picia i położył przy Sing, która nakryła mu dłonią brzuszek. Trochę się uspokoił, czując ciepło matki.
Białowłosy w tym czasie uszykował dla niej ziół i nalał ciepłego bulionu do kubka. Usiadł przy niej, podsunął kubek do ust.
- Pij, to bulion - powiedział. - Zaraz dam ci leków i będziesz mogła spać. Obiecuję.
Małymi łyczkami, udało mu się wpoić w nią prawie cały kubek. Podał jej zaraz zioła i mumio. Nie chciała go przyjąć, odwracała głowę.
- Sing, proszę. Tylko łyczek, naprawdę, starczy dla małego. Tylko dziś, błagam... Ten jeden raz. No już, wypij grzecznie...
Dała się przebłagać, Arechion odetchnął z ulgą. Poczekał aż zaśnie, co długo wcale nie trwało, znów poprosił staruszka o odwrócenie się, zrobił jej ciepły kompres na piersi, żeby mleko samo zaczęło cieknąć i zawinął ją w prowizoryczną pieluszke. Trochę tu poleży... I pewnie długo pośpi teraz. Ściągnął delikatnie tyle pokarmu ile mógł, nasmarował ją porządnie maścią rozgrzewającą i zawinął porządnie, żeby się nie wychłodziła. Potem ustawił poduszki w stosik i położył ją ostrożnie. Nie za płasko, ale i nie za wysoko. Tak, by mogła swoodnie oddychać. Nakrył ją kilkoma kocami, odgarnął z czoła kosmyk włosów.
- Śpij... I zdrowiej...
Arechion w nocy praktycznie nie spał. A to Sing majaczyła coś, kasłała, trochę płakała, a to Szen marudził. Jak nie jedno to drugie. Dopiero nad ranem udało mu się przysnąć... Z Sing opartą o ramię i Szenem na kolanach... Obudził go znów płacz dziecka. Odwinął go, maść z wczoraj zamiast się wchłonąć, utworzyła skorupę na jego małym ciałku.
- Co u licha? - mruknął pod nosem. Wyszedł przed jurtę. - [Dziadku, to coś zamieniło się w skorupę, to normalne?]
Pasterz ze stęknięciem odstawił cebrzyk z kozim mlekiem, wyprostował sie, pomasował chorą nogę.
- [Pokaż] - wszedł do jurty.
Odkrył małego i pokazał na jego skórę.
- [Skorupa] - powiedział. - [Nigdy nie spotkałem się z lekiem, który robi takie coś... A mały płacze, chyba go boli]
Mężczyzna obadał palcami zaschnięta maść.
- [Szo] - mruknął. - [Mówłem, krew gór wyciągać zacznie chorobę. To i wyciąga. Rusz się synku i ten cebrzyk mi tu nanieś. I czystą szmatkę.]
- [Będziesz go myć? A nie skaleczy mu to skórki? Jest bardzo delikatny...] - zdziwił się Arechion, choć sam nie wiedział jak się tego pozbyć.
- [Nie frasuj się. Jagniątka mają równie delikatną skórę. Wiem co pomoże. A przynajmniej powinno. Nu, gdzie cebrzyk?]
Przyniósł mu cebrzyk i szmatkę, tak jak prosił. Sing coś zamarudziła pod nosem, wyciągnęła rękę spod kocy i szukała nię Szena. Arechion ujął ją delikatnie i schował z powrotem. Pogłaskał ją, podsunął kubek ziół do ust.
- Pij, słońce. Znów jesteś cała rozpalona... Zaraz się tobą zajmę.
Pasterz w tym czasie wziął chłopczyka na jedną rękę, nogą przysunął sobie cebrzyk. W drugą rękę wziął szmatkę, namoczył ją w świeżoudojonym kozim mleku i zaczął powoli i delikatnie zwilżać tym żółtą skorupę. Ta po kilku maźnięciach, rozmiękczała i dawała się zebrać ze skóry bez drażnienia jej. Dziadek coś zaczął gadać w swoim języku do dziecka, trochę gardłowo, trochę śpiewnie. Chłopczyk chyba się zainteresował. Patrzył na starka szeroko otwartymi oczkami. W końcu cała skorupa zeszła, a Szen był caluśny wyżółcony w resztkach rozmiękczonej mazi.
- [Nu. Szo. To teraz trza maleńkiego obmyć w wodzie z rumiankiem zanim przyschnie to co rozmyte i na nowo obłożyć maścią i zawinąć. Nu, małyj, nie bolało co? Nie boisz się starka, co?] - dotknął Szena kciukiem w czółko i nosek. Pogilgotał. Uśmiechnął się. Trochę z wahaniem, trochę smutno. - [Gorej jakby mniejsza. Sam obacz synku i obmyj go dalsze. A twoja białku jak? Gorej co?]
Jęknęła, opluła się tymi ziołami. Otarł jej brodę i zerknął przez ramię na dziadka, który o dziwo bardzo delikatnie zajmował się Szenem.
- [Jest rozpalona. Ale dobrze reaguje na zioła. Trzeba tylko pilnować żeby była w cieple i nie zakrztusiła się tym co odkasłuje. Raz ją z tego wyciągnąłem, uda mi się i teraz...]
Upiła jeszcze trochę i znów zasnęła. Zrobił szybko dużo naparu z rumianku, całą miskę i wymył w nim Szena. Potem znów go natarł i zawinął, co skończyło się kolejnym, głośnym płaczem. Napoił go lekiem i próbował wmusić kleiku. Zjadł może ze dwie łyżki, reszta znów wylądowała na Arechionie. Musi jeść... Musi! Żeby tylko było lepiej... Na razie sytuacja była gorsza niż przed zastosowaniem tego... leku.
- [Jesteś pewien, że to działa? Wcześniej nie płakał tyle... Gorączka może i mniejsza, ale płacze dużo więcej. Coś go musi boleć... Muszę go uśpić, potrzymasz go chwilę? Krople gdzieś się walają w tym bałaganie...]
Pasterz spojrzał na niego zdziwiony, zmarszczył brwi, ale w końcu z wahaniem wziął dziecko od Arechiona. Przytulił je delikatnie do siebie, podtrzymał główkę w zagięciu ramienia i przysiadł z nim w pobliżu ognia.
Pogmerał między pudełeczkami, woreczkami i buteleczkami, aż znalazł to czego szukał. Ulał kropelkę na łyżkę letniej cza i podał małemu, Trochę pociekło mu bokiem, nalał więc na kolejną i znów mu podał.
- [Dziękuję] - wziął małego od dziadka i utulił go do snu... Odetchnął, kładąc go już spokojnego na posłaniu. Opatulił jego małe ciałko kocami. - [Muszę się teraz zająć Sing Lung. Wymyć ją, nasmarować na nowo i ubrać... Jeśli mógłbyś... Nie musisz wychodzić]
Starzec parsknął lekko, machnął ręką, ale wstał i poszedł do kuchennego kącika, gdzie zajął się przygotowywaniem ryby do smażenia. To co nagotowała Sing Lung dawno się skończyło. A ten młody pewnie o obiedzie nawet nie pomyśli. O śniadaniu też nie... Wziął parę jajek, rozbił, rozbełtał. Dodał ziół, skrojonego selera, trochę suchej kiełbasy, która mu jeszcze się ostała. Ukroił chleb i przykrył szmatką, żeby nie wysechł.
Białowłosy zaczekał aż starzec się odwróci. Zajął się teraz Azjatką. Umył ją, ściągnął pokarm, założył świeżą pieluchę, bandaże, nasmarował, oklepał i zawinął.
- [Już skończyłem] - powiedział. Nalał do kubka ciepłego bulionu i zabrał się za karmienie Sing. Szło opornie. Wylewało się jej z ust. Nakarmienie praktycznie nieprzytomnego człowieka to nie lada wyzwanie... Wiedział o tym, pamiętał. Ale i tak było to łatwiejsze niż wmuszenie jedzenia w dziecko. Oparł ją o siebie, przytulił... Ucałował w policzek.
- Kochanie, jeszcze kilka łyczków. Proszę... Jeden za mnie, jeden za Szena... Musisz jeść i pić, inaczej się odwodnisz i będzie źle, wiesz o tym - szeptał jej przy uchu. O dziwo skutkowało. Zamarudziła kilka razy, ścisnęła mu lekko dłoń, którą wsunął pod koce i położył jej na brzuchu, ale piła. - Grzeczna dziewczynka - pochwalił ją, odstawiając prawie pusty kubek na bok. Opuścił głowę, przytulił się policzkiem do jej ucha i przymknął na moment oczy.
Nawet nie wiedział kiedy przysnął. Obudził go starzec z miską usmażonych na drobno jajek i pajdą chleba. Podziękował mu, zjadł i zabrał się za pranie.
Tego samego wieczora, małemu wyciekło coś z ucha. Arechion znów nie miał pojęcia co to jest. Ale dziecku chyba ulżyło... Bo nie płakał już tak jak wcześniej. Jeść jednakże nie chciał wcale. Białowłosy umył go, wyczyścił mu uszko, z którego jeszcze się sączyło i ponownie nasmarował... Według dziadka, było to miejsce ujścia choroby. Może to i racja?
Azjatka ciągle kasłała. Aż miała odruch wymiotny i łzy ciekły jej po policzkach. Ale musi odkasływać. Arechion wiedział, że to boli... To było jedyne wyjście. Trzeba się pozbyć wody z płuc, a to jedyny sposób. Głaskał ją, tulił, kładł jej dłoń na synku. Po wieczornym odciągnięciu pokarmu... Posmakował go. Nic się nie zmieniło według niego... A o ile dobrze pamiętał, Hali nie odstawiała swojego syna od piersi, gdy była chora. Przelał część mleka do dziecięcego bukłaka i podał to dziecku. Tym razem mały nie odmówił.
- A więc jednak... - mruknął sobie pod nosem rozbawiony białowłosy. - Cycuuusia ci trzeba było, co? I mleczka mamusi. No ładnie. Ale wiesz, że od pewnego czasu masz konkurencję? Zdrowiej, zdrowiej, synuś. Mamusia jak się obudzi, będzie chciała widzieć, że z tobą lepiej, wiesz? Nie można jej teraz martwić. Nooo... Nie można - pocałował go w główkę, zabrał pusty już bukłak i utulił do snu, chodząc po jurcie w tę i z powrotem. Zmył naczynia, uprał co brudne, wygarnął brud... W nocy obudził się kilka razy... A to z pwodu Sing, a to z powodu dziecka. Choć zdecydowanie bardziej z powodu Azjatki. Gorączka spadała, dostała lekkich dreszczy, przebudziła się i mówiła coś o tej jaskini... Że straszna, że się bała, zgubiła... Przytulił ją do siebie i kołysząc zawrócił do krainy snu.

Sing Lung obudziła się. Przez jedno okropne uderzenie serca bała się, że zaraz poczuje chłód, wilgoć i zobaczy szemrzącą ciemność dookoła... Albo coś gorszego... Ale nie. Było jej ciepło.... Chociaż... wilgoć była... Ugh... Spociła się. Cała mokra... i chyba... na dole. Tian! Pomoczyła się?! Próbowała ruszyć rękami i sprawdzić, ale nie mogła, coś ją unieruchomiało, była szczelnie zawinięta... w koc. I objęta ramionami Arechiona. Przesunęła głowę. Zobaczyła jego poruszającą się lekko grdykę i brodę nad sobą... Nieogoloną... Leżała na nim, a właściwe siedziała, wtulona mu w pierś. Otaczał ją obiema rękami przez plecy, bok i piersi. A gdzie Szen? Wszystko dobrze? Zdążyła? Gdzie Szen?!
- Szen... - spróbowała, ale właściwie wychrypiala, mała zaschnięte i obolałe gardło, zakasłała.
- [<mongolski> Cichaj, cichaj. Tu go mosz] - usłyszała nie Arechiona, ale dziadka. Podszedł do posłania i pokazał ręką obok. - [Śpi. Polepszyło mu się. Gorej spadła, choroba wychodzi uchem. Już tak nie płacze i lepiej je.]
- [Chciałabym...]
- [Go wziąc? Daj pokój. Nie budź. Ty masz ręce poranione, w bandażach, kak ci go dobrze trzymać. Daj pokój. Będzie chciał jeść, to narobi wrzask. A potem znów go nasmarujem. Ale tobie nada coś insze... Woda w dutkach zalega, a? Zalega. zalega... słyszę. Ja znam inszy... lepszy niż ten twój bielyj. No poczywaj, poczywaj. Zrobię żryć bom głodny i nie mam zamiaru czekać aż ty się ogarniesz i do roboty weźmiesz, za długo czekać, kiszki mi do krzyża przyschną] - poutyskiwał i poszedł do kuchennego kątka.
Azjatka jednak nie zrezygnowała, ruszyła głową, mimo bólu szyi wyciągnęła ja najbardziej jak mogła nad ramieniem Arechiona... Zawiniątko... Buzia... Rusza usteczkami. Brumka i sapie coś przez sen. Obślinił się... Ale spokojny... Włoski chyba suche... Opadla na pierś Arechionowi, zmęczona takim wysiłkiem mięśni.
Białowłosy poczuł jak Sing się poruszyła. Wyciągnęła, a potem opadła na niego, posapując. Otworzył jedno oko. Potem drugie. Ziewnął. Zaschło mu w ustach, spał z otwartymi... I trochę bolał go kark. Mlasnął, spojrzał w dół na Azjatkę, tulącą mu się do piersi. Chyba dalej spała. Pogłaskał ją po głowie i zerknął w bok na dziadka.
- [Dobry... Dziadek zostawi, ja zaraz coś uszykuję...] - powiedział cicho.
- [Szo, szo] - machnął nieciepliwie reką - [Żem se już uradził. To babska rzecz gotować, ty nie umiesz. A ona popsowana tera i żadnego pożytku z niej. Trza będzie coś z tym zrobić. Nie może byt tak, że baba leniuchuje całymi dniami, ozdrowieć mi tu ma. Kto to słyszał, żeby taki starek jak ja i ty ogier jeden nad małym rychtował miast insze poważniejsze oporządki robić. I widział ja, że ty z wiechciem latał po jurcie. A żeby cie.] - wziął się jak zwykle za jajecznicę. Mięso będzie na wieczór. Prawdę mówiąc zostały mu prawie tylko ryby... Kozek marnować więcej nie mógł. Świstaki jeszcze... Ta jego białku coś z nimi porobiła. W jakieś garnuszki pochowała, ale mowiła, żeby nie ruszać..... Aaaaa podroby! Zadowolony wcyciągnał gotowe kiszki i także je posmazył na woku Azjatki.
Białowłosy uśmiechnął się i pokręcił głową. Azjatce przyda się trochę odpoczynku, tego jej dziadek nie zabroni i nie zabierze. A jajecznica Arechionowi wychodziła już nosem. Dziadkowa była okropnie ciężka... I taka inna od tej, którą robiła Sing i którą uwielbiał.
- [Nie miałeś jeszcze okazji skosztować mojej kuchni, więc pozwól, że coś uszykuję. Jak tylko Sing dojdzie trochę do siebie i oprzytomnieje, upoluję i zrobię takie pieczyste, jakiego żeś jeszcze nie jadł, dziadku. Tymczasem powinienem się nią zająć... Umyć, nasmarować i zawinąć na nowo, a zaraz potem wpoić zioła i bulion. Póki Szen nie marudzi.] - Zerknął znów w dół. Nie widział twarzy Sing, nie był więc w stanie powiedzieć czy śpi, czy tylko mu się wydawało, że się poruszała. Dotknął jej czoła. Nadal była ciepła, ale już nie rozpalona jak w poprzednich dniach. Uniósł ją i przełożył ostrożnie na posłanie. Ni to położył, ni to posadził, opierając jej plecy o stertę poduszek...
Nałożył do misek spore porcje jajcznicy. Biełychowi więcej, bo miał mieć siłę. Do tego ten jego czaj, niech ma, chleb z omastą. Kaszaneczki się pięknie opiekły i szybko, na czarno i chrupko. Dziadek ze smakiem ugryzł pół jednej i zbarał się za pałaszowanie jajek.
- [No siadaj synku, siadaj, bo stygnie. Musisz mieć siłę. Dzisiaj dużo pracy nas czeka, sam nie dam rady. Ta wyprawa w góry i mnie coś popsowała. Dawnom nie łaził tak wysoko i daleko po kamioszkach. A trza jurtę dla obroczków ostawić. Idzie szom. Przez tydzien będzie padać i wiać i kurzyć. Oj coś mi się widzi, że twoja białku mocno zaszła za szop Dochowi gor. Coś się burmuje więcej niż zwykle i nie o tej porze co trza. Obrobim co nada i siedziem w jurcie cięgiem aż do niedzieli. Toćko obroczki pilnować i oporządzać. Na ten czas trza dla twojej sobak dobrej budu zrobić. Mój nawykły, sierści na nim jak na jaku, a jak zamoknie to schowa się pod wóz czy do jurty z obroczkami. Wyszczałeś się już? Chyba nie, cięgiem tu siedziałeś. A jej już lepiej. Gorej zeszła.]
- [w takim razie nie bede teraz marnowac czasu na jedzenie. Zjem jak sie ze wszystkim uporam] - odpowiedział bialowlosy, nalal do miski cieplej i zimnej wody i na poczatek zajal sie dlonmi Azjatki.
- [Zimne będzie, a i siłę musisz mieć. Nie mondrkuj. Zdążysz ze wszystkim. We dwóch się uwiniemy. Jurty mi nie będziesz teraz omiatał, żryć narobiłem co jeszczem mielim. Skorki suszą się po kątach. Jeno to co na zewnątrz trzeba wyrychtować. Dużo roboty i cieżka, ale do południa powinno stać. I niechże będzie, ja ryb naniosę. A i tutaj coś uradzimy, nu bialku powiedz że swojmu biełychowi, nu?]
- Arechionie, nie śpię. Zjedz śniadanie. Mnie chce się tylko pić... Potem trochę zjem... Może kleiku. Pomoż dziadkowi. Ja sobie tutaj radę dam z Szenem. Poleżymy sobie cichutko. - powiedziała Sing Lung na słowa dziadka, kiedy Arechion opatrywał jej dłonie.
Pasterz ułożył na chlebie dwie kaszanki i wyciągnął w stronę Arechiona.
- Nie, kochanie, nie dasz sobie rady i nawet nie próbuj. Jesteś mocno osłabiona. Trzeba cię przewinąć, ściągnąć pokarm, umyć... Nasmarować na nowo. Inaczej znów wróci gorączka, której udało nam się pozbyć.... - Spojrzał na wyciągniętą w swoją stronę rękę dziadka z chlebem i czymś na nim. - [Co to jest? Znaczy... To na chlebie. Czy to nie są te wnętrzności, które Sing oprawiała? Wybacz, dziadku, ja nie mogę jeść takich rzeczy, mój brzuch tego nie przyjmuje. Zaraz zjem jajka, obiecuję, tylko jej chociaż dłonie zawinę... Jak zjem, postawimy tę jurtę, zagonimy bydło i mam nadzieję zająć się resztą obowiązków tutaj nim Szen się obudzi. Cieszę się, że dziadek próbuje dbać o mój żołądek, ale proszę mi wierzyć, że nie raz dane mi było głodu zaznać i walczyć.]
Pasterz chciał prychnąć, ale zrobił to tylko połowicznie inaczej przeżuwana kaszanka wylądowałaby mu na butach. Zabrał chleb i sam zaczął pogryzać mrucząc coś o zamorskich dziwakach. Sing Lung kaszanki ani jajecznicy nie proponował nawet. Tylko by się zmarnowało. Skończył jeść. Wstał, otrzepał ręce. Wziął kociołek, naniósł z cebrzyka wody ustawił na ogniu. Na kuskus. To chyba zje i nie wyrzyga...
- [Nu... To będziem małyj myć i smarować?] - rzucił. - [Ja idu kozki wydoić i mliczko naniesę. Ty w ten czas oporządź się co tam masz i rychtko zjedz. Potem się upirze w strumyku statki i kapoty. Ale schnąć to tu, mży]. Wziął dwa cebrzyki do udoju, zarzucił kubrak, przewiązał szerokim pasem, buty wzuł, czapkę z futrem nacisnął na głowę i wyszedł. Dało się słyszeć pogwizd i poszczekiwanie psa. Dziadek cos mówił do psa. Jego głos powoli się oddalał.
No, nauczył się chociaż zostawiania wolnej przestrzeni - pomyślał Arechion, dziekując mu w duchu za to, że wyszedł, zostawiając ich samych. Skończył zajmować się dłońmi Sing i zabrał się za mycie jej. Na piersi położył chwilowo ciepły kompres z kory dębu. Trochę pokarmu wycieknie w miękką szmatkę, resztę ściągnie do miski i odleje odpowiednią porcję dla małego.
- Nieźle mnie nastraszyłaś - powiedział, odkładając brudne i przepocone rzeczy do wiadra. -Jak się dziś czujesz? Chyba jesteś przytomniejsza niż wczoraj, przedwczoraj i w nocy.
- Chyba tak... Dasz mi Szena?
- Najpierw cię umyję, potem możesz go tulić ile tylko chcesz, dobrze? Aha, karmię go... normalnie, twoim pokarmem. Tylko nie za dużo, żeby się nie pochorował od tego. Kiedy ciebie nie było, praktycznie nie jadł.
- Jak to... moim? - przestraszyła się. - Nie zaszkodzi mu? Przecież mam... miałam gorączkę.
Uśmiechnął się, pokręcił głową.
- Nie, nic mu nie będzie. Hali karmiła jak była chora. Zresztą... sprawdziłem na sobie.
Skończył ją myć, nasmarował, zawinął na nowo i ubrał. Nalał jej porządny kubek bulionu i zaparzył ziół w czarce.
- Na razie tylko bulion i leki, jak postawię jurtę to zrobię ci kleiku. Ja zjem później, ta dziadkowa jajecznica jest bardzo niesmaczna. A do wilka przydałoby się go przekonać. Obawiam się, że Diana nie wytrzyma sama na wozie... O budzie nie wspominając.
Zaczęła posłusznie popijać bulion. Na sobie, na sobie, on to nie dziecko! On to nawet zdechłego szczura by zjadł i przeżył! Ale chyba faktycznie małemu nie zaszkodziło. Popatrzyła na niego, spał słodko zawinięty jak jakaś poczwarka po sam nosek. Uśmiechnęłą się lekko.
- Nie przekonasz. I lepiej żeby nie wiedział, że to wilk. Zatłucze go albo zastrzeli, to w końcu tylko futro na czterech łapach akurat na czapkę. Chyba nie zamarźnie na tym wozie? Ma legowisko... Żarnik można jej postawić... A ta... pieluszka na co. Nie trzeba, ja mogę sama. Wstanę i... a tak, to takie...
- Nawet się nie waż wstawać, dopiero co gorączka spadła i to i tak jeszcze nie do końca. Ledwo tu dotarłaś, oszczędzaj siły by wrócić do zdrowia. Nieprzytomny człowiek nie wie kiedy... mu się chce. Teraz jak jesteś przytomna, możesz mnie wołać, przyniosę nocnik z wozu. - Złapał grubą pajdę chleba i zaczął jeść na sucho. - Nie mogę postawić Dianie żarnika. Wywróci go albo coś i spłonie. Nie zamarznie, ale zmarznie... i pewnie się pochoruje, wolałbym tego uniknąć. Zabić jej nie dam, to nasze zwierzę i nic dziadkowi do niego. Ma swoje. Dobra, słońce, biegnę tę jurtę mu postawić, bo mi żyć nie da, a mały niedługo się pewnie obudzi, będzie płakać... No i trzeba go wymyć z tego, napoić, nakarmić, nasmarować i zawinąć na nowo, co mu się nie podoba, więc czeka mnie jeszcze sporo marudzenia z jego strony. Może jak go będziesz głaskać po główce, to będzie spokojniejszy niż zwykle. Tymczasem nie ruszaj mi się z miejsca. Niedługo wrócę. - Dojadł, pocałował Sing w czoło i wyszedł na dwór. Dziadka nie dostrzegł, ale materiał na jurtę owszem. Nie stawiał nigdy czegoś takiego, ale zapamiętał układ szczebli z tej, w której sami obozowali, więc na nim się skupił. Zabrał się do pracy. Rzeczywiście... Było coraz zimniej, wiatr się nasilał i zaczynało padać. Znów... Do niedzieli pod jednym dachem z dziadkiem? Ugh, to będzie ciężki okres...
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Xena Warrior Princess: Polskie Forum XWP Strona Główna -> Fan Fiction Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
Idź do strony 1, 2  Następny
Strona 1 z 2

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group
Regulamin